Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

No i stało się! Jakoś stało się tak, że masz czytelniku przed oczami książkę zaopatrzoną w najróżniejsze moje przygody. Pierwsza historia na jaką tu natrafisz wydarzyła się w lutym 1989 roku, czyli wówczas gdy byłem niespełna dwudziestoletnim młodzieńcem. Cóż więcej tytułem wstępu? Może to, że znaczną część tekstu dedykuję własnej sklerozie, innymi słowy – dziadkowi, którego prawdopodobnie za kilkadziesiąt lat z trudem przyjdzie skojarzyć z kimś, kogo znało lustro młodości!
No, a teraz - drogi czytelniku, skoro zacząłeś, to już chyba czas całkowicie popuścić cugli czytelniczej manii?

8 lutego 1989 roku (środa) Ostatniej soboty coś mnie podkusiło, aby na stację kolejową wybrać się pieszo – ale już po pokonaniu w mokrym śniegu jakichś dwustu metrów żałowałem, że nie poczekałem na autobus. Nowe buty okazały się do niczego; tak przemokły, że woda podchodziła aż do kostek. Chlupało w nich przy każdym ruchu! W którymś momencie uśmiechając się sam do siebie, pomyślałem, że gdybym był niewidomy, to pewnie pomacałbym je ręką, żeby się upewnić, czy w ogóle mam je na sobie.
Gdy doczłapałem się do dworca, mój pociąg stał już na peronie. W pustym przedziale zająłem miejsce przy oknie. Bez namyślania się zdjąłem buty i skarpety. Buty postawiłem na grzejniku, a skarpety rozwiesiłem gdzieś obok. Jako że ubieram się w tanie - co za tym idzie - gorsze jakościowo rzeczy, oczywiście moje stopy zafarbowały mi, od czarnych skarpet, na granatowo-sinawy kolor. Wyglądały niczym odmrożone kończyny himalaisty! Podłoga, cała upaćkana pośniegowym błotem, w żadnym razie nie zachęcała do tego, aby postawić na niej bose stopy. Musiałem zarzucić je na siedzenie naprzeciwko, pomimo, iż zdawałem sobie sprawę, że tym samym wystawiam ohydne syry na widok publiczny. W tej, jakby nie było najwygodniejszej dla mnie pozycji, żywcem zaczerpniętej z domowego obyczaju, wyciągnąłem książkę, która sprawiła, że po kilku stacjach o wszystkich niedogodnościach prawie całkiem zapomniałem. I właśnie kończyłem pierwszy rozdział, gdy pociąg wtoczył się na peron w Szczecinie Dąbiu. Wychyliłem się i wśród wsiadających zobaczyłem niczego sobie paniusię, na oko, kilka lat starszą ode mnie. Zapragnąłem, aby się przysiadła. Po chwili pojawiła się w korytarzu. Popatrzyła na mnie ciepło i już miała rozsunąć drzwi do przedziału, gdy nagle, krzywiąc się ze wstrętem - zrezygnowała. Odchodząc, rzuciła przez ramię tak mordercze spojrzenie, że aż poszło mi w pięty. Poczułem się jak, nie przymierzając, zbity pies i odruchowo podwinąłem nogi pod siebie. Siedziałem tak, jeszcze przez kilkanaście minut. Jednak nie dało się w ten sposób wysiedzieć długo – rozbolał mnie bok, no i nie mogłem się skupić na czytaniu. Chcąc nie chcąc, musiałem wrócić do poprzedniej pozycji, lecz aby znów nie zostać uraczonym czyimś obrzydzeniem, postanowiłem pod żadnym pretekstem nie spoglądać w kierunku drzwi.

Do tej pory wszystko szło dobrze i zjawiłbym się u Bogdana na umówioną godzinę, gdyby nie to, że z powodu awarii jakiegoś pantografu w elektrowozie - staliśmy w Goleniowie ponad dwie godziny. Owe miasto po raz drugi okazało się dla mnie pechowe. Pierwszego razu nie pamiętam, ale skądinąd doskonale znam datę: 23 września 1969 roku. To właśnie w goleniowskim szpitalu narządy rodne mojej matki wydaliły mnie na ten popieprzony świat.
Do Wolina zajechałem po 21-ej. I cóż mnie tam przywitało? Drodzy czytelnicy, nie zgadlibyście. A nawet gdyby ktoś próbował, a ja odpowiedziałbym: "zimno", to pewnie sądziłby, że jest na złym tropie. Tymczasem, kiedy wysiadłem z pociągu, miast orkiestry powitalnej, której i tak się nie spodziewałem - usłyszałem miły uszom miarowy chrzęst lodu, towarzyszący moim krokom – chrzęst, który jakoby adwokat zimy zdawał się zapewniać, że tym razem obuwie mi nie przemoknie. Jako osoba ciepłolubna nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę szczęśliwy z powrotu mrozu, a jednak tego jednego wieczoru byłem; i tak, zerkając na migoczące gwiazdy i na ludzi pojawiających się co jakiś czas w oknach rozświetlonych niebieskawą poświatą, chyba szybciej niż w tym zdaniu do kropki, dotarłem do bloku Bogdana.
Gdy tylko wszedłem do klatki, usłyszałem hałas dochodzący z jego mieszkania. W odpowiedzi na te dźwięki, serce zabiło mocniej, poczułem też trochę nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Czasami bardzo niepokoi mnie mój własny brak wyobraźni – no bo, zważywszy na muzykę i pokrzykiwania powinienem przecież uznać za normalne, iż moje dzwonienie do drzwi nie odnosi żadnego skutku - a jednak, jakoś bez sensu wytrąciło mnie to z równowagi. Chciałem koniecznie być już na imprezie! A przecież, chcieć, nie zawsze znaczy móc. Tym razem, nie było innego wyjścia, jak tylko odczekać aż w mieszkaniu chociaż nieco przycichnie.
Gdy po jakichś dwóch minutach stwierdziłem, że nadeszła odpowiednia pora, by znów dopaść dzwonka, wówczas okazało się, że był on najzwyczajniej w świecie zepsuty. Otóż, ze środka prócz narastającego gwizdu czajnika nie dochodziło nic, co przypominałoby jego dźwięk. Wtedy załomotałem pięścią. Raz i dwa. Już miałem walnąć trzeci raz, gdy raptem usłyszałem uroczy dziewczęcy pisk, a po chwili, tuż za drzwiami – głos zdaje się tej samej dziewczyny, jak przekonywała jakąś drugą, że ktoś puka. „Ktoś naprawdę puka!” Potwierdziłem słowa uderzając ten trzeci raz i zdaje się, że coś jeszcze wykrzyknąłem. Zawołały Bogdana. Wreszcie zgrzyt zasuwy i mogłem zobaczyć jego uśmiech.
Na ten uśmiech już mam odpowiedzieć uśmiechem, gdy nagle, coś złego się ze mną dzieje! Przed oczami mroczki, a nogi mam jak z waty - wchodzę do środka i od razu… muszę chwycić się czegoś, żeby nie upaść. Niby dostrzegam fragmenty otoczenia, ale za nic nie umiem powiązać ich ze sobą. Jakby z oddali - słyszę swój głos wybąkujący życzenia, widzę rękę wręczającą książkę, wieszak i palce zatykające kurtkę na haczyku – może moje, może Bogdana. W końcu te pieprzone skarpety, które jakoś znów pozbyły się butów…

