Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 06.11.2021 w Odpowiedzi

  1. Bliżej nieznany mężczyzna chciał zostać ogrodnikiem. Takim bez psa i poczucia winy, że to co uprawia, nie kłuje - ale kłuło. Kolec wbity w oko wycisnął prawdę. O Róży mówiono, że najpiękniejsza; po zmierzchu przyciąga jelenie, dyskretnie przeżuwają kwiaty. Każdy kolejny doprowadza na skraj. Gdzie kończy się ogródek, a zaczyna las? Krótka noc, zachęca paproć do kwitnienia.
    8 punktów
  2. piękny mężczyzna sprzedaje ziemniaki na moim osiedlowym bazarku nie wierzycie? :) naprawdę piękny błękitne spojrzenie okolone długimi rzęsami w dodatku miły, uprzejmy szczerze darzy uśmiechem przedziwne są ścieżki ludzkie ekskluzywny sklep drogeryjny goguś w markowym garniturze z krzywą miną patrzy analitycznie na mój znoszony płaszczyk i blady makijaż 'a pani czego (tu) szuka?' głupiec nie wie co to bogactwo nie sprzedam mu za żadne pieniądze ani jednego uśmiechu
    7 punktów
  3. usiedli w parku drewniana ławka i liściaste powiernice Sylwia Błeńska 5.11.2021
    6 punktów
  4. zrozum że on chce tylko twych ust w sumie to nawet ma dobry gust ale nic więcej potrafi magię w słowa wpleść na chwilę cię do nieba wznieść ale nic więcej jesteś lekarstwem na jego smutki możecie razem napić się wódki ale nic więcej pocałunkami zasypie twe ciało w snach się pojawi ale to mało a ty chcesz więcej chcesz być już w każdym jego dniu chcesz tak aż do utraty tchu i jeszcze więcej chcesz by dla ciebie gwiazdy kradł chcesz by pod nogi rzucał świat co dzień to więcej przecież on kocha tylko siebie twych uczuć pragnie tylko w potrzebie ale nic więcej zrozum że to toksyczna miłość zapomnij jak gdyby jej nie było i nie chciej więcej
    3 punkty
  5. znajduję gałązkę jabłoni podobną do srebrnej korony będę nimfą jak z szarmezy i rzucę na ciebie urok dotykasz nosem różę rozpada się natychmiast ale czuję mocny zapach białych płatków na suchych liściach jaskrawoczerwono płonę przed zaciśniętymi powiekami gdy zmorzony rysuję się tak wyraźnie w twoim śnie powiewna w bieliźnie z koronkowych kwiatów niczym pyłek zbieram karmin z warg
    3 punkty
  6. ostatni pocałunek zalśniły w słońcu wilgotne usta w dotyku jestem spalona myśli do czerwoności roztarte o twoje przesuwam między wymiarami gasząc w wódce z piołunem ciemnej rzeczywistość daleko nigdy nie była potrzebna rozdarłeś smoczą skórę ale pod tym niskim niebem nadal słyszę twój oddech pora morza gwiazd mi sprzyja ale zła droga prosta wypala plamę w oku wężem ściska serce w trzewia schodzi błędnym nerwem za miłość czarna suknia czarne serce czarna twarz
    3 punkty
  7. Myślę niekiedy nad zagadnieniami niezwiązanymi z branżą uczuciową i zadaję trudne pytanie: Czy nienawidzę tak mocno, że kocham? lub Czy kocham tak intensywnie, że nienawidzę? wykładając przekonania w którymś z często uczęszczanych lokali nie umiem znaleźć łatwej odpowiedzi na powyższe pytanie zasadnicze Przyjaciel przywołuje mnie do porządku zdaniem: - Kolego zostań nam lightem - Inspiracja - poeta Michał1975
    3 punkty
  8. Ludovico, doda klimatu. Cześć anonimie. Myślę tkliwie, już sama zapomniałam dlaczego. Jesteś, a Cię nie ma, w pełni chwilami, czasem pustka zjada od środka. Jakbym nosiła w sobie wahadło lub chodziła po cienkiej napiętej linie. Tym razem bez słowa, małej tęsknej literki na bukiecie zdań, które składasz, nocą, dniem, popołudniem. Wymyślone historie, argumenty na obłęd. Wszystko nieprawda, nieprawda wszystkich kłamstw. Jestem bardziej niż słowa mogą wyrazić istnienie, bardziej niż oczy mogą widzieć, mocniej niż bicie Twojego serca potrafi pompować krew. Nie zaklęta, nie znam magii, zwyczajna prosta ja. Poplątane są jedynie losy, czas, miejsca, chwile. Przecież sam wiesz, historia bywa różna, każda ma swojego autora, jak plotka, wcale nie zabawna. I nie mam pojęcia dlaczego nadzieja gra mi jeszcze do tańca. Twoja a-b
    2 punkty
  9. mówisz że szanujemy tradycję skoro pchając ten sam wózek od lat nie skręcaliśmy w lewe przepaście lecz gdy twoja zdrowaś mario zagłusza mój ojcze nasz przychodzi myśl że w pewnych fragmentach naszego współżyciorysu rządzimy się oddzielnie swoimi prawami jeśli pod szczerozłotą suknią prawdy można cokolwiek ukryć to po stokroć niewinni są odsądzani od czci i wiary życiowi samobójcy a co dopiero jedzący z jednej miski szara mysz domowy kot
    2 punkty
  10. sekrety od siebie czytamy z pustych kartek odpowiedzi wydają się być krzykiem introwertyków w tłumie obojętniejemy i nie potrzeba nam rozgrzeszenia z chwil spędzonych wśród niczego niepodejrzewających członków rodzin zachowam dystans do stworzenia niedoskonałego świata jeśli na nowo wytłumaczysz mi trzecią zasadę dynamiki ciszy
    2 punkty
  11. Młody, dość krzepki łódzki docent, mógł dziś się sprawić na 100 procent. Tymczasem, tych dwóch drani, nie dość, że zerwał z pani, sam nawet nie tknął jej! Impotent.
    2 punkty
  12. gdy bym był Bogiem człowiek nie bał by się własnego cienia gdy jym był Bogiem świat by nie płakał nie umiał kłamać gdy bym był Bogiem zło nie musiałoby pukać do drzwi gdy bym był Bogiem ciemność bałaby się światła gdy bym był Bogiem los by zawsze czyś cieszył gdy bym był Bogiem nie powoli bym by fałsz wygrywał gdy bym był Bogiem nie milczałbym tylko ze złem rozmawiał gdy j bym był Bogiem nie unikałbym trudnych pytań
    2 punkty
  13. może kiedyś się uda stworzyć poezję z niesfornego kosmyka z uśmiechu w kącikach oczu języka dłoni ust bez zbędnych słów zatrzymać ruch lecz nie bijące serce
    2 punkty
  14. kiedy osiąga zenit nagle odpuszcza i wszystko się rozładowuje wszystko z wyjątkiem miłości ona potrafi być totalnie w nadirze uległa
    2 punkty
  15. Wakacje to super słowo Mega emocje Mieć wakacje od... Wiadomo co to znaczy Przyjemny dreszcz oczekiwania Już niedługo wakacje od życia Lecz czemu nic mnie ku nim nie skłania Dreszcz przeraźliwej samotności Sama bezwzględnie sama Wszystko trzeba pożegnać Wszystko trzeba zostawić Jak to banalnie brzmi I jak złowrogo rozstać się z wszystkim i pójść ostatnią drogą Ostatnie słowo Ciekawa jestem jakie Ostatnie spojrzenie na co lub na kogo? I już o tym nie opowiem I już o tym nie napiszę Wejdę cała jaką jestem W niepoznawalną nienazwaną ciszę
    2 punkty
  16. -Mistrzu, on w łożu wszystko chciałby po swojemu. -Poddaj go zatem waćpanno nocnemu szkoleniu, a po takiej nauce małżonek zrozumie, że w sztuce miłowania warto więcej umieć.
    2 punkty
  17. Gdy jesteś smutny zawijasz się w koc Gdy jesteś szczęśliwy skaczesz pod niebo Lecz nikt nie wie, co się dzieje gdy dosięga cię obojętność Nic nie czujesz oprócz przeciągu wnikającego w twoje puste ciało Czujesz się niewidzialny jednak wszyscy cię widzą Co to właściwie oznacza?
    2 punkty
  18. @tetu przecudny kalejdoskop metafor:)
    2 punkty
  19. @Pan Ropuch Pamiętam i też pasuje. Szczególnie początek teledysku bardzo ładnie mi się zestraja :) Dziękuję za tak dobrze dobraną piłeczkę, pozdrawiam. @A-typowa-b, @Antoine W, @Leszczym, @Dag, @Nata_Kruk Dziękuję serdecznie za czytanie
    2 punkty
  20. wiesz nawet w śnie zasłaniam najczulsze miejsca ciało pamięta i chroni się układ współczulny rozrósł się mam ten instynkt istoty rosnącej jak drzewo od maleńkości smagane przez wiatr mój dom wydaje mi się być z papieru który można zgnieść w zaciśniętej pięści pozwól mi Boże nauczyć się od nowa głosu oddechu przebywania w czasie i miejscu które są wyboru siły a nawet strachu który jest wyborem
    2 punkty
  21. Obojętnymi jesteśmy dla ponad 99.9% ludzi, natomiast czym innym jest transparentność w znaczeniu atrakcyjności, która powoduje stresy, obniżenie własnej wartości aż po depresję. Ta transparentność jest szczególnie bolesna ze strony osoby, którą obdarowało się uczuciem, bo wywołuje poczucie bezradności. To ta gorzka strona życia. Witaj na forum.
