Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 17.02.2026 w Odpowiedzi
-
masz cierpliwe ucho, czujesz nim mój oddech mój kochany, jak dobrze, że jesteś moje usta smakują twój dotyk zazwyczaj czuję gorąco, czasem zwlekam, twój chłód mnie sięga nie odpychając potrzebujemy siebie - może ja bardziej ciebie, niż ty mnie, bo nigdy mi tego nie mówisz jesteśmy wierni sobie od początku dorosłego życia mój Kubeczku do kawy9 punktów
-
Noszę miłość jak bilet w kieszeni – ważny, lecz nieskasowany. Chcę wejść, usiąść przy kimś, a stoję w przejściu, pół kroku od życia. W myślach – zachwyt i alarm. Twe spojrzenie – jak klucz w zamku, chce przekręcić mą duszę. A ja wciąż słyszę: czekaj na wersję „bardziej”, jakby serce miało regulamin zwrotów. Śmieszne to, bo tęsknię jak bohater romansu, a uciekam jak księgowy od ryzyka: liczę procenty, ważę wady, robię bilans ciepła w człowieku. Bezdech lęku mnie ściska, więc udaję luz, a nocą gra w piersi małe kino: ja i Ty… i drzwi, których nie domykam… i budzi mnie serce drżące wciąż w trybie podglądu. Patrzysz tak, jakbyś już wiedziała, że moje „zobaczymy” to czułe kłamstwo, talizman przeciwko bliskości. Ale dajesz mi jeszcze szansę w tej grze na czas. A ja milczę – jakby od tego zależało czy zdążę w ostatniej sekundzie wybrać człowieka zamiast próżnego marzenia…8 punktów
-
Nie chcę cię budzić moja najmilsza śpisz błogo, słodko cicho oddychasz, nie musisz mówić starczy, że jesteś śnisz czasem o mnie i przez sen wzdychasz. Ja wiernie obok czekam aż wstaniesz choć bardziej śmierci niż mi żeś bliższa, wiem - jestem pyłkiem a tak cię pragnę ty jesteś siłą nad inne wyższa. Wiesz, kiedy umrzesz to ja też umrę na cóż mi dalsze bez ciebie życie gdy siedzisz obok i patrzysz w oczy to ja nad wszystkim tonę w zachwycie. Bądź ze mną proszę i nie umieraj, usnę przy tobie razem wstaniemy, i nawet wtedy gdy świat się skończy w ciasnym uścisku pozostaniemy. Już nawet słowa we mnie się chwieją... Wróć do mnie, proszę moja Nadziejo...7 punktów
-
6 punktów
-
“Wyjdźmy już, proszę, nie chcę tu być Za dużo hałasu i ludzi — jest mi źle” Odkąd mam ciebie Miasto zbrzydło i zbrukało Wyobrażenie o nocnym życiu kontuarów Za dużo wszystkiego Twojego ciała za mało Wiele tu mar i koszmarów Brzydkich ludzi, wybrakowanych baraków Zdradzieckich kochanków Szukają wzrokiem nowej ofiary Zdejmuje obrączkę — pełen wiary Ona mówi, że sama Konsumując kolejną lampkę szampana Wielu smutnych tułaczy Szczęścia znaleźć nie pozwala Kłamców wierutnych, ludzi obłudnych To jak krąg piekielnych zdążeń okrutnych… Mgła dymu spowiera jak wojenne okopy Zapach spirytusu jak szwedzkie potopy Nie jestem zwykłym żołnierzem Wielu tu zbrojnych w słowne karabiny Strzelają śmiechem — pękają witryny Pod stopami lepki dywan win od wina i winyli Każdy tu walczy o chwilę znaczenia Wśród brudnych świateł i ludzkiego cierpienia Krzyki, nie spełnione marzenia Krzyki, nie mają znaczenia Krzyki, przykrywają pragnienia Krzyki, zagłuszają sumienia Krzyki, cichną wierzenia Krzyki rodzą zwątpienia… Wyjdźmy już — tu brakuje mi tlenu…6 punktów
-
Leśna łąka ciepły wiatr zapach burzy Pachnąca rosą trawa ach cóż za miła chwila Czas przemiły dech zapiera jest cudny Żyć się chce śnić i marzyć prawdą być Że ten świat wspaniałością częstuję nas Nie wstydzi sie łez jest dziś jutro też będzie5 punktów
-
Noc miała dziś jaśniejsze dłonie — kosmaty palec zbliżał się do niej. Noc wykąpała się dziś pod ziemią — i myśmy — odbici w krysztale — badali jej iskry: odbite w krysztale —5 punktów
-
redukcja realnych fraz staje się rozszerzeniem wyobraźni lecz to właśnie słowa ciężkie i pojemne są źródłem materią do obróbki myśli znikam w tłumie rozciągam się w czasie pozbawiam atrybutów aby odsłonić kilka znaków opisujących stan istnienia zanim zmieni się w inną konstelację liter rozmazanych w myślach4 punkty
-
Zjawia się i przemyka między słowami. Jest jak spojrzenie znad krawędzi snu - ledwie uchwytne, a jednak przenika do krwi i zostaje na zawsze. Lgniesz do niej ufnie, jak do jasnej odpowiedzi, która obiecuje uciszyć wszystkie pytania. Ona nie protestuje, po prostu jest - pełna znaczeń, przed którymi nie ma ucieczki. Zanim zdążysz pojąć, że jej bliskość to nie jest bezpieczny brzeg, lecz ocean, który może wchłonąć - ogarnia cię lęk. Zawracasz. A ona, kiedy staje przed lustrem, widzi doskonałość rysów, gładkich i czystych. Ale w głębinach trwa jej drugie, surowe oblicze - to, które zawsze zostaje na dnie - niewzruszone i wieczne.4 punkty
-
