Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 07.07.2025 w Odpowiedzi
-
wiem jak bywa trudno pokonać opór świata im mocniej rozłożysz skrzydła tym wyżej nauczysz się latać5 punktów
-
Rozdzwoniła się znów ta słoneczna cisza, a wiatr zagwiżdże może tylko na palcach. Campo di Fiori tej wszechrzeczy pokusa, jak lustro płynie tam na odwilży walca. Barwnych karuzeli rozkoszą natchnienia, miarą krzyku, czy mistyfikacji oddechach. Brzaski i świty- dziś popioły milczenia, w głodzie bliskości i Fausta otchłaniach. Polne kwiaty, i dalej lubię Goethego. Oto świat w którym mewy już nie płaczą, kaskadą zdumień i nie wiem dlaczego. Dzieci znów językiem ptaków mówią. Cud miłości i hołd dla świata potomnych. grzechów pierwszych wiosny niepomnych.3 punkty
-
Gdy nadchodzi milknie świat, nie pyta, nie odpowiada, a słowa łamią się na krawędzi ust. Tylko ona zna ciężar wspomnień i trwa wiernie przy mnie, zbierając bezdomne myśli. A gdy milczy zbyt głośno, moje serce bije wolniej i wówczas musi wystarczyć mi modlitwa.3 punkty
-
Powiedział mi czas zmartwiony: "Nie chcę pędzić jak szalony! Dla mnie też zegar tyka. Jego tykanie ciągle mnie dotyka."2 punkty
-
kiedym już znojem utrudzona za szybą księżyc watrą staje z kołysek boso wstają śpiące młodsze siostrzyczki ładnych bajek siadają sobie delikatnie gdzieś w przyramiennych zagłębieniach żeby rozplątać snom warkocze albo posplatać bez znaczenia pomiędzy szepty kładą wstążki ze smużką cieni w seledynach i dwa przybrzegi niedowiary w istną przecudność z tobą spinam nie ma przestrachów nie ma świata tylko rusałki i boginie uśmiechem srebrzą się półsennym pośród czarownych nieprzewidzeń2 punkty
-
watro żyć marzyć śnić nie bać się prawdy zawsze sobą być bo to wszystko jedną klamrą spięte jest cudowne i piękne2 punkty
-
Miliony róż a ja w tym ogrodzie tylko z nim muskam płatki róż ilekroć spojrzę mu w oczy. Innym razem jest lasem jednym z tych istniejących te dwadzieścia lat temu, takim niewinnym, pięknym, życiodajnym. Jest morzem, dalekosiężnym dobrem, workiem pękającym w szwach od nadziei. Jest łąką na której mogę odpocząć zresetować zwoje, poczuć ulgę. Jest... lampkami świecącymi tylko dla mnie tylko ja widzę w nim tyle uroku.2 punkty
-
Życie to Śmiech i płacz A śmierć To koniec niespodzianek I początek nowej Brutalnej rzeczywistości (Tam po drugiej stronie lustra)2 punkty
-
Walc z walcem jest mocno nieśpieszny Ciepły asfalt kusi żeby zgrzrszyć Czarna smoła wabi w czeluść piekła Raz dwa trzy Raz dwa trzy Zakrzepła Walec w walcu płynie jak Batory Liżą kocioł płomiemnne jęzory W wolnym tańcu suną powolutku Walc za walcem W takt dziwnego smutku2 punkty
-
ogień zapatrzony w las płoną moje myśli artystka dotyka drzew stoję nie namalowany ludzką ręką2 punkty
-
2 punkty
-
Pod niebem latają śmiercionośne drony a w nierozpoznanym do końca kosmosie szukamy bez sensu kolejnej czarnej dziury zawłaszczona prawda przez fejki i bzdury zdawkowe dialogi często przez smartfony to tego wieku najnowsze pokłosie Choć patrzysz na świat swoimi oczyma zamiast człowieka widzisz idealną AI zmęczony życiem myślisz nierzadko o końcu na razie czas pędzi do przodu jak ku słońcu a pewnie nikt nigdy go nie zatrzyma i masz teraz zmyślony nieboski raj2 punkty
-
Znamienne są czyny w przestrzeniach dziejowych płynące po ścieżkach do gniazd utajnionych w tym szale błękitu przerosłe przez oczy powoje kart wpisów z sztambuchów wyrwanych. W oparach poranka śródpolne kompleksy tu lasów grądowych połacie mocarne tu wyżyn krajobraz wysoczyzn rozciętych przez wąską dolinę równiny dorzecznej. Na chełmskim księstewku mieszana osada granica od wieków na Litwie tu była i z pasem niczyim dolina Żółkiewki oddziela Rusinów od Polski właściwej. Tu boje zacięte król toczył Kazimierz tu Ludwik Węgierski przepędził Jerzego przyłączył do Polski Chełm z Rusią Halicką gdzie w szarży pokonał księcia litewskiego. Po śmierci Jagiełły znów nowe jest prawo z dwóch krajów zrównuje tu szlachtę na wieki a Gorzków umieszczon na rusi czerwonej tu wziął w krasnostawskim początek powiecie. Składając dziś dłonie rycerską pieśń niosę nade mną chorągwie łopoczą sztandary i pomna zasługi poprzednich pokoleń Maryja im darzy w gorzkowskiej powale.1 punkt
-
miau zapraszam cię na dach z widokiem na wszechświat i jedyne o co proszę nie rozdrapuj mi nieba patrz gwiazdy świetliste oleandry niczym wizerunki bóstw nakładające się na siebie oczekiwania i nadzieje po drugiej stronie nocy gdzie jeszcze nie byłem miau miau (Lifting2025)1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
Czerwiec mija: zostało go już mniej, niż więcej. Jeszcze trzynaście dni, nie licząc dzisiejszego. I pięć dni Lipca, bo zobaczę Martę w tę Sobotę dopiero wieczorem. Razem osiemnaście odcinków czasu, umownie nazywanych dniami. Wiem: ona też patrzy w kalendarz i też odlicza. I myśli. Wróci? Nie wróci? Prawda, że do tej pory zawsze dotrzymywał słowa i zawsze, gdy umawiał się, przyjeżdżał. I zawsze z kwiatami. Ale między nami zmieniło się wiele, ba! wszystko - odkąd zaproponowałem, żeby z mną wyjechała. Odpowiedziała, że nie może, podając szczerze prawdziwy powód. Odpowiedziała, jakby już wcześniej wszystko było między nami jasne, oczywiste i wiadome. Jak gdyby propozycja ta była całkowicie naturalna. Bo przecież było - i była. Bo czy mężczyzna umawia się ot tak, przychodzi ot tak, przynosi kwiaty i prezenty ot tak? Czy ot tak spędza długie godziny na rozmowach? A czy kobieta, która nie chce umawiać się, umawia się? Czy