Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sypiali w małym łóżku, przykrytym szorstkim kocem z frędzlami. Przychodzili do tego pokoju pod koniec młodości każdej nocy, pijani zapachami nocnych ulic, nowymi wrażeniami, wszystkimi obrazami, które zarejestrowały ich oczy, aż w końcu pijani rzeczami najbardziej przyziemnymi - whisky z lodem, wódką zmrożoną prawie do stanu stałego. Naszprycowani tym wszystkim spadali miękko na łóżko, ściskali się z całych sił, uprawiali dziki seks, zasypiali. Bywało jednak, że M. mimo największych powodów do zmęczenia, nie potrafiła zasnąć. Siadała wtedy - raz ubrana, raz naga - na szerokim dość parapecie małego okienka i zapalała cienkiego papierosa. Wtedy właśnie uderzała ją fala myśli, które tłumnie oblegając jej serce, nie mogły znaleźć sobie w nim miejsca. Myślała więc urywkami wszystkich myśli, formułowała zdania kończące się w połowie. Czasem łączyły się ze sobą w nielogiczne ciągi, lub tonęły we wciąż jeszcze obecnym alkoholu w jej żyłach. Zupełnie jak kiedyś, zanim poznała D. Pierwsze spotkanie z tym mężczyzną, w którego oczach od razu dostrzegła apetyt agresywnego zwierzęcia, było jednocześnie zaczątkiem nowej ery dla jej systemu myślenia. Teraz jednak cofnęła się w czasie. Wpatrywała się w księżyc w pełni, nienaturalnie duży i nienaturalnie srebrny. Wraz z drzewami parku Gülhane i wieżyczkami pałacu Topkapı tworzył obraz, który wydawał się jej wręcz groteskowo romantyczny. D. nie spał, wbrew temu, co sądziła M. Gdy ona wpatrywała się w księżyc, D. wpatrywał się w jednej punkt, rozmarzonymi oczami, jednak rozmarzenie to nie było adresowane do przyciemnionej sylwetki kobiety, która siedziała na parapecie i paliła papierosa. Czuł zmęczenie, które go przygniatało, jednocześnie dziwnie lekką i przyjemną tęsknotę. To chyba nazywano niegdyś nostalgią, ale czy nostalgia może być kiedykolwiek lekka i słodka? D. wyraźnie czuł tę słodycz.

- Księżyc w pełni największy jest zawsze w Stambule. Wszędzie indziej jest podobnych rozmiarów - szepnęła M., nie zamierzając wymawiać tego, co przed chwilą pomyślała.
- To prawda - powiedział D.
- Nie śpisz.
- Po prawdzie w ogóle nie udało mi się zasnąć- spoglądając na M. zauważył kartkę i długopis na jej kolanach - co napisałaś?
- Haiku.
- Haiku nikogo nie obchodzi.
- Haiku w poezji to jak kilka pikseli w zdjęciach, które robisz. Fakt, nie znaczą nic, ale to mój kawałek poezji.
- Czyli ty też się nim tak nie przejmujesz.
- Zamknij się - warknęła M. i zaśmiała się.

Opuściła głowę, uśmiechając się do siebie. Na początku ich związku sądziła, że sypiając w jednym łóżku, objęci tak mocno, że mogliby połamać sobie żebra, będą śnić te same sny, w tej samej chwili. Teraz cieszy się, gdy oboje nie śpią i przeżywają razem swoją bezsenność. M. wstawała bladym świtem, D. dołączał do niej dopiero kilka godzin później.

- Ten księżyc jest nienaturalnie wielki. Jakby wyrośnięty na żarciu napakowanym hormonami wzrostu - stwierdził.
- Pozabijałby wtedy wszystkich swoim niezdrowym ciężarem. Dlaczego w ogóle o tym mówimy? Nadal jesteśmy chyba pijani.
- Mów za siebie.
- Tobie akurat nie wierzę najbardziej. Sobie może i wierzę, ale to ciebie musiałam wziąć za ramię, żebyś wiedział, jak trafić do windy.
- Gdybym był René Magrittem, namalowałbym cię teraz - zakłopotany tą uwagą D. zmienił temat po krótkim milczeniu - zamyśloną, stojącą tyłem ode mnie, z melonikiem na głowie. A nad tobą wisiałby ten stambulski księżyc.
- Magritte nie malował kobiet w tak radośnie prosty sposób. Musiałabym mieć twarz zawiniętą w całun. Albo piersi i cipkę zamiast twarzy, jak w Gwałcie.
- Widocznie nie widziałaś wszystkich jego obrazów, przynajmniej większości. Ale nie usłyszałaś mnie. Mówiłem, że stałabyś tyłem.

