Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Tomik poezja org na Nowy Rok - konkurs ?


Rekomendowane odpowiedzi

  • Odpowiedzi 57
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Popularne dni

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Panie Michale, zastanawiam się ile razy jeszczę dostanę po tym nicku. Nie przechodzi Panu przez klawiaturę moje imię??

wracajc do teamtu, jeśli użytkownicy mają głosować, to admin powinien narzucić kontrolę na wielonikowość, bo to wiedza tajemna.

To tak z przyzwyczajenia :)
Ale popatrz jak działa nick:
1. potrzebny jest osobom, którzy atakują wiersze innych użytkowników, a nie wystarcza im własny nick, który mają (i znam takie przykłady :)
2. do wywołania afery, przykład mamy powyżej
3. zaprzeczenie bana, bo jak jedna osoba dostaje bana, to zaraz stwarza sobie nowego nicka i tej kary już nie ma
4. i wreszcie jak ktoś rzeczywiście chce sprawdzić swoje siły, ale wtedy daje wiersz i wybucha ew. pod nim, a nie mając 50 wpisów atakuje osoby, których teoretycznie nie powinien znać.
5. no i oczywiście tworzenie sobie TWA


Twa można tworzyć i bez dodatkowych nicków. uczciwość nie ma oblicza z imienia i nazwiska.
z całym szacunkiem.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Musiałbym wziąć tydzień urlopu, zamknąć forum na rok i iście ABW-skimi narzędziami prześledzić forum, a i tak wyśledziłbym 5% wielonikowości.

Nie da się. Ani udowodnić, ani wyłapać (tym bardziej, że 75% Użyt. ma dynamiczne IP). Poza tym trzeba mieć na to czas.

Dlatego proponuję wrócić do korzeni i postawić na pocztę tradycyjną, współ(z)graną z pocztą elektroniczną. I dać prawo wszystkim Poetom możliwość głosowania (tym, którzy biorą udział w konkursie).

a.

czarno widzę to głosowanie. jury by się przydało jednak...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dosyć tego. Ban za sianie zamętu i prowokowanie do kłótni. Sio!

a.



Ale blaza!
pie**** takie porządki, angello.
I będzie to pie***** każdy, poważnie traktujący siebie i Poezję.
Nikt z Poetów nie weźmie udziału w tej szopce - nikt, poza SILIKONEM i klakierami.
Odciąłeś się od horyzontów.

Życzę sukcesów w gronie nikosiów dyzmów.
Życzę powodzenia w zamykaniu ludziom ust.
Życzę powodzenia w dalszej dyskryminacji i podziałach wśród użytkowników.
To już nie jest portal poetycki -
zamieszczanie tutaj to po prostu obciach i dyskredytacja dla Autorów.
OBSUWA dla nicków i nazwisk
Wiesz, nie podejrzewałam Cię o to, że nadużyjesz funkcji Wielkiego Brata – żeby podcierać nos Krzywakom i kupie – to idzie w eter, angello – to idzie w eter…

a teraz posprzątaj pod publiczkę;
usuń moje wątki – jak już to robiłeś
usuń moje posty – jak już to robiłeś
usuń każdego wolnego i niezależnego twórcę.

i mnie zbanuj na stałe
bay

:))

zgłaszam określenie przyjaciół Krzywaka kupą do bana.
Opublikowano

Bea.2u - oczywiście że można, tylko zauważ, jak ostatnio takie nicki się mnie kleją i stąd mam takie zdanie, a nie inne. Ale jak widzisz znowu nowy pomysł został obrzucony wyzwiskami, a tym razem wręcz zmiażdżony, dlatego od tej pory przestanę uznawać zasad przemilczanie pewnych rzeczy i zacznę nazywać to po imieniu - to są po prostu tchórze.
A post kasi oczywiście zgłosiłem.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dosyć tego. Ban za sianie zamętu i prowokowanie do kłótni. Sio!

a.



Ale blaza!
pie**** takie porządki, angello.
I będzie to pie***** każdy, poważnie traktujący siebie i Poezję.
Nikt z Poetów nie weźmie udziału w tej szopce - nikt, poza SILIKONEM i klakierami.
Odciąłeś się od horyzontów.

