Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Do domu dziewczyny zajechały wieczorem. Nie mogły zauważyć, jaki był dostojny. W mroku majaczył tylko jego kształt. Ale wiedziały, że był dokładnie taki, jaki Mała powiedziała, że zbuduje. Drewniany, dwupiętrowy budynek zachęcał, aby do niego wejść. Zielone okiennice we wszystkich oknach były otwarte, jakby witały gości szeroko otwartymi ramionami. Na każdym parapecie stały czerwone kwiaty w wielkich glinianych donicach. Na ganku, na schodach siedział prążkowany kot i przyglądał się obcym kobietom. Kiedy podeszły bliżej, przeciągnął się leniwie, ziewnął, zamiauczał i podszedł do dziewczyn, aby je obwąchać. Zamruczał z uznaniem i wszedł do środka.
W domu paliło się światło i widać było cień krzątającej się osoby. Zachęcone słodkim zapachem herbaty owocowej, Kara i Kwiatek weszły.
- Dobry wieczór, paniom, czekałam – mama Małej uścisnęła obie dziewczyny. – Wchodźcie – była średniego wzrostu, krótko obcięta. Jej czarna sportowa czuprynka pasowała do dżinsowych spodni i kolorowej koszulki. Na nogach miała srebrne szpilki.
- Pewnie jesteście głodne? – zmierzyła wzrokiem dwie chude postacie.- Zrobiłam placki ziemniaczane.
- Dobry wieczór. Bardzo zgłodniałyśmy. Przejechałyśmy dziś prawie tysiąc kilometrów – ośmieliły się dziewczyny, wnosząc swoje torby.
- Jestem Kara.
- A ja Kwiatek.
- A ja jestem mama Małej, ale mówcie mi po prostu Ela – i kobiety uścisnęły sobie dłonie. – Mała mówiła o was – zamilkła ze smutkiem, po czym dodała – Bardzo się cieszę, że przyjechałyście, przyda się jej towarzystwo. A teraz zostawcie te rzeczy i chodźcie jeść.
Prosto z dworu weszły do wielkiej kuchni połączonej z salonem i jadalnią. Mimo tak wielkiej przestrzeni, zapach jedzenia wypełniał cały dom. Dziewczyny ze smakiem wcinały placki polane śmietaną i posypane cukrem. Przez chwilę obie czuły się jak małe dziewczynki, które, będąc na wakacjach u babci, nie potrafią oprzeć się pysznościom, przygotowanym z miłością.
Ciepły głos mamy Małej przerwał ich stan rozmarzenia.
- U góry, po lewej stronie jest wasza sypialnia. Jutro pogadamy, a teraz idźcie spać. Po tak długiej podróży pewnie szybko zaśniecie – wstała i pocałowała obie w czoło. – Dobrej nocy, dziewczynki. I zapamiętajcie, co się wam przyśni.
Odeszła. Kara i Kwiatek popatrzyły na siebie ze zdziwieniem, ale i ze zrozumieniem. Wiedziały już, co Mała miała na myśli, mówiąc, że Ela przekazała jej swoje najlepsze cechy charakteru, najpiękniejsze wartości. Tak jak ona, Ela nie zadawała pytań, nie oceniała, nie ganiła. Uśmiechała się, głaskała po głowie, przytulała i karmiła, wszystkich i zawsze. „Miej serce i dawaj serce. Nikt ci tego nigdy nie zabierze. A dobro, które okażesz, zawsze będzie unosić się wokół” – powtarzała Małej, jak ta była jeszcze dzieckiem.