Bogdan niemal wepchnął mnie do dużego pokoju, gdzie przy stole siedzieli ludzie, których nie znałem: Artur, który był tutejszym kolegą Bogdana, Paweł, który był bardziej kolegą Artura oraz Marta, która razem z Bogdanem podobno przywitała się ze mną w progu. Zapoznałem się z chłopakami, po czym Artur zagadał:
— Skąd jesteś?
— Ze Stargardu – wycedziłem z taką ledwością, że chyba raczej nie dosłyszał.
— Żurek trochę mówił o tobie. Podobno piszesz wiersze? Siadaj.
— No piszę – odpowiedziałem siedząc już na wersalce.
— Ja powiem ci szczerze, przyjacielu, nie przepadam za wierszami. Męczą mnie. Wolę, i to dużo bardziej, kryminały — ale, podkreślam, dobre kryminały! Nie jakieś tam!
— Też lubię – przytaknąłem.
— A tam, lubisz… A jakich znasz autorów? Znasz jakiegoś?
— No nie.
— Czyli, kurwa, laik jesteś – chichocząc podsumował Paweł .
— Pawełku kurdupelku, mówiłem ci żebyś nie przeklinał. Mówiłem? No. Jesteśmy u Bogdana, jest bardzo fajnie.
No i są dziewczyny! Panuj nad sobą! – poklepał Pawła, po czym zwrócił się do mnie:
— To ja ci powiem, Konrad, kogo warto czytać.
— Kornel – poprawiła go Marta.
— Sorry, Kornel. Masz rzadkie imię, wiesz? Dobre kryminały…

Kiedy Artur wymieniał autorów kryminalnych bestsellerów, ja czułem się już jako tako i mogłem się przyjrzeć Marcie, która siedziała obok mnie pochylona nad sałatką jarzynową. Ładna blondynka, w zielonej spódniczce mini, lewą ręką głaskała się po udzie; na tle rajstop lśniły i hipnotyzowały, ozdobione złotym brokatem, długie paznokcie.
— Jak sałatka? – zapytał Bogdan.
— Nawet smaczna.
— Może ciutkę za słona?
— Nie. Lubię mocno doprawione. A kto ją robił? Ty, czy twoja mama?
— Sałatkę sam. Stara zrobiła tort i wszystko inne. Właśnie Kornel, tortu już nie ma. Spóźniłeś się!
— Daj spokój, nie przyjechałem na tort. Mów dalej. – powiedziałem, odwracając głowę w stronę Artura.

C.D.N

Opublikowano

Don coś tam, po lekturze pewnej książki, wydawnictwa XXL z Wrocławia, w przekładzie Marka Skierkowskiego nie zdziwi mnie już nic, ani pochlastane nicki, teksty nijakie, szczytujące komentarze dawno nieszczytujących "czaka". Ale że ponieważ gdyż albowiem bo zaś w miarę z powodu joł, powiem ci autorze, nie jest najgorzej ale może być lepiej. Pierwszy z brzegu przykład:
Jakbym ledwo co wstał, po tym, jak padłem zemdlony - usłyszałem jak wybąkuję życzenia, zobaczyłem swoją rękę wręczającą książkę. - O co tu, kutwa, szanowny autorze kaman?

Opublikowano

Z odpowiedzią o co "kaman" w przytoczonym przez Ciebie fragmencie wolałbym poczekać,aż więcej osób nie skuma tego fragmentu. Żywię jednak nadzieję, że pojawi się ktoś, dla kogo będzie to na tyle jasne, że z chęcią wytłumaczy Ci za mnie.