Życzę sukcesów w gronie nikosiów dyzmów.
Życzę powodzenia w zamykaniu ludziom ust.
Życzę powodzenia w dalszej dyskryminacji i podziałach wśród użytkowników.
To już nie jest portal poetycki -
zamieszczanie tutaj to po prostu obciach i dyskredytacja dla Autorów.
OBSUWA dla nicków i nazwisk
Wiesz, nie podejrzewałam Cię o to, że nadużyjesz funkcji Wielkiego Brata – żeby podcierać nos Krzywakom i kupie – to idzie w eter, angello – to idzie w eter…

a teraz posprzątaj pod publiczkę;
usuń moje wątki – jak już to robiłeś
usuń moje posty – jak już to robiłeś
usuń każdego wolnego i niezależnego twórcę.

i mnie zbanuj na stałe
bay

:))

I banuję.

a.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



M. Krzywak - dzięki piękne za pogawędkę
pa.

A jeszcze na koniec dodam, że mamy do czynienia z dość piekielną kwestią, bo tutaj jest tak, że mówi się, że "dobre wiersze" pozwalają autorom na wszystko, a potem robi się nagonkę w imię niezależności człowieka. I wg mnie tylko zasada wolnego wklejania się temu nie zaprzeczy - będzie wtedy czarno na białym kto chciał, kto i jak oceniał i pójdzie potem z górki. A ten, kto uważa org za siedlisko grafomanii, to po co tutaj jeszcze siedzi? Jest tyle pięknych innych miejsc, gdzie ludzie wolni i niezależni rozwijają skrzydła.
Jedno jest pewne, że na tej zawziętości ktoś mógłby doktorat napisać.
Opublikowano

Trochę pogubiłem się co jest tutaj osobistymi potyczkami, a co rozmową o konkursie i na czym stanęło.

Dobrze byłoby gdyby każdy złożył wiersze pod nowym, nikomu nieznanym nickiem (nikt by nie mógł oceniać po znajomości), a dopiero po zakończeniu konkursu zwycięzcy ujawniliby się. Jeżeli chcemy mieć ograniczenie, żeby nie było za dużo jednej osoby, to można ustalić, że także dopiero po zakończeniu sprawdzamy co jest kogo i ustalamy, że każda osoba może mieć maksymalnie 3 czy 5. Jeśli wśród najlepszych wierszy jest więcej tej samej osoby, ona sama wybiera które mają być, a na listę wskakuje osoba z poczekalni. Hm. Osobiście wolałbym też jury, ale chyba nikomu by się nie chciało w nim zasiadać.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Potyczek już kres i mam nadzieję, że na najbliższe pół roku będzie spokój.
A co do "konkursu" - jeżeli Jimmi Jordan mi odpiszę, już powoli zaczniemy to ogarniać. W sumie tutaj ja uważam siebie tylko za autora postu i przyznam szczerze, że chętnie widziałbym kogoś jako organizatora i wykonawcę, ale mówię - sprawa jest jasna, wyraźna i wszystkie podejmowane kroki pisane są czarno na zielonym.
Uwagi są celne, tyle że mnożenie nicków nie jest do końca rozsądne, a co do uczciwości, to ja raczej wierzę w uczciwość użytkowników, i już skończyłbym razem z ostatnimi banami dywagować na ten temat - bo ognisko nieporozumień zostało zgaszone (a raczej zgasiło się samo). A teraz zostaje tylko ułożyć w miarę sensowny regulamin, założyć wątek i niech to sobie żyje.
A co do jury - nie widzę żadnego problemu, możemy wybrać 5 osób porządkowych, ale tutaj mam jeden warunek - muszą to być osoby, które się przedstawią i nie będę, powiedzmy, z jednego kręgu towarzysko-literackiego.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jeżeli usunął jeden wiersz, ma szansę uzupełnić przed rozpoczęciem konkursu :)
Jeśli usunął więcej - ma problem.

No znam kilka osób, które ciągle usuwają swoje utwory i może ta ilość niech nie będzie jednak wskaźnikiem. Np. jak ktoś usuwał wiersze, bo wydał tomik. Ten czas zalogowania wydaje się być chyba najlepszym rozwiązaniem.
Myśmy zrobili dokładnie to samo w 'Szkicowniku" - złożyliśmy się po trochu i mamy pamiątkę po swe czasy.
A co do jakości wiersza - każdy wiersz ma przeciwników i zwolenników i tutaj nigdy nie będzie tak, żeby wszystkim było super.
Opublikowano

