Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Przed wiejskim sklepikiem

Czerwona tarcza słońca powoli zbliżała się do linii horyzontu. Był ciepły, sierpniowy wieczór. Tysiące muszek wirowało w powietrzu w fantastycznym, niepojętym balecie, który przez chwilę obserwował przekrwionymi oczami Zenek.
- Nie wim, co ty do mnie godos – zwrócił się do Mądrali – powtóz, kurwa, co mos do powiedzynio.
- Zenek, kurwa, czy ja niewyraźnie mówię? - Mądrala splunął w bok i kolejny raz pociągnął łyk piwa.
Obydwoje siedzieli przed sklepem, który pełnił rolę takiego wiejskiego marketu. Zdziwiłby się niejeden, co też można znaleźć w zwykłym wiejskim sklepiku.
Między ich nogami walały się dwie puste flaszki po półlitrowej wódce i kilka zgniecionych puszek po piwie.
- Aaaaa... Pierdolis, jak profesór jaki... Aleś chyba nim jesce nie jes? - Zenek roześmiał się od ucha do ucha, prezentując swoje dziesięć zębów, które ocalały z próchniczego pogromu, w całej okazałości.
- Zenuś... Zenuś... - Mądrala objął jego kark – Profesorem nie jestem... Jest możliwość, że być może za dwa lata nim będę... Co? Czy mam ci powtórzyć, co sądzę o...
- No! Godoj! - Zenek zerwał się na nogi, prawie jednocześnie puszczając ślicznego pawia przez swe lewe ramię, obficie obryzgując trawę.
- Dobrze, Zenek – Mądrala zgniótł następną puszkę piwa. – Czy ty wiesz, jakie jest sedno sprawy? Wiesz to?
Zenek potrząsnął głową na znak swojej niewiedzy.
- Sednem sprawy, jego jądrem, trzonem i kośćcem jest coś, co nigdy powstawania nie ma, a istnieje wiecznie, coś, co powstaje zawsze, a nie istnieje nigdy. Nasze idee, Zenek, nasze idee można poznawać tylko rozumem, ponieważ idee są przedmiotami definicji, ponieważ takie mamy założenia. A idee są niezmienne i wiecznie istnieją. Przeciwnie przedmioty zmysłowe - powstają i giną, nie istnieją. Jedynie naszymi niedoskonałymi zmysłami można je dostrzec. Prawdziwa wiedza dotyczy idei, a przedmiotów zmysłowych dotyczy jedynie mniemanie, które jest niepewne i mętne – nie jest to wiedza, na pewno.
- Dali nic nie wim – rzekł powoli Zenek. – Wis co? - Ide spać. Mom juz doś.
Złapał się rękami za niski, drewniany płotek, który okalał sklep.
Jego ręce były jak bochny chleba, wielkie i napuchnięte od fizycznej pracy. Afiszował się po wsi w białym, przybrudzonym podkoszulku, jeszcze brudniejszych bojówkach w kolorze khaki, obuty w rozlatujące się tenisówki. Pod jego spaloną od słońca skórą grały czyste mięśnie, bez grama zbędnego tłuszczu.
Całe życie mieszkał na tej wsi. Ojciec umarł, nim mu wyrosły włosy na przyrodzeniu, więc zmuszony był przejąć gospodarstwo, no bo przecież niepodobna, żeby matka sobie z wszystkim poradziła.
Nie potrafił znaleźć panny, która mogłaby zaspokoić jego pragnienia i zechciałaby dzielić z nim wszystkie noce i dni.
'' - Nojsomprzód muse poznać, ło co w tym zyciu chłodzi '' – mawiał, ku strapieniu matki. '' - Czemuz to jeden jes mondry, a kto inny głupi? Jak to jes, ze jednemu piniondze przychodzo ło tak, na pstryknincie renki, a inny musi wtencas przeliź przez menki niewysłowione, zeby choć złotówke zdobyć? Cy śmierć to naprowde kuniec, jak prawi probosc, i idzim do nieba, abo do piekła, cy jest jesce inacy?'' - te wszystkie pytania o ludzką egzystencję na tym padole absorbowały głowę Zenka.
Nie trudno więc zrozumieć, że skumał się z Mądralą.
Mądrala przyjeżdżał tu co rok do dziadków na żniwa. Od gówniarza. Znali się więc z Zenkiem doskonale.