kobieta, która nie chce z danym mężczyzną spędzać czasu, czeka nań i rozmawia godzinami? Odpowiedź jest jedna - jej nazwanie jest apotrzebne. Zbędne. Jak wypowiedziane szybko stwierdzenie, że domyślała się niczego. Chociaż prawda: propozycji wspólnego wyjazdu mogła się nie domyślić. Ale "nie mogę" zasadniczo różni się od "nie chcę". Tak samo jak szczerość od jej zaprzeczenia. Myśli. Przyjadę czy nie? Dotrzymam słowa czy nie? Zmodyfikuję swój pomysł ze względu na okoliczność, że Marta nie może na stałe opuścić Polski, a przynajmniej, że nie może uczynić tego na razie? Zastanawia się: Andrzej, jak bardzo jesteś słowny? Na ile twoje pomysły i czyny podążą za deklaracją? Na ile pokażesz mi, że mogę śmiało postawić istotny krok na ścieżce zaufania? Nawet, jeśli miałabym postawić go z pewną obawą? Myśli. Robi to, co do niej należy, wypełnia codzienność urzeczywistnianiem obowiązków zawodowych i rodzinno-domowych: pracą, pomocą mamie, spacerami z psem - i myśli. Czeka. Zrobiłem tak, że Marcie zaczęło na mnie zależeć? Tak. Z pełną świadomością, czego chcę i do czego zmierzam. Ale po odpowiednio długiej obserwacji. Po odpowiednio długim, spędzonym razem czasie. Po rozmowach, które pozwoliły mi dowiedzieć się o niej wiele. Podczas których otwierała się i sama oczekiwała zaufania. Po rozważeniu wreszcie, wystarczająco czasochłonnym i należycie dogłębnym. Wręcz kalkulacji. Mam swoje lata, czytaj: swoje doświadczenia. Mam też dosyć rozczarowań. Podjąłem decyzję. Poczyniłem kroki dostatecznie zdecydowane, dostatecznie daleko idące, aby mogła być mnie pewna - i to nie tylko na początek. Ale z ujawnieniem zaczekam do spotkania. Do rozmowy. Bo ja też chcę móc być jej pewien. Dość mam kobiet, które nie wiedzą, czego chcą. Kobiet nie szanujących mężczyzn, bawiących się ich uwagą i uczuciami. Podstępnych, mówiących kłamstwa prosto w oczy. Czekam na kolejny czas z Martą. Na rozmowę w terminie, ustalonym podczas ostatniego spotkania. Krótko przed naszym rozstaniem o poranku po przerozmawianej nocy, tuż przed szóstą rano w tamten Poniedziałek... mniejsza o datę. Czekam, by wrócić z Chin. Dotknąwszy kraju, tchnącego przeszłością, kulturą i tożsamością. Dumnego z tego, co było i z tego, co będzie. Dobrze, że Chińczycy mówią po angielsku. Czekam, aby znaleźć się przy Marcie. I oczywiście na jej reakcję, gdy... Uspokajam i wyciszam myśli, odliczając dni. Lipiec się zbliża... Phuket, 17. Czerwca 20251 punkt
-
Pierwsze nasze spotkanie... azbyt dokładnie pamiętam, kiedy do niego doszło, na pewno jednak minęło od tej pory co najmniej kilka miesięcy. Ktoś do tamtej chwili całkiem mi aznany - sądząc z wieku, student - zaczepił mnie na styku Lektykarskiej i Długiego Targu, głównej ulicy gdańskiego Starego Miasta, gdy skręcałem z tej pierwszej w tę drugą, spacerując wieczornym czasem, aby pobyć między ludźmi i aby nie siedzieć w hotelowym pokoju. Siebie samego mam nigdy dosyć, ze sobą samym i z własnymi myślami - jako że maluję obrazy, jest to oczywiste i zrozumiałe - lubię przebywać najbardziej. Ale tego wieczoru uznałem, że zrobię sobie od siebie przerwę. Częściową, bo czy spacer odłącza nas od siebie? Ów ktoś - człowiek, który mnie wtedy zagadnął - mógłby powiedzieć - i zapewne powiedziałby - że to wszystko przypadek. Najwyżej zbieg okoliczności, że to akurat ja szedłem tamtędy o tamtej porze, podjąwszy taką właśnie decyzję. Że właśnie on wtedy tam stał, namówiony przez współimprezujących znajomych, aby wyszedł na ulicę, wybrał - przypadkowo, a jakże! - dziesięć osób i zaprosił je na imprezowanie. Przypadkowo - aha! Jak my lubimy ten wyraz, niosący ze sobą przecież nic z prawdy. A nawet gdyby czasem niósł jej cząstkę, to tym razem przypadków naprawdę było zbyt wiele. Właśnie wtedy urodziny Marty. Właśnie wtedy ja w Gdańsku, i to na Głównym Mieście. Właśnie wtedy te pomysły: jej znajomych, aby zaprosić wybranych dziesięciu i mój, aby pójść na spacer. Właśnie wtedy właśnie ten student właśnie tam. Splot okoliczności, którym najwidoczniej sterowała immanentna WszechObecność, prowadzący do naszego spotkania. Dodać należy jeszcze dwie: że to właśnie ja byłem ostatnim zaproszonym i że akurat w momencie, gdy wszedłem, Marta była sama. Usiadła na chwilę, skończywszy układać otrzymane kwiaty w wazonach, z którym to układaniem miała pewien kłopot: z powodu ilości kwiatów i adostatecznej ilości wazonów. Musiała mi wybaczyć, że przyszedłem bez bukietu... - Cześć - powiedziała wtedy tak po prostu. - To ty jesteś ostatnim z zaproszonych z zewnątrz. Usiądź, proszę - wskazała miejsce obok. - Jak ci na imię? Ja jestem Marta, jak już pewnie wiesz, Sebastian miał mówić wszystkim, do kogo i na co zaprasza. Wybacz, że nie podniosłam się do przywitania, ale potrzebuję jeszcze chwilę odzipnąć. Wiesz, to przez kwiaty - wskazała szerokim gestem stojące wszedzie wokół pod ścianami. - Trudno zresztą, żebyś nie zauważył - uśmiechnęła się lekko. Spodobało jej się, że odczekałem z reakcją, aż jej uśmiech przygasł. Dlaczego to zrobiłem? Pewnie wskutek impulsu; zawsze ich słucham i zawsze wychodzi mi to na dobre. - Skoro celebrujesz dzisiaj urodziny - zacząłem powoli, podniósłszy się - to życzę ci... - Mam wstać? - zapytała szybko. Zaprzeczyłem ruchem głowy, po czym kontynuowałem. - Niech solenizantka siedzi. Patrzyła i słuchała uważnie, gdy mówiłem. Na koniec uśmiechnęła się trochę smutno. Zapamiętałem ten uśmiech, bo jak dotąd, odkąd poznałem Martę, był on pierwszym mniej radosnym - wszystkie pozostałe