za dużo słów na marne fizyka nie zawsze jest mądra trzeba się bronić przed niezdrowymi nowościami w technologii wrażliwość ograniczona misere mihi ceramika to nie niedzielna rozrywka śnieg i kwiaty4 punkty
-
Ciężar wciąż większy, wiedza kosztuje. Im więcej rozumiem, mniej się cieszyć umiem. Od brzegu oddalony setki kilometrów, ruszył powoli nabiera rozpędu. ... Sprawiła, że poczuł zalążek nadziei. Życie obydwojga niebawem się zmieni. Pierwsze spotkanie, gdy w oczy spojrzeli. Wiedzieli od razu, że sobie przeznaczeni. ... Los ich dojeżdżał, szykował im drogę. By siłę znaleźli, ogarnęli głowę. By zło nie zniszczyło przyszłości wyśnionej. Czy ich marzenia zostaną spełnione?4 punkty
-
Już wiem, że to sen. Ta wiedza niczego nie ratuje. Biegnę, a raczej zapadam się w bieg. Jak człowiek w melasie. Ruch istnieje, ale nie ma prędkości. Miasto znam. Na pewno znam. Byłem tu kiedyś. Albo śniłem, że byłem. Ulice rozpoznają mnie szybciej niż ja je. Bruk pamięta ciężar moich stóp, choć nogi mam z opóźnionej decyzji ciała. Próbuję przyspieszyć. Ciało nie wierzy. Każdy krok ciągnie się jak źle postawione zdanie, którego nie da się cofnąć. Asfalt ma temperaturę krwi. Wpija się w podeszwy. Zlizuje moje imię z dowodów istnienia. Oddycha. Przytrzymuje mnie jak dłoń na karku. Wciąga sznurówki, resztki tętna. Miasto bierze mnie małymi porcjami. Ktoś jest za mną. Od pierwszej sekundy mojego snu. Słyszę go w zmianie powietrza. W tym, jak cisza robi się cięższa. To drapieżnik. Nie ma twarzy. Jest jedynie negatywem światła, pustym miejscem w strukturze atomów, które wypełnia się moim strachem jak naczynie krwią. Poluje. Jego obecność zagęszcza ulice. Oddech ma wagę betonu w ruchu. Nie słyszę kroków. Słyszę, jak pod jego ciężarem pękają cząsteczki powietrza. Jest tak blisko, że moja własna skóra próbuje się odwrócić, by go nie widzieć. Wie, że nie muszę się spieszyć - to ja muszę. Uciekam w kręte uliczki. Znam je. A jednak nie wiem, gdzie jestem. Miasto przesuwa mapę pod stopami. Znajome miejsca gubią nazwy. Nie ma kierunków. Jest tylko przód i to, co jest za mną. Moje stawy to zatarte łożyska, w których noc kruszy się na opiłki. Każdy krok jest gwałtem na geometrii ulicy. Nogi mielą noc jak zużyty mechanizm. Powietrze gęstnieje, opiera się płucom, myślom, strachowi. Oddycham za wolno. Przez chwilę sen patrzy na mnie. Jest w tym coś spokojnego. Krzyczę. Krzyk nie wylatuje. Zastyga w przełyku jak stygnące szkło. Rozrywa płuca od wewnątrz, bo świat nie chce go przyjąć Gardło pęka - ale krzyk wraca, wbity z powrotem w usta jak knebel z własnego ciała. Kamienice nachylają się tak nisko, że czuję na karku ich stęchły oddech. Zamykają powieki fasad. Miasto mnie pamięta. I to jest najgorsze. To miasto śni mnie dokładniej, niż ja potrafię śnić je. Bruk układa się w kształt moich lęków, zanim zdążę o nich pomyśleć. Drzwi są oczami. Okna - jamami ust. Nikt nie pomaga. W całym mieście nie ma ani jednego świadka, który chciałby mieć oczy. Cień za mną jest cierpliwy. Cień nade mną rozlewa się jak smoła, która zna każdy mój krok i wie, gdzie zwolnię. Upadam. Podnoszę się, ale moje kości mają już gęstość popiołu. Grawitacja tego miejsca nie chce mojego ciężaru, chce tylko mojego oporu. Drapieżnik już stoi przede mną. A świat za nim jest zagięty, jakby noc złożyła się na pół. Nie goni. Czeka. Aż do niego dojdę na resztkach ruchu. Serce wali w żebra jak pięść w zamknięte od wewnątrz drzwi. Sen dławi mnie ręką z betonu włożoną w gardło. Krzyczę. W nocy. Krzyk przebija sen, ściany, cudze sny. Budzi domowników - obcych świadków mojego pościgu. Pęknięcie. Światło. Budzę się. Sprawdzam dłonie. Pod paznokciami mam pył z tamtego bruku. Cisza w pokoju nie jest pusta. Ma ten sam ciężar, co tam, za rogiem. Z gardłem spalonym od krzyku. Z sercem, które jeszcze biegnie. Leżę w łóżku. Cisza oddycha obok. I nie wiem, czy to miasto istnieje naprawdę, czy tylko wraca nocą po mnie.3 punkty
-
37. Nowożeńcy (narrator: hypaspista) 1. Król zwalnia nowożeńców — wojna też potrzebuje przerwy. 2. Patrzę na nich — młodzi, jeszcze wierzą, że życie czeka. 3. Niech idą. Niech im się rodzą dzieci i wspomnienia. 4. Pamiętam córkę sąsiada z pola — oczy jak oliwki. 5. „Zostaw kogoś po sobie” — mądrość starego ojca, wyśmiana nad tarczą. 6. Odłożyłem życie na później, a później stało się nigdy. 7. Może lepiej nie mieć nic, niż patrzeć, jak czas to powoli psuje. 8. Bez żony, bez syna — lekki jak dym, gotowy na wiatr. cdn.3 punkty
-