Opublikowano

Średnio interesujące, ale biorąc pod uwagę, że to początek czegoś większego, może się rozkręci? Natomiast jestem zaskoczona znaczna ilością usterek technicznych, tzn. dla mnie to są usterki, dla innych może nie :) Celowo nie podaję teraz przykładów by nie sugerować innych komentujących. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Proszę:

„Tak jak zazwyczaj, również w ubiegłą sobotę na stację kolejową wybrałem się pieszo. Niestety, po pokonaniu w mokrym śniegu jakichś dwustu, może trzystu metrów zacząłem żałować, że nie zaczekałem na autobus.” – w kontekście poprzedniego zdania, zamiast "niestety" lepiej byłoby, moim zdaniem, użyć „jednak”


„Już po przejściu tego odcinka nowe buty okazały się zupełnie do niczego. Chlupało w nich potwornie, żeby nie powiedzieć kurewsko. Gdybym był niewidomym, to zwyczajnie pomacałbym ręką czy w ogóle mam je na sobie.” – "Gdybym był.. itd" efektowne zdanie, ale kompletnie pozbawione sensu. Parę razy w życiu chlupało mi w butach, więc wiem, że nie ma to nic wspólnego z odczuciem, że idzie się boso - bo jest znacznie bardziej niewygodnie. Poza tym, jeśli już, to chyba bardziej poprawnie byłoby „niewidomy”, a bardziej naturalnie „czy w ogóle mam je na nogach” bo butów nie nosi się "na sobie".

„Gdy przemarznięty doszedłem do dworca, na peronie mój pociąg już stał. W wagonie poszukałem pustego przedziału i gdy znalazłem rozpanoszyłem się w nim jak u siebie w domu.” – niepotrzebnie rozwlekłe. Wywaliłabym oczywistości: "na peronie" i "w wagonie" bo one nic nie wnoszą.

„Natychmiast zdjąłem buty i skarpety. Buty postawiłem na grzejniku, skarpety rozwiesiłem. Jako, że ubieram się w rzeczy tanie, co za tym idzie gorszej jakości, oczywiście moje stopy musiały przybrać granatowy kolor skarpet.” – niepotrzebne udziwnienie, czemu nie „przybrały”?

„To był koszmar! Wyglądały jak jakieś odmrożone kończyny himalaisty.” – moim zdaniem lepiej byłoby odnieść „jakieś” do himalaisty: "wyglądały jak odmrożone kończyny jakiegoś himalaisty."

„Po tym, jak przechodzący korytarzem facet na ich widok skrzywił się, schowałem je podwijając nogi na siedzeniu.” - bardzo dziwny dla mnie szyk zdania; zmieniłabym na: albo ”Po tym, jak facet przechodzący korytarzem skrzywił się,…” albo „Po tym, jak przechodzący korytarzem facet skrzywił się nieludzko,…” W obu przypadkach wywaliłabym „na ich widok” bo z kontekstu wiadomo, że tylko o to może chodzić, o nic innego.

„Kiedy wysiadłem z pociągu chrzęst lodu pod nogami gwarantował, że tym razem obuwie mi nie przemoknie. Byłem zadowolony z powrotu mrozu, a zerkając na migoczące gwiazdy i na ludzi przemykających w rozświetlonych oknach chyba szybciej niż w tym zdaniu do kropki, dotarłem do mieszkania Bogdana, znajdującego się w czteropiętrowym bloku.” – znowu, w sąsiedztwie pierwszego zdania, początek drugiego: "Byłem zadowolony z powrotu mrozu" do wywalenia, nic nie wnosi. Po godz. 21.00 ludzie migający w oknach? Z jakiego powodu? W większości domów to czas telewizyjny, a nie gorączkowa bieganina towarzysząca powrotom z pracy czy ze szkoły. Druga część zdania od „dotarłem do” brzmi sztucznie. Nie można byłoby po prostu: dotarłem do bloku Bogdana” lub ostatecznie: „do bloku, w którym mieszkał Bogdan”?

„Zaraz po wejściu na klatkę schodową usłyszałem hałas dochodzący z jego chaty.” – za mało „stylowy” jest język poprzednich zdań, żeby tu użyć „chaty”. Naturalniej byłoby „mieszkania”.

„Zważywszy, jak tam głośno się zachowywali, w zasadzie powinienem uznać za normalne, iż moje dzwonienie do drzwi nie odnosiło żadnego skutku.” – to „zachowywali” jest tu przedwczesne, niby kto: oni? Wcześniej jest mowa, ze bohater jedzie do Bogdana, a nie na imprezę. Informacja o hałasie jest już w poprzednim zdaniu, więc wystarczyłoby: „zważywszy na to, w zasadzie…”

„Trochę jednak, wytrąciło mnie to z równowagi i zacząłem się coraz bardziej denerwować. Chciałem już być na imprezie! Skończyć z samotnością, która poczęła mi doskwierać.” – wydaje mi się, że przecinek po „jednak” jest niepotrzebny i szczerze mówiąc, cały ten fragment zupełnie mi nie leży - nie umiem sobie wyobrazić, że po długiej podróży, stojąc w nocy w niedosuszonych butach przed zamkniętymi drzwiami można myśleć tak cielęco. To musiałoby być wkurzające uczucie i tu powinieneś dać temu wyraz. Poza tym, te zdania wywołują zdziwienie czytającego, kiedy się doczyta do końca – co było powodem tego hałasu? Zjedli tort i może trochę sałatki. Nie było muzyki i nie kłócili się – nie ma o tym dalej żadnej wzmianki . To skąd ten hałas?

„Pomyślałem, że muszę odczekać, aż w mieszkaniu nieco przycichnie. Gdy po jakichś dwóch minutach stwierdziłem, że właśnie nadeszła odpowiednia pora, aby znów dopaść dzwonka, wówczas okazało się, że był on najzwyczajniej w świecie zepsuty. Ze środka nie dochodziło nic, co przypominałoby jego dźwięk. Załomotałem pięścią.” - usunęłabym zdanie "Ze środka..." - z tych samych powodów, co wymieniane wyżej - nic nie wnosi.