Datę założenia konta można sprawdzić ,gorzej jest sprawdzić kto ile posiada kont.
Jeśli konkurs - to niech będzie jury. Pamiętam konkursy kiedy pisaliśmy przezabawne komentarze pod wierszami. Nie było złośliwości lecz świetna zabawa :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za moimi plecami pojawił się enkawudzista. Był w doskonałym humorze. I nie wiedziałem tylko czy to z powodu tego, że wiedział o tym, że Żerebcow wywołuje  tak wielkie uczucie strachu, czy może z powodu  rozkazów jakie mu przekazano.   Wychodź Żerebcow. Koniec wycieczki. Kota zostaw nie będzie Ci potrzebny,  mały, czarny pluszak. Teraz będziesz co najwyżej tulił się z zimna do ciał kolegów w baraku.   Żerebcow już miał zamiar prostować kolana, gdy enkawudzista poklepał mnie  zuchwale po ramieniu.   Rozkazy się zmieniły lejtnancie. Góra nie chcę już więcej o nim słyszeć  ani przerzucać go z miejsca w miejsce. Dość już jego wątpliwej legendy. Podobno nie można go zabić. Podobno odradza się zawsze po egzekucji. Drugi pieprzony Rasputin. Ale nie ma takiego Diabła,  którego nie potrafiłby zgładzić  ludowy komisariat obrony. Prawdziwy człowiek radziecki  i piekło może zamrozić jeśli tylko chcę. Plan jest taki. Wy lejtnancie jedziecie z nim do lasu. Kierowca zna miejsce. Moi ludzie już wszystko tam przygotowali. Wysiadacie wieczorem. On klęka, wy strzelacie.  Moi dobijają bagnetami. Nawet go nie grzebcie. Wilki i niedźwiedzie  posilą się krwawą padliną. Wracacie w nocy. Spisujemy raport. Wychylamy kilka szklanek  za dobrze wykonaną robotę. W tajemnicy Wam powiem lejtnancie, że za zabicie tego wrzoda  na radzieckim organizmie, dostaniecie order czerwonego sztandaru, sam towarzysz Beria za tym optował. A nie powiecie mi chyba, że nie chcielibyście dostać  przepustki do stolicy. Tu tylko jaja można sobie odmrozić. A tam będziecie towarzysz i gieroj. Bohater naszych czasów. Ta akcja nie może czekać. Jeździe już teraz. Dopilnuję obozu przez te kilka godzin.   Uścisnął mi rękę i prawie siłą  wepchnął na pakę ciężarówki. Chciałem więcej wyjaśnień, omówić plan działania. Zamierzałem się sprzeciwić. Ale co mógł prosty czerwonoarmista  wobec potęgi komisariatu obrony. Wobec całej potężnej maszyny śmierci.    Kierowca rzucił okiem za siebie  i zauważył że usadowiłem się niemrawo prawie dokładnie naprzeciw literata.   Jeśli coś będzie nie tak lejtnancie, krzyczcie a najlepiej  bijcie dłonią w ścianę szoferki. Ja mam tu pistolet. Spojrzałem z niedowierzaniem  na enkawudzistę    Jak mam eskortować więźnia bez broni? Chcę wrócić po pistolet i proszę o eskortę w postaci dwóch dodatkowych ludzi. Moich zaufanych ludzi.   Enkawudzista machnął tylko ręką.   Eskorta do Żerebcowa?! On nigdzie nie ucieknie. Zresztą dokąd? Do najbliższej większej osady przeszło osiemdziesiąt kilometrów. Do miasta trzysta. A na termometrze dziś  prawie minus trzydzieści pięć stopni. Zresztą on nawet nie jest związany. Nie musi. Nie wie na jakim świecie jest. Nie odzywa się słowem od tygodni. Zresztą zobaczcie sami.   I faktycznie Żerebcow stwarzał pozór osoby obłąkanej i zupełnie nieobecnej w rzeczywistości. Nie wiem czy rozumiał o czym rozmawialiśmy. Czy wiedział o tym, że za kilka godzin zginie? Czy rozumiał cokolwiek  z tego co się wokół działo. Siedział i z błogim uśmiechem małego chłopca,  głaskał kota,  który zdążył zasnąć na jego kolanach. Widać literat i kot  byli razem w siódmym niebie. Ciężko było dyskutować o tym  co powinno się zrobić  i jak powinno się teraz postąpić. To był rozkaz,  którego nie mogłem zlekceważyć.   