Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Niespodziewany Koniec Lata


Rekomendowane odpowiedzi

Gość Michal Chmielarz
Opublikowano
NIESPODZIEWANY KONIEC LATA

Widzisz, a jednak się stało,
choć wiedziałem, że tak będzie.
Bólu jeszcze jakby mało,
a ja wcišż Cię widzę wszędzie.

Tyle męk uczucie dało,
wracam do tych chwil boleœnie.
Coœ w mym sercu kiedyœ grało,
czy to przypadkiem nie we œnie?

Już nie wiem czy jestem w błędzie,
rozstanie jest smutne raczej.
Lecz żegnam Cię w każdym względzie,
chciałbym móc umieć inaczej.

Wspaniale się rozumiemy,
œwiat wiecznych rozmów budujšc.
I razem być nie możemy,
aż tak do siebie pasujšc?

Miłoœć marny żywot przędzie,
nadzieję stopiły deszcze.
Wiara to rdzawe narzędzie,
czy spotkam Cię kiedyœ jeszcze?

Wiesz, nie zapomnę o Tobie,
z żalem Cię będę wspominać.
Chodzš mi chwile po głowie,
których nie sposób zatrzmać.

Wiesz, że będziesz w mojej duszy,
bo w przyrodzie nic nie ginie.
Kiedyœ Tomek z Alš ruszy
i w daleki œwiat popłynie.

Wiesz, czas biegnie bardzo szybko,
o cofnięciu jego marzę.
Niech się Tobie nigdy Żabko,
łza w Twym oczku nie pokaże.

Wiesz, wspomnienia mam wspaniałe,
wiele razem już przeszliœmy.
Skšd się biorš Myszki małe,
zgodne ze mnš w każdej myœli?

Słuchaj w myœlach tamte chwile,
które moje serce skradły.
Zdarzenia niezmiernie miłe,
dlaczego one przepadły?

Powiedz: kiedyœ Cię skrzywdziłem
jakoœ? Gdzie jest wina nasza?
Za krzywdy o których nie wiem,
bardzo serdecznie przepraszam.

Poczuj znów w nozdrzach morskiego
powietrza powiew wspaniały,
gdyby mnie kiedyœ martwego,
wszystkie cierpienia zabrały.

Dotknij Alicjo kochana,
œcieżki życia Ci drogiego.
PójdŸ beze mnie, lecz nie sama,
i nie spotkaj zła żadnego.

Patrz jak nad molem w Orłowie,
wzbiła się mewa najmłodsza.
Wiatr jej cichutko dziœ powie:
"Przepadła miłoœć najsłodsza".

------------------
PS: List jest prawdziwy, a imiona zostały zmienione smile.gif Jakie imię widniało przed "Tomkiem" na pewno się domyœlacie smile.gif

Pozdrowienia
Gość Michal Chmielarz
Opublikowano

Nie wiem czy znowu, jestem tu dosyć nowy smile.gif

A na ludzkš cierpliwoœć leku nie znam wink.gif

Pozdrawiam,

Opublikowano

żabki, myszki - kotka dodaj
to nie będzie mi już szkoda
napisać jak krzywdzisz bardzo
nas tu tą rozstania farsą


próbując wpisać się w klimat, pozdrawiam i proszę - litości!:)
no i dziękuję za wskazówkę co do liczby głosek i wersów, sama nigdy bym się nie doliczyła, aga

Gość Michal Chmielarz
Opublikowano

Kogo jak kogo Oyey, ale po przestudiowaniu Twojej wczeœniejszej twórczoœci, nie wezmę tej opinii na poważnie smile.gif O co Ci chodzi z "rymami z Częstochowy"? Jeżeli masz na myœli Orłowo to... jak się nie znasz na geografii to nie pisz, proszę smile.gif

Agnieszko, niech nie dziwi Cię - jakby się zdawać miało - infantylizm tego wiersza. Był on pisany w czasie, gdy takie przesłodzenie było bardzo wskazane. Poza tym to oryginał - nie znasz okolicznoœci w jakich powstawał i dla kogo (i w jakim wieku) tongue.gif

Co do informacji o sylabach - coż, wiersze, które powstajš na tym serwisie sš najczęœciej pozbawione jakiegokolwiek porzšdku (ulubiony układ to układ na "tak wyjdzie", prawda Oyoy? [ale to już odsyłam do "Wielkiego Oyoya" laugh.gif ] ).