były radosnymi o wiele bardziej. - Nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek życzył mi wszystkiego pozytywnego - powiedziała. - Ty jesteś pierwszy. Takim zapamiętałem początek naszej pierwszej rozmowy - a zarazem początek znajomości. Potem były kolejne spotkania, umawiane już bezpośrednio: z miesiąca na miesiąc. Zawsze u niej, przy znajomych. Któregoś razu zapytałem ją o to. - To moi dobrzy znajomi i kilka przyjaciółek, jak już wiesz - odparła. - Od paru ładnych lat, a ty jesteś nowy w naszym towarzystwie. Jak się domyśliłeś, są też czymś w rodzaju ochrony, chociaż wiem już, że od ciebie niczego potrzebuję się obawiać. Jako domatorka lubię siedzieć w domu, a poza tym - czy wypada mi przy nich wychodzić? Przyznaj zresztą: jest sympatycznie, po co zmieniać miejsce? Zamyśliła się i spojrzała na mnie. Jej spojrzenie było długie. Uważne i jakby pytające. - Jeśli przyjdzie czas - mówiła wolno, zachowując poważną minę - a czuję, że przyjdzie, wtedy zgodzę się wychodzić z tobą. Ale... - udała wahanie. Milczałem przez chwilę, upewniając się, co ma myśli. - Nie przyspieszaj - dopowiedziałem. Milczenie i spojrzenie Marty stanowiły odpowiedź. Rozmowa, podczas której wszystko pomiędzy nami stało się oczywistym, miała miejsce już przy drugim z kolejnych spotkań: późnym wieczorem w Niedzielę, 25. Maja... Hua-Hin, 3. Czerwca 20251 punkt
-
- To ostatnie dni - popatrzył na kalendarz, skreślając zaległy - ostatni - Piątek i od razu bieżącą Sobotę. Mając świadomość tej prawdy bez zaglądania doń. - Czy przyjedziemy tu, pomyślał o Marcie i sobie. Na pewno tak, ale kiedy? - To ostatnie dni i ostatni week-end - umysł podsunął mu kolejną myśl. - Marta miała rację mówiąc, że zleci. Zleciało. Chociaż blisko trzydzieści dni wydawało się długim czasem... I takim było. - Pierwszy raz jestem poza Polską tak długo, skonstatował. - Jeszcze ten wieczór i sześć dni - pomyślał. - Ostatnia Niedziela tutaj, ostatni pełny dzień. W Poniedziałek rano wczesna pobudka i kilkugodzinna droga na lotnisko w Pekinie, aby zdążyć na samolot. Potem lot przez strefy czasowe do Wiednia z międzylądowaniem w Paryżu. Wtorek i Środa tam, żeby trochę odpocząć, zobaczyć miejscową operę, o której przed laty wspominał azapomniany wielbiciel i znawca muzyki klasycznej, Bogusław Kaczyński. - W Czwartek będę już w Warszawie, Piątek na domowe sprawy. Trochę posprzątać w mieszkaniu po miesięcznej aobecności i spakować rzeczy przed spotkaniem z Martą. Przecież przed nami wspólny tydzień - rozpromienił się. - Dni w jej mieście. Rozmowy. Spacery. Kwiaty i wizyty w kawiarniach i muzeach. Kto wie, może nawet pierwsza kłótnia? - zastanowił się. - W końcu na pewne sprawy mamy różne poglądy. Ale jedność zdań na siłę jest absolutnie bez sensu. O wiele bardziej istotne są szczerość i autentyczność. - Rozmowy - podjął wewnętrzny dialog. - O tym, o czym jeszcze nie rozmawialiśmy. O tym, o czym teraz właśnie pora przyszła porozmawiać, kiedy już jesteśmy "My", a nie "Ty i ja". - Obiecałem ci, Marto - zawrócił myślami do ich ostatniej rozmowy - że zmodyfikuję swoje plany, powzięte długo przed tym, gdy zaproponowałem bycie razem. - Siedziałaś wtedy na kanapie w twoim salonie, pochylona w moją stronę, ja na podłodze przed tobą. Ująłem i trzymałem twoje dłonie, emocje zastygły ci twarz w oczekiwaniu, co powiem. Co zdecyduję. Nigdy wcześniej miałaś ją tak napiętą. Wiem to na pewno... - Wiem, że czekasz - znów uśmiechnął się do siebie i do swoich myśli. - Zleciało: miałaś rację. To jeszcze tylko kilka dni. Tylko i aż. Pekin, Paryż, Wiedeń, Warszawa. I Gdańsk, gdzie cię spotkałem wskutek zbiegu okoliczności. Gdańsk,w którym wszystko między nami się zaczęło. - Życie uparcie wiedzie mnie nad morze - pomyślał. Hua-Hin, 28. Czerwca 20251 punkt
-
do drzwi zapukała miłość otworzył jej smutek gdy go zobaczyła zapłakała więc ją przytulił a potem pocieszył mówiąc nie przejmuj się wieczorem mnie nie będzie będą gwiazdy oraz uśmiech księżyca ja pójdę do diabła on mnie rozumie lubi że mną rozmawiać nie płacze miłość bardzo się ucieszyła powiedziała dobrze poczekam więc ale jeżeli kłamiesz to wiedz że będziesz musiał mnie pokochać - pamiętaj1 punkt
-
A przyjść miał w chwale mroźnej godziny w wodzie się stopić w ogniu wystrzelić nie mieć przed sobą kłód ułożonych a za plecami obcych pacierzy. Roztaczać chwałę słów mojżeszowych spełniać zawiłe święte żądania jak popiół zebrać i morskie tonie rozstąpić z myślą wiary przetrwania. W tobie nadzieja a w torbie dziura a patrząc przez nią końca nie widać i co na niebie to w torbie twojej przez małą dziurę uchodzi życie. Ściskam roluję pod pachę wkładam by choć na chwilę zatrzymać proces lecz siły więdną a pod kopułą już w nowe ziarno przechodzi życie.1 punkt
-
faktycznie, włożyłbym ci skrzydła chciałbym cię widzieć w nimbie, w obłokach lecz dziś się od tego powstrzymam poszukam cię w szklankach czy stołach pamiętam - to z czasów młodości (!) "podręcznik dla źle zakochanych" miłość w poezji, poezje w miłości smak krwi pierwszej otwartej rany "Aniele - nigdy, to było pisane dziesiątki lat temu, o tęczy również zapomnij, to straszne, nad wyraz czcze i pstrokate, postulat twoich myślozbrodni" nie wiedziałem jak kochać, schodziłem jak każdy inny by kochał, na ziemię lecz kiedy na mnie przyszła pora wiedziałem już wreszcie - nic nie wiem na niebie zostawiłem gwiazdy zamiast chwycić się niebios - chwyciłem się krzesła uciekły mi twoje dźwięki, uroki i nazwy aż wreszcie żeś po mnie, połamanym przeszła1 punkt