Mądrala - bo tak go nazywali we wsi, naprawdę miał na imię Marek. Marek był doktorem filozofii na prywatnym uniwerku i wciąż się uczył, ku profesorskim szlifom brnąc, bo to właśnie sobie wymarzył. Nigdy nie przestawał przy tym być człowiekiem normalnym, nie podatnym na maniery, jak jego koledzy z pracy, co to się uważali za chodzące wszech-cudy stworzenia, znające odpowiedzi na wszystkie pytania. On nie. Potrafił załadować w okamgnieniu całą furę snopkami żyta i jeszcze uśmiechu z oblicza nie stracić, albo czasem gdzieś zapodziać rezon i nachlać się z kompanem do nieprzytomności prawie.
- Gdzie pójdziesz, Zenek? O tej porze? Siadaj! - pociągnął go za spodnie.
- No dobra, siadum, ale juz nie pije – zastrzegł.
- Zenek... Zenek... Wiesz, co chciałbym ci powiedzieć? Nigdy nie wierz w to, co widzisz. To ci chciałem powiedzieć – Mądrala był już nieźle pijany, lecz mówił zadziwiająco składnie i logicznie. - Świat trzymają za jaja rzeczy niedostrzegalne.
- Aaaaaa... - Zenek machnął ręką – jo tam myśle... myśle... Co jo myśle? - rozciągnął twarz bochnami chleba – Juz nie wim, co jo myśle.
- A tak, odnośnie myśli, czy wiesz, że niektórzy uważają myśli za fale, które są spowodowane wewnętrznymi drganiami duszy?
- Dusy? Podług mnie, wsysko w mózgu sie dzieje. To łun przecie kieruje tym, co cłek robi, nie?
- A, Zenek... – Mądrala uniósł palec wskazujący ku górze – nie wynoś tak mózgu ponad wszystko. Wyobraź sobie, że mózg jest tylko wilgotną gąbką, w której się skraplają opary, co się z serca unoszą...
- A jak sie te gombke wykrenci, to co bedzie? - szelmowski błysk zalśnił w jego oczach.
- To się narodzisz na nowo, albo wylądujesz w domu wariatów – zarechotał Mądrala.
- Ło kurwa, to już wole sie na nowo urodzić. - skonstatował – Ale wis co? Ciekawi mnie jedna zecz. To, co ty się ucys, to jedna sprawa. Ale jo bym chcioł wiedzić, co ty se myślis? Tak naprowde, bez ścimy. Co myślis ło tym świecie?
Mądrala popatrzył na niego przez dłuższą chwilę.
- Co ja myślę... ? - Wiesz, co kiedyś myślałem? - skłamał, gdyż wciąż nie znalazł odpowiedzi na te pytania i wciąż mu nie dawały spokoju. - Zawsze chciałem się dowiedzieć, czy świat i wszystko, co się na świecie dzieje, powstał i powstaje ze ślepej tylko konieczności? Czy też powstaje nie tylko z powodu konieczności, ale oprócz tego pod wpływem umysłu twórczego? Dlaczego pojęcie sensu owego determinizmu pozostaje dla nas niezrozumiałe? Czy istnieją tylko atomy i pusta przestrzeń? Atomy, które różnią się kształtem, wielkością, położeniem i poruszające się wciąż, wiążąc się i rozłączając, tworząc na pewien czas to takie, a to inne związki? Czy naprawdę istnieje tylko materia, czyli te atomy i pustka w której te atomy wirują? A czy dusza – zastrzegam, że ja przyjmuję jej istnienie, a prawie wszyscy moi koledzy ją negują – jest w takim razie ciałem z atomów subtelnych? Ciała stałe składają się z atomów grubszych – dlatego dla żadnych przedmiotów niezmysłowych nie ma miejsca we wszechświecie?
Przerwał, pociągnął spory łyk z puszki, po czym z impetem rzucił nią o ścianę sklepu. Niedopite piwo schlastało bladoróżowy tynk.
- Kurwa mać! - przeklął głośno – kurwa mać! Wiesz, co mnie najbardziej wkurza? To, jak ludzie teraz żyją. Jak można żyć wciąż przeszłością, jak można żyć przyszłością! Przecież życie ucieka im pomiędzy palcami! Ciągle bleblają i bleblają o przeszłości, jak to było, a jak nie było, żyją nią bez ustanku. Rozumiem, że pewne sprawy należy pamiętać, oddawać należną im cześć. Ale żeby one określały ich obecne poczynania?
- Wiesz, Zenek... Pamiętam taką sentencję w zasadzie, nie wiem, kto jest jej autorem, ale brzmi tak mniej więcej:
''Na pewno nie ma nic innego, niż pojedynczy cel obecnej chwili.
Ludzkie życie jest następstwem chwili za chwilą.
Jeśli w pełni zrozumie się obecną chwilę,
nie będzie niczego innego do zrobienia,
niczego, za czym można by ścigać...''