Gdy w D. zaiskrzyła kolejna wizja, instynktownie sięgnął po aparat. Najbardziej lubił te momenty, w których zdjęcia formowały się w jego głowie same. Widział wtedy wszystkiego jego kolory, kształt przedmiotów, które się na zdjęcie składało, odległość między nimi, wszystkie światła i cienie, wszystkie emocje i zmarszczki na twarzach swoich modeli. Mawiał czasami, najczęściej na lekkim rauszu, że gdyby jego umysł potrafił robić zdjęcia, już dawno stałby się bogiem wszystkich fotografików. Gdy trzeźwiał, uświadamiał sobie jednak, że jego głowa jest jeszcze za mała i zbyt sztywna, by pomieścić w niej cały świat, który każdego dnia chłonął bez ograniczeń. M. zeszła z parapetu i zakręciło jej się w głowie przez chwilę. Delikatnie obrócił ją w stronę okna, palce D. sprawiły, że miała ochotę przywłaszczyć sobie całe ciepło jego ciała. Wtuliła się w niego, marząc o tym, by jej chłód nigdy nie zrównoważył jego ciepła. D, po chwili obrócił M. w swoją stronę i ubrał ją w swoją białą koszulę. Lubiła nosić jego ubrania. Pomyślał o meloniku, przypominając sobie o Magrittcie, jednak melonika nigdzie nie było. Odsunął się, włączył aparat, delikatnym ruchem zbudował sobie statyw z własnych ramion, precyzyjnie wymierzył obiektywem w stronę M.

Powstanie obraz, który stanie się symbolem każdego ich powrotu do Stambułu. Kobieta w białej koszuli, na którą rozlewają się jej niedbale ułożone, jasne włosy. Stać będzie przodem do okna, więc wszyscy oprócz tych, którzy wiedza, co to za kobieta, będą gorączkowo układać sobie w wyobraźni rysy jej twarzy. Jej głowa jest lekko odchylona w stronę księżyca. Wielkiego i odżywionego napakowanym hormonami żarciem. Groteskowo romantycznego księżyca w pełni, nienaturalnie srebrnego, zupełnie innego od wszystkich innych, na wszystkich nocnych niebach świata. Neil Armstrong bałby się postawić na nim swoją stopę, do końca istnienia ludzkiej cywilizacji pozostałby nietknięty. Może dlatego, że widać go tylko z tego miejsca, gdzie stali M. i D., w tej klitce nieopodal pałacu Topkapı. Oboje zostaną zupełnie sami, nikt nie będzie wiedział, że tworzą dzieło, nad którym za parę miesięcy cały świat pokiwa głową z uznaniem - tak chciała myśleć najgłębsza częśc duszy D., jednak jej wierzchnie warstwy nie doprowadzały do ubrania zalążka tej myśli w słowa. Zostaną sami, ponieważ wszyscy będą zmierzać do Topkapı, spiesząc do świątyni Hagia Sophia, szukać widoku na most Galata. Jednak dla tej kobiety i dla tego mężczyzny pierwszym zabytkiem, którego będą wymieniać zapytani o Stambuł, będzie księżyc.

---

Nawiasem mówiąc, nie istnieje taki obraz Magritte'a, w którym człowiek w meloniku wpatruje się w księżyc w pełni. Dwa lata temu wydawało mi się, że widziałam ten obraz, zapamiętałam nawet jego tytuł, ale okazało się, że jest to wytwór fałszywego wspomnienia i mojej wyobraźni. Jednak melonik, nocne niebo i księżyc to coś, co pan Magritte bardzo lubił malować. Dlatego moim ulubionym obrazem Magritte'a jest ten, którego nigdy nie namalował.

Opublikowano

Podoba mi się. Ma klimat. Mnie Istambuł kojarzy się z wariacką jazdą taksówką. Nie wiem, jakim cudem oni potrafią tak jeździć, nie powodując przy tym kolizji ;)
Jedna literówka (chyba):
D. wpatrywał się w jednej punkt
Pewnie miało być "jeden"
Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @MigrenaSzczerość i precyzja obrazu. Bierzesz na warsztat coś intymnego, przerażającego i wstydliwego – chorobę, bliskość, wstyd.  Nie boisz się wchodzić w ciemne, niewygodne zakamarki ludzkiej cielesności i systemu. Cały Ty :)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A nie jesteśmy już po?