Jechaliśmy już przeszło godzinę. Kilka minut temu, rozpadał się ostry, wirujący dziko na wietrze śnieg. Przesiąkłem odorem paki. Wszystko wokół cuchnęło. Na dodatek opary paliwa  łatwo przechodziły na tył pojazdu i powodowały astmatyczne napady  duszności i kaszlu. Żerebcow nie reagował. Miał zamknięte oczy  i odchyloną delikatnie głowę. Ale nie spał. Wydawało się jakby słuchał tej ciszy. Jak gdyby delektował się podróżą  w swoich własnych myślach. Może pisał w nich kolejny wiersz. List pożegnalny. A może jednak był pewny ocalenia. Kolejnej cudownej ucieczki  i oszukania systemu. Tutaj jednak mógł usłyszeć go jedynie  Bóg i Diabeł. No i ja, gdyby tylko  chciał wreszcie cokolwiek powiedzieć.   Kierowca jechał bardzo ostrożnie  a mimo to ciągle łamaliśmy pod kołami, powalone pnie, korzenie i zbitą zmarzlinę, która była tutaj po prostu drogą do nikąd. Byłem bardzo zdenerwowany a nie miałem przy sobie  nawet grama tytoniu i bibuły. Wódki też nie. A zająłbym chociaż czymkolwiek, ciągle drżące z przejęcia dłonie. Nagle, zupełnie bez zapowiedzi, z rogu paki wypłynęło źródło głosu. Były to słowa wypowiadane  starannie, powoli wręcz sennie. Był to głos cichy lecz mocny. Wychodzący jednak jakby spod ziemi.     Lejtnancie… zaczął cicho Paweł Fiodorowicz, nie odrywając wzroku  od narzuconego brezentu  Mówi Wam coś nazwisko Levenstern?  Był Waszą ostatnią ofiarą, prawda?   Drgnąłem, gdzieś wewnątrz. Serce zakuło mnie w piersi  a w krtani narosła twarda kula. Nie winy. Nie wstydu. A paraliżującego strachu. Jak to możliwe?! To nazwisko powinno leżeć w ciszy tajgi. Nikt o tym nie mógł wiedzieć. Nikt!   Skąd o nim wiecie, Żerebcow?  Wychrypiałem nie patrząc na pasażera. Co wam do niego?   Był szpiegiem niemieckim w czasie wojny...  a raczej tak właśnie sfabrykowano dowody.   Kontynuował literat  z tym samym niepokojącym spokojem,  jakby czytał nekrolog w porannej gazecie.   Zastrzeliliście go dokładnie tam,  dokąd mnie teraz zabieracie.  Widzę go, Lejtnancie.  Stoi tam i czeka na towarzystwo.     Poczułem, jak pot spływa mi po karku,  mimo dojmującego mrozu.  Kim on jest? Świętym? Przeklętym? Carskim upiorem dawnej epoki? A może sumieniem kata? Bo nie literatem. Był mistrzem z piekła rodem.   Nawet jeśli, Żerebcow...  to już niedługo Wy zajmiecie jego miejsce ostatniego w wyliczance.   Uciąłem brutalnie,  odzyskując na moment pewność siebie.    Kierowca o mało co nie wywrócił nas do rowu, którego nie zauważył przed nosem pojazdu. Zawieszenie jęknęło, koła po lewej stronie oderwały się od podłoża i bardzo opornie wracały na swoje pierwotne miejsce. Dopiero teraz Żerebcow  jakby ocknął się z maligny. Wyjrzał do szoferki i radośnie oświadczył w przestrzeń lub do rozmówcy w swoim umyśle.   Był ostatni.  Szepnął radośnie.  Gładząc się po skołtunionych włosach.   Będzie ostatni.  Odpowiedział trzeci głos.   Zamarłem jak panujący wokół mrok i mróz To nie był głos Żerebcowa,  ani tym bardziej, przerażonego kierowcy.  To był dźwięk niski, chropowaty,  wibrujący jak pomruk nienasyconego pieca.  To było absolutne szaleństwo ale zwróciłem powoli wzrok na ostatniego pasażera.   Kocur zdawał się spać,  pogrążony w błogim spokoju,  ale gdy mój wzrok spoczął na jego futrze, zwierzę powoli otworzyło prawe oko.  Było złote, głębokie  i pełne nieludzkiej wiedzy.  Kot nagle puścił do mnie oczko  a na jego pyszczku wykwitł  ten sam podle ludzki uśmiech,  który zwiastował koniec pewnego świata.    