- A któz to zrozumi – Zenek machnął ręką – ludzi nic teroz nie łobchodzi, ino piniondze i wygodne zycie.
Wbrew wcześniejszym deklaracjom, łapnął puszkę z piwem Mądrali, i pociągnął potężny łyk. Puszka chyba się okazała za ciężka, bo rąbnął na plecy jak kłoda, ale się pozbierał, nim Mądrala mu pomógł.
- Nic mi nie jes! Nic mi nie jes! - otrzepał się szybko – No dobra, a co mi ty powis ło miłości? Co ty ło ni wis?
- O cholera, Zenek! – usiedli obaj na powrót na ławeczce – Toś mi zadał pytanie. To jest dopiero najcięższa kwestia na świecie.
Uśmiechnął się lekko.
- O miłości możesz mówić godzinami, żeby na końcu stwierdzić, że to co przed chwilą powiedziałeś, jest stertą bzdur wyrwaną z kontekstu i że żadne słowa nie opiszą tego stanu, w którym żeś się właśnie znalazł. Czy rozumiesz, że można kogoś kochać bardziej, niż siebie samego, a serce, któreś jeszcze do niedawna za swoje uważał, do kogoś innego już należy, a ty na to nic poradzić nie możesz?
Zenek wiedział, dobrze wiedział, oczym mówi Mądrala. Raz jeden, dawno temu, nieprzytomnie się zakochał. Bożenka mieszkała na początku wsi. Nigdy niczego mu nie obiecywała, niemniej jednak on już sobie wyobrażał ich wspólne życie.
Nie potrafił przestać myśleć o jej jasnych, grubych warkoczach, o pełnych, sterczących piersiach i o szerokich biodrach, którymi kołysała, stawiając te swoje kocie kroki w sposób przyprawiający Zenka o utratę zmysłów. Raz ją minął jadąc na rowerze, no i oczywiście nie potrafił nie spojrzeć na jej tyłek, lecz robił to na tyle długo, aż się wpierniczył do przydrożnego rowu, w którym stała woda pomieszana z gnojówką. Bożenka parsknęła tylko śmiechem i poszła dalej. A utytłany w gównach Zenek pognał polami do domu, jak zbity pies, bo mu wstyd było przez wieś dalej jechać.
Spotkali się kilka razy. Raz pozwoliła mu się złapać za swoją obfitą pierś.
Zenkowe wyobrażenia o miłości skończyły się pewnego ponurego, październikowego popołudnia. Dowiedział się, że jej rodzice mieli wtedy jechać do miasta, jakieś ważne sprawy załatwić. Postanowił zrobić Bożence niespodziankę i poleciał do niej do domu.
Na pukanie do drzwi nikt nie odpowiadał. Zszedł ze schodów i podrapał się w głowę. Pomyślał, że może jednak też z nimi pojechała do miasta. W tym samym momencie dostrzegł uchylone drzwiczki w stodole, która znajdowała się za domem. Ruszył ochoczo w ich kierunku w przekonaniu, że tam właśnie znajdzie dziewczynę. Kiedy był już prawie przy wejściu, głośne stęknięcie ze stodoły sprawiło, że znieruchomiał. Po nim nastąpiła cała seria szybkich oddechów, jęków i plaśnięć.
Zenek uskoczył w bok i prawie natychmiast znalazł wśród drewnianych desek, z których zrobiony był budynek, dziurę po sęku na tyle dużą, by móc zobaczyć, co się w środku dzieje. Przyłożył więc oko i wtedy ją zobaczył. Nie, nie była sama. Była z Waldkiem, który mieszkał tuż za jej płotem. Waldek był kilka lat starszy od nich, miał żonę i czworo dzieci.
Bożena trzymała się rękami za wysoki, drewniany filar, podtrzymujący strop stodoły. Wypięła się tak, że Zenek w życiu by nie przypuszczał, że kobieta może się tak wypiąć. Spódnicę miała zarzuconą na plecy, biała bluzka leżała na sianie, obok niej stanik, więc piersi uwolnione z jego jarzma trzęsły się jak szalone we wszystkie strony. Waldek stał za nią ze spodniami spuszczonymi do kostek, cały zlany potem i parł swoimi biodrami w jej wypięty jasny zad z taką szybkością, że Zenek przez chwilę pomyślał, że tylko króliki, które widział spółkujące, potrafią równie bystro się parzyć.
Kiedy Waldek zwolnił nieco i zaczął okładać ją dłońmi po tyłku, cedząc z wysiłku: '' - Heja, ty ssssuko! Jeszcze cie wypierdole...ochchchchch... '', a ją zalała wtedy nowa fala podniecenia, Zenek odwrócił się od dziury po sęku. Powoli poszedł do domu, zamknął drzwi do pokoju i spał aż do rana.
Nigdy już nie wymówił jej imienia.