    2 punkty
  22. Idąc cmentarną aleją Patrzę jak liście brązem się mienią Wokoło znicze zmrok rozświetlają Znak że bliscy o nich pamiętają Pogrążam się w ciszy Tak głośnej że bicie serca słyszę Myśli biegną chwilami Za tymi których nie ma z nami Jedni odeszli w kwiecie młodości Inni dożyli późnej starości Kogoś choroba pokonała Śmierć bezlitosna ze sobą zabrała W oddali zobaczyłam Pomnik nienarodzonych Co życia nigdy nie poznali Anielskimi skrzydłami obdarowani Każdy po sobie coś pozostawił Tęsknotę w sercu Ciche wspomnienie Teraz są westchnieniem Więc pamiętajmy Nie tylko dnia tego Śmierć przecież przyjdzie po każdego I tylko daty jej nie znamy Dlatego zawsze czuwajmy
    2 punkty
  23. A kuku, Karol o raku kuka.
    1 punkt
  24. A tu buta! - O, no ja tu. Żulia o tam. - Ma to? - A iluż utajono... - Al, ułana buta. Katu banał, Ula. I ma ta Lila. W O. leciwi celowali latami. Ali lata ta Lila.
    1 punkt
  25. CZĘŚĆ IV Spokojnej nocy senny rytm pokrzepił wszystkich; rano pierzchnął gdzieś cień podejrzeń widm, gdy kłam zadając myślom złym śniadanie im podano. Czy umysł natchnął potraw smak, czy nie – dość, że tym razem przez zespolonych myśli szlak stworzyli, jak na dany znak, wygodną mini-bazę. Zdumiał ich własny twórczy stan, lecz wtedy wysłannicy Fenna przez jedną z wielu ścian przyszli przekazać gościom plan: wezwanie do stolicy. "Przyjąć was godnie tutaj chce nasza Wysoka Rada; przez nas więc zaproszenie śle: przybądźcie do jej komnat, gdzie odbędzie się biesiada." Podziękowawszy za ten gest przywdziewa Sven z załogą galowy mundur; przecież jest to reprezentacyjny test zaniedbać go nie mogą. * Siedziba Rady był to gmach przejrzysty, a kunsztowny, jakby go zlecił perski szach ujrzawszy wizję w swoich snach; w harmonii swej czarowny. Z podziwem Sven przekroczył próg olśniony tym splendorem; bacząc, że ma wdzięczności dług, snuł rozważania, jak by mógł spłacić go im z honorem. Sale wypełniał miły gwar licznych przedstawicieli tworzących wiele grup i par, zebranych, bowiem ze wszech miar przybyszów poznać chcieli. Wysokiej Rady Zwierzchnik zszedł po stopniach z podwyższenia: "Przedziwnie los nić waszą przędł, lecz wielką radość dał nam dzień waszego ocalenia. Będziemy gościć was do dnia, kiedy to statek nowy, który wam nasza Rada da, do lotu poza znany świat okaże się gotowy." Sven rzekł: "Prawdziwy jest to cud napotkać we wszechświecie taki wspaniałomyślny lud; na zawsze czynem swym wasz ród w historii zapiszecie." Podczas wymiany ciepłych zdań, wzajemnych uprzejmości, pośród strun niewidzialnych drgań wniesiono moc wykwintnych dań, by podjąć zacnych gości. Svena otoczył wkrótce też wianuszek pięknych kobiet: przemierzył wszechświat wzdłuż i wszerz; teraz w dal patrząc z gmachu wież opowieść snuł o sobie. Lecz chociaż ozdabiały tłum jak egzotyczne kwiaty, rzekł sobie, kiedy poczuł szum, jakby pił wino, albo rum: "Stop! Jestem wszak żonaty." Były też córki Fenna dwie: Taris srebrzystooka i smukła Faeris, której wdzięk przyciągał, jak róż wonnych pęk, wzrok rozmarzony Locke'a. Wszystkich załogi członków wnet urzekła atmosfera; skończył się czas podróżnych diet, rozmów szmer w uszach brzmiał jak flet - kusząca to kwatera. Jedynie Delta (chytry lis) zwyczajem androida stronił od pełnych czar i mis, sporządzał zaś słów wierny spis: bo któż wie, co się przyda? * I tak im upływały dni: jak w baśni lub jak we śnie; lecz Sven miał niespokojne sny; czuł że się w nim obawa tli wraz z ulgą – jednocześnie. Spostrzegł też, że Locke zmienił się: spogląda tkliwie w przestrzeń, jakby myślami błądził gdzieś, a zaś szeroka jego pierś wciąż wznosi się od westchnień.
    1 punkt
  26. Przeżyłam ten świat, wzdłuż i wszerz. Szłam, znacząc moje ślady czarną chmurą krwi. Dobrnęłam do strefy ciszy, gdzie napotkałam jedyną w sobie światłość. Napotkałam po drodze wiele snów, nie wszystkie były koszmarami bez krańca. Wielokrotnie na przeszkodzie stanęły mi konstelacje, które przypadkowo odkleiły się od szyby. Pragnę pocałować Cię z finezją, jakiej wszyscy się potulnie wstydzą. Z wyrafinowaniem sprzątam Twoje policzki z odłamków zaprzeszłych słów. Ciężkie jest to Twoje sumienie – od tak dawna się nie widzieliśmy. Chciałabym, aby świat był odrobinę lepszy. Chciałabym odnaleźć tutaj swój czas. Proszę wypożyczonego Boga, aby rozkazał mi usiąść obok Siebie. Pijana jest dzisiejsza noc, czeka jeszcze trudniejszy poranek. Nie mów zbyt wiele, milczenie jest piękniejsze od krzyku. Zaniedbane, czerstwe słowa nie wystarczą, abyśmy dożyli jutra. Nie składaj winy na mnie, to tylko moja zeschnięta łza. Utraciłam Cię, zanim purpurowy wiatr wtrącił się do mojej przeszłości. Nie syć mnie skrawkami marzeń, zapożyczonymi ochłapami rzeczywistości. Być może jeszcze Cię zobaczę – to będzie przyszły sen. Sen, co nie daje odpoczynku i wytchnienia. Odkąd przyszedł do nas ostateczny czas, odkąd wybiła przyszłość, złóżmy swoje sumienia na piedestale Bożych dłoni. Panie Boże, nasz Stwórco, jak długo już niedowidzisz? Proszę, wydobądź mnie z otchłani horyzontu, zza najwyższej góry, gdzie nie sięga zło. Zanim wzniesiemy na pokaz dostateczny świt, objaw mi choć jedną człekokształtną myśl, choć jedne upuszczone serce, białe i zimne jak śnieg. Wraz z jutrem Bóg podsunie nam pod nos białą kartkę, wetknie w dłoń obosieczne pióro – czy to wystarczy, aby dotrwać do kolejnego dnia? Rozbolała mnie linia życia. Rozbolał mnie świt pod powiekami. Skąd w nas tyle bólu, skoro powstaliśmy z miłości? Dotknął nas kolejny sadystyczny sen, mieniący się gwiazdami. Spotkał ostateczny rozkład jazdy pociągiem, który wykolei się przed stacją. Rozbolał mnie nietutejszy świt. Świt gotowy, aby dać mi jeszcze jedną szansę. Znów powstałam z martwych, gardząc samotnością, wyrzekając się ostatniego źle zapisanego poematu. Z moich zbyt wąskich warg znów wypływa cisza, zmieszana z zatraconą w sobie krwią, posoką duszną jak lipcowe popołudnie. Boli mnie jednak ta krew. Wdziera się wszędzie, we wszelakie zakamarki świata i ciała. Słońce, ta miłosierna gwiazda, przepala na wskroś głaz mojej duszy. Znów balansuję na krawędzi nienawiści, rubinowy wiatr odradza się wraz z naszym bezdennym oddechem. Znów jestem tu, razem z Twoim najpiękniejszym snem. Czy krzyk, słodszy od szeptu wylęgającego się z Twoich ust, tym razem dotrzyma słów? Czy warto modlić się pomału, z fantazją? Przeżarty jadem nocy księżyc podgląda nas zza firanki, wymyśla nam dzisiejsze sny. Bóg Słońca wykradł ze strychu ostatni pamiątkowy list – niewysłany list pożegnalny. Odnalazł też moje minione imię, tak odmienne od tego, którym karmię wszystkich pozostałych. Czy podasz mi rękę, jeśli zgaśnie u moich stóp ostatni cień? Obudziłam się na przełomie wiosny i lata, a mimo to nie umiem żyć bez ciemności. Twój sokoli wzrok pomaga dostrzec ból, którego nikt tu już nie rozumie. Miłość, ta uwielbiana powszechnie sadystka, czasami potrafi spojrzeć w dal. Wyrzekam się jutra, odmawiam posłuszeństwa utraconym snom. Odkąd zło zamieszkało w delcie żył na nagich nadgarstkach, odkąd nadzieja wyłupiła sobie szmaragdy oczu – obudzimy się w imię przeszłości. Na krańcu przyszłości czeka na nas wiara, którą warto oswajać. I choć wybuchnie buńczuczne spojrzenie prosto w twarz, choć odnajdziemy między palcami parę ziarenek piasku – nie zostawimy za sobą kropli śnieżnobiałej krwi. Ruszymy dalej – podzieleni splecionymi dłońmi, z głowami pośród lazuru nieba. I choć strach przedzierzgnie się na drugą stronę, choć napotkamy tam zatracone piedestały pod ludzkie grzechy – nie odszukamy nowo narodzonej skargi. W każdym jest odrobinka krwi, która należy tylko i wyłącznie do Boga. Ukrywamy pod listkami języków ten jeden niebieski koralik; ukrywamy zaprzepaszczone rysy twarzy. A kiedy już odszukam ten pocałunek, jeden jedyny, w zamian za wszystko – odpłynę pod prąd cuchnącej czasem rzeki. Rzeki, która nie wymaga od nas współczucia. Staniemy na baczność, wymierzymy swoje dusze prosto w serca serdecznego przeciwnika. Proszę, nie budź mnie, gdy ostatni tegoroczny ptak nie nasyci się ziarnem, które podrzuciła mu Twoja hojna uczciwość.