Przecież... to tylko kot. Wybełkotał kierowca,  ale jego głos utonął w wyciu silnika,  który nagle wszedł  na nienaturalnie wysokie obroty,  jakby chciał uciec  z tego przeklętego Studebakera. Żerebcow cicho przytaknął a kocur znów zamknął oko,  mrucząc rytmicznie Ostatni... ostatni…   Znów każdy pogrążył się w swoich myślach. Jego milczenie denerwowało mnie. Doskonale już teraz wiedziałem, że on wie dosłownie o wszystkim. Zna moje ofiary, moje troski i problemy, czuje mój strach, widzi całe moje życie. Dlatego jego milczenia nie odbierałem w kategorii spokoju i harmonii  a drwiny z mojej osoby. Żerebcow znów oparł wysoko głowę  i wbił wzrok w sufit paki. Chciałem zasypać go pytaniami. O twórczość, której szczerze nie znałem. O to czy ma jakąś rodzinę albo dzieci. O jego liczne ucieczki i cudowne ocalenia. Przecież mówi się,  że to piekło we wszystkim mu pomaga. I przynajmniej kot,  jest jakąś częścią tego diabelskiego planu. Ale Żerebcow? Tak nie wygląda Diabeł. Nie wiem jak mógłby wyglądać,  lecz z pewnością nie tak. Nie jak człowiek. Znudzony, zmęczony, dziwnie spokojny zupełnie zwyczajny  a zarazem głęboko niezwykły.   Wreszcie ciężarówka wykonała  ostatnie półkole wokół,  wyrwanej z trudem tajdze polany. Silnik zachłysnął się ostatni raz i zgasł. Naprzeciw naszego pojazdu, zaparkowany był Zis z oddziałem żołnierzy. Nasz kierowca wysiadł do nich pierwszy  i z wyraźną ulgą po opuszczeniu szoferki, ściskał im kolejno dłonie. Byli w szampańskim humorze. Srogo pochlali. Krzyczeli, śmiali się, podskakiwali  i oklepywali ciała,  zamaszystymi ruchami ramion, próbując się ogrzać.   Nie musiałem nic robić z więźniem. Żerebcow zrozumiał, że to finalny postój i wygramolił się niezdarnie na zewnątrz. Kot czmychnął jego śladami. Gdy ja wreszcie uwolniłem się  z tej brezentowej klatki. Stanąłem twarzą w twarz z Żerebcowem. Ten w ogóle nie przejmował się  zadymką śnieżną i stał dumnie wyprostowany i zupełnie nieczuły na wszystko. Oczy literata były jednak inne. Wreszcie pytały i one.   To moja mogiła lejtnancie?  Doskonała. Chłopcy spisali się na medal albo nawet order i wakacje w Odessie.   Zadziwił wszystkich gdy zbliżył się do rowu, wykopanego nierównomiernie i na tempo. Padł przy nim na kolana,  nachylił się i zawołał do ciemni.   Levenstern przyjacielu,  za chwilę będziesz miał towarzystwo.   Chciał jeszcze wstać, lecz dwóch strażników doskoczyło do niego  i brutalnie popchnęli go  nad samą krawędź,  skutej lodem czerni grobu. Nie bronił się, nie wołał Boga ani łaski. Poprawił tylko kołnierz palta. Wywinął go z taką formą etykiety, jak gdyby wchodził na przedstawienie leningradzkiego baletu czy teatru. Przygładził jeszcze włosy, dłuższe kosmyki powędrowały za uszy. Odetchnął jedynie głęboko. Nie z ulgą a ze zniecierpliwienia. Widać skoro mu było w objęcia śmierci, lub do jakiś kolejnych magicznych sztuczek. Jeden ze strażników wręczył mi pistolet.   Wasza kolej towarzyszu lejtnancie. Koniec jego ziemskiej wycieczki. Tym razem Diabeł się nie wywinie. Jeden strzał w głowę  a my dokończymy jeśli będzie trzeba.  Spojrzałem jeszcze za siebie na kierowcę. Gdyby mógł to krzyczałby. Ruchy, ruchy lejtnancie. Moskwa czeka. Gdzieś na granicy polany  zaświeciło się coś złotego. Owalne jak moneta lecz bezsprzecznie żywe. Oko czarnego kocura. Patrzył cały czas. Trzeba będzie też go zastrzelić  razem z jego panem. Tak by mieć spokojne sumienie.   Wyciągnąłem pistolet.  Moja dłoń, dotąd tak karna  i posłuszna systemowi,  drżała w sposób haniebny.  Nie z powodu mrozu.  Czułem, jakby tysiące niewidzialnych mrówek chrzęściło pod moją skórą,  paraliżując każdy nerw.  