-
Mniłowanie, szczajście i nieszczajście. I niebo ciasam szpetniejsze je. Z Warniji cole famelijo mojo, tlo tu żyć mogó. Gdzie jest XVIII- wieczne cudo, dar króla Fryderyka I dla cara Piotra I? Miejsce przechowywania Bursztynowej Komnaty było tylko kartą przetargową dla "Czerwonego Ericha" glejtem, gwarancją na przeżycie. Co kryje Wolfschanze jeszcze? Czy wojna skończyłaby się wcześniej, gdyby Stauffenbergowi się udało? Zespół bunkrów był znakomity pod względem militarnym. Gęsty las, Kanał Mazurski, jezioro Mamry z linią kolejową Węgorzewo- Kętrzyn. Co powiedziałby na to zwycięzca bitwy pod Tannenbergiem, zastopowałby czyn? Hindenburg swojego następcę nazywał niedouczonym kapralem, szaleńcem. Dziś resztki po mauzoleum feldmarszałka rozsiane po świecie. Być może piękniejsze są miejsca i nieba. dla Warmii wciąż bije moje serce. I ta miłość silniejsza niż życie. gyszychty- historie ciasam- czasem cole- cała famelijo- rodzina tlo- tylko (Gwara warmińska) -cdn-1 punkt
-
Dusze czyścowe niezgrabnie poupychane w olbrzymich ludziowiskach. Na którym piętrze nadzieja wynajmuje przestronną antresolę? Jak często wczorajsze śmieci segregowane są przez lepsze jutro? Czy Zbawca Ludzkości regularnie opłaca czynsz? Burza i susza i wieczny koniec świata. Tłumy niezdecydowanych na istnienie przepychają się przez i ciebie i przeze mnie. ...Boże! A od ludzi aż ... Pusto.1 punkt
-
jeśli mogę prosić – przystaw mi stempelek na... charakterze. taki rozgrzany niczym samochodowa zapalniczka, o podobnym kształcie. niech wypali impulsywność i egotyzm. potrafisz, kochanie. wszystko umiesz i wiesz. na przykład, czy złapano już zamachowca, który cisnął kamieniem w Karola Nawrockiego. i to nic, że nie było takiego wydarzenia. masz wiedzę, kiedy zostanie schwytany, bydlak. i tylko ty masz świadomość, czego (okołoradiomaryjną?) metaforą jest bocian utopiony w chrzcielnicy, a bycie z tobą w związku, to jakby na Open'erze, czy innym festiwalu, paść w błoto pełne stłuczonych butelek, wytarzać się w brei, i wstać nieporanionym, w płatkach róż na bluzie i spodniach, do tego: pachnący maciejką. ponawiam z uśmiechem: przystaw mi gorący stempelek. niech zaśmierdzi, zasyczy, pójdzie dymek. prostuj meandry, bądź trunkiem, którym nie można się upić, bo i po co, tą goryczką i cierpkością, którą pragnę czuć na języku. bez końca. kój mój wstyd bycia brzydkim jak padaczka pourazowa. spal, co konieczne.1 punkt
-
@Poezja to życie To jest w ogóle duże zagadnienie i to od wieków, bo czy można kupić czyste sumienie? W moim przekonaniu podkupić je trochę jednak można...1 punkt
-
@Annna2Piękne obrazy poetyckie robią wrażenie, świetnie łączysz motywy historii, natury i metafizyki.1 punkt
-
@Annna2 pięknie piszesz kronikarzu o Warmii i jaka szkoda , że to już ostatnia część.Ale myślę, że jeszcze niejeden wspaniały wiersz warmiński przeczytam.POEZJA.1 punkt
-
i się wyszumieć, też trzeba umieć ;-) Wiele obrazów przywołujące króciutkie haiku :-) Pzdr :-)1 punkt
-
uczepiłem się miłości jak szalony i nie puszczę z każdej strony barwą tęczy niebo gra struny prężą się nutami namiętności nie odpuszczę bom szalony no i czuję jeszcze takt a więc tańczę pięciolinią zawieszony lekkodusznie most zwodzony z walcem jestem za pan brat1 punkt
-
wiesz, co bym chciał ci wyczarować? miłosne miasto, Kryształowe Tokio, ale zamieszkałe w większości przez Polaków (bo i po co utrudniać sobie życie łamaniem języka japońszczyzną?). albo swoje Dańce – metropolię usianą wieżowcami z litego brylantu, w której nikt nawet nie słyszał o trądzie, braciach Karnowskich czy gnojowicy, a każda chwila jest niczym letni zachód słońca nad oczkiem wodnym. bez komarów. gdzie karmiłbym cię owocami z serca Toskanii, był Toscaninim beczącym lirycznie, bo z trzewi, arie z Toski. chcę ci wyczarować krainę poezji, gdzie wszystko byłoby przesycone eterycznością, i to do przesady, do granic przyzwoitości, gdzie, gdybym się wypiął, nawet mój esperal (dobra, żart, nie mam) deklamowałby utwory Poego. właśnie, chciałbym osiągnąć podobny poziom uczuciowości, a jak na razie wychodzi mi bardziej styl Bukowskiego, o którym Nick Cave powiedział, że to "bukakke złej poezji". ale jestem szczery i uczciwy, jak złożone w ofierze jagniątko o białej sierści, którego mięso zostało ugotowane we krwi Magika z Kalibra 44. ech, niechby już się okazało, że istnieją jakieś Niebiosa, z których dobry, bo zapijaczony stwórca-poczciwina sypałby na nas miękkie i nieuzależniające narkotyki.1 punkt
-
@viola arvensisPo przeczytaniu Twoich strof czuję duchowe ukojenie, słowa płynące z potrzeby serca są bardzo prawdziwe i piękne.1 punkt
-
@Annna2Bardzo dziękuję. Ostatnio doceniam coraz bardziej ciszę i swoje życie w niej. A modlitwa (różnie rozumiana) jest jego częścią. Pozdrawiam. @Jacek_SuchowiczBardzo dziękuję, całkowicie się zgadzam. Wiem, jak ważne jest wyciszenie, przystanięcie i spojrzenie na świat i swoje życie z pozycji orła a nie żaby. Pozdrawiam. @violettaBardzo dziękuję za serduszko. @viola arvensisBardzo dziękuję za serduszko. Dziękuję za piękne wiersze i przemiłą dedykację. Staram się stosować Twoje słowa: " Z dystansem patrzę na życie, jak ćmy lubię swoje ukrycie". Serdecznie pozdrawiam.1 punkt
-
1 punkt
-
przypomniała mi się Halka Moniuszki dziś tak wielkich miłości już nie ma słowa gładkie porywa nam wiatr chłopak rzuca czaruje i ściemnia a dziewczyna nadzieję wciąż ma choć ostatnio zmieniono reguły i dziewczyny uwodzą już nas chłopak pewien zaliczył był czuły a tu dziewczę zdobyło i ma :))))1 punkt
