Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sypiali w małym łóżku, przykrytym szorstkim kocem z frędzlami. Przychodzili do tego pokoju pod koniec młodości każdej nocy, pijani zapachami nocnych ulic, nowymi wrażeniami, wszystkimi obrazami, które zarejestrowały ich oczy, aż w końcu pijani rzeczami najbardziej przyziemnymi - whisky z lodem, wódką zmrożoną prawie do stanu stałego. Naszprycowani tym wszystkim spadali miękko na łóżko, ściskali się z całych sił, uprawiali dziki seks, zasypiali. Bywało jednak, że M. mimo największych powodów do zmęczenia, nie potrafiła zasnąć. Siadała wtedy - raz ubrana, raz naga - na szerokim dość parapecie małego okienka i zapalała cienkiego papierosa. Wtedy właśnie uderzała ją fala myśli, które tłumnie oblegając jej serce, nie mogły znaleźć sobie w nim miejsca. Myślała więc urywkami wszystkich myśli, formułowała zdania kończące się w połowie. Czasem łączyły się ze sobą w nielogiczne ciągi, lub tonęły we wciąż jeszcze obecnym alkoholu w jej żyłach. Zupełnie jak kiedyś, zanim poznała D. Pierwsze spotkanie z tym mężczyzną, w którego oczach od razu dostrzegła apetyt agresywnego zwierzęcia, było jednocześnie zaczątkiem nowej ery dla jej systemu myślenia. Teraz jednak cofnęła się w czasie. Wpatrywała się w księżyc w pełni, nienaturalnie duży i nienaturalnie srebrny. Wraz z drzewami parku Gülhane i wieżyczkami pałacu Topkapı tworzył obraz, który wydawał się jej wręcz groteskowo romantyczny. D. nie spał, wbrew temu, co sądziła M. Gdy ona wpatrywała się w księżyc, D. wpatrywał się w jednej punkt, rozmarzonymi oczami, jednak rozmarzenie to nie było adresowane do przyciemnionej sylwetki kobiety, która siedziała na parapecie i paliła papierosa. Czuł zmęczenie, które go przygniatało, jednocześnie dziwnie lekką i przyjemną tęsknotę. To chyba nazywano niegdyś nostalgią, ale czy nostalgia może być kiedykolwiek lekka i słodka? D. wyraźnie czuł tę słodycz.

- Księżyc w pełni największy jest zawsze w Stambule. Wszędzie indziej jest podobnych rozmiarów - szepnęła M., nie zamierzając wymawiać tego, co przed chwilą pomyślała.
- To prawda - powiedział D.
- Nie śpisz.
- Po prawdzie w ogóle nie udało mi się zasnąć- spoglądając na M. zauważył kartkę i długopis na jej kolanach - co napisałaś?
- Haiku.
- Haiku nikogo nie obchodzi.
- Haiku w poezji to jak kilka pikseli w zdjęciach, które robisz. Fakt, nie znaczą nic, ale to mój kawałek poezji.
- Czyli ty też się nim tak nie przejmujesz.
- Zamknij się - warknęła M. i zaśmiała się.

Opuściła głowę, uśmiechając się do siebie. Na początku ich związku sądziła, że sypiając w jednym łóżku, objęci tak mocno, że mogliby połamać sobie żebra, będą śnić te same sny, w tej samej chwili. Teraz cieszy się, gdy oboje nie śpią i przeżywają razem swoją bezsenność. M. wstawała bladym świtem, D. dołączał do niej dopiero kilka godzin później.

- Ten księżyc jest nienaturalnie wielki. Jakby wyrośnięty na żarciu napakowanym hormonami wzrostu - stwierdził.
- Pozabijałby wtedy wszystkich swoim niezdrowym ciężarem. Dlaczego w ogóle o tym mówimy? Nadal jesteśmy chyba pijani.
- Mów za siebie.
- Tobie akurat nie wierzę najbardziej. Sobie może i wierzę, ale to ciebie musiałam wziąć za ramię, żebyś wiedział, jak trafić do windy.
- Gdybym był René Magrittem, namalowałbym cię teraz - zakłopotany tą uwagą D. zmienił temat po krótkim milczeniu - zamyśloną, stojącą tyłem ode mnie, z melonikiem na głowie. A nad tobą wisiałby ten stambulski księżyc.
- Magritte nie malował kobiet w tak radośnie prosty sposób. Musiałabym mieć twarz zawiniętą w całun. Albo piersi i cipkę zamiast twarzy, jak w Gwałcie.
- Widocznie nie widziałaś wszystkich jego obrazów, przynajmniej większości. Ale nie usłyszałaś mnie. Mówiłem, że stałabyś tyłem.