    1 punkt
  27. Popielec - cele i pop.
    1 punkt
  28. 5 Jęknęłam z bólu i przewróciłam się na plecy. Choć otworzyłam oczy, nie widziałam prawie nic; korony drzew rozmazywały się i zlewały z pomarańczowym niebem. Coś ciągnęło mnie za ramię. Spróbowałam się podnieść, ale ból głowy położył mnie z powrotem na ziemię. - Hej! Wstawaj! – usłyszałam obok siebie dźwięczny, dziewczęcy głos. Zerknęłam jednym okiem w tamtą stronę. Pochylała się nade mną dziewczyna, której rozczochrane ciemne loki spływały swobodnie do piersi, białą sukienkę miała lepką od błota, a wianek ze stokrotek przekrzywił się, opadając na jej delikatną twarz. Jej źrenice mieniły się błękitem, potem fioletem, a następnie różem, choć zapewne było to tylko złudzenie wywołane moim oszołomieniem. - Co? – zapytałam zdezorientowana, gdy nieznajoma postawiła mnie na nogi. - Pośpieszmy się – szepnęła nerwowo – Słońce zaraz zajdzie. Nim zdążyłam zareagować, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła biegiem za sobą. Biegłyśmy w stronę białego domku, tam, gdzie dążyłam wcześniej. Zaczęłam zastanawiać się, jak długo byłam nieprzytomna, jeśli w ogóle zemdlałam. Czułam się, jakby od momentu mojego zderzenia się z głazem minęła zaledwie chwila, a być może leżałam w stanie otumanienia godzinę, może całą dobę, a może kilka minut. - Szybciej! – zawołała dziewczyna, przyciągając mnie bliżej siebie. Musiała doskonale znać właściwą drogę przez bagna. Prowadziła mnie w taki sposób, że nie potknęłyśmy się ani razu. Śledząc jej kroki, zręcznie omijałam drzewa, kamienie i doły przykryte błotem i mchem. Minęłyśmy biały dom. Przyjrzałam mu się przez krótki moment. Dwa okienka z obu stron drewnianych drzwi przesłonięte były firankami, farba popękała na całej długości ścian; trawę ozdabiały kwiaty każdego koloru, a boczną ścianę porastał bluszcz. Zwolniłam z myślą, że to tam zaprowadzi mnie dziewczyna. Kiedy spojrzałam przed siebie, zobaczyłam wiele domów przed nami. Rozpromieniłam się na ich widok, ale uśmiech znikł mi z twarzy, gdy moją skroń przeszył ból. - Jesteśmy już blisko – usłyszałam przed sobą. Każdy dom, który mijałyśmy różnił się o poprzedniego. Niektóre były małymi chatkami z bali lub z betonu, inne przypominały osiemnastowieczne wille bogaczy z zachodu, zbudowane ze spróchniałego, trzeszczącego drewna, ale mimo wieku wciąż majestatyczne i tajemnicze. Nad nimi majaczyła wysoka wieża kościelna. Czułam na sobie wzrok nielicznych osób, które wymijałyśmy. Trudno było mi patrzeć na kogoś dłużej niż przez sekundę, ale mogłam przysiąc, że każdy kogo widziałam był kobietą. Nieznajoma naprowadziła na spory dom o stromym dachu, na którym widniał pordzewiały zielony szyld z napisem „Gospoda Trująca”. Nie zdążyłam zastanowić się nad sensem tej groteskowej nazwy, bo jak tylko ją przeczytałam, wpadłyśmy z hukiem do środka. Wszystkie oczy zwróciły się na nas. Zdyszana niemal padłam na kolana, zginając się wpół ze zmęczenia. Czułam kłucie w gardle, nie mogłam złapać oddechu. Klientki baru patrzyły na nas zdziwione, mrugając oczami, przerywając rozmowy i zatrzymując kubki przy ustach. Musiało minąć kilka chwil, nim udało mi się złapać oddech i wyprostować się. Cofnęłam się zaskoczona, gdy tuż przed moimi oczami pojawił się obfity biust częściowo odkryty przez głęboki dekolt. Zadarłam głowę. Stała przede mną kobieta wyższa od niejednego mężczyzny, którego znam. Zadziwiająco pełne usta wykrzywione były w grymasie niezadowolenia. Okrągłe zielone oczy były tak przenikliwe, że trudno było oderwać od nich wzrok. Wzrostu dodawały jej rude loki związane w wysoki kok. Z uniesioną cienką brwią wertowała mnie krytycznym spojrzeniem. - Co to jest? – wskazując na mnie, zwróciła się napastliwie do dziewczyny stojącej obok. - To jest… - zaczęła nieznajoma i zamilkła. W pośpiechu, który nam narzuciła nie zdążyłyśmy nawet poznać swoich imion, a ja – podziękować jej za pomoc. - Nilce – dokończyłam. - Nilce, i? – rudowłosa kobieta pochyliła się do przodu, przyglądając się mojej twarzy. Poczułam, jakby moje ciało kurczyło się pod wpływem jej wzroku. - Szukam Mariny – oznajmiłam i z miejsca skarciłam się za to w myślach. Mogłam powiedzieć o Odetcie, ale nie zrobiłam tego. Dlaczego? Raz jeszcze rozejrzałam się po gospodzie. Kobiety tutaj nie wyglądały na skore do pomocy. Patrzyły na mnie równie skrzętnie, co kobieta przede mną. Czułam się jak intruz, który wtargnął na ich teren. Możliwe, że dobrze zrobiłam. Zapytałam o Marinę ze względu na historie babci. Opowiadała o niej jak o kimś niebywale ważnym, jak o burmistrzu, kimś kto sprawuje pieczę nad mieszkańcami. Ona mogła mi pomóc. - Mariny, tak? – nieznajoma wyprostowała się, krzyżując ręce pod biustem. Kiwnęłam głową, a ona odwróciła się. Weszła za bar, schyliwszy się, wyciągnęła ścierkę i kufel do piwa, i zaczęła go wycierać. Ciszę między nami przerywały szepty klientek rzucających na mnie ukradkowe spojrzenia. - No i? – zapytałam, gdy straciłam cierpliwość. - Ja ci nie pomogę – barmanka pokręciła głową – Nie od tego jestem. Odpowiedź ta nie zawiodła mnie. Usposobienie tej kobiety wskazywało tylko na to, że chce pozbyć się mnie jak najszybciej ze swojej gospody. - Dobrze. W takim razie znajdę ja sama – obwieściłam i odwróciłam się w stronę wyjścia. - Czekaj! – zawołała dziewczyna, która mnie przyprowadziła, chwyciwszy mnie za ramię – Jesteś ranna, nie możesz iść! Afia musi cię opatrzyć! Dotknęłam miejsca, które wskazała na moim czole i wyczułam piekące, lepkie otarcie. To było źródłem mojego bólu głowy. - Jeśli chce iść, to niech idzie, Meridio – odezwała się barmanka. - Dziękuję za pomoc, ale nic mi nie będzie – uśmiechnęłam się z wdzięcznością do Meridii i raz jeszcze odwróciłam się do wyjścia. - Przynajmniej pozwól mi iść z tobą! - wykrzyknęła, ponownie mnie zatrzymując. Powstrzymałam westchnięcie, które cisnęło mi się do ust. - Przestań, już wystarczająco dużo zrobiłaś – wtrąciła się ruda kobieta za barem – Chodź i napij się – uniosła w górę kufel, z którego wylało się piwo. - Musisz być taka oschła, Maven? – nabuzowała się Meridia. - Ja mogę iść – ktoś nowy dołączył do rozmowy. Wszyscy zwrócili oczy w tamtą stronę, a Maven klasnęła w dłonie. - Doskonale! Ines się zgłosiła! Przede mną stanęła niewiele niższa ode mnie, szczupła dziewczyna o porcelanowej, niemalże białej cerze. Jej śmiejące się, przykryte makijażem, ogromne szare oczy okalały gęste rzęsy; duże usta przyozdobione szarą szminką uśmiechały się szeroko, odsłaniając lśniące zęby. Białe włosy spływały gęstą kaskadą do jej ramion, zakrywając lewe oko. Ubrana była w długą do kostek sukienkę z białym zdobionym kołnierzykiem. Przeszło mi przez myśl, że wygląda równie pięknie, jak Odetta. - Absolutnie nie możesz wyjść! – zaprotestowała Meridia – Twoja rana jest zbyt poważna. - Dam sobie radę. To tylko otarcie – skłamałam, choć ból atakował moją skroń. Chciałam jak najszybciej opuścić gospodę, by znaleźć Marinę przed zachodem słońca. Obawiałam się powrotu do samochodu samotnie, nocą, przez ciemny las. - Wciąż krwawisz – zauważyła Meridia. Raz jeszcze dotknęłam swojego czoła. Na opuszkach palców poczułam lepką ciecz. Fakt, nie czułam się najlepiej. Spojrzałam przez okno. Niebo przybierało barwę fioletu. Być może przydałaby mi się chwila wytchnienia. Skoro dotarłam tam, gdzie dotrzeć chciałam, nie musiałam się spieszyć. Wierzyłam, że jutro po południu będę w drodze powrotnej do Wyoming. - Zajmiesz których