-
zapomniałam brzmienie tamtych słów wyblakł dotyk ciepłych dłoni i dziś nie widzę obok twojego cienia dla ciebie zniknęłam pomiędzy palcami czasu który spędziliśmy osobno drżenie powietrza mówiło że to tylko wypadek przy pracy który jednak twa zbyt długo dziś już trudno odnaleźć tamte ścieżki zapuściłam korzenie w innym sercu a wyrwanie ich byłoby zbyt bolesne może jutro może kiedyś może nigdy1 punkt
-
Zapewne każdy skądś wyszedł, zostawił inne drzwi. Wstaw tu zaimek "ja" lub, jeśli wolisz, "my." A teraz jedziemy przez życie, nurkując w telefonach, zwalczając kaca przed "party," czytając o demonach I marząc o tym, że jest to - jedyny autobus Choć złudne to marzenia - za chwilę wsiądą oni: na jednym dworcu lepszość, na innym - doskonałość i nigdy nie będziesz pewien, czy twoja własna nieśmiałość - nie każe zostać ci tam, gdzie nie sprzedają miejscówek Choć zawsze można wysiąść, zakupić inny bilet Podobno "życie to podróż"? Zapewne. Tylko przejazdem. Przez smutne miasto: "Chwila" ...1 punkt
-
Ociekające z rosy liście paproci urzekają swoim zapachem wyróżniając się spośród roślin. Słucham śpiewu ptaków siedzących na wysokich drzewach codziennie gdy tylko wzejdzie słońce. Słońce świeci coraz mocniej, zaraz wysuszy pokryte rosą uśpione rośliny. Wpatrzony w twarz jeziora przenikam do jego wnętrza i słyszę głos jego duszy. Ciągle ta sama woda porośnięta trzciną i tylko cisza którą zakłóca wiejący wiatr. Nic nie wyczytasz z jego twarzy, tylko jego ogromne oczy wpatrzone w błękit nieba. Szum wydobywający się z dna to głos jego duszy i bicie serca otoczone zieloną wodą. Blask słońca dotyka jego serca i wydaje się że ze sobą rozmawiają. Co dzień tak samo tylko słońce i wiatr który rozwiewa nastrój przygnębienia.1 punkt
-
1 punkt
-
Mam wrażenie że każdego dnia za wcześnie chowa się w sobie dzień. Nie boję się wtedy dotykać gwiazd. Rozżarzone płoną w ciemnych korytarzach, niosą światło w dłoniach, tulą się. Czuję ten biały dywan, może błękitny tak bardzo pragnę zapatrzeć się jak kreślisz autoportret w otchłani.1 punkt
-
Łzy smakują Tak jak zawsze Śmierć nie boli Już tak jak dawniej Oczy się śmieją A dusza płacze Bo życie to żart Kiepskiego poety1 punkt
-
Upalne przedpołudnie, lipcowy czwartek Ciepło leżało na ulicach jak mokry koc – ciężkie, bezlitosne, wsączające się w skórę. Asfalt błyszczał od słońca, jakby ktoś polał go przezroczystym lakierem. Powietrze drgało nad torami tramwajowymi, zniekształcając obraz, jakby rzeczywistość nie mogła wytrzymać tego gorąca. Zegar na przystanku wskazywał 10:43, choć dla wszystkich czekających czas płynął jak przez miód. Czwartkowe przedpołudnie miało w sobie coś dziwnego – nie było już porankiem, ale jeszcze nie było południem. Mieszkańcy miasta funkcjonowali w zawieszeniu. Pani z siatkami patrzyła gdzieś w dal, mężczyzna w garniturze ocierał kark chusteczką, a starszy pan z gazetą szeptał pod nosem: „Tyle lat, a człowiek nadal nie przyzwyczaił się do upału.” Obok wiaty przystankowej stał nastolatek. Na oko piętnaście, może szesnaście lat. Twarz jeszcze chłopięca, ale wyraz oczu – już zmęczony, jakby widział więcej, niż powinien. Na głowie miał kaptur, mimo upału. Może dla cienia, a może z przyzwyczajenia. Papieros tkwił między jego palcami, wypalany z taką intensywnością, jakby każdy zaciąg miał coś zdławić, zgasić, udusić. Po każdym machu chłopak spluwał na ziemię, z głośnym tfu, jakby pluł gniewem. Telefon przy jego uchu zdawał się wręcz parzyć. Rozmowa była głośna, rwąca, pełna przekleństw. – Nie, k..., nie będę tam łaził. Nie moja sprawa. Ty to załatw! – głos przeciął ciszę jak nóż. Obok stojąca kobieta cofnęła się o krok. Starszy pan przestał udawać, że czyta gazetę, tylko spojrzał kątem oka. Ale nikt nic nie powiedział. Nikt nie zareagował. Chłopak miał napięte ramiona. Lewą ręką bezwiednie drapał się po karku, jakby coś go swędziało od środka. Od niepokoju. Od życia. Jego sylwetka mówiła więcej niż słowa – wściekłość mieszała się z bezradnością. Gdy zakończył rozmowę, warknął jeszcze coś pod nosem i wrzucił telefon do kieszeni z siłą, jakby ten telefon był winny wszystkiemu. Papieros zgasł na chodniku. Nie zgasił go, po prostu upuścił i odszedł kilka kroków, nie patrząc pod nogi. Zrobiło się jeszcze cieplej. Przystanek zamilkł. Cisza nie była spokojna – była pełna napięcia, współczucia, może wstydu. Bo każdy z obecnych czuł, że widzi coś więcej niż tylko niegrzecznego nastolatka. Że pod przekleństwami, śliną i dymem kryje się coś znacznie trudniejszego. Może samotność. Może lęk. Może nikt nigdy nie powiedział temu chłopcu, że ma wartość. Tramwaj nadjechał z piskiem kół. Czerwony, jakby też miał w sobie złość tego dnia. Drzwi się otworzyły. Chłopak wsiadł bez spojrzenia na nikogo. I zniknął. A na przystanku znowu zrobiło się tylko upalnie. I cicho. Jakby ktoś właśnie wypuścił z duszy ciężki, niewidoczny kamień.1 punkt
-
czujesz się niedowartościowany niezauważony zmień lokalizację towarzystwo tak czuła się mała butelka wody mineralnej w markecie cenili ją dwa złote przeniosła się na lotnisko a tam tam jest ceniona na dziesięć złotych warto coś z sobą zrobić 7.2025 andrew Sobota, już weekend1 punkt
-