Układ "normalny" raczej odróżnia się od reszty (choć jak się zdaje, najłatwiej o akceptację wiersza bez znaków interpunkcyjnych i jakiegokolwiek porzšdku). To pewnie dlatego, że przez przyjęcie jakiegoœ układu trzeba pomyœleć. Najgorzej jest jednak, jak wiersz nie nadrabia braku tego porzšdku treœciš.

Pozdrawiam,

Opublikowano

- - - jako że czytałem wiersz w kodowaniu EŒWin, w takim też i napisałem ten post - - -

jak dla mnie to pomysł na wiersz był pewnie ciekawy,
ale tacy wojownicy jak ja nie lubiš obecnie takich rzeczy...
Po przeczytaniu nie wbił mi się w głowę żaden konkret, troszkę (?) za dużo słów...
Ja dla mnie nie ma klimatu....
Pomijajšc układy, rymowanie i cokolwiek co się łšczy z formš...
...odnoszšc się tylko do treœci...
to nie ma w tych słowach tego "czegoœ"

Ale funkcję pewnie spelnił... wink.gif

Pozdrawiam,
Kai Fist

Opublikowano

Panie Michale
Niech Pan spróbuje napisać wiersz "nieuporządkowany" w taki sposób, aby zachował rytm i sens.
Ja osobiście takie rymowanki piszę na kolanie z marszu i nie mam żadnych problemów z utrzymaniem odpowiedniej liczby zgłosek w wersie. Kaszka z mleczkiem, więc proszę trochę przystopować. Tu nikogo nie interesuje w jakich okolicznościach powstało "dzieło". Tutaj ocenia się jego wartość. A że wartość marna, więc i oceny nie mogą być pozytywne.
Pozdr.

Gość Michal Chmielarz
Opublikowano
CYTAT (oyey @ Aug 2 2003, 08:59 PM)
nie mówiąc o rymach z częstochowy


Nie spotkałem się, to prawda, ale może gdyby pan pisał jaœniej... Œciœlej mówišc: nie istnieje coœ takiego jak rym "z częstochowy", a jedynie sformułowaie "rym częstochowski".

To (uproszczenie?) wprowadziło mnie w błšd, tym bardziej, że nie przykłada pan zbytniej uwagi do odpowiedniego stosowania DUŻYCH i małych liter (jak widać - czasem warto).

Faktycznie, błędem było umieszczanie tego wiersza tutaj, ponieważ dla ludzi "nie w temacie" może on de facto nie przedstawiać żadnej wartoœci (dodatkowo, przed publikacjš musiałem usunšć kilka aluzji, które dla niewtajemniczonych już na pewno by nie były znaczšce).

Zdaję sobie sprawę, że utrzymanie odpowiedniej liczby zgłosek w wersie nie jest bardzo trudne, jednak czasem i pomyœleć trzeba i trochę czasu poœwięcić.

Pytanie:Skoro to taka "kaszka z mleczkiem" to dlaczego 90% wierszy jej nie ma???
OdpowiedŸ: Dlatego, że to zajmuje za dużo czasu. Nie dam rymów, nie dam znaków interpunkcyjnych, ten wiersz zrobię szybko i już mogę zabrać się za kolejny i zapomnieć o poprzednim. smile.gif
Poza tym - ja mogę powiedzieć, że piszę najlepiej z najlepszych, i napisałbym, tylko mi się nie chce smile.gif

Dla mnie to się tak przedstawia. Pozdrawiam,
Gość Michal Chmielarz
Opublikowano

Diabeł tkwi w szczegółach smile.gif a Orłowo jest nad morzem cool.gif , więc nie mógł przyjechać z Częstochowy.