z pokojów Maven, a teraz usiądź i napij się – powiedziała Meridia, zupełnie jakby odczytała moje myśli i zaprowadziła mnie do baru. - Nie ma pieniędzy, nie ma pokoju – oznajmiła Maven, odstawiając z łoskotem kufel na blat – I napitku również – dodała, mrużąc oczy, kiedy wyciągnęłam portfel. - Ile? – zapytałam z westchnieniem. - Pięćdziesiąt – odparła, schyliwszy się pod ladę w taki sposób, że widziałam jedynie czubek jej koka. Podałam jej banknot, gdy wyłoniła się z ceramicznym kubkiem w ręku – Za napój siedem. Powstrzymałam się przed przewróceniem oczami. Pięćdziesiąt siedem dolarów za pokój w gospodzie i kubek kawy czy herbaty to stanowczo za wysoka cena, a mimo to, z braku wyboru, wyciągnęłam dodatkowe siedem centów. - Kawa, herbata, piwo? – zapytała barmanka. - Herbata. I papierosy – poprosiłam, dokładając kolejny banknot. - Najlepiej będzie, jeśli położysz się niezwłocznie – ponagliła mnie Meridia, lustrując uważnie moją zmęczoną twarz. - A co ze mną? – Ines dała o sobie znać zawiedzionym głosem, kiedy zamierzałam już sprzeciwić się Meridii, oznajmiając, że chciałabym najpierw dopić herbatę. - Spotkamy się jutro rano, dobrze? – spojrzałam na Ines przez ramię. - Będę tu zaraz po świcie! – wykrzyknęła, stanąwszy na baczność i zasalutowała. Kąciki moich ust uniosły się w uśmiechu. Przypomniałam sobie, jak w dzieciństwie razem z Odettą wykradałyśmy z szafy ojca jego mundur. „Melduję się na rozkaz!” wołałyśmy, stając przed mamą, ja w mundurze sięgającym niemal do ziemi, Odetta w czapce opadającej jej na oczy. Ines przypominała mi właśnie ośmioletnie dziecko – lecz w ciele dorosłej osoby – niemądre i pocieszne zarazem. Upiłam łyk herbaty. W pokoju, który wynajęłam w gospodzie „Trującej” nie było ani krzyża, ani obrazka Matki Boskiej. Był to dość pusty pokój: lampa zwisająca z sufitu posiadała tylko jedną, nadpsutą żarówkę, raz po raz gasnącą i rozświetlającą wnętrze na przemian, szerokie łoże zajmowało większą część podłogi, a w prawym kącie stało samotne krzesło. Nie było stolika, szafy, czy zasłon w oknie. Zobaczywszy pokój po raz pierwszy żałowałam, że pozwoliłam sobie wydać na niego pięćdziesiąt dolarów. Nie miałam jednak innego wyboru. Kiedy zaszło słońce, a podłogę pomiędzy oknem, a łóżkiem rozświetlało co chwila gasnące światło żarówki, położyłam na pościeli różaniec i uklęknęłam przed nim ze złożonymi dłońmi. Odmawiałam modlitwę za modlitwą, myśląc o mamie, babci Millan i ojcu, który nawet w tej chwili mógł walczyć gdzieś w Europie na froncie. Modliłam się o jego przeżycie, o to, by matka nie martwiła się o mnie, by matczyny instynkt podpowiedział jej, że jestem bezpieczna. Choć przeżyłam zbyt wiele, jak na jedną dobę i nie odpoczywałam od kilku dni, przez poruszenie i nadzieję, którą dało mi odnalezienie miasteczka, nie czułam zmęczenia. Myślałam tylko o poranku, spotkaniu z Ines, a potem z Mariną, która wskaże mi drogę do siostry. Nie mogłam doczekać się, aż obudzą mnie promienie wschodzącego słońca. Z dołu dobiegły mnie odgłosy rozmowy. Prawdopodobnie gospoda była czynna całą dobę. Byłam w stanie rozpoznać głos Maven, ale drugi – również należący do kobiety – był mi nieznany. Trwała kłótnia. Maven chodziła w kółko, raz podnosząc głos, raz zniżając go niemal do szeptu, ale deski, z których zbudowany był budynek, były na tyle grube, że skutecznie tłumiły i zniekształcały słowa wypowiadane przez kobiety pod moimi stopami. Nie przysłuchiwałam się gniewnej wymianie zdań. Nie interesowało mnie to. Nie miałam sił ani chęci, by starać się wyłapywać spod podłogi każde słowo i starać się budować zdania. To nie była moja sprawa. Miałam w głowie własną historię; wędrówkę, którą pragnęłam jutro zakończyć. Chciałam zamknąć rozdział, który motał moim życiem przez wiele lat i skupiałam się tylko na tym. Zdając sobie sprawę z tego, ze nie zasnę w towarzystwie odgłosów dołu, otworzyłam okno na oścież. Uderzył we mnie orzeźwiający podmuch chłodnego powietrza. Oparłam łokcie o parapet i zapaliłam papierosa. Obserwowałam rozświetlone blaskiem księżyca pole i posąg anioła stojący na jego skraju. Była to bardzo stara i przerażająca figura. W dwóch rękach trzymał miecz skierowany ostrzem do dołu, lewe skrzydło było pęknięte, a marmur poczerniały, jakby pochlapany farbą. Smugi na jego policzkach wyglądały jak łzy. Tak, jakby anioł płakał, czuwając nad miasteczkiem. Smak tytoniu spowodował odruch wymiotny w moim gardle. Rozmowy ucichły. Z trudem powstrzymywałam ziewanie. Teraz, gdy zapanowała cisza, a emocje opadły, poczułam, jak bardzo zmęczona byłam. Nareszcie mogłam iść spać. Pozwoliłam sobie na zgarbienie się. Od ciągłego siedzenia w fotelu kierowcy krzyż bolał mnie bezlitośnie. Niespiesznymi ruchami ściągnęłam pantofle, z których wysypywał się piach. Moje rajstopy były podarte i zlepione błotem, sukienka poplamiona zielenią, beżem i brązem. Nic dziwnego, że klientki gospody patrzyły na mnie w tak polemiczny sposób. Nie chciałam wiedzieć, jak wygląda moja twarz. Siadając w bieliźnie na łóżku, z całego serca żałowałam, że wychodząc z samochodu, nie zabrałam ze sobą walizki. Nie byłam przygotowana na dłuższy pobyt w miasteczku. Nie spodziewałam się tonięcia w bagnie, upadku, uderzenia głową w kamień i utraty przytomności. Nie przeszło mi przez myśl, że będę uciekać przed zachodem słońca, trzymając dłoń nieznajomej dziewczyny i że spędzę noc w karczmie pod najniezwyklejszą nazwą, jaką kiedykolwiek spotkałam. Planowałam znaleźć Odettę przed zmrokiem, wyznać swoje uczucia, oddać złotu łańcuszek, po czym wrócić ze spokojem do domu. W tej chwili miałam jechać samochodem, paląc papierosa z paczki babci Millan w rytmie bluesa płynącego z głośników. Zamiast tego spoczywałam na twardym materacu na piętrze gospody, ochładzana przez wczesnojesienne powietrze, wpatrując się w nierówne deski na suficie. Nie mogłam doczekać się rana. Obudziły mnie promienie słońca dostające się do pokoju przez okno pozbawione firan. Ból w skroniach minął, ale zastąpił go dyskomfort w plecach. Coś zaciskało się na mojej głowie. Moją ranę na czole ktoś owinął bandażem. Na krześle obok lustra dostrzegłam złożone czyste ubrania. Domyśliłam się, że jest to prezent od Meridii. Byłam jej wdzięczna za pomoc i zamierzałam jej się odwdzięczyć. Zmieniając odzież, poczułam się, jakbym zmieniała skórę. Jedynym, czego mi brakowało, była ciepła kąpiel. W wynajętym pokoju mogłam pozwolić sobie tylko na obmycie twarzy zimną wodą. Biała sukienka podobna do tej, którą miałam na sobie wcześniej, pasowała na mnie idealnie. Nie miałam jednak czasu przyjrzeć się jej w lustrze, bo gdy tylko ją założyłam, usłyszałam nieśmiałe pukanie do drzwi. - Proszę! – zawołałam. Drzwi otworzyły się, skrzypiąc diabelnie głośno i zza progu wyłoniła się twarz Ines. - Wstałaś, Nilce? – zapytała. - Najwidoczniej – odparłam, rozkładając ramiona. - Czekałam na ciebie godzinę na dole, ale nie zjawiałaś się – powiedziała Ines – Przyszłam sprawdzić, czy wszystko w porządku. Uniosłam brwi i spojrzałam w okno. Niebo wciąż było żółte od słońca, które dopiero wznosiło się na sklepienie. - Przecież jest jeszcze wcześnie – stwierdziłam. - Kazałaś spotkać się rano… - Ines spuściła wzrok, splatając dłonie za sobą. Przypomniałam sobie wieczór poprzedniego dnia, kiedy dziewczyna oznajmiła, że będzie czekać na mnie zaraz po świcie. Roześmiałam się. - Tak, rano, ale nie tak wcześnie – powiedziałam rozbawiona. - Ale… dochodzi dziesiąta. Zamilkłam, a moje usta pozostały otwarte ze zdumienia. