Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

est to jeden z napisanych przeze mnie tekstów lustrzanych.
Tekst (wiersz) lustrzany odbija się w innym tekście (prototypie).
Wiersz lustrzany to coś więcej niż wiersz zainspirowany, stara się zachować
także podobieństwo frazy, rytmu, itp., "wadzi się" jednak z oryginałem
na poziomie meritum. Jednocześnie wiersz lustrzany pozostaje autorską i oryginalną całością.

Poniższy wiersz odbija wiersz rosyjskiego poety Arsenija Tarkowskiego "Spotkania".


***

Wtedy, gdy pierwszy raz wzleciała powieka, wzleciała pod słońce.
Nim znikła czerwień, na końcu
Okamgnienia rozpostarłaś siebie.
Skrzydłem tnąc jak nożycą ślepie katarakty
Leciałaś, a oczy spływały i z trzaskiem
Ginęły rozbite o skały ze skręconym karkiem.
Dysząc skrzelem, z podwodnej krainy, jak wyciągnięta na brzeg
Ryba, nim ginie, wstrząsała nami chwila,
Ta jeszcze, co była, zanim się narodziło: Ty i Ja.
Królewskie państwo, satrapia Północy, o brzasku
Bezbronne przed Zachodem, z piasku usypanym wałem
Niemocy przed tym co się stanie, bo stać się musiało.
Lecz ciągle mi było mało jego chwały.


- Trwaj! Bluźniłem, wiedząc, że sprzedaję Ciebie
Za letni sen pod niebem czerwonym od komet,
Z języków ognia, i świeżych popiołów, opadłych z ramion
Cienkich jak liście, przetartych o siebie.

I pierwszy raz wyrzekłem słowo: - Moja!
Przekleństwem przyrzekłem złożyć hekatombę,
Sprowadzić wściekłe zwierzę, i gdy się rwało

Ze sznura, dygocząc i warcząc,
Ciągnąłem, usilnie, uparcie, nie bacząc
Na plamy krwi u stóp liliowego tronu.

Ofiara złożona. Całopalne dymy zasnuły Twą postać
i w podarku ostatni raz ujrzałem tęczę.
Suchy pot starłem rękawem i węglem,
Gwizdnąłem na nasz los i siadł mi na barku
Kruk czarny i tłusty, z namaszczonym skrzydłem.

Opublikowano

Oj, to niedobrze.
Skoro "nic" z tego nie rozumiesz, to co szukasz na tym portalu?
Niektóre teksty tutaj odwołują się bowiem doa
a) pewnego doświadczenia życiowego - w sensie empirii
b) pewnego doświadczenia życiowego - w sensi zmagania idei z empirią
c) pewnej idei którą po prostu się ma, i mocą talentu albo daru potrafi się ja wyrazić..

A co Ty masz?
I dlaczego uważasz, że warto dodać komentarz "nic nie rozumiem"?
A może warto było się powstrzymać?

pozdrawiam :)

Opublikowano

No i mała porada.
Żeby rozumieć, trzeba mieć pewne odwołania, i erudycyjne, i osobiste, i inne.
Ale własnie dlatego wkleiłem tekst na tym forum, że w wyróżnionym poście (regulaminie, regułach), było zaznaczone, że takie, pewne, przygotowanie, trzeba mieć.

Dlaczego więc, pytam, Ty nie mając, jak widzę, żadnego przygotowania, odważasz się na komentarz? To dziwne. To pycha? Czy lenistwo?

I jeszcze jedno.
Żeby "rozumieć", choć ja wolę bardziej słowo "odczuć" trzeba albo:

1) intelektualnie rozkminić
2) sercem wrażliwym pojąć

A jak się nie ma ani jednej ani drugiej władzy, co pozostaje?

Pisać i komentować ad libitum na forum w nieskończoność :)

Zdrovia
:-)

Opublikowano

Widać zwiodło mnie zastrzeżenie, że tu komentuje się merytorycznie.

Pozdrawiam zatem sieciowych grafomanów, którzy nigdy z sieci (sic!) nie wyjdą.