prekognicja co ma nadejść kusi jak nowe ubranie gładkość materii dotyk - ciche mury i tafla jeziora jak do mnie zawoła czy będziemy na ty od początku jaki będzie kolor jej oczu kiedy będzie zbliżać się do mnie? muszę zapisać to co powie inna nie przydarzy się rozbita o bruk sklejona jak wazon3 punkty
-
3 punkty
-
Boję się, boję się, Przez cały czas, Że zrobię coś źle, Nie dwa, nie raz. Strach zaprząta myśli me, Czy ja wszystko robię źle? Czas pokonać błędny strach I odważnie wkroczyć w świat. Krok po kroku, dzień po dniu, Nieustannie jestem tu. Gdzie odkrywać pragnę świat, Mimo błędów będę rad. Każdy krok mnie dalej niesie A ja się znów z tego cieszę. Strach już dawno odszedł w cień Tak zaczynam nowy dzień. 16.02.2026r.3 punkty
-
Piosenka na podstawie tekstu do posłuchania na youtube: PS: wiem chmury nie są błękitne Na początku – w równym rytmie – nieśmiało zabije, Dwie krople, a miłość już w sercu żyje, I jak woda co źródło nasyca, Kropla po kropli złote sny przemyca. A w snach, jak w chmur błękicie Szemrzą wiatry ulatując skrycie. Przebije powierzchnię – na zewnątrz wypłynie, Powoli, spokojnie dolinami popłynie, I przechodzi z wartkiego strumienia, W rzekę pełnej boskiego natchnienia. Dopływami karmiona szybko urośnie Choć czasem dokuczy nieznośnie. Wytrwała, z każdą trudnością sobie poradzi, Nawet, gdy drogę twarda skała zawadzi, Przez skał bryły korytarz wydrąży, I płynie, nim do morza dopłynąć zdąży. Choć lodem skuta, choć czasem wrzała, U kresu swego biegu – mądra, dojrzała. A u kresu, w morzu, jak w wieczności zaginie, I w czasie ziemskim na zawsze przeminie.3 punkty
-
Z okna samolotu Ludzie starają się Kreseczki ulic układają Na kamieniach budują Wieże do samego nieba W wierze pochyleni Drepczą niewidoczni Kochają, zdradzają Rodzą się i umierają W oczach słońca Jak jednodniowe motyle Albo szkielet dinozaura Znaleziony przypadkiem Giną Promieniem oka dotknięci Marząc dalej o kosmosie I jego dziurach Przepaścistych3 punkty
-
Usiadłam sama; światło roztaczając Radośnie lśnił letni dzień umierając; Widziałam jak kona, patrzyłam jak znika Z bezwietrznych łąk, z mglistego zagajnika; I myśli w mej duszy się rozszalały I serce się ugięło przed ich siłą I gorzkie łzy z moich oczu tryskały Bo słów na uczucie mi brakowało, Które dostojną tę radość kalało W tą godzinę, tak boską i tak miłą. Pytałam siebie, - Dlaczego cennego Tego daru niebiosa mi nie dały, Wielkiego, przez wielu otrzymanego, By się ich myśli w poezji splatały? - To sny mnie osaczyły, - powiedziałam - Z beztroskich dziecięcych lat dorastania; Fantazja dzika wizje przekarmiała Odkąd życie rozkwitło u zarania. - Dziś, gdy nadzieja na śpiew się zbudziła, Bezdźwięczną strunę ma ręka trąciła; I wciąż oznaką mej melodii granic Jest - Dość już twych starań, to wszystko na nic. - I Emily: Alone I sat; the summer day Had died in smiling light away; I saw it die, I watched it fade From misty hill and breezeless glade; And thoughts in my soul were gushing, And my heart bowed beneath their power; And tears within my eyes were rushing Because I could not speak the feeling, The solemn joy around me stealing In that divine, untroubled hour. I asked myself, “O why has heaven Denied the precious gift to me, The glorious gift to many given To speak their thoughts in poetry? “Dreams have encircled me,” I said, “From careless childhood's sunny time; Visions by ardent fancy fed Since life was in its morning prime.” But now, when I had hoped to sing, My fingers strike a tuneless string; And still the burden of the strain Is “Strive no more; 'tis all in vain.”2 punkty
-
To przez frustrację te inklinacje że patrzysz z góry No i nachalnie wygłaszasz jakieś obiekcje Przecież gdy będzie to tylko sztuka dla sztuki Wtedy sam stwierdzę zabójstwo w afekcie Mam minimalne wymagania jak stary merol Sam siebie pytam co tak długo głowę wietrzysz Disel śmiga na oleju ale motor trzyma tempo Na średnio to mogą być wysmażone steki2 punkty
-
naturalność chyba zdobywa się z wiekiem w różnych manierach i konwenasach co innego jest naturalne różne biotopy biolog nie podkreśla różnic on obserwuje ważne jest źródło wody gdzie wodopój2 punkty
-