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się spać tak długo, zawsze budziłam się, kiedy wskazówki zegara wybijały siódmą. Poprzedniej nocy byłam tak wyczerpana, że nie pamiętam nawet, kiedy zasnęłam. - Wybacz, że musiałaś czekać – przeprosiłam onieśmielona. Nie chcąc dłużej zwlekać, zabrałam z pościeli różaniec, który leżał tam przez całą noc. Spojrzawszy na Ines zobaczyłam, że jej usta skrzywiły się nagle, jakby w grymasie obrzydzenia. - Wszystko w porządku? – zapytałam. W odpowiedzi otrzymałam uśmiech i krótkie kiwnięcie głową. - Dzień dobry – powiedziałam do Maven stojącej za ladą, gdy razem z Ines weszłyśmy do gospody. - Dzień dobry – margnęła rudowłosa, zerkając na mnie jednym okiem. O tej porze „Trująca” była pozbawiona gości. Prawdopodobnie byłam jedyną przyjezdną. - Śniadanie? – Maven przejechała ścierką po blacie. - Dziękuję, zjem później – odparłam. Moje serce biło mocno, a gardło było ściśnięte z podniecenia. Wiedziałam, że nie będę w stanie nic zjeść, dopóki nie spotkam Mariny. Gdy tylko postawiłam stopę na chodniku, oślepiło mnie słońce. Przesłoniłam oczy ramieniem. W porównaniu do dziennego światła, które padało na wioskę, wnętrze karczmy było ciemne, jakby panował tam wieczny wieczór. - Tędy – powiedziała Ines i ruszyłyśmy we wskazanym przez nią kierunku. Orhill nie przypominało żadnego miasteczka znajdującego się w Kanadzie. Każdy dom z osobna wyglądał, jakby pochodził z innej epoki. Mijałyśmy drewniane chatki zdobione przez ogrody pełne kwiatów, odpychające, betonowe domy o jasnych ścianach, budynki o wielu piętrach zwieńczane ostrymi dachami, otoczone wysokimi płotami. Mogłoby się zdawać, że z każdym krokiem przenosimy się w czasie. Najbardziej w oczy rzucała się wieża kościelna wysokością dorównująca słońcu wiszącemu na niebie, jednak na jej czubku brakowało krzyża. Ulice były opustoszałe. Oglądałam budynki o zasłoniętych oknach i zaciemnionych szybach, zastanawiając się, czy za którąś z nich nie śpi Odetta. Ona od zawsze lubiła długo spać. Przed jej zniknięciem, budząc się rano, za każdym razem widziałam jej okryte kołdrą plecy i czarne fale włosów wylewające się poza materac. Chyba nigdy nie udało mi się zobaczyć jej twarzy pogrążonej we śnie. Zasypiała na lewym boku, przodem do ściany i tak też się budziła. Wychodząc na śniadanie, stawałam na palcach, precyzyjnie unikając każdej skrzypiącej deski w podłodze. Dzięki temu, po pewnym czasie, udało mi się zapamiętać ich układ w taki sposób, że nigdy nie obudziłam siostry. Nie miałam zamiaru tego robić. Odetta zawsze wracała późno i późno kładła się spać. Minęło zaledwie kilka minut, kiedy wraz z Ines dotarłyśmy do domu umiejscowionego na skraju miasteczka. Z zewnątrz przypominał kaplicę. Zbudowany był z ciemnych, hebanowych bali, półokrągłe okna ozdobione w wiktoriańskim stylu, szeroki dach podtrzymywany przez kolumny stojące po obu stronach ganka. Szczyt budynku wzbogacała wąska wieżyczka z jednym oknem pośrodku. Zagapiłam się na imponującą konstrukcję, podczas gdy Ines wspięła się po schodach i nacisnęła dzwonek do drzwi. Rozległ się syk, a ona cofnęła się o krok. Stałam z zapartym tchem, czekając w napięciu, aż masywne drzwi otworzą się, a w progu stanie kobieta, której szukam. Nie byłam w stanie wyobrazić jej sobie. Twarz Mariny, jej strój, i sylwetka zmieniały się w mojej głowie bez przerwy. W jednej chwili była młodą, wysoką kobietą o blond włosach, w następnej zgarbioną, o pomarszczonej twarzy i siwych sypkich włosach w czarnej sukni, potem w długiej do kolan, z fartuchem przepasanym w talii, w płaskich pantoflach, w butach na wysokim obcasie. Moje imaginacje były nieskończone. By dowiedzieć się, która z nich jest prawdziwa, mogłam tylko czekać na otwarcie się drzwi. Ale tak się nie działo. Ines drapiąc się po głowie, wydała z siebie cichy pomruk. - Nie ma jej w domu? – spytała samą siebie. Wychyliwszy się przez płot, zajrzała w okno. Choć szyba nie była zasłonięta, nie mogłyśmy nic dostrzec. Dom tonął w ciemnościach. Ines okręciła się wokół własnej osi i chwyciła za mosiężną klamkę. Drzwi zaskrzypiały przeraźliwie i otworzyły się. Na korytarz wpadł snop światła, ukazując naszym oczom czerwony, zdobiony złotem dywan prowadzący w głąb domu. Na ścianie po lewej stronie wisiały półki. Na pierwszej z nich stało miedziane popiersie kobiety, na drugiej wazon z kwiatami, a za nimi drewniany zegar z kukułką, którego tykanie dało się słyszeć nawet na zewnątrz. Ines wsunęła głowę do środka, rozejrzała się i po chwili, patrząc na mnie przez ramię, gestem pokazała mi, bym szła za nią. Zawahałam się. Nic nie dawało nam prawa wejść bez zaproszenia do czyjegoś domu. Nawet jeśli drzwi były otwarte. - Chodź! – pośpieszyła mnie szeptem moja przewodniczka i zniknęła za drzwiami. Nie miałam innego wyboru, jak tylko podążyć za nią. Prędko spojrzałam za siebie, upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu i również weszłam do środka. Rozciągał się przede mną ciemny korytarz, na którego krańcu widoczny był zarys schodów. Ines przesunęła dłonią po ścianie, a zaraz potem żyrandol zapalił się. W świetle hol nie wyglądał tak mrocznie, jak mi się wydawało. Żółte ściany rozjaśniały wnętrze, a mieniący się drobinkami złota dywan ciągnął się po schodach w górę. Prawą ścianę zdobiła niska, rzeźbiona komoda z różanego drewna. Nie miałam czasu dalej podziwiać wnętrza, bowiem Ines dała mi znać szeptem, bym weszła za nią po schodach. Trafiłyśmy do pomieszczenia pogrążonego w półmroku, którego okna przesłonięte były ciężkimi zasłonami. Wytężyłam wzrok. Była to biblioteka. Otaczały nas regały zapełnione niedbale ułożonymi książkami. Wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz, kiedy uderzył we mnie ostrzy podmuch wiatru. Skromna lampa wisząca na suficie zachwiała się. Wokół latały ćmy, które zalęgły się tu zapewne przez panującą zewsząd ciemność. Pod oknem, między dwoma regałami stał fotel. W słabym świetle dostrzegłam zarys ludzkiej sylwetki i szeroki kapelusz na jej głowie. - Zostawię cię – oznajmiła po cichu Ines i zbiegła ze schodów. Moje serce próbowało wyrwać się z piersi. Odwróciłam się, chcąc zatrzymać Ines, ale ta, opierając się o poręcz u dołu stopni machała ręką, zachęcając mnie do wejścia do biblioteki. Przełknęłam ślinę, która zebrała mi się pod językiem. Przestąpiłam krok do przodu. Mój but zatopił się w miękkim dywanie. Fotel pod oknem poruszył się. Sylwetka skryta w ciemności drgnęła. - Ktoś ty? – usłyszałam ochrypły damski głos, z pewnością należący do osoby starszej. Zmrużyłam oczy. Nogi fotela zaskrzypiały, gdy kobieta podniosła się z wolna. Podeszła bliżej. Nikłe światło padło na jej twarz. Wąskie, przenikliwie niebieskie oczy przyglądały mi się badawczo. Czubek haczykowatego niemal dosięgał jej spierzchniętych pomalowanych ciemnobrązową szminką ust. Pomarszczona twarz usłana była piegami i ciemnymi znamionami. Dostrzegłam, że jej lewy policzek jest pęknięty, jak ściana w starej kamienicy. Stała przede mną Marina. - Mam na imię Nilce… - wydusiłam przytłoczona aurą wyższości bijącą od kobiety. - Nilce… - powtórzyła powoli Marina – I co dalej? - I szukam siostry… - odparłam bez namysłu, zgodnie z prawdą. - Siostry? – kobieta przede mną wyprostowała się nieco z uniesioną brwią. Z zaciśniętym gardłem kiwnęłam głową, a ona odwróciła się przodem do okna. Na rondzie jej kapelusza przysiadło kilka