Gdy w D. zaiskrzyła kolejna wizja, instynktownie sięgnął po aparat. Najbardziej lubił te momenty, w których zdjęcia formowały się w jego głowie same. Widział wtedy wszystkiego jego kolory, kształt przedmiotów, które się na zdjęcie składało, odległość między nimi, wszystkie światła i cienie, wszystkie emocje i zmarszczki na twarzach swoich modeli. Mawiał czasami, najczęściej na lekkim rauszu, że gdyby jego umysł potrafił robić zdjęcia, już dawno stałby się bogiem wszystkich fotografików. Gdy trzeźwiał, uświadamiał sobie jednak, że jego głowa jest jeszcze za mała i zbyt sztywna, by pomieścić w niej cały świat, który każdego dnia chłonął bez ograniczeń. M. zeszła z parapetu i zakręciło jej się w głowie przez chwilę. Delikatnie obrócił ją w stronę okna, palce D. sprawiły, że miała ochotę przywłaszczyć sobie całe ciepło jego ciała. Wtuliła się w niego, marząc o tym, by jej chłód nigdy nie zrównoważył jego ciepła. D, po chwili obrócił M. w swoją stronę i ubrał ją w swoją białą koszulę. Lubiła nosić jego ubrania. Pomyślał o meloniku, przypominając sobie o Magrittcie, jednak melonika nigdzie nie było. Odsunął się, włączył aparat, delikatnym ruchem zbudował sobie statyw z własnych ramion, precyzyjnie wymierzył obiektywem w stronę M.

Powstanie obraz, który stanie się symbolem każdego ich powrotu do Stambułu. Kobieta w białej koszuli, na którą rozlewają się jej niedbale ułożone, jasne włosy. Stać będzie przodem do okna, więc wszyscy oprócz tych, którzy wiedza, co to za kobieta, będą gorączkowo układać sobie w wyobraźni rysy jej twarzy. Jej głowa jest lekko odchylona w stronę księżyca. Wielkiego i odżywionego napakowanym hormonami żarciem. Groteskowo romantycznego księżyca w pełni, nienaturalnie srebrnego, zupełnie innego od wszystkich innych, na wszystkich nocnych niebach świata. Neil Armstrong bałby się postawić na nim swoją stopę, do końca istnienia ludzkiej cywilizacji pozostałby nietknięty. Może dlatego, że widać go tylko z tego miejsca, gdzie stali M. i D., w tej klitce nieopodal pałacu Topkapı. Oboje zostaną zupełnie sami, nikt nie będzie wiedział, że tworzą dzieło, nad którym za parę miesięcy cały świat pokiwa głową z uznaniem - tak chciała myśleć najgłębsza częśc duszy D., jednak jej wierzchnie warstwy nie doprowadzały do ubrania zalążka tej myśli w słowa. Zostaną sami, ponieważ wszyscy będą zmierzać do Topkapı, spiesząc do świątyni Hagia Sophia, szukać widoku na most Galata. Jednak dla tej kobiety i dla tego mężczyzny pierwszym zabytkiem, którego będą wymieniać zapytani o Stambuł, będzie księżyc.

---

Nawiasem mówiąc, nie istnieje taki obraz Magritte'a, w którym człowiek w meloniku wpatruje się w księżyc w pełni. Dwa lata temu wydawało mi się, że widziałam ten obraz, zapamiętałam nawet jego tytuł, ale okazało się, że jest to wytwór fałszywego wspomnienia i mojej wyobraźni. Jednak melonik, nocne niebo i księżyc to coś, co pan Magritte bardzo lubił malować. Dlatego moim ulubionym obrazem Magritte'a jest ten, którego nigdy nie namalował.

Opublikowano

Podoba mi się. Ma klimat. Mnie Istambuł kojarzy się z wariacką jazdą taksówką. Nie wiem, jakim cudem oni potrafią tak jeździć, nie powodując przy tym kolizji ;)
Jedna literówka (chyba):
D. wpatrywał się w jednej punkt
Pewnie miało być "jeden"
Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...