„Zrazu usłyszałem piskliwy wrzask, a po chwili, tuż za samymi drzwiami dziewczęcy głos oznajmujący komuś, że ktoś puka.” – "piskliwy wrzask"? Może po prostu „pisk”? I poprawniej byłoby „oznajmiający”, i jeszcze bez „komuś”.

„Następnie wieszak i palce zatykające kurtkę – może moje, może Bogdana.” – „zatykające” na czym?

„Skarpety, które bóg raczy wiedzieć, jak znów pozbyły się butów.” – „bóg raczy wiedzieć” to wtrącenie, więc przecinki powinny być z obydwu stron

„Trochę jeszcze mokre nogawki spodni - idiotycznie, wesoło merdające - decydujące za mnie, w którą stronę obrócić się, czy postąpić kroku.” – „merdające” to kompletnie nie ten ruch, chodziło Ci chyba o „majtające się”?

„Byłem rozbity. Rejestrowałem tylko sekwencje, tylko przypadkowo zauważone fragmenty najbliższego otoczenia, a wszystko na co spojrzałem zdawało się krzyczeć niemym głosem.” - po „wszystko” chyba powinien być przecinek. „Krzyczeć niemym głosem” okropnie melodramatyczne.

„Bogdan niemal wepchnął mnie do dużego pokoju gdzie siedzieli Artur, Paweł oraz dziewczyna, która razem z Bogdanem przywitała mnie w progu - Marta. Nikogo z nich nie znałem wcześniej. Przywitałem się z chłopakami, po czym Artur zagadał:”- powtórzenie "przywitała" "przywitałem" - może lepiej byłoby za drugim razem „powiedziałem: cześć” albo „siemka” ?

„— Ja powiem ci szczerze przyjacielu, nie przepadam za wierszami. Męczą mnie. Wolę i to dużo bardziej kryminały — ale podkreślam, dobre kryminały! Nie jakieś tam, tylko dobre!” – Tu i dalej w tekście jest używane wtrącenie „przyjacielu”, bez należytych przecinków z obu stron, podobnie jak w tym fragmencie trzeba też wydzielić drugie wtrącenie „i to dużo bardziej”

„— A tam lubisz… A jakich znasz autorów? Znasz jakiegoś?” – brak przecinka po „A tam”

„— Czyli, kurwa, laik jesteś – podsumował mnie Paweł chichocząc.” – wywaliłabym „mnie”

„Pawełku, mówiłem ci żebyś nie przeklinał. Jesteśmy u Bogdana, jest bardzo fajnie, jest atmosfera, klimacik. No i są dziewczyny! Tralala! — śmiejąc się Artur poklepał chichoczącego jeszcze Pawła” – brakuje myślnika na początku

„ — Także panuj nad sobą przyjacielu! – dodał, po czym zwrócił się do mnie:” – „tak że” oddzielnie

„— To ja ci powiem Konrad, kogo warto czytać.” - brak przecinka przed „Konrad”

„— Sorry Kornel. Masz rzadkie imię, wiesz? Dobre kryminały…” – to samo tutaj, przed „Kornel”

„Kiedy Artur wymieniał tytuły kryminalnych bestsellerów, ja starałem się dyskretnie przyjrzeć szczupłej Marcie, która siedząc obok mnie pochylona była nad sałatką jarzynową.” – chyba autorów kryminalnych bestsellerów?

"Blondynka o lekko zadartym nosku, nawet ładna - ubrana w żółtą bluzkę, zieloną spódniczkę mini i buty na wysokich obcasach. Lewą ręką głaskała się po udzie." – strasznie karkołomne, sałatka była w niebezpieczeństwie :)

„— Jak sałatka? – zapytał ją Bogdan.” – wywaliłabym „ją” - wiadomo, tylko ona jadła

Uff, piwo mi się należy :))) Ania

Opublikowano

Żeby jedno piwo. Za taką robotę należy Ci się skrzynka. :-) Jak będziesz przypadkiem w Świnoujściu to masz ją u mnie na bank. Odwaliłaś kawał świetnej roboty. Wiem, że musiałaś poświęcić sporo czasu i uwagi. Nawet nie wiesz, jaką teraz odczuwam wdzięczność.
Kłaniam się nisko Aniu Twej dobroci i pozdrawiam z nad morza.

Opublikowano

Ja mam całkiem na świeżo, bo wiesz, całkiem niedawno, jakiś tydzień temu, wróciłam do tamtego tekstu. Dwa lata musiało upłynąć żebym zmądrzała :) wykorzystałam prawie wszystkie uwagi i propozycje z tamtej dyskusji. Prawie, bo bez "mięska". Co za zbieg okoliczności, ze pojawiłeś się po takiej długiej przerwie, właśnie teraz

Opublikowano

Tak naprawdę "Impreza 01" to pierwsza część Dziennika Nieco Rubasznego, który znajduje się tutaj w archiwum moich tekstów. To bardzo ważny dla mnie tekst ze względów osobistych. Historia, którą opisuję jest prawdziwa i wywarła duży wpływ na późniejsze moje postrzeganie świata. Między innymi sprawiła, że zainteresowałem się buddyzmem. Prawdziwa w tej części dziennika jest nawet opowieść o tym, jak bohaterowie nagle stali się dla siebie kimś innym wizualnie. Cały szkopuł w tym, że nie potrafiłem napisać jej atrakcyjnie i za tekst dostałem cięgi od czytelników.
Tak więc, próbuję na nowo i będę aż do pozytywnego skutku. Bardzo mi zależy na tym tekście. Świat mnie otaczający dobrze o tym wie i dlatego dzisiaj do pomocy zesłał mi Ciebie :-)