motyli, poruszając sennie skrzydłami. - Mówisz, że szukasz siostry, tak? – jednym ruchem odsunęła zasłony. Zmrużyłam oczy pod wpływem oślepiającej bieli, która zalała bibliotekę. - Zgadza się. - W takim razie dlaczego przychodzisz do mnie? – zapytała cierpko – Wyglądam ci na detektywa albo informację turystyczną? - Ja… - zająknęłam się, zdziwiona nagłym wybuchem Mariny. - Przychodzisz tutaj nieznajoma, bez zapowiedzi – przerwała mi – Wchodzisz do mojego domu niezaproszona, sama otwierając drzwi… - To nie tak, to Ines… - chciałam wytłumaczyć, a wtedy Marina wymierzyła laskę w moją stronę. - Milcz, kiedy ja mówię! – zagrzmiała. Ćmy siedzące na jej kapeluszu wzbiły się w górę – Jesteś tu intruzem! Jak śmiesz prosić mnie o pomoc, zachowując się tak bezczelnie?! Nie jesteś stąd, wkroczyłaś na cudzą ziemię! - Proszę mnie posłuchać… - złożyłam dłonie w błagalnym geście. - Nie obchodzi mnie czego ode mnie chcesz. Nie obchodzi mnie, jak się tu dostałaś i kogo szukasz. Nie jesteś jedną z nas i nie powinno cię tu być – wysyczała kobieta, wymachując laską – A teraz wynoś się stąd, zanim każę cię powiesić! Oniemiała stałam z szeroko otwartymi oczami, patrząc na dybiącą na mnie Marinę. Małymi krokami wycofałam się w stronę schodów, by chwilę później w mgnieniu oka znaleźć się na ganku. - Co się stało? – zapytała mnie Ines. Nie odpowiedziałam. Byłam w szoku. Nie spodziewałam się serdecznego powitania, ale to, co zastałam, przerosło me najśmielsze oczekiwania. Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś tak nieprzyjemnego i nigdy nie zostałam tak potraktowana. Czułam jednocześnie wstyd, złość i zawód. Nie liczyłam na gościnę, tylko na jedną wskazówkę lub chociaż potwierdzenie, że Odetta jest tutaj, w Orhill. Zamiast tego zostałam wyrzucona za próg, nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Zadziwiało mnie, jak babcia Millan mogła żyć w przyjaźni z taką kobietą. Czy ktokolwiek mógł żyć z nią chociażby w zgodzie? Zadygotałam. Co miałam teraz zrobić? Stałam na ganku, wypędzona z domu osoby, w której pokładałam całą nadzieję. Przemierzyłam tak długą drogę tylko po to, by pozostać z pustymi rękoma. Spełniły się moje największe obawy. Wciąż stropiona zeszłam powoli po schodach. W głowie ciągle słyszałam słowa, które wykrzyczała do mnie Marina. Co zrobiłam źle, że wybuchła taką złością? Jestem dla niej intruzem, który wkroczył na jej ziemię. Nie jestem „jedną z nich”. Czy to znaczyło, że w miasteczku naprawdę żyje zamknięta społeczność, do której wstęp mają tylko nieliczni? Jeśli Odetta do niej należy to ja, jako jej siostra powinnam mieć prawo do zobaczenia się z nią choć na kilka minut. - Nilce! Co się stało? – dotarły do mnie słowa Ines. Przystanęłam. Byłam tak zajęta swoimi myślami, że nie spostrzegłam nawet, jak bardzo zdążyłam się oddalić od domu Mariny. Popatrzałam na Ines z otwartymi ustami. Nie znałam odpowiedzi na jej pytanie. Sama nie byłam pewna, co stało się kilka minut temu w zaciemnionej bibliotece. Byłam tam, ale obserwowałam wszystko z boku, jakbym była inną osobą, skrytą w ciemności pod jednym z regałów. Słowa, które grzmiały z ust Mariny po prostu ulatywały z mojego umysłu. - Przegoniła mnie… - wykrztusiłam miałko – Nie wiem, co zrobiłam źle, ale zdenerwowałam ją… - O rany! Że też o tym nie pomyślałam! – wykrzyknęła Ines i zakryła dłonią usta. - Słucham? - Mogłam cię ostrzec… - ściszyła głos, a jej policzki oblał rumieniec. - Przed czym? – ściągnęłam brwi. - Marina niespecjalnie przepada… za obcymi – Ines skuliła się. - Nie rozumiem – przyznałam. - A, to nic istotnego! – zaśmiała się nerwowo w odpowiedzi, po czym spoważniała. Patrzyła na mnie ze zmrużonymi oczami, rozmyślając nad czymś – Właściwie… dlaczego tak bardzo chciałaś zobaczyć się z Mariną? – zapytała. Wbiłam wzrok w chodnik. Straciłam ostatnią szansę na poznanie prawdy, więc cel mojej podróży nie był sekretem. Niebawem i tak miałam wrócić do domu, zapomnieć o Orhill i o tym, że kiedyś miałam siostrę, którą mimo wszystkich różnic jakie tworzyły między nami przepaść, kochałam nad życie. - Próbuję odnaleźć siostrę – powiedziałam i podniosłam głowę. W moich oczach zebrały się łzy, które za wszelką cenę próbowałam powstrzymać przed wypłynięciem. - Przecież ja mogę ci pomóc! – Ines podskoczyła – Dlaczego nic nie powiedziałaś? - Ja… nie wiem – pokręciłam głową, nie rozumiejąc własnych intencji. Nie ukrywałam tęsknoty za Odettą; na darmo wstrzymywałam się od poproszenia o pomoc, a z pewnością oszczędziłoby mi to zawodu, którego doznałam. - Możesz ją opisać? – zapytała moja towarzyszka. - Jest piękna… - szepnęłam – jestem pewna, że nigdy nie widziałaś kogoś równie pięknego, jak ona. Ma czarne włosy, zdrowe i błyszczące i błękitne oczy, takie, jak moje. To chyba jedyna rzecz, która nas łączy – przyznałam ze smutkiem i nie powiedziałam nic więcej. Popatrzyłam na Ines, oczekując na jej reakcję. Otworzyła szeroko usta w nieokreślonym grymasie przypominającym jednocześnie uśmiech i zdziwienie. - Czy coś nie tak? – zapytałam. W odpowiedzi dziewczyna chwyciła mnie mocno za nadgarstek i pociągnęła za sobą. Narzuciła zapierający dech w piersiach bieg. - Ines… zaczekaj… dokąd my… biegniemy? – wołałam za nią z bólem w płucach. Nigdy nie pracowałam nad kondycją. Moje życie polegało w głównej mierze na czytaniu książek i spacerowaniu po obrzeżach rodzinnego miasta. Nie miałam problemów z wagą, więc też nie odczuwałam potrzeby by trenować jakikolwiek sport. Przez ostatnie dwa dni czułam tego konsekwencje. Ines nie odpowiedziała. Mknęłyśmy, zwinnie omijając przechodniów oglądających się za nami z zaciekawieniem. Budynki wokół nas zlewały się w kolorowe smugi. Pantofle spadały mi ze stóp. Potykałam się na każdym kroku, a moje kostki zaczęły pulsować z bólu. W myślach modliłam się, aby ten pęd nie trwał długo. Ku mej uciesze, po skręceniu w jakąś uliczkę zatrzymałyśmy się przed jednym z kilku domów w szeregu. Wzięłam głęboki oddech, dzięki czemu ból w klatce piersiowej uderzył we mnie ze zdwojoną siłą. Stałyśmy przed niepozornym domkiem jednorodzinnym o niebieskich ścianach. Ines przekroczyła bramę w żywopłocie, ja poszłam za nią. Drzwi wejściowe otwarły się przed nami. Trudno było uwierzyć, że wnętrze domu, w którym się znajdowałyśmy należało do tego samego, który stał na zewnątrz. Salon, przez który przechodziłyśmy pełen był antycznych ozdób, gablot z porcelaną. Na białych ścianach wisiały portrety kobiet oprawione w ozdobne ramy. Zagapiając się na jeden z nich, przedstawiający damę w błękitnej sukni, o błękitnej skórze i oczach, siedzącej prosto na tle błękitnego nieba, niemal potknęłam się o twardą kanapę ozdobioną wyblakłym obiciem wyszytym kwiatami. Ines przede mną stąpała powoli i po cichu. Im dalej szłyśmy w głąb domu, tym głośniej słyszałam dziewczęce głosy i śmiechy dobiegające z któregoś z sąsiednich pokojów. Przystanęłyśmy przy lekko uchylonych drzwiach. Deski pod naszymi stopami skrzypiały, lecz nie zagłuszały odgłosów z pokoju. Moja przewodniczka nacisnęła bezdźwięcznie klamkę. Moim oczom ukazało się pomieszczenie jasne, pełne ozdób i koronek, przywodzące na myśl osiemnastowieczną Francję. W jego centrum siedziały trzy młode kobiety. Jedna z nich była latynoską o ciemnych włosach i przygarbionym nosie, druga, siedząca po prawej o rudawej głowie, skąpo ubrana w czerń, z uśmiechem na pełnych ustach. Pośrodku zaś, u ich stóp z anielskim wyrazem twarzy siedziała Odetta.