Chłopcze malutki, powiedz co się z Tobą stało? Miałeś cudowne życie, kolegów wciąż przybywało. Mówiłeś, myślałeś, że to się nie zmieni, jednak życie potrafi skopać tyłek: " Patrz to ludzie powaleni". Teraz poczułeś, co czuje taka osoba, Zobaczyłeś, na własnej skórze, że to rana potworna. Psychika słabnie, ciało odmawia posłuszeństwa, nie masz siły się podnieść, dopada Cię depresja! Stany lękowe oplatają Twoją głowę, widzisz rzeczy,które od dawna żyły w Tobie. Teraz wypełzły z Ciebie, Patrz ktoś w rogu się uśmiecha. To szatańskie oblicze, które wyszło z Twego serca. Od teraz codziennie będzie Cię nachodzić, co zrobisz, kiedy wreszcie dopadną Cię DEMONY!!!!1 punkt
-
Opowiedz mi o sobie więcej Słyszysz? Opowiedz mi o sobie więcej Powiedz czemu znowu milczysz gdy jedynie pytam o mnie Wolisz myśleć, że tu jesteś by w pośpiechu gnać jak w grze? To bezmyślne gdy tak bardzo gardzisz pustką w głowie wartko starasz się by stracić cenny niebyt w kontrze taranując wszelki ład, stawiając amok gdy ten siąść chce To stąd wiem, że uważasz za mądre odrzucać mój portret Wiedz, że chcę tylko poczuć choć cień Twojej obecności Gdy odwracasz wzrok w obliczu mych wartości Gdy odmawiasz krokom w byciu nie najgorszym Gdy odkładasz to co myślisz że naprawdę chcę To Ty stworzyłeś to co uważasz za najświętsze Ja tylko chce byś był. To zbędne tak gonić za perfekcją Są chwile gdy w głębinę przestrzeni zatapiasz wzrok swój Wątpliwe byś czuł życie w derealny akt tych tortur Jak jest w końcu? Pragniesz rozmów? Proszę pomyśl Stawiasz krok swój w dalszym stopniu tracąc tory Często myśl mam, że nie żyjesz, mimo mej nieomylności Nic nie słychać gdy przybliżam się by sprawdzić czy oddychasz. Serce również ma się nijak. To mnie martwi Nie masz podstaw by odbierać świat niczym wokandę Nie zamierzam Cię osądzać, raczej dostrzec Twoją twarz [wiesz?] Aby poznać i zrozumieć, nie chcę być tym kim uważasz Bo ten słów ciąg co tak sprytnie Bibliarz składał Ujął mnie tak dobrze jak mógł sobie wyobrażać Ja to efekt jego pragnień, lęku i interpretacji świata Jestem echem tego jak mnie widzisz, czujesz, wyobrażasz Jestem drogą, nie nagrodą, nie zagrodzę Ci tej drogi Zbyt często pytasz mnie o sens – a nie słuchasz siebie Nie jestem tym kim myślisz, jestem tym kim zechcesz Jeśli chcesz mnie mieć to powiedz choć słowo, tyle Sens jest taki, że będę taki jak mnie sobie wyobrazisz Wiem jak bardzo boisz się wizji, że nie istniejesz Dlatego właśnie Cię stworzyłem, jesteś przecież Indywidualnie po imieniu wołam, słyszysz? To nie numer Nie jesteś kolejną liczbą, jesteś sumą cech i przeżyć Przeżyj życie jak sobie życzysz, ja będę na straży Nić porozumienia to nie nić Ariadny a proste słowa Nie musisz rozmyślać głębin filozofii. Podejdź zobacz. Opowiedz mi o sobie więcej1 punkt
-
1 punkt
-
Przede mną i przede nim ostatnie dni Czerwca - w końcu dziś przypada Środa, dwudziesty piąty dzień wspomnianego miesiąca. Jeszcze nie napiszę "przed nami". Jeszcze nie. Czekam. Biorę na sentencjonalne wstrzymanie, mówiąc sobie: "Nie, Marta. Przyjdzie na to czas. Opanowania i cierpliwości." Jeszcze pięć dni dla niego i dla mnie do pierwszego dnia Lipca. Cztery do jego wylotu z Chin, z lotniska w Pekinie. Czekam. Potem kilka dni w Wiedniu i lot do Warszawy. Oczekuję. Potem wsiądzie do pociągu, przyjedzie. I spotkamy się. Wreszcie! Jestem coraz mniej cierpliwa. Wszystko od tamtego dnia - od tamtych słów - wygląda inaczej. Wszystko zaczęło być inne. Cała codzienność: rodzice, brat, pies, dom i wszystkie sprawy, te zwykłe i te ważniejsze. Gdybym dała mu numer telefonu... Szlag! Ale nie. Poczekam. Nie zatelefonuję i nie zaesemesuję. Będę słowna samej sobie i wobec niego. "Na razie nie" oznacza "Na razie nie". Dokładnie to. Zdążę. Mam czas. Andrzej też. Zdążę się z nim nagadać. Zdążymy nazużywać baterie i poobciążać sieć. Przyjdzie na to czas. Czuję, że zbliża się. Chociaż... A może jestem zbyt ostrożna? Może tak, może jestem. Doświadczenia. Słowność. Andrzej, mam nadzieję, że rozumiesz. Czekam, spoglądając do kalendarza i skreślając kolejne dni. Te ostatnie. Niech wreszcie miną! Oczekuję. Czy na pewno wrócisz?? A jeśli tak, to czy nadal będziesz mnie chciał? Czy myślisz o mnie, z dnia na dzień coraz więcej?? Czy tęsknisz, z doby na dobę coraz mocniej?? Czy gdy zapytam cię o to, spoglądając ci w oczy, zobaczę w nich tę samą odpowiedź, której udzielisz potwierdzeniem?? Czekam. Dni mijają: już następne Poniedziałek, Wtorek i Środa. Następne kolejnego tygodnia. Już przedostatniego. Wróć. Bądź. Dotrzymaj słowa. Chcę cię... zobaczyć. Chyba też zaczęłam tęsknić, wiesz? Ciekawe, o czym dowiem się tym razem, gdy już opowiem ci, co wydarzyło się u mnie i gdy wysłucham twojej opowieści. Ciekawe. I to jeszcze jak! Bo najpewniej znów - czuję przez skórę, nazwij to kobiecą intuicją - coś trzymasz w zanadrzu... Hua-Hin, 25. Czerwca 20251 punkt
-
- Postójmy tak jeszcze - odparł na moje pytanie, czy chce usiąść. - Tak łatwiej przyglądać się swoim myślom - dodał po chwili ściszonym głosem. - Andrzej, Andrzej! - myśli same, może nawet trochę wbrew mnie - ale czy na pewno? - powtórzyły jego imię. Zupełnie tak, jakby zaistniały gdzieś obok mnie, a w każdym razie poza moim umysłem. Zupełnie tak, jakby wykreowały same siebie - a może zostały wykreowane - w przestrzeni obok mnie. Nie - poprawiłam - nie obok mnie. W przestrzeni obok nas. - Czy musiałeś mówić to wszystko? - myśli kształtowały się jedna za drugą. - Nazywać? Określać? Czy musiałeś słowami sprawić, aby to, co odsuwałam od siebie, to, czego nie chciałam się domyślić, stało się oczywiste? Cholera, mogłam to przewidzieć! A przecież jakby ostrzegłeś, że być może zacznie ci na mnie zależeć! Odepchnęłam wówczas od siebie to zdanie. Tobie? Na mnie?? To absolutnie