Bić się nigdy nie lubiłam. Lecz przypadła mi w udziale taka niefortunność, takie wstrętne widzimisię losu, że zasiadłam w ławce między dwoma oprychami. I cóż mi z tego, że po latach malowali mnie na skrzydłach wielkiego orła. Że nosili czerwień w butonierce. Bardzo przykra to refleksja, że czym by tu nie być – dumą czy jedynie słowem w dokumencie – najmocniej jestem, kiedy mnie tłuką. Choć nie nosiłam aksamitów, zestarzałam się zmarszczkami godnymi wielkiej damy. A dzisiaj jestem jak sadownik, który martwi się o drzewa i z drżącym ciałem zerka na prognozy mrozów ze wschodu. Dzisiaj trzaska mi serce, bo gdzie obcego kata nie ma, tam jest bratu katem brat?! Dzisiaj jestem jak staruszka, co niepewna uczuć swoich dzieci, z mokrą rzęsą pyta – czy mnie – matkę – jeszcze kto odwiedzi? Nie wykrzyknę nigdy z Tatr, hen, do Bałtyku, że się cierpieć godzi albo nie, że to wina ludzka albo boska, ale zniosę każdy cierń, póki imię moje – Polska! 8 II 20262 punkty
-
2 punkty
-
Rozdarcie Sieci Stanu Spoczynkowego Przejdź do stanu początkowego okadź ciężar gałęzi – niech w końcu odpoczną Idź okrężną ścieżką którą wytoczyłeś z obawy przed prędkością krwi Deszcz metali ciężkich zatamował ruch autostrady Zapomniany karambol nieszczęść – gorzkie fragmenty połamały spójne sklepienie czaszki Chłód syren alarmowych roznosi prochy Schwanna Czy to dźwięk zagłady a może osądzająca biosfera? Odłamki czyjejś tożsamości zawieszone w atmosferze Nie wywróżysz z nich dobrze2 punkty
-
@hollow man zostańmy przy zimnym glinie, lekko wilgotnym mamy mało czasu bo picasso jest szybki jedna linia za sto pociągnięć pędzla Velasqueza on przecież musi zdażyć przed ogniem już taki nawyk jak sanitariusz wydobywa kształt wszystko jest jak na fotografii2 punkty
-
@viola arvensis Bardzo dziękuję! Takie słowa dają skrzydła i motywują do dalszego pisania. Serdecznie pozdrawiam. :) @Alicja_Wysocka Bardzo dziękuję! Nie ma żadnego "za późno" - bardzo Cię rozumiem w tej kwestii. Dziękuję za komentarz. To, co piszesz o prawdzie, która nie paraliżuje, ale zmienia oddech i spojrzenie - tak, właśnie o tym chciałam pisać. Nie o prawdzie, która przygniata, ale o tej, która zmusza do ruchu. "Spotykać ją krok po kroku, wchodząc w jej ocean" - pięknie to ujęłaś - piękniej niż ja w wierszu. Serdecznie pozdrawiam. :) @[email protected] Serdecznie dziękuję i pozdrawiam. :)2 punkty
-
2 punkty
-
@[email protected] no chyba!! @Marek.zak1 eee, to zbyt oczywiste :) @Jacek_Suchowicz @Jacek_Suchowicz dziękować @Berenika97 rad jestem, że działa :)) I Twoich interpretacji ;) @Leszczym @piąteprzezdziesiąte @sisy89 @KOBIETA @Leo Krzyszczyk-Podlaś @violetta Dziękuję2 punkty
-
tak jakoś chłodno tu nie przypuszczałem że w chłodzie śniegu znajdę bezpieczeństwo pisze się o cieple rąk gorących pocałunkach co kto lubi lubię zimę2 punkty
-
green green grass of home w Pacanowie gdzie Koziołek Matołek kozy podkuwa aż huczy że do centrum Drogi Mlecznej droga niedługa... świetliste szlaki tachionów zakrzywiają czasoprzestrzeń dwa serduszka na walentynki uśmiechają się wiecznie... idzie pan za panem kopsa w pupę kolanem! adoracja aprobata apogeum!2 punkty
-
Witam - dziękuje ci serdecznie za miły odbiór - Pzdr.uśmiechem. @Adam Zębala - @violetta - @Posem - dziękuję -2 punkty
-
miało być bez ekscesów żadnych powrotów w nocy krwi na framudze rozbitych łbów żadnych sorów i komisariatów miało być stabilnie dobra robota co roku wakacje typu middle class kredyt do emerytury netflix zamiast narracji ogarnięta kuweta miałem zapomnieć czego i tak nie pamiętałem2 punkty
-
Skrapla się para. Po tafli szyby woda ścieka. Na parapecie rzeka. Idąc wzdłuż niej, docieram do ściany. Spleśniała farba, zgniłe firany. Kropidlak tynk w maź zmienia, czarnozieloną gęstą maź o zapachu niszczenia. Pośród tej osobliwej oazy prusaki, larwy much i pajęczaki. Tu i ówdzie światło załamuje pajęczyna. Mech wyrósł tam, gdzie uszczelka była. Stoi tak dom, miejsce rodzinne, spowite przez naturę, zniszczone przez czas, samotne, opuszczone, zimne. Nie ma w nim śmiechu, nie ma radości. Tylko parapet w kolorze kości, pokryty kurzem, brudem, zapomnieniem. I tak z czasem miejsce pełne życia stało się cieniem.2 punkty
-
1 punkt
-
- Tak, Mrok. Mrok jest najważniejszy. Skrywa swoją aprzenikalnością to, czego ludzie widzieć nie chcą. Czyni awidocznym to, co robią ze świadomością, że nie powinni. Ukrywa te ich myśli, do których nie chcą przyznawać się nawet przed sobą. Ba! Przede wszystkim przed sobą. Głuszy słowa, wypowiedziane do akompaniamentu mrocznych emocji. Te awypowiedziane także. - Negatywne emocje! Negatywne myśli! Negatywne słowa! Niech będą dzięki za nie Ciemnej Stronie Mocy - tu oblicze Czarnego Lorda skrzywił, awidoczny spod maski, posępny uśmiech. - Niech te pierwsze dzieją się w jak największej ilości, a te drugie niech powstają i niech padają! W międzyludzką przestrzeń i do ich