    1 punkt
  29. 4 Przekroczyłam próg domu, gdy słońce dopiero wschodziło na niebo. W jednej dłoni dzierżyłam walizkę, w drugiej zaś kluczyki do czerwonego Fiata 500. Nigdy nie opuszczałam Wyoming, a za chwilę miałam usiąść za kierownicą i przejechać w samotności wiele setek mil. Moje ciało drżało, lecz trudno mi określić czy z podniecenia, czy ze strachu. Czekała mnie długa droga. Miałam jeszcze szansę, by się wycofać, wejść z powrotem do domu, rozpakować się i pójść spać, zapominając o Odetcie, jednak podjęłam decyzję wsiadając do samochodu i odjeżdżając w towarzystwie mapy leżącej na siedzeniu pasażera. Mijałam lasy, pola i małe wsie. By nie czuć się samotnie, słuchałam radia. Pełne werwy piosenki zmieniały się z monotonnym głosem prezentera wiadomości. Mknąc szosą przez las sosen, dostrzegłam pod skrzynią biegów niedbale rzuconą paczkę papierosów. Znużona podróżą sięgnęłam po nią. Czerwone Marlboro. Nigdy nie pomyślałabym, że babcia Millan kiedykolwiek zapaliła papierosa. I ja również, z nudów i ciekawości, zapaliłam. Dym, który wpłynął do moich płuc podrażnił mi gardło, wywołując atak kaszlu tak intensywny, że na moment straciłam panowanie nad kierownicą. W porę jednak opanowałam się, by powstrzymać auto przed zjechaniem w dół na poboczu. Spróbowałam zaciągnąć się raz jeszcze; choć nie krztusiłam się już, przełyk wciąż mnie piekł. O dziwo, polubiłam ten cierpki, gorzki smak. Pozwalał mi zająć czymś głowę, do której napływały tysiące myśli i scenariuszy tego, co się stanie, gdy zobaczę Odettę. Pozwalał mi wyciszyć się i umilał czas, gdy sunęłam przez puste pola. Po wielu godzinach jazdy zmęczenie dało mi o sobie znać. Oczy piekły mnie od niewyspania, a plecy bolały od siedzenia w jednej pozycji przez cały dzień. Musiałam jednak jechać dalej, mając po swoich obu stronach łąki i rosnące przy drodze drzewa, podczas gdy noc mijała nieubłaganie szybko. Kiedy zatrzymałam się przed przydrożnym motelem, spojrzałam na zegarek. Dochodziła czwarta nad ranem. Trzask zamykanych drzwi samochodu rozniósł się echem po pustym parkingu. Przyjrzałam się budynkowi. Był to obskurny niski blok, ciągnący się parę metrów w prawo. Tam zapewne znajdowały się pokoje. Do szarych ścian przylegała pleśń, okna przesłonięte były czerwonymi firanami. Tuż nad drzwiami wejściowymi zwisał pająk. Minęłam go i weszłam do środka. Wnętrze wyglądało równie odstręczająco. Ściany w kolorze jesiennych liści i czerwone kanapy zlewały się ze sobą. Na złotobrązowej wykładzinie odznaczył się kurz i rozrzucone po niej śmieci. Obudziłam śpiącego portiera, uderzając w dzwonek leżący na blacie. Starszy mężczyzna podskoczy i podniósł głowę. Zdezorientowany przebiegł wzrokiem po recepcji. Poprawił okulary, które zsunęły mu się w dół nosa. - Tak? – zapytał. Wyglądało na to, że nie spodziewał się gości o tej porze. - Chciałabym wynająć pokój – oznajmiłam. - Trzydzieści – odparł portier i wyprostował się na krześle. Położyłam pieniądze na ladzie, a on przeliczył skrupulatnie banknoty, mimo iż były one tylko trzy, po czym podał mi klucz do pokoju numer dwanaście. Weszłam na długi korytarz, który tak, jak recepcja tonął w czerwieni. Zmrużyłam oczy. Ściany zdawały się wydłużać w miarę, jak stawiałam kolejne kroki. Żarówki rzucające szkarłatną poświatę na dywan sprawiały, że pomieszczenie stawało się ciemniejsze, niż powinno być. Pokój mi przydzielony znajdował się na samym końcu, a jego wnętrze było skromne, ograniczające się do zagospodarowania przestrzeni jedynie najpotrzebniejszymi przedmiotami. Łóżko stało prostopadle do drzwi, a równolegle do okna ozdobionego ciemnymi zasłonami. Zza szyby widoczny był cały parking i lampa ustawiona przy drodze, której żarówka na przemian gasła i rozświetlała ulicę. Zaszyta w kącie, niska przezroczysta gablota pełniła zapewne funkcję szafy i stolika. Zamknąwszy za sobą drzwi spostrzegłam, że nie zabrałam ze sobą walizki. Nie przejęłam się tym. Byłam zbyt wyczerpana, by się przebierać, a nikt raczej nie siliłby się na kradzież walizki pełnej ubrań z bagażnika samochodu zaparkowanego pośrodku pustkowia. Zapaliłam lampkę i usiadłam na łóżku. Rozłożyłam na pościeli mapę. Szczęściem, droga, którą jechałam prowadziła niemal nieprzerwanie prosto i bez trudu mogłam określić swoje położenie. Westchnęłam i rzuciłam się na poduszki. Miałam przed sobą jeszcze co najmniej dwa dni drogi. Mimo morderczego wręcz zmęczenia, które mną władało, nie byłam w stanie zasnąć. Myślałam o Odetcie. Zastanawiałam się, co jej powiem, kiedy ją zobaczę. Czy w ogóle ją zobaczę. A jeśli okaże się, że trafię na puste pole? Co jeśli wszystko, czego dowiedziałam się o siostrze przez ostatnie dni było kłamstwem? A jeśli jej nie odnajdę? Wtedy wrócę do domu skonana i przytłoczona największym zawodem, jaki doświadczę w życiu. Zakryłam twarz dłonią i odetchnęłam. Miałam dość gdybania. Mogłam tylko zgadywać, co miałoby się stać i nie byłam w stanie na to wpłynąć. Moje rozmyślania przerwał szmer, który usłyszałam nagle za oknem. Nie była to gałąź stukająca w szybę, ani samochód przejeżdżający po żwirze. Brzmiało to tak, jakby ktoś przesuwał długimi paznokciami po ścianie. Ktoś stał na zewnątrz. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Przestałam czuć się bezpiecznie. Dźwięk zbliżał się do okna, a zza nie do końca zasuniętych firan wyłonił się cień. Z przestrachem podniosłam się na łóżku. Dziecięcym odruchem skryłam się pod kołdrą, choć wiedziałam, że jeśli włamywacz dostanie się do środka, żaden sposób mnie to nie ochroni. Wtem afryt zatrzymał się. Miałam szansę przyjrzeć się mu. Była to sylwetka kobiety, nieco pochylona, z garbem u nasady nosa i włosami spiętymi w niski kok. Wokół niej latało stado motyli. Przetarłam oczy, by upewnić się, że to, co widzę jest prawdą, czy też zmęczony mózg przyprawił mnie o przewidzenia. Nim zdążyłam po raz drugi obarczyć wzrokiem zarys kobiety, ta zniknęła. Zbliżyłam się do okna i odsunęłam zasłonę. Jednak gdy wyjrzałam na zewnątrz, zobaczyłam jedynie czerwonego Fiata 500 babci Millan stojącego samotnie na parkingu. Zbudziły mnie promienie słońca wpadające gęsto do pokoju. Kiedy otworzyłam oczy potrzebowałam chwili, by dotarło do mnie, gdzie jestem. Rozbudziwszy się, spojrzałam przez szybę w miejsce, w którym stał mój samochód. Wtedy też przypomniałam sobie, co widziałam w nocy. Czy może był to tylko sen? Na jawie nie istnieją ludzie, do których motyle lgnęłyby jak do ognia tak, jak lgnęły do tamtej kobiety… W takim motelu jak ten, w którym zmuszona byłam zostać na noc nie oczekiwałam, że otrzymam rankiem śniadanie. Zresztą, jak mogłabym spodziewać się hotelowych luksusów w motelu przeznaczonym na spędzenie jednej nocy? Ruszając w dalszą drogę musiałam zadowolić się jedną z kanapek, które przygotowałam jeszcze w domu. Bezustannie myślałam o Odetcie. Nie byłam w stanie pozbyć się z głowy brzmienia jej imienia. Kilka razy odruchowo musnęłam palcami szyję, jakby krzyż ze złota wciąż do niej przylegał, jednakże łańcuszek tkwił w walizce leżącej w bagażniku za moimi plecami. Modliłam się. Modliłam się niemal cały czas: o to, by ojciec przeżył na froncie, by mama i babcia Millan pozostały bezpieczne pod moją nieobecność, bym odnalazła Odettę tam, gdzie babcia