Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kupa śmiechu, mroźne powietrze i gorące usta. To są ostatnie rzeczy, które zapamiętała z wczorajszego wieczoru. Gdzieś po drodze było morze piwa, jakieś tańce. Ktoś chyba nawet dostał w twarz. Nieważne. Nikt i tak tego nie będzie pamiętał dłużej niż tydzień.
A teraz budzi się rano, z lekkim kacem, nie mordercą. Spokojnie, szklanka wody zabije parszywe skutki cudownych nocnych uciech. No, może dwie, a na poranną kawę nawet nie spojrzy. A potem on i ubrania, które leżą dosłownie wszędzie: w korytarzu, na butach, na podłodze, koło łóżka. Nawet z łazience. Krajobraz jak po bitwie, ale pasuje do jej codzienności, do jej sposobu walki z życiem Lekki chaos nikogo jeszcze nie zabił. Czujmy się jak studenci i żyjmy beztrosko jak oni!
Jak to się stało? Pomysł godny szaleńca. A on chyba też już nie śpi.
- Tylko po co się na niego tak gapię? – brzęczy jej w głowie. – Trzeba wstać, iść do pracy i szybko zapomnieć.
To normalne. Takie rzeczy się zdarzają. A może właściwie nigdy nie mają miejsca?
No i ten wzrok. Po co się obudził? Teraz znowu się zacznie. Będą temat przerabiać od początku: silne ramiona, napięte ciała, gorące pocałunki, pełne nieziemskiego pożądania. Cała cudowna magia, o której istnieniu już zdążyła zapomnieć. I to, co dzieje się niepotrzebnie:
- Nikt mnie nigdy tak nie całował. – Ciekawe, czy było to szczere. Przecież ma żonę, prawie byłą. Może to był jeden z powodów? Głupia.
- Jak?
- No tak, nie mam za bardzo porównania..
- Uwielbiam jak mnie dotykasz. – wyszeptane w uniesieniu (prawdziwe na pewno)..
Totalna katastrofa. To wszystko jest jak ze złego snu, niebezpieczne, ze złymi czarami unoszącymi się nad gorącymi ciałami nowo narodzonych kochanków. A na koniec najgorsze:
- Dobrze mi. – powiedział i położył swoją ciepłą głowę na jej mokrej piersi.
Nie robi się takich rzeczy, kiedy koniec jest oczywisty… Zapomnieć… Nie można nawet zaczynać czegoś co nie ma przyszłości i z góry skazane jest na niepowodzenie. On jest żonaty, ciągle, ona szczęśliwa z innym, pozornie. Zupełne nieporozumienie. Które pierwsze z nich postanowi to przerwać?
Dzień w pracy mija im prawie normalnie. Nikt nic nie wie, o nic nie pyta. Zupełny luz. Bo kogo to obchodzi? Wszyscy mają swoje sprawy. Zaganiani przez cały dzień, zaabsorbowani pracą. Wszystkie trybiki muszą działać idealnie.
- Miałem ochotę zadać Ci pytanie, czy mogę Cię odwiedzić?
- Nie mogę Ci niczego zabronić.
- Przyjechać?
- Przyjedź.
Gorąca herbata, jakieś bzdurne opowiastki. W pokoju nic się nie zmieniło: ksiązki na podłodze, zestaw filmów różnej kategorii leżący obok, mnóstwo płyt. I materac – przedmiot na pewno nie z jego świata. Sceneria ta sama, tylko, że tym razem oni zachowują się inaczej, jak nastolatki: wyczekują z bijącymi, jak oszalałe, sercami na cud, który w końcu nadchodzi.
Najpiękniejsza, najbardziej niewinna i najczystsza rzecz, jaka mogła się zdarzyć (z tych, co to do niewinnych nie należą). Jak pierwszy raz z młodzieńczych lat, taki nieśmiały. Nieudolnie rozpięta koszula, drżąca ręka szukająca zapięcia stanika i rumieniec wstydu na dorosłych twarzach. Nie zdarzają się takie emocje. Nie powinny były zaistnieć. Nie tyle razy. To w takim razie, co się tak naprawdę stało? Dlaczego oni? Czy byli aż tak stęsknieni, głodni i spragnieni, żeby zapomnieć o świecie na parę chwil? Zdecydowanie zbyt długich i zbyt namiętnych? Oszaleli i szaleli. Tak czysto i pierwotnie.
- Dobrej nocy. Za chwilę wstajemy do pracy.
- Zostań. Obiecuję, że Cię nie zjem.
- Ale ja tego obiecać nie mogę.
Kolejny dzień, nudny, bez wzruszeń, w stosie papierów. Dochodzi jeszcze tylko egzamin na prawo jazdy – w końcu jakieś emocje. Było cudownie: plac – super, wyjazd na miasto, skrzyżowania, parkowanie, rondo itd. Wszystko szło dobrze. Egzamin zdany, aż do pewnego momentu.
- O czym myślałaś? – pyta zaskoczony.
- Taka retrospekcja, dziwna. Następnym razem się nie zamyślę.
- Jak można myśleć o seksie na egzaminie?
- No można, jak widać. Zwłaszcza o takim. Ale mniejsza o to.
- Skup się następnym razem. – odzywa się racjonalny głos.
- Zobaczymy, do trzech razy sztuka.
Znowu wieczór. O mały włos, a nie usłyszałaby dzwonka telefonu, tak głośno słucha muzyki. Sąsiadom chyba jeszcze to nie przeszkadza, bo nikt nie ośmielił się walnąć w ścianę.
- Może tym razem spotkamy się u mnie?
- Z przyjemnością.
- Przyjdziesz, czy mam przyjechać?
- Jak możesz, to przyjedź po mnie.
- Ok. Będę za 5 minut.
Pogoda cudowna: strasznie zimno i pada śnieg. Ale dom całkiem-całkiem. Tylko smutny bardzo. Widać, że wybudowany dla kogoś.
A wewnątrz? Chociaż przez chwilę pozorne szczęście smuga ich ciała, zmęczone, w błogostanie śpiące, marzące. Aż dziwne, że potrzebują tego samego, że tęsknią za podobnym stanem świadomości.
Czasem brakuje dłoni, która pogłaszcze ze zrozumieniem. Tej, która powoli spadnie na głowę i zabierze niepokój, kryjący się wewnątrz. I tej drugiej, która pogłaszcze rany, zasklepi blizny i ukołysze rozdarte marzenia. Ogrzeje zmarznięte oddechy, utuli zmierzwione myśli. Potrzebne są obie, jak woda i powietrze.
„Milcz do mnie” – nie trzeba tłumaczyć, naciskać, wymuszać. Spokój. Cisza. Miłość.
Niech trwa, razem z oczami, które nigdy się nie zestarzeją. Niech nie mija, niech zostanie.
„Otulaj mnie sobą powoli. Wypełniaj, jak ciepło z kominka w pokoju. Zatrzymaj. Nie pozwól zniknąć w kącie własnego smutku.” – snuje się po domu jak zjawa, mamrocząc.
Gorąca herbata na ławie, mruczący kot w kącie, zaspa pod domem i szum wiatru za oknem. Tym była. Tym jest. Tym będzie.
Łagodny wzrok cierpliwie muska włosy i zatapia się w pięknie bezruchu. „Dobra noc” – wyszeptane, jak najczulsze słowa kochanka.
Za tym się tęskni najbardziej. Za tym, co się zgubiło samo, zatarło między dniem a dniem. Za tym, co nie reanimowane umarło. Za wspólnym smutkiem i śmiechem. I grzechem, bezdechem.
- Odwieziesz mnie do domu?
- Tak. Daj buziaka.
- Albo sto.