umysłów! Niech jak najmniej spośród tych pozostaje niewyrażonymi! Niech myśli rozprzestrzeniają się wszędzie, po krańce Galaktyki! Tak, aby żadna przestrzeń nie pozostała bez ich przynajmniej dotknięcia. Ale wpływ byłby o wiele bardziej pożądany! Im znaczniejszy, tym bardziej! - Darth Vader pozwalał ponosić się coraz bardziej mrocznej swadzie zapominając, że euforia jako taka ze swojej natury jest zdecydowanie pozytywnym uczuciem. Po chwili skrzywił się ponownie. - Uważaj na swoje emocje! - skarcił siebie samego zmienioną treściowo uwagą, którą wielokrotnie powtarzał mu jego były mistrz. - Obi-Wan! - zgrzytnął wściekle na jego wspomnienie. Pamięć o ich ostatnim pojedynku, którego przegrana popchnęła go - czy też pociągnęła - ostatecznie na Ciemną Stronę Mocy, w jednej chwili uczyniła jego myśli, i tak już mroczne, jeszcze bardziej wściekłymi. - Zabiłbym cię ponownie i znów i jeszcze raz, gdybym tylko mógł! - zazgrzytał powtórnie. - Gdyby było to obiektywnie możliwe! - Ciemność! - Sith po raz kolejny uśmiechnął się posępnie. - Niech rozszerza się! Niech panuje! Władza! Potęga! "Nieograniczona - Moc!" - powtórzył powiedzenie swojego obecnego mistrza, Darth'a Sidious'a. - Porządek utrzymywany siłą i strachem! O, tak - to jest właściwe! Tak - ma - być! - I destrukcja! - podjął tok mrocznych myśli. - Albo porządek wymuszony strachem, albo zniszczenie i śmierć! Tylko tak Mrok może wszędzie zapanować! W ludziach i w przestrzeni poza nimi! Wszędzie! - Natura! - kontynuował. Powinna być dopuszczalna tylko na tyle, aby życie mogło trwać, aby stawać się coraz bardziej podległym Ciemnej Stronie. Naturalność! Woda, powietrze, zieleń, rośliny, zwierzęta! Zimno, chłód i ciepło! Śnieg i lód! Barwy? Spośród nich najważniejsza jest czerwień! Po krótkiej chwili dodał z jeszcze większym naciskiem: - I czerń. * * * Stał przez chwilę nieruchomo, rozkoszując się wizją wszechcienia i jednocześnie panującym w jego myślach mrokiem. Do chwili, aż zorientował się, że nie jest sam. Że wcale wyraźnie i wcale odczuwalnie, do jego umysłu i do jego myśli wkracza Światło. Spróbował je wypchnąć. Zgasić. - Nie! - wyakcentował powoli ulubione słowo. - Ależ-tak - z pełnym spokoju naciskiem zaprzeczyła mu emanacja Obi-Wana. Kartuzy, 15. Lutego 20261 punkt
-
"Heroiczny ślimak" Ledwo ciągnie się moczarem z własnego domku ciężarem. Choć go nieraz w plecy gniecie, włóczy go po całym świecie. Na bagienku się urodził, nigdy dalej nie odchodził. Świat wzdłuż stawu – dom to jego, bagnem ścieżek raju swego. Aż do lasu... dalej nie! Tam „niedobro” czai się! Boi go się każda ryba, raki też się boją chyba? Żaby w stawie rechotają, lasu też się obawiają. Wszyscy wokół mówią mu: „Ty tam nie idź, zostań tu!”. Bo ślimak od dawna marzy, strasząc z powagą na twarzy, że do lasku się wybierze i złośliwym skórę spierze! Ryć już w ziemi nie pozwoli, by wszędzie pełzać do woli. Bo te głupie, dzikie świnie ryją, gdzie im się nawinie. Wchodzą nawet na moczary, kopią rowy, dziury, szpary. Wilki też złapie za mordę, ustawi tę wściekłą hordę! Aby mniejszych nie zżerały, do moczar się nie zbliżały. „Lisy, kuny i łasice osobiście za pysk chwycę!” – obiecuje, różkiem grożąc, groźby krzycząc, groźby mnożąc. Tak pełzając w lasku stronę, w myślach niesie już koronę. Może nazbyt się ośmielił, w króla świata mocno wcielił? „Dom na plecach mi osłoną, porządku jestem ochroną!”. Dumny, wrzeszczy, pewien siebie, bez uwagi, że na niebie coś dziwnego nadlatuje, w stronę moczar już pikuje. On w ekstazie nic nie widzi, odważnie ze strachu szydzi. Wtedy z nieba coś zleciało, dziobem wyrok wykonało! Intencje mu przyciemniło, razem z domkiem pochwyciło. Krzyki złości, chęć do bójki ucichnęły już gardle sójki. -Leszek Piotr Laskowski1 punkt
-
Profesor uniwersytecki, powiedzmy, że Jan F., miał usposobienie kłótliwe, a temperament choleryka, co czyniło z niego człowieka szczególnie niemiłego. Dlatego też, przy pierwszej nadarzającej się okazji, szśćdziesięcioletniego Jana F. zwolniono z uczelni na emeryturę. Ojciec profesora był również profesorem, tak samo jak jego dziadek, który wykładał historię starożytną na uniwersytecie lwowskim, oraz na paryskiej Sorbonie. Ojciec Jana F. zginął w wypadku jaki zdarzył się w uniwersyteckim laboratorium. Podczas eksperymentów nad przedłużeniem życia, profesor stracił życie. Kiedy bowiem podgrzewał jakieś specyfiki, nastąpił potężny wybuch, niszcząc laboratorium, a przy okazji rozrywając eksperymentatora na kilka części. Swego czasu sprawa była