- Wiem, że miłość powinna rządzić światem – kontynuował Mądrala – ale tak nie jest. Światem rządzą głupi ludzie, przemoc i pieniądze.
- I kurestwo – dorzucił Zenek.
Mądrala parsknął śmiechem.
- Taaaaak. Skłonny byłbym się z tobą zgodzić.
- Aaaaa... Co mi tam... Pocekoj momencik – Zenek odwrócił się i zniknął w sklepie.
Mądrala dopił piwo i spojrzał na nieboskłon. Pomarańczowe chmury o fantastycznych kształtach powoli żegnały zachodzące słońce, sunąc sennie przed jego masywnym obliczem.
Wrócił Zenek z czterema piwami.
- Marek – rzekł, siadając obok niego. – Marek...To jo ci teroz powim ło najwingsym dowodzie miłości, jaki znom. Mozes się śmioć, wim ze mozes, wy miastowe inacy widzita niektóre sprawy...
- Przestań pieprzyć, Zenek. Chętnie wysłucham, co mi chcesz powiedzieć. I nie śmieję się z takich rzeczy.
- No dobra, dobra. Ale najpirw napiim sie.
Stuknęli się puszkami i odchylili głowy, wlewając w siebie złocisty płyn.
- Wis, ze dziesińć roków temu umar mi łociec? Wis. A wis, ze nigdy moi matki nie sarpnoł, nie telepnoł, ani nawet nigdy na nio głosu nie podniós? Chocioz naprowde, jak mi Bóg miły, nieroz i sie nalezało. Mój łociec to był przecie prosty chłop, ino zimia i zimia, a nie jakiś tam poeta, co wirsem godo. Alem nigdy nie widzioł taki miłości, jako łun dzierzył do moi matki. W polu jo nosił na renkach! Jak już widzioł, ze zmencono robotom, to jom chyb na rence i pzez świzo wyorane skiby sadził wielgie kroki i jo zaniós do wozu, zeby se odpoceła.
Przerwał na moment, podniósł z ziemi mały kamień i rzucił nim w bliżej nieokreślonym kierunku.
- Ale zoboc... Matka nigdy mu ty miłości nie oddowała tyle, na ile by łun zasługiwoł. Przynajmi tak mi sie zdawało. Dopiro po śmierci... Dopiro po śmierci.
- Jak to po śmierci? - zdziwił się Mądrala.
- Ano wis co, jak łociec był juz w trumnie i mieli jom zamykać na cmentozu, to matka wyina taki dzbanusek z goroncom wodom, taki z zamykaniem i dała go miendzy jego stopy.
Zwiesił głowę.
- Bo, jak godała, jemu zawżdy w nogi zimno było...
Opublikowano

Serdecznie dziękuję za miły komentarz.
Szczerze mówiąc, myślałem o kilku częściach opowiadania ''Przed wiejskim sklepikiem''. Miałem jednak obawy, jak czytelnicy podejdą do wielości użytej przeze mnie gwary.
Choć z drugiej strony, wszyscy przecież pochodzimy ze wsi...

Opublikowano

Bardzo obawiałam się zastosowanego tu przez Ciebie języka. Nie lubię gwary, ale nie będę ukrywać, że przeczytałam do końca jednym tchem.
Dobrze ujęty i wyeksponowany temat.
Dzbanek z gorącą wodą - i tu tkwi cała prawda.

Pozdrawiam :)

Opublikowano

Przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Ładna przeplatanka gwarecką:)
Ciekawa fabuła, poprawna stylistyka - bezbłędnie.

Poniżej mój, też podobny, ale z większą liczbą zastrzeżeń, których jeszcze nie miałam czasu poprawić.

Ania wie co mówi, jest niezawodna!

Cieplutko, Leo.

Opublikowano

sporo jest niekonsekwencji w wiejskiej gwarze Zenka, raz piszesz "już"a innym "juz", "się" - "sie", piszesz "czy" a powinno być chyba "cy" itp itd
Mądrala to z niego był;)
dla mnie to opowiadanie to mało wiarygodna gadka
pozdrawiam
r

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...