Opublikowano

Zostawiam "buty na sobie" gdyż dla tego wyrażenia Google podaje 135 tysięcy wyników, a dla "buty na nogach" zaledwie 85 tysięcy. Tym kryterium posługuję się, gdy chcę uzyskać bardziej naturalny, potoczny wydźwięk.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • SŁOWA, W KTÓRE CIĘ KOCHAM JUŻ NIE

      reż. Serge Gainsbourg

      MINITEL: 6996
      (Hier Schiphol Port)

      Kocham cię tak
      O, jak w locie ptak!
      Ja ciebie też nie

      Och, miła ma...
      W fal odwieczny cień
      Idę i wchodzę wnet
      W lędźwie twe 

      Bo ja
      Kocham cię Kocham tak
      O tak, kocham cię!
      Ja też nie
      Och, miła ma...
      Ty to fala,  ja ziemi trud 
      By, wpłynąć na  brzeg
      Mych zeschłych ud

      Więc ja
      Na spotkanie biegnę ci
      Kocham Cię Kocham Cię
      Ja też nie

      Och, miła ma...
      W fal odwieczny cień
      Idę i wchodzę wnet
      W Twój lepki mrok 

      Wstrzymuję krok 
      Ty bijesz o mój szczyt
      Czubek miłości mej 
      Idę, by hołd złożyć ci
      Złożyć perły dżdżu 
      W dolinie Twych ust
      A Ty idziesz w mój ślad 
       - Kocham Cię Kocham Cię
      O tak, kocham na wznak!
      Ja też nie

      Miłośi ciał  zamknięty pas
      Lecz ląduję i tak 
      Gdzie twego  łona port
      Chcę orczyk ściągnąć, poziom zerr
      Lecz to Ty trzymasz ster 
      Nachodzi, ziemi fort...
      Nie! Terra... terr!
      Terrain ahead, pull up!
      Przyziemienia spaz..

      Je t'aime de pluie
      Moi non plus
      Je te kiffe 
      Même diff...

      RICHARD 1004
      (Tu i tu, i tam)

      Kochał  pałac tak
      (Boga palec mniej)
      Że porwał go żelazny ptak, 
      W las antycznych ciał...
      I w ostry historii cień
      Wbił dziób swój, w ziemi krew

      Więc wzbił się w dech małpiej mgły
      W pagonów, tóg werbli rytm 
      Stary wilk wciąż dzierżył ster, 
      Lecz w dziobie niósł Elbrusu cień

      O konia dam na sławy żer!
      My też nie
      Och, ziemio ma...
      To tylko zakłócenia fal, przecie wciąż kochasz mnie

      Chcę wpłynąć znów w Victorii dal
      Więc zlecę tu, gdzie tylko chcesz,
      By Vox Populi skrył mnie deszcz
      Osiodłam znów mit krwistych burz...
      Czy wyjdziesz na spotkanie  mi?
      Wciąż kocham tak Twój blado-krwawy róż,
      Dam kres swym dniom, by być miłym ci..

      Och, miła ma...
      Na fali twej
      Ulecieć chcę nawet tam,
      Gdzie Aerofłot 
      Wstrzymuje lot

      Biję w wąwozu szczyt,
      Lodowej góry Twej 
      Idę, by hołd złożyć Im
      I łożyć perły  ciał 
      Na ołtarz tronu łez

      O miła ma, zetnę tysiąc brzóz
      By wpiąć je w dolinę Twych ust
      Jeśli Ty też nie trafisz w pas
      W mój kurs i szlak

      "Nie zostawiaj mnie
      Nie zostawiaj w tym tu
      Nie zostawiaj, chcę...
      Nie zostawiaj: Mu

      Obiecuję ci
      Wyssać perły krwi 
      Z ciebie l ziemi tej,
      Gdzie pada żelaza deszcz
      I z najkrwawszej z ziem
      Wycisnąć choć metr 
      Stopę... Stop tlen,
      Skryłem ciało swe
      W całun błót,w martwy liść

      Kocham Cię Kocham Cię
      O daj mi znak
      Kocham je
      Leżę tam, gdzie znak...
      My przez chwilę też tak

      Miłości ciał zamknięty pas
      Lecz ląduję i tak
      Jak te jedwabne drzwi
      Gdzie mój ostatni port
      Orczyk ściągam, poziom sto 
      Lecz ster trzyma On;
      "Pо правильной дороге.
      Na верном пути"
      Sixty , fifty, fort...
      Nie! Ziemia...ziem!
      Kur!!!
      Uniżenia dno (w dur)
      Wniebowzięcia dreszcz...
      Pравильнa дорогa.
      Na верно
       Pути..."

      Wiary dochowałem, ukończyłem lot
      Wzbiłem się w Majestatat Flot
      Wstrzymałem dech
      Wbiłem w wąwozu szczyt
      Zdradzony świt
      Góry Kości tej
      Kur piał (X3)

      Я люблю тебя, туман.
      И я.
      Я сошёл с ума,
      Я сошёл c телa
      Я, туман.

      YFD: 0-911
      (Sullied van)

      Kochał  tak przygody smak
      (I inshallah też)
      Że porwał go żelazny ptak
      W tumult szklanych wież  ...