dość głośna. Po ojcu Jan F. odziedziczył między innymi złoty zegarek kieszonkowy firmy Patek, ze złotą dewizką. Profesorowie uniwersyteccy tym się różnią od zwykłych magistrów, że chodzą w garniturach, przeważnie z kamizelkami. W kieszonce kamizelki Jan F. nosił właśnie zegarek po ojcu. Należy nadmienić jeszcze, że Jan F., będąc już profesorskim emerytem i pobierając niezbyt duże świadczenia emerytalne, był jednak człowiekiem dosyć majętnym, bo w spadku po rozerwanym tatusiu odziedziczył między innymi komfortowe mieszkanie, domek na wsi z parterowym tarasem i kolekcję obrazów średniowiecznych mistrzów pędzla. Wszystkie nieruchomości zostały sprzedane, a pieniądze ulokowane na długoterminowych kontach bankowych. Jan F. żył praktycznie z emerytury. Chociaż elegancko, ale jednak staroświecko niemodny Jan F. stołował się w tanich stołówkach Caritasu, czasami w dworcowym bufecie, czasami u sióstr zakonnych. Pewnego dnia, w przerwie między zupą pomidorową z kluseczkami a naleśnikami z serem, emeryt zauważył brak zegarka, który dopiero co był na swoim miejscu, bo przecież właściciel sprawdzał czy już czas na posiłek. Profesor bardzo się awanturował, aż wywalono go za drzwi. W takich tanich jadłodajniach kręci się sporo elementu, i właśnie w jego kierunku biegły podejrzenia profesora. W kilka dni później Jan F. wrócił na dworzec, licząc, że być może ktoś zechce mu odsprzedać czasomierz który mu ukradziono. Zaczął wypytywać różnych lumpów, czy nie mają może jakiegoś zegarka na sprzedaż. Owszem mieli. W cenach bardzo okazionalnych. Głównie jednak naręczne. - Bierz pan, przekonywali profesora, bo dzisiaj weźmiesz pan tego, a ja jutro przyjdę do pana z innym, mówili. - Aż natrafisz pan na taki, jakiegoś pan sobie upatrzył, dodawali. Profesor porzucił parasol i zaczął chodzić z teczką. Podchodzili do niego ludzie bardzo różni. Kobiety i mężczyźni, brzydcy i ładni, damy i łachudry. Każdy z jakąś sprawą. Jan F. mimowolnie zaczął się specjalizować w swym nowym fachu jakże innym niż swoje dotychczasowe zajęcie. Jego dostawcy dobrze wiedzieli, że Prokurator, bo taką właśnie ksywę w złodziejskim półświatku otrzymywał Jan F., bierze tylko rzeczy nieduże i drogie, czasami sprawdzając ich wartość w książkach, jakie nosił w teczce. Kupił sobie straszaka i nosił go w kaburze na szelkach pod marynarką, często częstując swą złodziejską klientelę, niby przypadkowo jej widokiem. Z biegiem lat Jan F. stał się potentatem w paserskim świecie stolicy. Zachowywał jednak dużą ostrożność. Nikt nie wiedział gdzie mieszka. Odbierał towary w różnych punktach miasta, które obchodził kilka razy w ciągu dnia. Kupował biżuterię, antyki, zegarki, wieczne pióra, znaczki pocztowe, złoto i srebro... ale nie wzgardził też starymi włoskimi skrzypcami czy bogato inkrustowaną srebrem i masą perłową, turecką strzelbą skałkową. To było jedno z oblicze emerytowanego profesora. Drugie to takie, że miał trzy konta na allegro, ale korzystał też z ogłoszeń w stołecznej i ogólnopolskiej prasie. Tu już był sprzedawcą. Sprzedawał z ogromnym zyskiem kupowane od złodziei przedmioty. Budził zaufanie. Z wyglądu stateczny i dostojny, o nienagannym wyglądzie i niebanalnej inteligencji. Z kupcami umawiał się na mieście, ale w innych miejscach niż ze złodziejami. Po czterech latach nowego zajęcia, emerytowany profesor Jan F. był już bogaczem. Wtedy właśnie zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Sąsiad Jana F. aktor Piotr W. wyszedł wieczorem do śmietnika wyrzucić swoje posegregowane śmieci. Tutaj, przy kubłach ze śmieciami został zastrzelony. Świadkiem zabójstwa była kobieta którą własny pies wyprowadził na spacer. Widząc upadającego po strzałach człowieka, zaczęła histerycznie krzyczeć. Ale to był błąd, bo w zamian za krzyk dostała od bandyty kulę, która trwałe uszkodziła jej kręgosłup. Sprawcy zabójstwa wsiedli do samochodu i zaczęli uciekać. W osiedlowej uliczce zajechał im drogę policyjny radiowóz. Wywiązała się strzelanina, w wyniku której, na miejscu zginął jeden z bandziorów i jeden policjant. Drugi, ranny bandyta przebił się przez zaporę z policyjnego radiowozu i zaczął uciekać. Na drodze głównej zderzył się z innym samochodem, spadł z wiaduktu na rozłożyste drzewo i na nim zawisł. W samochodzie w który uderzył samochód bandyty, zginął 35-letni mężczyzna, a jego żona została poważnie ranna. Policja wezwała straż pożarną i ta wydobyła z wiszącego pojazdu nieprzytomnego, rannego jedynie w wyniku postrzału w nogę i z ogólnymi