Promienie słoneczne przebijały się przez liście drzew i padały na twarze śpiących kobiet. Za oknem ptaki od paru godzin dawały poranny koncert, ale dziewczyny obudziły się dopiero po interwencji Anaela – wąsatego majordomusa. Nie wiedziały, jak się dostał do pokoju i jak długo siedział na łóżku. Musiało to trwać jakiś czas, bo, zniecierpliwiony czekaniem, głośno miauknął. Kiedy dziewczyny otworzyły oczy, w niewielkiej odległości od swoich twarzy zobaczyły dwa świecące bursztynki i długie białe wąsy.
- Cześć maleńki – zaspany Kwiatek pogłaskała puszystą kulkę, po czym, tak samo jak on, przeciągnęła się. – Kara, zobacz, gapi się. Chyba chce, byśmy wstały.
- To kot przecież. Będzie się gapił – odwróciła się na drugi bok.
Anael popatrzył jeszcze raz na dziewczyny, wskoczył na parapet, a potem długi susem przeniósł się na drzewo za oknem i zniknął.
- Niezły numer z tego zwierza – zaśmiała się jedna z kochanek. – Chyba musimy wstać. Zobacz, która godzina.
Kara sięgnęła po telefon, leżący na nocnym stoliku. – E, prawie jedenasta – wciągnęła powietrze. – Czujesz? Cudowny zapach.
Przez okno wpadało nie tylko słońce. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej trawy, kwiatów, zboża, a trele ptaków umilały przedpołudniowy czas.
Po szybkiej toalecie postanowiły zejść. Nie wypadało spać tak długo, zwłaszcza jak było się gościem i to u obcej osoby. Na parter prowadziły drewniane schody, które przy każdym stąpnięciu skrzypiały jak w starych dworach. W kuchni nie było nikogo, ale wabione zapachem kawy, dziewczyny podążyły w kierunku ogromnych szklanych drzwi. Prowadziły do ogrodu, którego istnienia nie były świadome.
Ogromny ogród, a w zasadzie park, otaczał dom z trzech stron. Rosły w nim lipy, kasztany i klony. Obok był sad, a w nim jabłonie, grusze i śliwy. Pod jednym z pachnących drzew, przy stoliku nakrytym białym obrusem, siedziała mama Małej.
- Witam śpiochy – odłożyła książkę, która właśnie czytała. – Chcecie kawy?
- Dzień dobry – odpowiedziały chórem. – Niech się pani nie kłopocze – powiedziała Kara, po czym, po ciężkim spojrzeniu kobiety, dodała – Elu, nalejemy sobie same, dziękujemy.
- Siadajcie. Jak chcecie, coś wam zrobię na śniadanie, bo tutaj jest tylko kawa.
- Piękny ogród – Kwiatek otworzyła usta z wrażenia. – Nie przypuszczałam, że tutaj będzie tak cudnie.
- Mała miała nosa do tego domu. Ogród już był, oczywiście, tylko trzeba było go uporządkować.
- A efekt jest niesamowity – dodała Kara, popijając czarny, gorący napój. – Cudownie. I te zapachy.
- Witajcie na wsi – Ela zaśmiała się serdecznie. Wzięła do reki książkę i, nie przejmując się gośćmi, zanurzyła się w lekturze. Dziewczyny wyciągnęły się na ławce i popijały kawę, łapiąc promienie słoneczne.
Sielski klimat, spokój delikatnego wiatru, kojące trele pieściły nerwy podróżniczek. Rozpłynęły się obie, zapominając o wydarzeniach wczorajszego dnia. Mogłyby rozkoszować się cisza wsi długo, gdyby nie obowiązki, o których przypomniał telefon. Kara weszła do domu. Nie lubiła załatwiać interesów przy innych. Wiedziała, że burzy to spokój i wprowadza chaos. Po dwudziestu minutach wróciła z talerzem kanapek.
- Pozwoliłam sobie przygotować – i podała talerz Kwiatkowi.
- Czujcie się jak u siebie. W sumie, to przecież też wasz dom – zdziwione, odłożyły kanapki. – Spokojnie – mama Małej dolała sobie kawy. – Wszystko w swoim czasie. Ale nie ma co się zamartwiać. Na razie delektujcie się tym smakiem. Nikt nie robi takiej kawy jak ja.

Opublikowano

W zasadzie nie lubię zwracać uwagi na takie szczególiki, ale w zdaniu ''Pod jednym z pachnących drzew, przy stoliku nakrytym białym obrysem, siedziała mam Małej'' miało być ''obrusem'' i ''mama'' - takie tam drobnostki, ale jak je poprawisz, będzie ok.
Lubię Twoje opisy :)
I czekam na ciąg dalszy...

Pozdro :)
M.