      "Yes;  the book and orders were onboard,
      Quite quiet men, and riot squads 
      His cutting edge was not stored
      And  came quite handy down the road;
      Tak; księgę i przekaz na pokład wziął,
      Ludy niemyte, i ICE w gorącej krwi,
      I ostry wzrok, co niejeden róg ściął
      I był poręczny w zręcznym locie tym;

      His learning did not go as far
      As safely getting to the quai: 
      He only sought to know how to start;
      The rest, he'll discover on the fly"

      Nauka ma nie zaszła dalej, niż w ten las,
      Nie porywa go, jak znaleźć bezpieczny port
      Chciałem tylko wiedzieć, jak zerwać  czas:
      Nocy nie zrywałem, by wejść w ten lot

      I w szklany sufit  historii się wbić 
      I wyspy podbrzusze spowić w 2x piał Kur
      I Ziemię Zer  zatopić  we krwi 
      I paszczę przymknąć Ul. Mur

      By betonu konkret wspiął się w poezji mgłę 
      Epoletów belki wzniosły w rytm oddechu serc
      Morskiemu wilkowi odebrać ster,
      A rufę mu wszedł  morza Hudson cień

      Wlatuję w dolinę wąwozu wrażych wież
      Tej Sodomy muru, co niesie śmierć.
      Złożę je, jak ściany, gdzie Rzece w paradę wchodzi Brzeg
      Złożę perłę ciała, gdzie króluje Wieprz

      Daj skrzydlatego konia, by los  pożywił się!
      W zero ziemii, jedność z tym co jeden jest

      To tylko wzburzenie fal, jak w majowy dzień
      Uleciałem zburzyć płaczu mur 
      Rozciałem, gdzie On wezwał mnie  
      Żeby Vox Dei deszcz ognia spuścił z chmur

      Czy wyjdzie, by spotkać nas, gdzie seraju próg? Wciąż tak bardzo kocham Twą zieleń i biel,
      Oddam chętnie życie, jeśli tak chce Bóg…

      Panie zielonooki mój spełniłem Twój cel
      Lecz na mych kompanów wciąż czeka Air Virgin 95
      ...


      Na ołtarzu tronu łez. Brzeg
      O, mój drogi, powalę tysiąc wież,
      Aby przywiązać je do doliny twoich ust,
      Na mojej ścieżce i za mną,

      „Nie zostawiaj mnie,
      Nie zostawiaj mnie tutaj,
      Nie zostawiaj mnie, chcę…
      Nie zostawiaj mnie,

      Obiecuję ci,
      Wyssać perły krwi,
      Z ciebie i z tej ziemi,
      Gdzie pada żelazny deszcz,

      I z najkrwawszych krain,
      Utrzymać choćby metr,
      Stopę… Zatrzymać tlen,
      Ukryłem moje ciało,

      W całunie z błota, w martwym liściu.
      Kocham cię, kocham cię
      Och, daj mi znak
      Kocham je


      CHAR 0:  ELEB 1997
      (Paparazzo a Pariggio)

      Tak bardzo kochała blichtr 
      (I Charlie'go dryg)
      Że wyniósł ją żelaza cykl 
      Ciężkiego niby Mig...

      Tak dobrze kreślili śmiech
      (Przecież to nie grzech)
      Że poniosło ich chyba trzech
      W pieca miech

      Tak mocno śpiewali śmierć
      Że śmierć wniosła eich skład Zejść 
      I w ich metalu śmieć 
      Doniosła -126

      Wynieśli się w rytm diesla mgły,
      W Staccato AK-33
      Solingen  ostateczny sztych
      Jak kiedyś ja i ty

      Czy w szykach togi od chez Dior
      Czy w czerni Crayon d'Or
      Czy w logo Revenge of Thor
      Peu importe: ils sont morts;

      Wpadł im z rąk życia ster,
      Kierownica w odcień camembert, 
      Podkład dla wrażliwych cer,
      Kredka  marki 0.0 

      Same diff, they have deferred bardzo kochała blichtr 
      (I Charlie'go dryg)
      Że wyniósł ją żelaza cykl 
      Ciężkiego niby Mig...

      Tak dobrze kreślili śmiech
      (Przecież to nie grzech)
      Że poniosło ich chyba trzech
      W pieca miech

      Tak mocno śpiewali śmierć
      Że śmierć wniosła eich skład Zejść 
      I w ich metalu śmieć 
      Doniosła -126

      Wynieśli się w rytm diesla mgły,
      W Staccato AK-33
      Solingen  ostateczny sztych
      Jak kiedyś ja i ty

      Czy w szykach togi od chez Dior
      Czy w czerni Crayon d'Or
      Czy w logo Revenge of Thor
      Peu importe: ils sont morts;

      Wpadł im z rąk życia ster,
      Kierownica w odcień camembert, 
      Podkład dla wrażliwych cer,
      Kredka  marki 0.0 

      Same diff, they have deferred
      Czy dosiedli Rossiniego niższych sfer
      Czy Rossinanta La Manche
      Czy Rossinskiego plansz 

      Liczy się, że są jak Edam ser
      Ziemia, tu planeta Metal Mars 
      Tu patria Allah en marche
      Tu księstwo  Mówisz i Masz

      Gdziekolwiek, trzy muchomory w barszcz
      Czy podburzone karykatury szkło
      Czy wzburzenie a la Monroe 
      Czy mur zburzony Behemotha czcią

      Non importa, sono senza brio...
      Czy krwawego bata klan 
      Czy czarno-biały ilustracji plan
      Czy arabski z drugiej ręki flan

      Egal, alle sind raus aus dem Lebens Autobahn  
      Ech, życie, kocham cię, kocham cię życie nad
      Och, wskaż mi szlak.
      Kładę się tam, gdzie jest znak…

      Ciała miłości zamknięte są
      Ale i tak ląduję, gdzie jest mój dom
      Jak te  bramy w jedwabny ton
      Gdzie mój ostateczny port?