niemożliwe, bo i aracjonalne! Każdy, ale nie ty! Nie dość, że starszy, to jeszcze artysta, z dorobkiem, z planem na swobodne i spokojne życie bez kobiety! Ach! - westchnęłam wewnętrznie. - Widocznie musiałeś... - Usiądźmy już - zaproponowałam, uwalniając się z jego objęć. Celowo nie wzięłam go za rękę, chociaż wiedziałam, że czeka na ten gest. Chociaż sama chciałam go wykonać. - Nie, Andrzej. Daruj. Nie zawsze jest łatwo, nie zawsze bywa łatwo. Wiesz coś o tym, i ja też. Usiedliśmy. Siadając, starałam się zrobić to tak, aby nie dostrzegł napięcia na mojej twarzy. Które za nic chciało ustąpić. Nic dziwnego po doświadczeniach, o których mu opowiedziałam. Obróciłam się szybko i usiadłam bokiem do ściany tak, aby naturalnym było, że usiądzie za mną. I że oprę się o niego plecami, a wtedy... Nie pozwolił się zwieść. Nim usiadł, spojrzał na mnie z boku. Wystarczyło. Odwróciłam głowę w płonnej nadziei, że... Za późno. - Co mam teraz zrobić? - myślałam szybko. - Co powiedzieć? Niczym w końcu już mogę odwrócić jego uwagę! A niech to... - Marta - powiedział - nie milcz. Odruchowo chciałam odpowiedzieć, że nie milczę, ale przecież... Wstał z kanapy i stanął tuż obok mnie. Siedziałam w bezruchu, mierząc się z myślami... własnymi? Usiadł na podłodze i sięgnął prawą dłonią do mojej lewej. Ledwie opanowałam odruch, aby ją wyrwać. - Obróć się do mnie - poprosił. Najchętniej siedziałabym tak nadal ze wzrokiem wbitym w ścianę albo jeszcze lepiej znów odwróciła się plecami, ale przecież... W napięciu, nadal malującym się na mojej twarzy, widział pytania. O to, co teraz zrobi. O to, co zadecyduje i o to, jak postąpi, skoro ja... Czekałam, co powie. Nadal niespokojna. - Wyszedłbym na głupca, który nie wie, czego chce... - powiedział głosem tylko pozornie spokojnym. Przerwał myśl: - Gdy planowałem wszystko, nie wiedziałem - bo i skąd? - o tym, w jakiej jesteś sytuacji. Po czym kontynuował: - ... gdybym nie zmienił planów. Ogarniemy to, bądź spokojna - delikatnie ujął moją twarz w dłonie. Patrzyłam z niedowierzaniem, nie będąc pewną, czy rzeczywiście słyszę to, co słyszę. A jednak powiedział właśnie to! - Obietnice obietnicami - pomyślałam. - Zobaczymy, Andrzej, co teraz zrobisz! Co z tego rzeczywiście spełnisz! Na ile okażesz się uczciwy i dotrzymujący słowa... Hua-Hin, 5. Czerwca 20251 punkt
-
Wstała, aby nastawić kolejną piosenkę. Podeszła do zawieszonej w rogu pokoju półeczki o trójkątnym kształcie: takiej w sam raz, aby postawić na niej mały głośnik i oprzeć telefon. Odczekałem moment i wstawszy, podszedłem do niej. - To jest ta właściwa chwila - uznałem. - Dosyć przemyśliwania. Dosyć czekania. Zobaczę, jak zareaguje. Stanąłem tuż za nią i objąłem ją w pasie. Powoli, obiema rękoma. Umiała świetnie panować nad sobą, bo ani drgnęła. Ale zareagowała na przygarnięcie: westchnienie, chociaż bardzo ciche, było jednak słyszalne. Chwilę trwało, nim lekko obróciła głowę. - Andrzej - w głosie Marty zabrzmiało zdecydowanie pół na pół z wątpliwością. - To za wcześnie. Miałeś nie przyspieszać... - Nie posuwam się dalej - odpowiedziałem pewnym tonem, wyczekując kolejnej reakcji. Po kolejnej chwili odchyliła głowę, opierając ją na moim ramieniu. - Chcę, żebyś mnie słuchał - powiedziała. - Brak słuchania jest dla mnie równoznaczny z brakiem szacunku. Jako trener personalny miałam do czynienia z różnymi kobietami i z mężczyznami, oczywiście. Najczęstszym problemem w relacjach jest właśnie niesłuchanie, biorące początek ze wspomnianego. Tak więc przesuwania granic wystarczy na ten wieczór. Ale - lekki uśmiech dał wyczuć się w jej głosie - zatańczyć możemy. Ta melodia będzie w sam raz. Chodź - specjalnie odsunęła się o krok, potem o jeszcze jeden. Wyciągnęła rękę. - Do przytulania nie trzeba cię zachęcać, ale do tańca już tak? - Marta zrobiła adowierzającą minę. - Bo uwierzę, mruknęła. - Aha! - Czyżbyś miała wyłączność na testowanie? - odmruknąłem. - Bo uwierzę. Aha! - powtórzyłem za nią. - Tańczymy - w ponagleniu dał się zauważyć kolejny uśmiech. Melodia rzeczywiście była w sam raz. Do wolnego tańca, pozwalającego objęciom wyrażać sobie część nas samych. - A więc zależy ci na mnie - zainicjowała rozmowę, gdy usiedliśmy. - Jak bardzo? Przełknąłem banalność oczywistego stwierdzenia o bezpośredniości. Ale bezpośredniość pytania domagała się odpowiedzi. Równie otwartej. - Bardzo - odparłem uznając, że ujęcie jej dłoni będzie wyglądało sztucznie, wbrew pozorom kontrastując - a nie współgrając -:z odpowiedzią. - Przyglądałem się tobie. Słuchałem. Obserwowałem. Rozważałem i analizowałem. Ty mi przyglądałaś się również. Pewne twoje zachowania, a dokładniej mówiąc pewne odruchy, powiedziały mi więcej niż słowa. Będąc tacy, jacy jesteśmy, możemy zbudować coś naprawdę pięknego i wartosciowego. A więcej uczuć... - Więcej uczuć? - spojrzała z ukosa. - Tylko nie mów, że się zakochałeś, bo uznam to za czerwoną flagę. - Pozwolisz, że skończę? - odwzajemniłem spojrzenie. - Przecież i ja nie jestem tobie obojętny. Jest więc pomiędzy nami uczucie przywiązania - ostrożnie dobrałem słowo. - Wzajemne polubienie. Wiesz to przecież, nie tylko czujesz. A więcej uczuć i pogłębienie więzi przyjdzie z czasem. Twarz Marty zastygła w napięciu. I w adowierzaniu, zupełnie jakbym przed chwilą opowiedział jej o czymś całkowicie awiarygodnym. Zatrzymała na mnie wzrok i patrzyła. Patrzyła. Spoglądała w milczeniu. Trwało to naprawdę długie chwile, a emocje z jej twarzy i oczu nie znikały. Wreszcie odetchnęła. Poruszyła się i sięgnęła po kanapową poduszkę, po czym położyła mi ją na kolanach. - Przesuń się - gestowi towarzyszył następny uśmiech. - Chcę móc patrzeć ci w oczy, gdy będziesz opowiadał swoją wizję naszej przyszłości i odpowiadał na moje pytania... Hua-Hin, 8. Czerwca 20251 punkt