Opublikowano

Dzięki za cierpliwość. Poprawiłam to czego nie zauważyłam, a czasem mi się literki zagubią.
Ciąg dalszy może nastąpi. Kto to wie. Jak dotąd jest część przed i po i jakieś tam różne w trakcie. Jak Cię nie nudzą, to się cieszę :)

M. pozdrawiam Cię cieplutko :)
O. ;)

Opublikowano

Przeczytałam z rozpędu jeszcze część pierwszą i trzecią, ale nie bardzo mogę się połapać :( Może była wcześniej jeszcze jakaś część zerowa? Poszczególne fragmenty czyta się w miarę gładko, bez bólu i bez większych zgrzytów, ale czytając w kawałkach i nie znając zamysłu Autorki, trudno się odnieść, czy wątki fabularne dobrze ze sobą grają, czy rozłożenie akcentów dramatycznych jest ok, czy zwolnienie tempa - wyraźne w cz. III - szkodzi całości, czy pomaga, itp. itd. Przynajmniej ja nie potrafię, więc będę sobie czytać pomalutku kolejne części (jak będą) – a bardziej konstruktywnie odezwę się kiedyś w przyszłości, jak nazbieram wrażeń. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



O nudzie mam zdanie złe, żeby nie powiedzieć bardzo złe, żeby nie powiedzieć, że szlag mnie trafia, jak słyszę, że ktoś się nudzi :(
Jak można się nudzić? W czaszce wciąż mi dudni ''...Nieuków gnuśne próżnowania, nieuków gnuśne próżnowania...''. Po to włączamy radio, telewizor, głośną muzykę, paplamy gadką - szmatką, żeby nie słyszeć swoich myśli? Bo sparaliżowani i zdezorientowani dojdziemy do wniosku, że tak naprawdę nasza kontemplacja nas samych zawstydzić może, i spadniemy wtedy zupełnie bezbronni ze swoich piedestałów?
Chyba jestem na to wyczulony, czy jak...

No dobra, to powiem, jak było...
Dzień wcześniej bardzo piłem. Rano wyszedłem na balkon i stwierdziłem, że nawiedził mnie anioł, bo zobaczyłem jego szybko zbliżające się oblicze. Zamykane drzwi od balkonu, które pierdolnęły mnie w potylicę, kazały przełknąć kolejną, gorzką pigułkę w prozie, tym razem życia - to biało - brązowe krucze gówno rozbryzgało się o me ramię, nie był to więc anioł. Naprawdę nie wiem, co ja sobie myślałem...
O rany!

Pozdrowienia z czeluści :D
M.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Aniu, jak się uzbiera tego więcej, a istnieje taka możliwość, to wszystko stworzy pewien obraz. Teraz jest lekkie popierniczenie, ale kto powiedział, że musi być idealnie według zegarka. Jeżeli będziesz miała ochotę czytać, będzie git. Jeżeli ja podołam i nie zawiodę, będzie git. Czasem wystarczy jeden słuchacz, aby mówić.

Pozdrawiam :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



O nudzie mam zdanie złe, żeby nie powiedzieć bardzo złe, żeby nie powiedzieć, że szlag mnie trafia, jak słyszę, że ktoś się nudzi :(
Jak można się nudzić? W czaszce wciąż mi dudni ''...Nieuków gnuśne próżnowania, nieuków gnuśne próżnowania...''. Po to włączamy radio, telewizor, głośną muzykę, paplamy gadką - szmatką, żeby nie słyszeć swoich myśli? Bo sparaliżowani i zdezorientowani dojdziemy do wniosku, że tak naprawdę nasza kontemplacja nas samych zawstydzić może, i spadniemy wtedy zupełnie bezbronni ze swoich piedestałów?
Chyba jestem na to wyczulony, czy jak...

No dobra, to powiem, jak było...
Dzień wcześniej bardzo piłem. Rano wyszedłem na balkon i stwierdziłem, że nawiedził mnie anioł, bo zobaczyłem jego szybko zbliżające się oblicze. Zamykane drzwi od balkonu, które pierdolnęły mnie w potylicę, kazały przełknąć kolejną, gorzką pigułkę w prozie, tym razem życia - to biało - brązowe krucze gówno rozbryzgało się o me ramię, nie był to więc anioł. Naprawdę nie wiem, co ja sobie myślałem...
O rany!

Pozdrowienia z czeluści :D
M.


Gówno jako kwintesencja naszego życia. Prawda objawiona. Bardzo pięknie, nie powiem. Tylko czy ów poranny kruk był biały? Jeśli nie, to przemęczony umysł mógł zobaczyć w miejsce anioła uskrzydlonego diabła. I stąd ta kupa na ramieniu.
"Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie."