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @Berenika97   Bereniko.   cóż mam powiedzieć ?   fascynujesz mnie intelektualną głębia swoich analiz.   jesteś wspaniałą interpretatorką dusz wierszy.   to co robisz jest genialne.   a to, że jesteś tak serdecznie życzliwa do moich tekstów......   uśmiecham się z wdziecznością do Ciebie :)))   przepraszam za kolokwializm ale uśmiecham się pełnym pyskiem :)     dzięki Nika :)   ściskam :)        
    • Schodzę do gabinetu wenerologa jak do piwnicy pod sumieniem. Niżej już tylko rury kanalizacyjne, które prowadzą prywatne rozmowy z wiecznością i co jakiś czas płaczą rdzawą łzą. Światło jarzeniówek skonfiskowano tu za długi wobec słońca, więc świeci połowicznie, jak prawda po badaniu histopatologicznym. To nie jest budynek. To punkt skupu zużytej bliskości. Sortownia ciał, gdzie „kocham” zostaje przemielone na procedurę zakaźną nr 4. Ściany obite ceratą w kolorze wyblakłego mięsa pamiętają więcej niż ja. Wszystko da się tu zmyć: krew, pot, złudzenia, metafizykę. Zostaje tylko zapach - chlor, formalina, stara krew i monety trzymane zbyt długo w ustach nieboszczyka. Tak pachnie syfilis. Tak pachnie miłość, kiedy ktoś wreszcie ją wycenił. Siedzę na krześle, które wygląda jak zeznanie wymuszone torturą. Lekarz przede mną nie ma twarzy. Ma maskę przeciwgazową i spokój księgowego Apokalipsy. Jego dłonie są żółte od jodu, palce sękate jak kłącza winorośli, które zbyt często grzebały w cudzej winie. Nie patrzy mi w oczy - oczy są zbyt czystym formatem, nierefundowanym przez NFZ. Patrzy tam, gdzie „ja” przechodzi w „to”, gdzie człowiek staje się dokumentacją zdjęciową. - Proszę to rozpakować, mówi głosem, jakby przełykał żwir zmieszany z wazeliną techniczną. - Ten egzemplarz miłości ma wadę fabryczną. Rozpakowuję się jak paczka z Allegro: ostrożnie, z nadzieją, że może jednak to nie to. Wyciąga wziernik. Zimny, stalowy dziób ptaka padlinożercy, wykuty w hucie imienia "Nieodwołalnego Błędu." Narzędzie rozchyla mnie jak akta sprawy o kradzież tlenu. Moja godność zgrzyta, ale podpisuje zgodę. - O, proszę, mruczy z zachwytem kolekcjonera. - Syfilis. Wersja deluxe. Krętek blady tańczy tu menueta. Każde „tęsknię” to jeden pasażer więcej. To nie choroba. To pieczęć własności. System wreszcie znalazł punkt zaczepienia w mięsie. Słucham i czuję ulgę. Wreszcie coś działa. Wreszcie coś mnie chce. Na biurku leży piła. Nie do ciała - do sensu. Mentalny brzeszczot do amputacji wspomnień, do rżnięcia połączeń synaptycznych odpowiedzialnych za „dlaczego”. - Musimy przeprowadzić amputację ontologiczną, cedzi, dolewając mi do rany kwasu z logo NFZ. -  Dusza jest siedliskiem bakterii metafizycznych. Nie przejdzie przez sito normy. Za dużo treści niecenzuralnych. Tu już nie chodzi o zdrowie. Tu chodzi o formatowanie dysku. Kiwam głową jak dobry pacjent, jak dobry obywatel. Dusza brudziła czymś gęstym, smarem do zawiasów w bramach piekła, żeby nie zgrzytały, gdy wchodzą potulni. Wypisuje receptę na papierze ściernym. Atrament z wywaru z pogardy. Dawkowanie: realizm trzy razy dziennie, dożylnie. Zakaz marzeń o dotyku. Dotyk generuje koszty, powikłania i nieestetyczne skoki w statystykach zgonów. Mam się nie przywiązywać. Przywiązanie sprzyja mutacjom. Za nim archiwum. Słoje z formaliną. W każdym pływa sine „na zawsze” i zdeformowane „obiecuję”. Eksponaty w muzeum wielkiego rozczarowania. Każdy opisany numerem sprawy i ceną biletu: chwila zapomnienia w bramie za trzy złote. - Następny! ryczy, zanim zdążyłem się ubrać. Wychodzę. Moja skóra szeleści jak zużyty papier wartościowy. Jestem numerem PESEL z przypisaną infekcją, chodzącą ulotką o szkodliwości istnienia, użytkownikiem systemu TRUP+ w wersji stabilnej. Na korytarzu cienie trzymają się za krocza i patrzą na mnie z zazdrością. Serce bije mi w rytmie urzędowego zaklęcia: Sy-fi-lis. Sy-fi-lis. Sy-fi-lis. Uśmiecham się bezwargowo. Bo wiem, że teraz jestem kompletny. Jedną, wielką, ropiejącą prawdą. Taką, której żaden system nie dotknie bez gumowej rękawiczki, formularza ZL-17 i krótkiej modlitwy do rejestru zgonów, okienko numer trzy.      
    • @Leszczym   dzięki Michał.   a ja bym chciał pisac tak dobrze jak Ty.   ale już wiem.   nie dla psa......,,:)   pozdrawiam.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...