      Wyciągam kabel pogłębiarki, poziom sto
      Ale to On trzyma ster, poker la pobiera cło
      „Na właściwej drodze. „Wierną Ścieżką swą”
      Sześćdziesiąt, pięćdziesiąt, od i do…

      Nie! Ląd… ląd! Kogut!!! Na dach
      Głębia pokory (durowych shal)
      Dreszcz Wniebowzięcia…i strach
      Ścieżka sprawiedliwości wiedzie w dal 

      Na wiernej ścieżce jak bezpański kot
      Dotrzymałem wiary, ukończyłem lot
      Wzniosłem się w majestacie flot


       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Leona pomysłowe   wiem - że ów tekst już mnie zatrzymał więc - strofkę dopiszę tu chyba wiersz - fajny z pomysłem pisany dam - dam serducho dla damy :)
    • @andrew    czy dziś jeszcze  spalać się trzeba  czy jutro    czy odpowiedź  należy do wszystkich  czy tylko nasza własna   Ja się dziś jeszcze spalam, jutro odpoczynek ;) Pozdrawiam. 
    • SŁOWA, W KTÓRE CIĘ KOCHAM JUŻ NIE reż. Serge Gainsbourg MINITEL: 6996 (Hier Schiphol Port) Kocham cię tak O, jak w locie ptak! Ja ciebie też nie Och, miła ma... W fal odwieczny cień Idę i wchodzę wnet W lędźwie twe  Bo ja Kocham cię Kocham tak O tak, kocham cię! Ja też nie Och, miła ma... Ty to fala,  ja ziemi trud  By, wpłynąć na  brzeg Mych zeschłych ud Więc ja Na spotkanie biegnę ci Kocham Cię Kocham Cię Ja też nie Och, miła ma... W fal odwieczny cień Idę i wchodzę wnet W Twój lepki mrok  Wstrzymuję krok  Ty bijesz o mój szczyt Czubek miłości mej  Idę, by hołd złożyć ci Złożyć perły dżdżu  W dolinie Twych ust A Ty idziesz w mój ślad   - Kocham Cię Kocham Cię O tak, kocham na wznak! Ja też nie Miłośi ciał  zamknięty pas Lecz ląduję i tak  Gdzie twego  łona port Chcę orczyk ściągnąć, poziom zerr Lecz to Ty trzymasz ster  Nachodzi, ziemi fort... Nie! Terra... terr! Terrain ahead, pull up! Przyziemienia spaz.. Je t'aime de pluie Moi non plus Je te kiffe  Même diff... RICHARD 1004 (Tu i tu, i tam) Kochał  pałac tak (Boga palec mniej) Że porwał go żelazny ptak,  W las antycznych ciał... I w ostry historii cień Wbił dziób swój, w ziemi krew Więc wzbił się w dech małpiej mgły W pagonów, tóg werbli rytm  Stary wilk wciąż dzierżył ster,  Lecz w dziobie niósł Elbrusu cień O konia dam na sławy żer! My też nie Och, ziemio ma... To tylko zakłócenia fal, przecie wciąż kochasz mnie Chcę wpłynąć znów w Victorii dal Więc zlecę tu, gdzie tylko chcesz, By Vox Populi skrył mnie deszcz Osiodłam znów mit krwistych burz... Czy wyjdziesz na spotkanie  mi? Wciąż kocham tak Twój blado-krwawy róż, Dam kres swym dniom, by być miłym ci.. Och, miła ma... Na fali twej Ulecieć chcę nawet tam, Gdzie Aerofłot  Wstrzymuje lot Biję w wąwozu szczyt, Lodowej góry Twej  Idę, by hołd złożyć Im I łożyć perły  ciał  Na ołtarz tronu łez O miła ma, zetnę tysiąc brzóz By wpiąć je w dolinę Twych ust Jeśli Ty też nie trafisz w pas W mój kurs i szlak "Nie zostawiaj mnie Nie zostawiaj w tym tu Nie zostawiaj, chcę... Nie zostawiaj: Mu Obiecuję ci Wyssać perły krwi  Z ciebie l ziemi tej, Gdzie pada żelaza deszcz I z najkrwawszej z ziem Wycisnąć choć metr  Stopę... Stop tlen, Skryłem ciało swe W całun błót,w martwy liść Kocham Cię Kocham Cię O daj mi znak Kocham je Leżę tam, gdzie znak... My przez chwilę też tak Miłości ciał zamknięty pas Lecz ląduję i tak Jak te jedwabne drzwi Gdzie mój ostatni port Orczyk ściągam, poziom sto  Lecz ster trzyma On; "Pо правильной дороге. Na верном пути" Sixty , fifty, fort... Nie! Ziemia...ziem! Kur!!! Uniżenia dno (w dur) Wniebowzięcia dreszcz... Pравильнa дорогa. Na верно  Pути..." Wiary dochowałem, ukończyłem lot Wzbiłem się w Majestatat Flot Wstrzymałem dech Wbiłem w wąwozu szczyt Zdradzony świt Góry Kości tej Kur piał (X3) Я люблю тебя, туман. И я. Я сошёл с ума, Я сошёл c телa Я, туман. YFD: 0-911 (Sullied van) Kochał  tak przygody smak (I inshallah też) Że porwał go żelazny ptak W tumult szklanych wież  ... "Yes;  the book and orders were onboard, Quite quiet men, and riot squads  His cutting edge was not stored And  came quite handy down the road; Tak; księgę i przekaz na pokład wziął, Ludy niemyte, i ICE w gorącej krwi, I ostry wzrok, co niejeden róg ściął I był poręczny w zręcznym locie tym; His learning did not go as far As safely getting to the quai:  He only sought to know how to start; The rest, he'll discover on the fly" Nauka ma nie zaszła dalej, niż w ten las, Nie porywa go, jak znaleźć bezpieczny port Chciałem tylko wiedzieć, jak zerwać  czas: Nocy nie