Spojrzałem na Żerebcowa.  Zgarbiony, spokojny,  z tym samym  błogim uśmiechem małego chłopca,  czekał na uderzenie ołowiu.   Podniosłem broń.  Wycelowałem w potylicę studenta.  Świat wokół zamarł.  Czas przestał biec do przodu,  a pętla fatum zacisnęła się na mojej krtani. Pociągnąłem za spust. Huk rozdarł ciszę tajgi,  a ciało poety runęło bezwładnie  w przygotowany rów. Strażnicy rzucili się do mogiły  jak wściekłe psy. Kuli ciało raz za razem, aż do momentu omdlenia ramion.   A potem nastał poranek. Mgła przedświtu,  gęsta i szara jak dym z podłych papierosów, osiadła nisko nad polaną. Nad polaną na której  nie pozostawiono tylko ciała literata  w płytkim grobie. Śnieg wokół był pełny  czarnego brudu lub sadzy. Drzewa miały okopcone pnie. Wszędzie wokół unosił się także,  drażniący smród siarki. Studebaker i Zis nadal stały frontem do siebie. Nie było wokół nikogo. Ani na polanie ani w lesie, ani na pakach czy w szoferkach. Lejtnant i strażnicy  nie wrócili z akcji do obozu. Oficer czekał na ludzi i raport. Nie było gratulacji, obietnicy awansu. Nie było niczego. Poza ciszą.  Martwą i złowrogą. Wysłano więc kolejny oddział na miejsce. W końcu robota  mogła być wykonana wzorowo. Żerebcow nie żył  a oni w drodze powrotnej, mieli wypadek albo zgubili drogę  w śnieżnej zamieci. Drugi oddział strażników  przybył na miejsce egzekucji z opóźnieniem, klucząc Studebakerem  pośród zwalonych pni.  Gdy żołnierze wysiedli z wozu,  nienaturalna cisza lasu  sparaliżowała ich kroki.     Nad otwartą, czarną mogiłą  stały dwie postaci. Paweł Fiodorowicz Żerebcow,  nienagannie młody,  z czujnym i bystrym wzrokiem petersburskiego filozofa,  trzymał na rękach wielkiego, czarnego kocura. Na jego brudnym palcie  nie było śladu krwi,  a czas wydawał się omijać jego oblicze szerokim, lękliwym łukiem. Obaj z kotem trwali w milczącej zadumie, spoglądając w dół,  do wnętrza ziemnego grobu. Tam, na dnie lodowatego rowu,  pośród grud zmarzliny,  spoczywało ciało lejtnanta.  Jego oczy były szeroko otwarte,  wybałuszone w ostatecznym,  pośmiertnym zdziwieniu,  a na ustach zastygał krwawy spazm paranoi. Martwy kat leżał dokładnie tam,  gdzie kilka godzin wcześniej  miał spocząć poeta.   Żołnierze zamarli na linii drzew,  niezdolni do oddania choćby  jednego strzału z pepesz.  Wtedy, pośród arktycznego milczenia Syberii, czarny kocur uniósł poszarpane lewe ucho, spojrzał na Żerebcowa  i przemówił ludzkim, chropowatym głosem, który wibrował jak  pomruk nienasyconego pieca.   Fatalnie… fatalnie tak mój drogi przyjacielu, stracić zupełnie głowę  dla godnej pożałowania sprawy.   A Żerebcow tylko cicho mu przytaknął,  po czym obaj odwrócili się plecami  do armii straceńców  i odeszli wolnym, dystyngowanym krokiem  w gęstniejącą mgłę tajgi.   Nikt za nimi nie pobiegł ani nie strzelał. Zjawa była wolna. I było tylko kwestią czasu, gdy znów ją schwytają  gdzieś w ciemni rozpadającej się komunałki. Z maszynopisem w jednej dłoni A z kartą wiersza w drugiej.      
    • wiosną koniku wio sną niech wstają ptaszki chcą paszki a może jest morze i rosa i maj i rosną watry wiwaty i wiatry i mają się dobrze kwiaty i krople dżdżu wyłażą dżdżownice i rośnie radośnie tak ona i on jak ja i ty w deszczową toń „Jeśli deszcze w maju, wszystko rośnie jak w gaju” 
    • @Stukacz, @Berenika97, @viola arvensis, @violetta, @Poet Ka  dziękuję bardzo
    • @viola arvensis dziękuję
    • @viola arvensis dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...