Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

zmywa kolejne warstwy piór
do kości blada skóra
ścięgna lubieżnie nie gotowe

będzie podawać fragmenty
na miedzianych tacach
piersi na zimno
pośladki zlane potem
uda w galarecie

zdziecinnieje

włosy w zwarty kok
i wytrzeszcz oczu
deklinacja ust
mama mamy mamo

samotna wędrówka
przez pokoje w dziurę balkonu
astygmatyzm poręczy
ostatni podryw w górę


dzieci nie płaczą
dzieci płacą

przewoźnik dokleja im skrzydła

Opublikowano

Basiu, bardzo mi się podoba od 'zdziecinnieje'. Mam wrażenie, że określanie części ciała podawanego na tacach rozbija wiersz. Widziałabym to raczej tak

zmywa kolejne warstwy piór
do kości blada skóra
ścięgna lubieżnie nie gotowe

będzie podawać fragmenty
na miedzianych tacach
piersi
pośladki
uda

zdziecinnieje

włosy w zwarty kok
i wytrzeszcz oczu
deklinacja ust
mama mamy mamo

samotna wędrówka
przez pokoje w dziurę balkonu
astygmatyzm poręczy
ostatni podryw w górę


dzieci nie płaczą
dzieci płacą

przewoźnik dokleja im skrzydła


Świetne miejsce: 'włosy w zwarty kok', kwintesencja niewoli.
Pozdrawiam :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Oli, twoja propozycja wydaje mi się zbyt naga ;) zresztą określenia są bardzo znaczące - dopełniają stan faktyczny ciała i psychiki podmiotu. Pozdrawiam Cię serdecznie i jeszcze raz gratuluję udanej promocji tomiku wierszy. Nadal pozostaję pod wielkim wrażeniem całego przedsięwzięcia. :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Tak też myślałam, że to, co mi zawadza, dla Ciebie może mieć osobne znaczenie.
Działaj według własnej myśli:)
:) Szkoda tylko, iż rozpisałam to w sposób trudny do rozczytania, skoro zawadza.
Dzięki Oli za...to i owo :))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...