Hanibal.
Zdefinuj grafomanię, jeśli używasz pojęcia, które jest Ci najbliższe.
Zobacz, jeśli lenistwo Ci pozwoli, na wiersz Tarkowskiego.
W Twojej, prymitywnej, definicji grafomanii, chyba każdy wers tam takim byś znalazł.
Nie wystarczy anonimowo opublikować setki przeciętnych wynurzeń miernego ducha
w Internecie, trzeba jeszcze mieć coś do powiedzenia. Więc, na razie delikatnie,
przywołuję Cię do porządku. Zastanów się, przemyśl. Niektóre Twoje wiersze
wskazują na to, że potrafisz.

I powściągnijcie emocje. Nigdy za późno, żeby się uczyć. I erudycji, i wrażliwości.
To naprawdę może się przydać, bo wszystko karleje...

pozdrawiam :)

Opublikowano

Jeśli ktoś ma coś merytorycznego do powiedzenia, serdecznie zapraszam.


Zakompleksionym internetowym gwiazdom grafomanii, odżegnującym się, zresztą
szczerze, od regulaminu, mówimy: - Dziękujemy, nie korzystamy :)

Oj, czymże byłaby grafomania bez humoru ;

zdrovia

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


widzisz Lecter, masz jeszcze szanse jak się nawrócisz, ja już jestem przegrany ;)

No tak, zsyłka na ciepły, partyjny portal, to jednak nie to samo, co "delikatne przywołanie do porządku" :))
Chyba jednak wolę, patrzeć przy prosiaku na cierpienia pucharowe polskich drużyn, niż cierpieć przy kaszance, serwowanej przez nową falę orgowych gigantów słowa, nabuzowanych empirią i ideą ;)
Pozdrawiam, "zerwany ze sznura, dygocząc i warcząc" ;)
Opublikowano
Tych naszych spotkań pierwszych każde mgnienie

Wciąż było dla nas niczym objawienie.

Świat był daleko. Świat nie widział tego,

Że ty się lotu uczyłaś ptasiego

Na stopach schodów, w pełni odurzenia

Śmigając w górę, w dal, prowadząc w biegu

Przez bzy wilgotne do królestwa swego

Po tamtej stronie lustrzanego cienia.

I byłem w łaskach Jej Królewskiej Mości,

Pokornej prośbie uczyniono zadość -

Otwarto wrota carskie i z ciemności

Święciła w ciemność wychylona nagość.

A gdy się budził: Bądź błogosławiona! -

Twierdziłem bluźniąc, bowiem kiedy niema

Spałaś, powieki przymknąwszy, znużona -

Niczym błękity wszystkich pastwisk nieba

Bzów się nad nimi pochylały grona

I błękitami muśnięte powieki

Spokojne były i ciepłe - ramiona...

W krysztale jasnym pulsowały rzeki

I rosły góry i morza ogromne,

A ty ze sferą kryształową w dłoni

Jak z jabłkiem spałaś... A spałaś na tronie

I - nie do wiary! - należałaś do mnie!

I słowo nam się w ustach odmieniło,

Powszednie - brzmiało nagle szorstko, czule

I rozsadzało krtań wyrazem, siłą,

Niezwykłym sensem, w którym Ty znaczyło -

Cesarz i władca! Król nad króle!

I świat się odmienił: rysy, twarze,

Najprostsze rzeczy: dzban, miednica, stropy,

Gdy między nami mieniący się warzył,

Aż zastygł w rżnięty kryształ - strumień wody.

I droga wiodła nas na antypody.

Przed nami się cofał jak miraże

Niewiarygodne i cudowne grody.

I trawa sama kładła się pod nogi,

I ptaki skrzydłem wytaczały drogi.

I ryby wyszły z rzek, i w niebios kręgu

Otwarła nam się tęcza siedmiobarwna...

Gdy los za nami śladem szedł od dawna,

Niczym szaleniec z brzytwą w ręku.