potłuczeniami, bandziora. Zdarzenia koło śmietnika miały więc dramatyczny ciąg dalszy. Policja szybko zidentyfikowała ściągniętego z drzewa przestępcę. Okazał się nim wielokrotny recydywista, znany policji, bandyta i paser Roman D. Podczas pierwszego przesłuchania zeznał on, że razem z kolegą zabili Prokuratora z zemsty, bo ten zrujnował im całe życie zawodowe. -Jakiego znowu prokuratora, przecież zabiliście aktora, dziwili się policjanci. W trakcie dalszego przesłuchania szybko ustalono, że bandyci zabili nie tę osobę którą chcieli. Aktor zginął więc przez przypadek i nie miał nic wspólnego z człowiekiem o pseudonimie „Prokurator”. Rozpoczęło się w tej sprawie śledztwo. W kilka dni później Jan F. został zatrzymany w poczekalni dworcowej, podczas kupowania od złodziei, starego, grubo złoconego, srebrnego kielicha mszalnego. Znaleziono przy nim jedenaście telefonów komórkowych na kartę. Jeszcze kiedy funkcjonariusze po cywilnemu wyprowadzali z dworcowej poczekalni Jana F., podbiegł do niego, nieświadom całej sytuacji łysy człowiek krzycząc z kilku metrów: – Panie Prokuratorze, weźmie pan futro z lisów?. Bardzo się zdziwił kiedy policjanci wsadzali go do samochodu z Prokuratorem i zawieźli na Komendę. Jan F. jak na emerytowanego profesora przystało, do niczego się nie przyznał. W jego mieszkaniu znaleziono kilka przedmiotów pochodzących prawdopodobnie z kradzieży. Świadków paserskiej działalności profesora nie udało się odnaleźć, bowiem ludzie ze środowiska Jana F. bardzo nie chcą dzielić się z policją swoimi tajemnicami, nie tylko z powodu lęku o swoją przyszłość, ale też z obawy przed swoim przestępczym środowiskiem. Policja mimo wysiłków nie odnalazła pieniędzy zarobionych przez Jana F. na przestępczym procederze. Kiedy przesłuchiwano zatrzymanego profesora, cały czas dzwoniły telefony, a dzwoniący pytali gdzie można towar odebrać, albo czy można negocjować cenę. Profesor był nieugięty na perswazje policjantów i tłumaczył się, że ze sprawą nie ma nic wspólnego. Telefony znalazł w torbie w śmietniku. –A ładowarki do nich jakie ma pan w domu? pytali przesłuchujący. –Te telefony były właśnie z ładowarkami bronił się Jan F. Wreszcie policjanci ustalili, że znaleziony, w szafie profesora wysadzany szmaragdami i rubinami złoty krucyfiks, pochodzi z kradzieży w Gdańsku. Było takie zgłoszenie sprzed dwóch lat. Niestety człowiek który zgłosił kradzież zmarł bezpotomnie i nikt nie mógł potwierdzić, że skradziono właśnie ten krzyż. Ustalono, że Jan F. nie miał konta na allegro, chociaż z historii operacji na jego laptopie wynikało, że używał takich kont na których sprzedawano monety, znaczki, złote okulary, papierośnice itd. Ludzie na których nazwiska i adresy otwierano konta nie mieli z Janem F. nic wspólnego, podobnie jak z kontami na allegro, na swoje nazwiska. Ponieważ wszystkie te osoby mieszkały w Warszawie i korzystały ze skrzynek na listy, zacny profesor przejmował z nich pocztę, wcześniej zgłaszając na nazwisko właściciela skrzynki, prośbę do allegro o otwarcie konta. Odbyło się sprawa sądowa, na której oskarżono Jana F. o paserstwo. Emerytowany profesor o wyglądzie człowieka statecznego i poważnego, wywarł jednak na sędziach dobre wrażenie i został skazany jedynie za kupno skradzionego z wiejskiego kościółka kielicha mszalnego. Twierdził on przed sądem, że kupił go, ponieważ chciał przedmiot liturgiczny zwrócić do kościoła, albowiem kradzież w kościele jest nadzwyczajnie gorsząca. Sąd nie dał się jednak nabrać i wymierzył Janowi F. karę jednego roku więzienia w zawieszeniu. Niektóre środowiska i zawody mają ogromny dar w zacieraniu za sobą śladów swej działalności. Chciałoby się wierzyć, że te szczególne w tym zakresie zdolności Jana F. były, w jego akademickim świecie, zjawiskiem niezwykle odosobnionym.1 punkt
-
gdy myślę o innych kobietach moje ciało wypełnia się nimi jak płuca dymem o trzeciej nad ranem są złotymi postaciami z klimta potworne w gracji wytrącają pył a ten osiada na powiekach bym zobaczył cię pierwszy raz1 punkt
-
1 punkt
-
@Simon Tracy Tekst jest świetny. Przeczytałam wcześniejsze komentarze,bo najpierw skojarzyło mi się tak jak @Lenore Grey a potem też doszukiwałam się trochę innego zakończenia. To świadczy o tym, że to wiersz bardzo ciekawy, bo każdy czytelnik interpretuje do według swojego myślenia. Muszę stwierdzić, że spodobał mi się. Pozdrawiam.1 punkt
-
1 punkt
-
co masz na sobie zapytał wybrałam chanel po czym swobodnie przeszła do bardzo poważnego tematu a zapach rozwijał się w kolejnych godzinach od aksamitu róży damasceńskiej po paczulę w bazie1 punkt