zrywałem, by wejść w ten lot I w szklany sufit  historii się wbić  I wyspy podbrzusze spowić w 2x piał Kur I Ziemię Zer  zatopić  we krwi  I paszczę przymknąć Ul. Mur By betonu konkret wspiął się w poezji mgłę  Epoletów belki wzniosły w rytm oddechu serc Morskiemu wilkowi odebrać ster, A rufę mu wszedł  morza Hudson cień Wlatuję w dolinę wąwozu wrażych wież Tej Sodomy muru, co niesie śmierć. Złożę je, jak ściany, gdzie Rzece w paradę wchodzi Brzeg Złożę perłę ciała, gdzie króluje Wieprz Daj skrzydlatego konia, by los  pożywił się! W zero ziemii, jedność z tym co jeden jest To tylko wzburzenie fal, jak w majowy dzień Uleciałem zburzyć płaczu mur  Rozciałem, gdzie On wezwał mnie   Żeby Vox Dei deszcz ognia spuścił z chmur Czy wyjdzie, by spotkać nas, gdzie seraju próg? Wciąż tak bardzo kocham Twą zieleń i biel, Oddam chętnie życie, jeśli tak chce Bóg… Panie zielonooki mój spełniłem Twój cel Lecz na mych kompanów wciąż czeka Air Virgin 95 ... Na ołtarzu tronu łez. Brzeg O, mój drogi, powalę tysiąc wież, Aby przywiązać je do doliny twoich ust, Na mojej ścieżce i za mną, „Nie zostawiaj mnie, Nie zostawiaj mnie tutaj, Nie zostawiaj mnie, chcę… Nie zostawiaj mnie, Obiecuję ci, Wyssać perły krwi, Z ciebie i z tej ziemi, Gdzie pada żelazny deszcz, I z najkrwawszych krain, Utrzymać choćby metr, Stopę… Zatrzymać tlen, Ukryłem moje ciało, W całunie z błota, w martwym liściu. Kocham cię, kocham cię Och, daj mi znak Kocham je CHAR 0:  ELEB 1997 (Paparazzo a Pariggio) Tak bardzo kochała blichtr  (I Charlie'go dryg) Że wyniósł ją żelaza cykl  Ciężkiego niby Mig... Tak dobrze kreślili śmiech (Przecież to nie grzech) Że poniosło ich chyba trzech W pieca miech Tak mocno śpiewali śmierć Że śmierć wniosła eich skład Zejść  I w ich metalu śmieć  Doniosła -126 Wynieśli się w rytm diesla mgły, W Staccato AK-33 Solingen  ostateczny sztych Jak kiedyś ja i ty Czy w szykach togi od chez Dior Czy w czerni Crayon d'Or Czy w logo Revenge of Thor Peu importe: ils sont morts; Wpadł im z rąk życia ster, Kierownica w odcień camembert,  Podkład dla wrażliwych cer, Kredka  marki 0.0  Same diff, they have deferred bardzo kochała blichtr  (I Charlie'go dryg) Że wyniósł ją żelaza cykl  Ciężkiego niby Mig... Tak dobrze kreślili śmiech (Przecież to nie grzech) Że poniosło ich chyba trzech W pieca miech Tak mocno śpiewali śmierć Że śmierć wniosła eich skład Zejść  I w ich metalu śmieć  Doniosła -126 Wynieśli się w rytm diesla mgły, W Staccato AK-33 Solingen  ostateczny sztych Jak kiedyś ja i ty Czy w szykach togi od chez Dior Czy w czerni Crayon d'Or Czy w logo Revenge of Thor Peu importe: ils sont morts; Wpadł im z rąk życia ster, Kierownica w odcień camembert,  Podkład dla wrażliwych cer, Kredka  marki 0.0  Same diff, they have deferred Czy dosiedli Rossiniego niższych sfer Czy Rossinanta La Manche Czy Rossinskiego plansz  Liczy się, że są jak Edam ser Ziemia, tu planeta Metal Mars  Tu patria Allah en marche Tu księstwo  Mówisz i Masz Gdziekolwiek, trzy muchomory w barszcz Czy podburzone karykatury szkło Czy wzburzenie a la Monroe  Czy mur zburzony Behemotha czcią Non importa, sono senza brio... Czy krwawego bata klan  Czy czarno-biały ilustracji plan Czy arabski z drugiej ręki flan Egal, alle sind raus aus dem Lebens Autobahn   Ech, życie, kocham cię, kocham cię życie nad Och, wskaż mi szlak. Kładę się tam, gdzie jest znak… Ciała miłości zamknięte są Ale i tak ląduję, gdzie jest mój dom Jak te  bramy w jedwabny ton Gdzie mój ostateczny port? Wyciągam kabel pogłębiarki, poziom sto Ale to On trzyma ster, poker la pobiera cło „Na właściwej drodze. „Wierną Ścieżką swą” Sześćdziesiąt, pięćdziesiąt, od i do… Nie! Ląd… ląd! Kogut!!! Na dach Głębia pokory (durowych shal) Dreszcz Wniebowzięcia…i strach Ścieżka sprawiedliwości wiedzie w dal  Na wiernej ścieżce jak bezpański kot Dotrzymałem wiary, ukończyłem lot Wzniosłem się w majestacie flot    
    • @LessLove  Piękne ujęte:  "Nie szuka gniazda, a świeci innym" I  "Nigdy się nie spala" - to jest kluczowe w calym wierszu. Dajesz obraz duszy, która płaci za światło innych brakiem swojego odpoczynku, a mimo to się nie wypala.  I to "Od Miłości Pana" na końcu wyjaśnia wszystko.  Dlatego może świecić dalej.    Pozdrawiam serdecznie.
    • czy z każdym  dniem  zmagać się należy    czy lepiej  bez myśli  czasem trochę poleżeć    6.2026 andrew  Sobota, już weekend   
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...