A. Tarkowski



Autor "lustrzanki" próbuje udowodnić, że wszedł na szczyt, trzymając w rączce jeno zdarte buty:)
Opublikowano

Przepraszam za wyjątkowo zadziorne odpowiedzi wczoraj wszystkich Komentujących.
Miałem wyjątkowo paskudny wieczór, co mnie jednak absolutnie nie tłumaczy.

Jeszcze raz przepraszam. Chętnie podyskutuję rzeczowo i jeszcze chętniej usłyszę konkretną krytykę formy albo treści czy też przesłania nadesłanego przeze mnie tekstu.

Co do stosunku do oryginału, to akurat jest to lustro w sensie przeglądania się bardziej niźli odbijania. Inne teksty lustrzane są bardziej hm..lustrzane, ale wybrałem ten bo był najnowszy.

Opublikowano

Pani Dorota Jabłońska

Wiersz Tarkowskiego to oczywiście zupełnie inny wiersz.
W lustrach nie chodzi bowiem o czyste naśladownictwo, żeby np. poprowadzić frazę identycznie
jak w oryginale aż do końca zamieniając tylko słowa, metafory itd. Chodzi o coś innego.
Także rymowanie jest u mnie bardziej złamane, tekst jest krótszy, a poza tym refleksja nad rozpadem pojawia się o wiele wcześniej, podczas gdy u Tarkowskiego magię zauroczenia, zjednoczenia z drugą osobą przerywają dopiero dwa ostatnie wersy. Wszystko się u niego kumuluje w sacrum zachwytu aż do tych dwóch ostatnich wersów. W tekście lustrzanym relfeksja, myśl, zakłócenie pojawia się wcześniej. I dlatego współbycie w tej relacji z drugą osobą zagrożone jest myślą o relacji, zawłaszczeniem, obawą, że chwila przeminie, zanim jeszcze przeminie..Dlatego dokonuje się pewien rytuał (rytuał, jako coś co odwołuje się do żródła, idei), rytuał jednak właśnie staje się zabójczy. To co się musiało stać - Przeminięcie - przychodzi jako konsekwencja skażenia "spotkania" obawą, myślą i celebracją - które odprawiało się by Przeminięcie zaczarować i nie do niego nie dopuścić. Ale ono i tak przychodzi, bo przychodzi zawsze..

Opublikowano

W mojej opinii ustawiłeś poprzeczkę dużo powyżej możliwości. Na miły Bóg! Tarkowskiego?

No cóż, skoro zdało się to konieczne do życia, powinieneś przede wszystkim zachować wersyfikację/klasyczną/. Ileż intuicji potrzeba by tego dokonać! Zadbać o kształt podmiotu, tonację, język!
Pomysł połączony z dużą dozą egzaltacji - nic więcej.

Opublikowano

Dziękuję za opinię.
No cóż, wybrałem inaczej. Nie uważałem za konieczne zachowanie wersyfikacji, tak jak pisałem: to nie jest gładkie, wypolerowane lustro.

Nie rozumiem natomiast dlaczego poprzeczkę miałoby się ustawiać niżej albo wyżej.
Ustawia się ją tam, gdzie jakiś tekst, czyjegoś autorstwa nas poruszy.

Napisałem trzy teksty lustrzane, do 3 wierszy, które mają ze sobą wg mnie bardzo dużo wspólnego.
Jeden z nich powyżej. Drugi to tekst lustrzany do "Alkoholik wstępuje w bramy niebios" Miłosza a trzeci "Płynąc na Sutton Island" Barańczaka.

Prawda, że te wiersze mają ze sobą dużo wspólnego?:)

pozdrawiam i dziękuję za konkret!