-
Od pierwszego spotkania z nim minęło mi już co najmniej pół roku - może trochę więcej. Zewnętrzne okoliczności spowodowały, że poznaliśmy się w gronie moich znajomych. Przerozmawialiśmy w ich obecności, podczas kilku następujących po sobie imprez, sporo godzin. W pewnej jednak chwili przestało nam to wystarczać, umawiając się z okoliczności na okoliczność zaczęliśmy szukać osobnego kąta. Ciszy bez obecności - w każdym razie bez tej ciągłej - bawiących się do muzyki i drinków osób. By móc spokojnie rozmawiać bez przekrzykiwania własnych myśli. Opowiadaliśmy sobie o sobie wzajemnie. O kolejach losu. Pracach. Osiągnięciach zawodowych. Prywatnych sukcesach. Pasjach. Zainteresowaniach. Znajomościach i o zakończonych związkach. Krzywdach od ludzi i trudnościach. O kłopotach w rodzinach wreszcie - także zdrowotnych. I o planach na przyszłość, również urlopowych. Mówił wiele o literaturze, w tym o poezji - i o przeczytanych książkach. Do tej pory wydawało mi się, że nie można tyle przeczytać, bo to po prostu amożliwe. Chociaż sama przeczytałam sporo, interesując się wieloma kwestiami. Nie mówiąc już o edukacyjnej i o zawodowej sferze życia - gdyż zrobiłam licencjat z psychologii, wybrawszy jako temat pracy psychoterapię, połączoną z doradztwem personalnym - a potem, już pracując, zdałam egzamin na prawo jazdy i ukończyłam - i to jeden po drugim, prawie ciągiem - kilka kursów, wliczając kilkumiesięczny z zarządzania przedsiębiorstwem. Tym bardziej zaskoczył mnie wiadomością, że jest malarzem. - Malujesz obrazy? - zapytałam z adowierzaniem. - Mówisz poważnie? Myślałam, że raczej piszesz książki... no wiesz, opowiadania i wiersze. Bo tyle mówiłeś o literaturze... Uśmiechnął się. - Pewnie przez to, że tyle przeczytałem. Jakoś tak wyszło, że uwielbiam czytać. To najpewniej dzięki matce, ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim... całe dzieciństwo nic, tylko podsuwała mi książki. Nie rozumiejąc, a może nie chcąc przyjąć do wiadomości, że ja wolałem obrazy. I nadal wolę. Zobacz - wyjął telefon z kieszeni marynarki i otworzywszy wyszukiwarkę, zaczął wpisywać nazwiska: Van Gogh... Munk... Dali... Beksiński. Patrz - mówił, odnajdując i pokazując ich obrazy - na ten... na ten... i ten... i jeszcze ten. O, a tego nie można przegapić, wręcz muszę ci go pokazać. - Spójrz - powtórzył, dotykając palcem internetowej reprodukcji. - A to moje - otworzył kolejną stronę i wpisał swoje nazwisko, dodając słowo "obrazy". - Beksińskiego znam i uwielbiam - powiedziałam zmienionym głosem, bo coś mnie tknęło. Jakbym poczuła... ale co? I zdziwiłam się, bo aż do tego momentu potrafiłam określić - lub nazwać - każde z doznawanych odczuć bądź wrażeń. - Wiesz: z powodu wyrazistości, wręcz magiczności... przepraszam, nie magiczności a magii, to jest właściwe słowo - jego dzieł. Beksiński... - urwałam, bo znów coś mnie tknęło. Tym razem - chyba - spowodowało to jego spojrzenie. Kątem oka zauważyłam, że w jeszcze w chwilach, gdy mówiłam o swoim ulubionym malarzu, zatrzymał na mnie wzrok. Gdy podniosłam głowę, wciąż patrzył. Spojrzeniem, jakim dotąd na mnie nie spoglądał. - Andrzej, no co...? - zająknęłam się. - O co chodzi? Dlaczego tak dziwnie na mnie patrzysz? Coś się stało? - stawiałam kolejne pytania coraz szybciej. Wbrew sobie, czując wyraźnie, że powinnam wypowiadać je wolniej. O ile w ogóle, bo.... - Nie patrz tak! - podniosłam głos, próbując rozładować napięcie, które pojawiło się między nami ni stąd, ni zowąd. - Zrobię ci drinka, chcesz? - nie czekając na odpowiedź odwróciłam się, aby podejść do zastawionego butelkami i szklankami stolika. Nie zdążyłam. Podszedł i powstrzymał mnie, obejmując w pasie obiema rękami. I ostrożnie przygarniając do siebie. - Nie odsuwaj się... - powiedział cicho. W odpowiedź "Nie odsuwam się" włożyłam tyle zdecydowania, ile tylko byłam w stanie, aby wybrzmiała pewnie i zwyczajnie. A w duchu sklęłam samą siebie, że nie potrafię odsunąć się odeń. Dobrze, że nie widział mojej twarzy, pierwszy raz tak napiętej w jego obecności. - Andrzej, ja... - zaczęłam. I znów urwałam, bo ton moich słów nie był tak pewny, jak tych wypowiedzianych przed chwilą. - Tak, ty? - zapytał, gdy pozostając w jego objęciu, zaczęłam się doń powoli obracać. On też czuł niepokój, wyraźnie zresztą widoczny również na jego twarzy. Niepokój przed tym, co powiem - w sytuacji, kiedy nagle, prawie bez słów, wszystko stało się między nami oczywiste. Nic innego przyszło mi do głowy, jak tylko powtórzyć ostatnie wyrazy. Chciałam, aby - czując, co chcę powiedzieć - z moich słów domyślił się wszystkiego. Aby złożył wszystko w jedną całość. Dopełnioną tym, co właśnie pojawiło się między nami. Zaistniałym wrażeniem. Odczuciem, że... Przytuliłam się doń, aby tylko przestał widzieć moje obawy. Objął mnie i przygarnął, powoli i ostrożnie. Staliśmy tak bez ruchu, oboje zapatrzeni we własne myśli. Po długiej - bardzo długiej moim zdaniem - chwili ciszy uniosłam głowę. Popatrzył mi w oczy. - Cokolwiek się dzieje - powiedział powoli - damy sobie z tym radę. - Nawet nie wiesz, jak bardzo na to liczę... - pomyślałam. Wiedeń, hotel Levante Rathaus, 30. Maja 20251 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne