Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Muszę znaleźć się
W Tu-i-teraz.
Resublimować z eteru
Wirtualnych istnień;
Samodzielnie, mozolnie
Poskładać się w całość;
Rozproszyć falę gęstych myśli;
Z aksamitnej konsystencji
Wypełznąć na
Twardą powierzchnię.
Unieść ciężar trwania
W przestrzeni oczywistej.

Opublikowano

Czy nie jest ten wiersz troszkę bez lekkości i wdzięku? Nie wiem, czy zbyt "fizyczny", jak pisze Piotr, lecz - kiedy chcę wypływać, muszę stać się lżejsza. Ty stroną techniczną wiersza zatapiasz treść. Dlaczego, ostatecznie, przestrzeń, w której nosisz ciężar (?) jest oczywista? Nie mogę wyłuskać jednoznacznego przesłania. Pomóż. Pozdrawiam. E.

Opublikowano

Otóż właśnie nie chodzi o to, żeby stać się lżejszą. O "wypływaniu" nie ma mowy wcale. Chodzi o to, że na tę twardą ziemię muszę "wypełznąć" - stać się cięższa, udźwignąć ten ciężar rzeczywistości. Przyjmuję, że nie przemawia to do Was :) Dla mnie ta "fizyczność" jest tutaj bardzo ważna właśnie - musi zaistnieć, żeby wyplątać się z iluzji, marzeń &c, a w dodatku dziać się to ma z rozsądku, a nie woli... Trochę głupio mi tłumaczyć co "autor miał na myśli", bo każdy odbiera treść dla siebie i robię to tylko na wyraźną prośbę. Ale, z drugiej strony, fajnie, że Cię zaciekawiła treść, Elu. Miło. Pzdr Mika

Opublikowano

Trudno jest się odnaleźć, gdy uczucia, te negatywne, zabijają wszelką radość, ale trzeba szukać nadal pokładów własnej siły, aby żyć w ,,przestrzeni oczywistej". Ty taką z pewnością masz........

Opublikowano

No tak, to rozumiem. Wytłumaczyłaś przystępnie i wybacz, że nie stało mi inteligencji. Takie zamiary czy zachcenia postąpania wreszcie po twardym gruncie miewam i ja. Trochę mnie zmyliła ta przestrzeń w ostatnim wersie, która skojarzyła się właśnie z lekkością, przezroczystością, szklistością. Ty potraktowałaś ją tu dosłownie jako miejsce. Dlatego - oczywista. Sama sobie tłumaczę, jak rozumiem Twój wiersz! Tego jeszcze nie było. Ale dałaś pokombinować i za to dzięki z pozdrowieniami. E . Ale, ale - jeszcze :Jednak mimo zrozumienia oba ośrodki fizyczne, o których wiersz, są tu dla mnie za gęste. Aksamitna konsystencja przywodzi na myśl ciężką, okienną draperię. Świat iluzji natomiast to właśnie lekkość, z której nie trzeba wypełzać, a wyskoczyć. Pogadałam sobie, ale rozumiem, co piszesz. Można i tak.

Opublikowano

Fizyka obcą mi zawsze była ale Twój wiersz odebrałam bardzo osobiście. Trafił mnie w dziesiątkę.
Pozdrawiam serdecznie
Jola

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...