Ponownie proszę o podanie przykładu kliku (wg. pana) niebanalnych rymów. Bardzo mnie ciekawi jak wyglšdajš rymy spoza tej mieœciny.

Opublikowano

W odpowiedzi odsyłam do wiersza "Film" (tekst piosenki), który jest pewnie gdzieś na tym forum i to całkiem niedawno zamieszczony. Nie jest moją intencją chwalenie się, ale właśnie ten tekst napisałem w ciągu niecałych piętnastu minut, a ten, który znajdzie się poniżej:

na ścianie
szlaczek
z kropek
brunatnych
przedtem
powietrze ze świstem
rozdarte przez stal
i smuga czarna
ten ból
synku
to od łez
tata chciał
tylko
pożartować

nie pamiętam dokładnie, ale na pewno o wiele dłużej.
Pozdr.

Opublikowano
CYTAT (Pelman @ Aug 3 2003, 09:35 PM)
Wygląda mi na to, że poezję traktujesz jak wyrobnik i jej wartość mierzysz nakładem poniesionej pracy.
Może się na tym nie znam, ale wydaje mi się, że to nie tak...

nakład nijak ma się do efektu końcowego...

to tak jak z wojownikami, hehe, jeden walczy dzielnie przez całe życie u boku króla i ciężko pracuje, a drugi podczas jednej bitwy rozstrzyga zwycięstwo i zostaje bohaterem...
o kim potem mówią legendy?
...

w wierszami jest podobnie, nie wystarczy praca... trzeba umieć zrobic tak, żeby się spodobało sobie, innym, przekazać w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie,

trzeba mieć finezję w tworzeniu,
czego życzę wszystkim i sobie,

Gość Michal Chmielarz
Opublikowano
CYTAT (Pelman @ Aug 3 2003, 09:35 PM)
CYTAT (Michal Chmielarz @ Aug 3 2003, 01:02 PM)
Pytanie:Skoro  to taka "kaszka z mleczkiem" to dlaczego 90% wierszy jej nie ma???
OdpowiedŸ: Dlatego, że to zajmuje za dużo czasu. Nie dam rymów, nie dam znaków interpunkcyjnych, ten wiersz zrobię szybko i już mogę zabrać się za  kolejny i zapomnieć o poprzednim. smile.gif
Poza tym - ja mogę powiedzieć, że piszę najlepiej z najlepszych, i napisałbym, tylko mi się nie chce smile.gif

Dla mnie to się tak przedstawia. Pozdrawiam,

Wygląda mi na to, że poezję traktujesz jak wyrobnik i jej wartość mierzysz nakładem poniesionej pracy.
Może się na tym nie znam, ale wydaje mi się, że to nie tak...

Pozdrawiam


Dla mnie w tym cytacie zabrakło jeszcze poprzedniego zdania (tzn. "Zdaję sobie sprawę, że utrzymanie odpowiedniej liczby zgłosek w wersie nie jest bardzo trudne, jednak czasem i pomyœleć trzeba i trochę czasu poœwięcić.")

Wiedziałem, że podczas cytowania się ono już nie znajdzie, bo łagodzi zacytowany fragment dry.gif

Kai Fist - z wojownikami się zgadzam. Jednak budowa wiersza to nie wojowanie smile.gif (chociaż można w sumie do tego porównać - byłaby z tego dobra metafora smile.gif )
Byli wielcy, którzy tworzyli wiersze zarówno uporzšdkowane jak i nie uporzšdkowane.

Podsumowujšc - wydaje mi się, że jest tutaj za mało wierszy o typowym układzie. Nie mówię, że nie sš one dobre, po prostu jeden uporzšdkowany wiersz na jakiœ czas by się przydał. A wartoœć może mieć przez to większš lub mniejszš. Zależy jaki będzie. Jeżeli mój ma mniejszš... to trudno, będzie następny wink.gif

Pozdrawiam,

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...