Jest noc, ciągle zimna, po niej nadchodzi dzień, równie nieciekawy. Nocny kochanek się budzi. Otwiera oczy, siada na brzegu łóżka i patrzy. Prosto przed sobą nie ma nic o czym mógłby myśleć, ale on uparcie patrzy. Nie zauważa nawet pożółkłej bieli ściany. Oczy tkwią nieruchomo w punkcie, o którym nic nie wie. Żadna myśl nie przemyka po głowie. Nie zastanawia się nawet dlaczego tak patrzy, tylko to robi. Odwraca później wzrok, kładzie się z powrotem do łóżka i zasypia.
- Ona nie wróci, już nigdy – słyszy natrętny głos w głowie. Jak to się stało, że zapomnieli o sobie? Przez tyle lat. „Jesteś dla mnie obcym człowiekiem”. Tego zdania nie zapomni do końca życia.
I wyszła z jego życia jak z szaletu, trzaskając drzwiami. I nie ma już życia. Już nie ma nic.
I jeszcze ten mały wyrzyg. Cholera, trzeba było uważać. A co potem właściwie usłyszał?
- Zachowanie typowe dla mężczyzny, zero odwagi, ziemska powłoka podszyta strachem. – I jeszcze – Jesteś zwyczajną świnią.
- Jestem tchórzem? – patrzą na niego oczy w lustrze. – Nie chcę tych wspomnień, ale żeby od razu tak z grubej rury? To jest niesprawiedliwe. A może się jednak tego boję? Nie jest to łatwe do zrozumienia, kiedy świata nie ma, nie ma nic.
I bach, kolejna butelka spada na podłogę i, brzęcząc, toczy się w stronę pozostałych, już upadłych. Ziarnko do ziarnka i można iść do skupu.

Po upojnych nocach i tamtym, jedynym, szalonym poranku ślad zaginął. Nastał przepowiadany koniec. Mimo tego, że znali się dość długo, nigdy za sobą nie przepadali, nie mieli o czym ze sobą rozmawiać. Inne towarzystwo, inne zainteresowania. Ewentualnie zwykłe „cześć”, „co słychać”. Zupełnie normalne zachowanie. Ludzie z dwóch diametralnie różniących się światów, ze swoimi własnymi problemami, codziennymi sprawami, małymi tajemnicami.
Nie rozmawiali ze sobą zbyt często. Ten aspekt komunikacji w ich przypadku nie był do zrealizowania. Dialog? Tylko ich ciała wiedziały co to jest. A konwersacja odbywała się na szczeblu, o którym już dawno ludzie zapomnieli, a powinni pamiętać..
Już nigdy nie było im dane obudzić się koło siebie. On co wieczór wracał do pustego, smutnego domu. Ona do siebie, do swojej wielkiej miłości, do ojca swoich nienarodzonych bliźniaków. Wracali pod bezpieczny dach swych domów, do gorących łóżek, ale jakże innych, obcych, tęskniących.
A ona? Nie zapomniała. Już nigdy nie będzie mogła skupić się na ukochanym, bo kilkudniowy kochanek obdarzył ją tym, czym nikt nigdy nie potrafił.
A on? Stał się prawdziwym mężczyzną, dorósł, odpalił motor i zniknął.
Wszystko jest tak jak być powinno. Przynajmniej tak powinno być.


.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...