Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


no to co, że osamotnienie? hehe, Szeherezada tańczyła solo :)))
fajnie, że odbierasz optymistycznie mimo zakończenia...a czy można wiedzieć, dlaczego to "potem" niedomówione rozczarowuje? bardzo jestem ciekawa :)
dziękuję za "udany"

serdecznie pozdrawiam -
Krysia
Opublikowano

Krysiu Tereniu: jak zawsze mam u Ciebie swoją przystań! Dzięki, Kochana: "Dajesz mi niepokorne myśli i niepokoje"..."Potem"- jest świetne, choć mnie się kiedyś za takie "potem" oberwało:))) Całuję cieplutko! Para

Opublikowano

"pijmy wino do dna, ciemna noc do dnia"
i tańczmy bez opamiętania,
potem - może jeszcze zdarzyć się wszystko!
Podoba mi się Twój wiersz i duży margines
interpretacji jaki zostawiasz czytelnikowi.
Serdeczności
- baba

Opublikowano

Dobry wieczór Krystyno - powiem jak w tytule - niech dzieje się co chcę -
Wiersz do śpiewu tańca i do grzańca .
I jak tu nie mieć dobrego humoru po takim smakowitym kąsku prawdziwej poezji .
Tylko czytać i upajać się aż do zwariowania ...
miłych snów życzę

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dzień dobry Waldku! Hehe, "jak tu nie mieć dobrego humoru" czytając taki komentarz do porannej kawy? To jak kuszące ciasteczko :))) Dzięki Tobie "od rana mam dobry humor" ... "cobym" tylko nie zwariowała z uciechy :)))))
Dziękuujęęę!

Cieplutko i z optymizmem -
Krysia
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Witam serdecznie. Bardzo sobie cenię tę wizytę znając zapracowanie. Szczerze powiem, nie spodziewałam się takiego wyniku, więc tym bardziej miło :))
Dziękuję.

Serdecznie pozdrawiam życząc miłego dnia-
Krystyna

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...