Pozdro:)
Opublikowano

No nie złość się tak, Oluśka. No przepraszam. Wiem, że powinienem się skupić, jeżeli już się wypowiadam, na jakimś kreatywnym komentarzu, a nie na tym, co mnie wkurza, a nie jest to związane z Twoim pisaniem.
Nie lubię pisać, co mi się w utworze nie podoba, wolę się zawsze skupiać na tym, co mnie pociąga. Dogłębną analizę zostawiam profesjonalistom.
Ty dobrze dobierasz słowa, w zasadzie nie ma u Ciebie żadnych ''niepotrzebnych'' wyrazów, a wbrew pozorom, wcale nie jest to rzadkością. Umiejętnie budujesz nastrój chwili, ten, kto czyta ( czyli czytelnik), od razu wtapia się w miejsce, które opisujesz, ''widzi'' tych ludzi i czynności, które wykonują. Inną sprawą są przesłania, które chcesz przekazać czytającym. Ja najbardziej wolę takie, które szarpną sumieniem, rzucą duszą o bruk, albo kopną w krocze :)
No, ale to ja.
Liczą się zawsze pierwsze, partykularne odczucia, więc pierwsza moja myśl po przeczytaniu kilku Twoich opowiadań była taka, że do tego, by stwierdzić, że masz ''lekkość pióra'' - tak upragniony atrybut wszystkich pragnących dobrze pisać, brakuje Ci bardzo, bardzo niewiele.

Tamten komentarz wywaliłem

Pozdrawiam na kolanach
M.

Opublikowano

Po pierwsze: bardzo trudno mnie rozzłościć, więc skąd taki pomysł, że popadam w podobny nastrój.
Po drugie: nie wyrzuca sie komentarzy, wszystkie są bardzo cenne, a o dyskurs nie trudno, kiedy można o coś się oprzeć. A ja lubię klimatyczne kupy i diaboły :) pod każdą postacią.
Po trzecie: nie łechtaj mnie tak, bo będzie mi zbyt dobrze.
Po czwarte: też lubię przywalić, ale czy to musi być tak od razu? Niestety, mi jako kobiecie zadanie bolesnego ciosu mężczyźnie jest znacznie utrudnione (cios w ryj - w sensie) :)
Po piąte: pisz!!! i nie rób więcej tego czegoś z kolanami:)

Pozdrawiam:)

Opublikowano

Po pierwsze: nie wiem, skąd miałem taki pomysł, ale cieszę się, że trudno Cię rozzłościć, bo to oznacza, że może czasem postaram się Cię pozaczepiać - no, konstruktywnie oczywiście...
Po drugie: wywaliłem to, i się stało. Ale z tymi gównami i czo(a)rtami też mogę zawsze i wszędzie...
Po trzecie: tu akurat nic niechciałbym zmieniać...
Po czwarte: może i zadanie masz znacznie utrudnione, dlaczego jednak nie miałabyś dać kiedyś w mordę jakiemuś facetowi, na przykład nie mnie?...
Po piąte: będę. A z kolan przeturlałem się na plecy i sobie teraz leżę( ale już niedługo)...

Jajamalaja - to ''pozdrowienia'' malezyjskiego plemienia Senoi, z którego pochodzę
M.

Opublikowano

Wsio O.K.
Po czwarte: nie powiedziałam, że nie wykonałam. Ale ciii. Przecież jestem malutką, drobniutką, delikatną osóbką:)
Po piąte: dobry żuk nie jest zły.

:)

Opublikowano

Taki przystanek, coby rozpędu nabrać. to, co Ania Ostrowska. jakaś kolejność dziwna tych odcinków.
ale płynnie, czyściutko, bez zgrzytów. podoba się, kiedy będzie całość? pachnie kryminałem, trupem w szafie, czy w piwnicy. jeśli kolejność nie ma znaczenia - lecę do pierwszej!
:))

Opublikowano

A czy to ładnie czytać od końca? hi hi hi

Kiedy skończę? Jak mi mały potwór zlezie z kolan. Ciesze się, że "wpada w ucho", choć pracy mnóstwo. Gdzieś mi grają, gdzieś stukają, w całość nie chcą się zbytnio poukładać. Najwyraźniej jeszcze nie czas.

Kryminał? hmmm, pomyślę.

cieplutko:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...