-
1 punkt
-
@hollow man ??????? wykuję słowa w marmurze , fantastycznie dobre @hollow man mój styl to chłodna zaduma , jazzy miałem od jeżyka1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Nie wiedziałem, gdzie jestem. Dzień zachodził na dzień, jakby ktoś prowadził mnie za sztywny kark: te same korytarze, nie pytałem już dokąd prowadzą, bo znają mnie lepiej niż ja sam. Myślałem: tak wygląda życie. Że inaczej się nie da - okruchy śmiechu na wierzchu, drobiny lęku pod językiem, składane w „jakoś to będzie”, żeby nie słyszeć, co milczy pod spodem. Byłem jak wosk w ulu: ciepły od cudzych oddechów, wciśnięty w komórki niby-porządne, bez pytań o ogień, bez pamięci, że można płomienieć. W środku miałem miękkie „chciałbym”, a na wierzchu twarde „muszę”. Ćwiczyłem zawziętą poprawność, żeby nikt nie zobaczył, jak bardzo się gubię. Aż przyszło coś, co nie pyta o zgodę: czyjś brak przy stole, pusty kubek, który nikomu nie zawadza, a jednak boli bardziej niż wszystkie moje zmęczenia. Wtedy zrozumiałem, że można oddychać i nie żyć, można mówić i nie spotykać, trwać latami jak zamknięty list. I przyszedł ogień - nie krzyk, nie kara, tylko prawda, gorąca dłoń co dotyka zimnego czoła i szepcze dreszczem: zobacz. Topiłem się powoli. Moje ja kapało - zbyt dumne, zbyt pyszne, zbyt spięte - aż wreszcie ucichło, jakby chciało przeprosić. W tym topnieniu było wstydliwie jasno: ile razy nie powiedziałem kocham, ile razy uciekłem w rozsądek, gdy ktoś prosił o obecność, ile razy wybrałem spokój zamiast serca. I w tym traceniu formy nie było końca, tylko początek. Bo kiedy przestałem trzymać się siebie, usłyszałem ludzi bliżej, nie jako tło, lecz jako czyjeś życie pulsujące obok. I nagle okazało się, że Bóg nie jest gdzieś daleko za murem trudnych pojęć, tylko tutaj, w tej przestrzeni, gdzie jeden mówi prawdę bez lęku a drugi nie odchodzi. Że jest w dłoniach, które zostają, w oczach, które pragną dojrzeć, w ciszy, która nie porzuca; w słowie „jestem”, wypowiedzianym nie na pokaz, lecz dla ratunku. Więc wciąż proszę, nie o łatwość, ale o ogień, który nie zniszczy, tylko będzie budził coraz głębiej. Żebym był świecą, jeszcze choć przez chwilę, spalając to, co fałszywe, żeby komuś było jaśniej.1 punkt
-
1 punkt
-
Z sufitu zwisa, podciąga się do góry Pajączek mały – taki trochę bury W trudzie sieć od rana wije I tak sobie żyje Za nitką nitka, powolutku Aż do skutku Wije pajęczynę, żeby złapać muszkę Choć łatwiej byłoby w puszkę Lecz pająki tak już mają Że swych sieci używają A do czego pająki używają sieci? Pani w szkole pyta dzieci A wszystkie dzieci rączki do góry Pajączek bury Sieć buduje Bo na muchy poluje Właśnie tak, mądrymi dziećmi jesteście A gdzie buduje sieć na łące, czy w mieście? Po raz drugi pani pyta I do książki patrzy, coś tam czyta Dzieci krzyczą: w mieście, na wsi, Na łące, na polu pajęczyna wisi Więc pająki wszędzie żyją A czy w ziemi norki ryją? Po raz trzeci pyta pani To pytanie jest do bani W głos zakrzyczał Maciek Zaraz za nim Staszek Tak! Widziałem Bo film oglądałem Jak pajączek w ziemi norkę kopał A później się zakopał I na robaczki polował Jak się już schował Dobrze mówisz Stasiu A ty Basiu Jak myślisz czy pająki jad mają Dzieci w książkę spoglądają Po raz czwarty pani zadaje pytanie A Basia szybko odpowiada na nie Tak, ukąsił mnie kiedyś Krzyżak I został mi na rączce znak Piekło i bolało Chyba z tydzień trwało Zanim rana się zagoiła To kwestia zawiła Jedne mają, drugie nie Od czego to zależy? Kto wie? Po raz piąty pani pyta Od gatunku odpowiada Zyta Dużo wiecie drogie dzieci Już do domu, czas tak szybko leci Dzwonek zadzwonił, dzieci wesołe Bo do domu idą, opuszczają szkołę1 punkt
-
przymierzasz samotność jak sukienkę, obracasz się powoli sprawdzasz, czy nie uciska w ramionach, czy dobrze leży włożyłaś ją i już wiesz - uwiera cię w serce rozumiesz, że nic nie pasuje idealnie, szczególnie to, co ma zostać z nami na zawsze uszyta jest z twoich milczących rozmów, niewysłanych wiadomości, z dłoni, która nie wie, gdzie dotknąć rozumiesz już, że nie można zakładać pod nią wspomnień — od razu zaczynają uwierać. i nie mówisz, że ci w niej lekko, bo każda samotność ma podszewkę z ołowiu na początku wygląda jak suknia wieczorowa, potem kurczy się w piżamę, która wcale nie grzeje wyglądasz w niej tak, jakbyś czekała, aż ktoś zdejmie ci z ramion ten ciężar1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne