Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

okrągłe rocznice muszą być
a wszystko co pomiędzy
całkiem bez znaczenia
od a do zet

opisać czułość nie zaznaną
może muzyka sfer niesłyszalna
mogą też kosy gwiżdżące
nie do tańca nie do tanich łez
choć porzuciły gniazdo
między krzewami żywopłotu

dominujące samice muszą być
bardziej bezwzględne od samców alfa
które właśnie piją piwo
na ławkach przed sklepami
nie mając czasu na robienie zakupów
ani serca na czułości albo inne głupstwa

i nawet idącym rankiem do pracy
z podbitymi oczami
wszystko się układa w całość
od alfy do omegi

Opublikowano

O ironio! O satyro! I to mi się właśnie podoba, zresztą nie tylko w tym wierszu. Satyra satyrą, ale co istotne, jak i o czym (kim) by to nie było, prawda jest tylko jedna, tylko że nie wszyscy ja widzą, a z tych. którzy nawet widzą, nie wszyscy ją biorą do siebie. Zawsze coś się dzieje (złego, głupiego, niedorzecznego) komuś i obok (jak w telewizorze), nigdy my sami nie jesteśmy tymi… I faktycznie według własnego mniemania, każdy jest inny, lepszy, mądrzejszy, a przynajmniej nie daje sobie dmuchać w kaszę, zwłaszcza jeśli kto widzi. Ale de facto, kto jaki jest, to tylko ślepemu i głuchemu nie da się zauważyć. Przepraszam, nie całkiem o tym jest wiersz, co mówię, bo jest jeszcze o czymś straszniejszym, o obłudzie i o bezradności, głównie męskiej, o tym, kto najbardziej podtrzymuje ogień ogniska domowego. No i o tym jest ten wiersz, co się faktycznie liczy, a faktycznie liczy się tylko pozór i właśnie obłuda, począwszy od tych stanów i klimatów, które są najbardziej strzeżone (za) rodzinnymi drzwiami. A wiadomo, że, co jest najbardziej strzeżone, to jest najbardziej podejrzane i niepewne, a przynajmniej wątpliwe.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...