Opublikowano

Nie chcę być rozjemcą, ani mającym jedynie słuszne zdanie, między mającymi odmienną ocenę tego wierszu, ale nic nie jest tak oczywiste, jak chcą i krytycznie widzą przeciwnicy tego wiersza, jak i zaaferowany swoim dziełem autor. Ale, Lecter [o ironio, z którym mało kiedy, co do ocen wierszy się zgadzam] na pewno wychwycił najsłabsze wersy wiersza, i dla mnie też nie ulega to wątpliwości (że to są jedne z najsłabszych wersów wiersza). Ale, i od razu to mówię, że te najsłabsze, czyli w literackim (a więc i poetyckim) sensie wersy, dla mnie są raczej niefortunnymi niż grafomańskimi wersami, i nie świadczą o całym wierszu. Wiersz więc dla mnie wcale nie jest grafomański. Inna sprawa, jak jest dobry, czy zaledwie, czy nawet dobry. Po prostu, acz nie koniecznie po prostu, to jest wiersz jak wiersz, czyli jak kto uważa. Ale nim, być może powiem kilka słów o tym wierszu, powiem, że odbijanie piłeczki, żeby Lecter podał definicję grafomani nie jest fer. To tak samo, jakby tenże zapytał autora o definicję poezji. Co tu się domagać czegoś, na co właściwie nie ma jednej definicji, i co każdy może przysposobić na swoją korzyć. A podanie czegoś zunifikowanego vel w przybliżeniu jest zubożeniem poezji. Tym bardziej, że wcześniej (w komentarzu) autor odwołuje się do tego, że woli rozumieć, i mam nadzieję, że rozumie na zasadzie odczuć, co pewnie w przybliżeniu sprowadza się do dwóch punktów, że je powtórzę:
1) intelektualnie rozkminić
2) sercem wrażliwym pojąć
Jak tu więc podawać definicję (ścisłość) tego, co jest (z natury rzeczy) nieścisłe. Troszkę się jednak zagalopowałem, bo przecież są autorskie przepisy ars poetica, z jakich można wyciągnąć różne i przeróżne wnioski, ale chyba najczęściej takie, że teoria teorią, a praktyka praktyką. No i jeszcze powiem, że czytelnikowi raczej trzeba ułatwiać życie ze wszech miar, a nie odsyłać go do szukania po Internecie, czyli było od razu pod wierszem swoim, przedstawić wiersz Arsenija Tarkowskiego, co właśnie zrobiła pani Dorota [pewnie prawa autorskie temu nie były przeszkodą, bo w innym miejscu nie są, ale kto tam wie]. Można więc te wszystkie moje uwagi uważać za przygany, a można i za zalecenia, ale też można za trafienie kulą w pot. A co do wiersza, zawsze w takich i podobnych przypadkach mówię, że warto było go stworzyć, a właściwie przysposobić, w ostateczności choćby i po to, żeby tym wierszem tyle odczuć, tyle przeżyć, co wzbudzić takie kontrowersje. Pewnie na różnych portalach vel forach, różnie ten wiersz jest, albo będzie odbierany, i czy to jest, czy ma być źle. Przynajmniej ten wiersz nakierował mnie na nieznanego mi dotąd Arsenija, właśnie ojca, słynnego syna Andrei Tarkowskiego. No i na koniec, nie mogę być cyniczny i porównać przekład z lustrzanym odbiciem, ale muszę stwierdzić, że lustrzanka, przynajmniej teoretycznie daje większe twórcze możliwości (niż właśnie przekład), a co do wykorzystania tej szansy, można się przynajmniej sprzeczać. Znam, w miarę dobrze i cenię twórczość Akmeistów i kilku innych poetów rosyjskich, no i wiem, że inna jest specyfika wiersza rosyjskiego, którego śpiewność (związana z akcentem) jest nieprzetłumaczalna, a wierniejsze, wręcz śpiewne przekłady i naśladowania (jeżeli to nie są sensu stricte piosenki) uważane są za, delikatnie mówiąc, nieporozumienia literackie. Znaczy się, na pewno nie odkrywam Ameryki, ale przekładając, inspirując się, czy tylko lustrując z rosyjskiego (jak i z każdego języka) musi to być wyrażone, jak najbardziej specyfiką polskiego języka (brzmienia, znaczeń, odniesień, zwyczajów). Chyba, że ma się przyjemność z talentem czystej wody, który może łamać i łamie, jeżeli nie wszystkie, to niektóre święte reguły sztuki twórczej. Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...