kazała mi jej szukać. Przez wydarzenia, które miały miejsce w ostatnich dniach zapomniałam o tym, co dla mnie ważne. Przestałam radzić się Boga, nie zważałam na to, czy grzeszę swymi czynami. A zgrzeszyłam. Okłamałam matkę, zniknęłam, nie zostawiając jej nawet wiadomości spisanej na kartce. Uciekłam. Pozwoliłam, by zamartwiała się i wypłakiwała przeze mnie oczy. Stałam się egoistką. - Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną – zacytowałam szeptem. Do kogo modliłam się, gdy odprawiałam z babcią rytuał nad świecą? Kto miał spełnić życzenie, które złożyłam, paląc kartkę w płomieniu? Zadygotałam. Jak mogłam zgodzić się na odprawienie pogańskiego obrzędu? Gdybym mogła, przyłożyłabym do ust paciorek różańca i przeprosiła Boga w modlitwie. Na drodze, którą wybrałam motele były rzadko spotykanymi obiektami. Już po pierwszej nieprzespanej nocy przestałam liczyć godziny mojej podróży. Wieczory były chłodne, a spanie na siedzeniach samochodu było dla mnie mordęgą. Musiałam wyprzeć z siebie zmęczenie i bóle pleców, które doskwierały mi bez ustanku, by brnąć dalej przez puste szosy, ale dzięki temu znalazłam się w Coppermine szybciej, niż się spodziewałam. Odetchnęłam z ulgą, gdy postawiłam samochód na parkingu pod supermarketem i wysiadłam, by rozprostować nogi. Gdy stanęłam na asfalcie, rozejrzałam się. Miasteczko tętniło kolorami. Jaskrawe szyldy rzucały się w oczy, wystawy za szybami sklepów zachęcały do wejścia. Chodnik był wypełniony ludźmi, w większości młodymi, trzymającymi się w swoich własnych grupach. Głód dawał mi o sobie znać. Przełknęłam ślinę, która zbierała się w moich ustach. Zapasy, które przygotowałam skończyły się kilka godzin wcześniej, a żywienie się przez cztery dni jedynie chlebem nie służyło mojemu żołądkowi. Musiałam zjeść coś treściwego, a przede wszystkim ciepłego. Miejsce, w którym się zatrzymałam było zapewne centrum miasta. Idąc wzdłuż ulicy mijałam markety, sklepy odzieżowe i stoiska z pamiątkami. Co rusz zatrzymywałam się, by obejrzeć wystawy i przedmioty prezentujące się przed straganami. Moją uwagę przykuła ponad półmetrowa figurka Maryi stojąca za szybą jednego ze sklepów. Podeszłam bliżej, by się jej przyjrzeć. Matka Boska zwieńczała ekspozycję porcelanowych aniołów, wszelkich wydań Pisma Świętego, łańcuszków, krzyży i różańców. Właśnie tego było mi trzeba, by pozbyć się wyrzutów sumienia, które mąciły mój umysł – różańca, na którym mogłabym odmówić modlitwę. Kilka minut później wyszłam ze sklepu, niosąc w dłoni papierową torebkę. Stanąwszy na chodniku przebiegłam wzrokiem po dzielnicy, zastanawiając się, co robić dalej. Kątem oka dostrzegłam wysoki, jaskrawożółty szyld. Zmrużyłam oczy, a kiedy przeczytałam napisane na nim czarnymi literami „danie dnia”, omal nie podskoczyłam z radości. Wnętrze restauracji wyglądało podobnie, jak wszystkich w Kanadzie: popękane ściany były niewprawnie pomalowane żółtą farbą, blaty stolików zdobiły ceraty w czerwoną kratę, dopasowane do skórzanych kanap; za barem korpulentna kobieta o zdrożnej twarzy czyściła kufel do piwa, obserwując salę. Było to puste miejsce, zajęte były zaledwie dwa stoliki – jeden przez dwójkę młodych ludzi, drugi zaś przez szczupłą starszą kobietę o cienkich włosach i ustach zaciśniętych w wąską linię. Zajęłam miejsce przy oknie, chcąc mieć widok na ulicę. Kiedy podano mi menu, bez zastanowienia zamówiłam na wpół wypieczony stek. Kelnerka odeszła, a ja rozłożyłam przed sobą mapę. Choć byłam w miejscu, do którego dążyłam, opuszczając dom, nie był to kres mej podróży. Teraz musiałam odnaleźć miasteczko nieistniejące na mapie. Wątpiłam w to, by prowadziła tam którakolwiek z głównych dróg, ścieżka mogła być ukryta między drzewami lub zarośnięta przez trawę. Pomyślałam, że ktoś z miejscowych mógłby mnie poprowadzić. Przebiegłam wzrokiem po sali. Kobieta i mężczyzna, którzy zajęli miejsce w najdalej wysuniętym od drzwi kącie byli pochłonięci rozmową, wstydziłam się im przerywać. Spojrzałam na starszą kobietę siedzącą nieopodal mnie. Wyglądało na to, że nie oczekiwała niczyjego przyjścia. Staruszka była tak zajęta jedzeniem zupy, że nie zauważyła, kiedy podeszłam. - Dzień dobry – przywitałam się i dopiero wtedy podniosła wzrok, lecz nie odpowiedziała. Ściągnęłam brwi, podczas gdy ona lustrowała mnie od góry do dołu, oceniając i przeklinając mnie w duchu a przerywanie jej posiłku – Nie przeszkadzam? Mogę się przysiąść? – uśmiechnęłam się dobrotliwie, ściskając w dłoni mapę, obawiając się, że kobieta odprawi mnie, chcąc dokończyć posiłek w spokoju. - Jedyne, w czym możesz mi przeszkodzić, to w jedzeniu zupy, dziecko – odparła wreszcie, a jej cienkie usta wykrzywiły się w dracznym uśmiechu. Odetchnęłam. - Chciałam zapytać… - zaczęłam, siadając naprzeciw seniorki – Czy zna pani może drogę do Orhill? Łyżka w wysuszonej dłoni zawisła między zupą, a wąskimi wargami. Ciemne oczy spojrzały w głąb moich. - Orhill? – powtórzyła. Kiwnęłam głową, a ona ponownie wbiła wzrok w stół, siorbiąc powoli zupę. Cisza między nami trwała tak długo, że zaczęłam żywić obawę co do tego, czy otrzymam jakąkolwiek odpowiedź. - Tak, znam drogę do Orhill – powiedziała po dwóch dłużących się okrutnie minutach. Wypuściłam powietrze, które trzymałam w napięciu w płucach. Jej pamięć musiała najwyraźniej pracować nie tak sprawnie, jak w młodości – Ale nie rozumiem, dlaczego ktoś taki, jak ty chciałby tam jechać… - Co ma pani na myśli? – uniosłam brew. - Nie przypominasz tych wszystkich dziwaków, co tam mieszkają – powiedziała, wymachując łyżką. Uchyliłam się przed lecącymi w moją stronę kawałkami warzyw z zupy – Zresztą jest tam nie więcej, jak pięćdziesięciu mieszkańców. To malutka wieś. Dobrze, że spytałaś mnie, a nie tamtych – mówiąc to, wskazała na parę siedzącą w kącie. - Dlaczego? – zapytałam. - Większość młodych tutaj nie wie nawet o istnieniu tej wioski. Zupełnie o niej zapomniano. Gdy byłam mniej więcej w twoim wieku napływało tam dużo kobiet. Tak, jak ty pytały o drogę, ale, jak Boga kocham, nigdy nie widziałam tam mężczyzny! Nie jestem nawet pewna, czy widziano kogokolwiek stamtąd u nas. Dziwne miasteczko, naprawdę dziwne – staruszka pokręciła głową, jakby wyrażała swoją dezaprobatę. Przysłuchiwałam się jej opowieści z dreszczem na plecach. Tak dokładnie zgadzała się niektórymi historiami babci Millan, że aż trudno było mi w to uwierzyć. Brak mężczyzn, jedynie kobiety, sąsiadki babci sprzeciwiające się jej małżeństwu. Czyżby naprawdę rozprzestrzenił się tam tak szeroko pojęty mizoandryzm? Czy część opowieści babci była prawdziwa? Rozłożywszy mapę, wyciągnęłam drżącą dłoń trzymającą ołówek w jej stronę. - Mogłaby pani zaznaczyć drogę? – zapytałam, a ona kiwnęła głową. - Musisz jechać tą drogą, ale uważaj, żeby nie przegapić ścieżki. Nie jestem pewna, czy jest na tyle szeroka, żeby zmieścił się na niej samochód, a z tego co wiem, dalej są bagna – tłumaczyła, przesuwając ołówkiem po mapie. Uważnie śledziłam grafitową rysę powstającą na papierze – Gotowe. Odebrałam ołówek i zwinęłam mapę, dziękując kobiecie. Wstałam od stolika w samą porę, bo w miejscu, które zajęłam wcześniej kelnerka postawiła właśnie jedzenie. Podczas posiłku nie odrywałam wzroku od wyrysowanego na papierze planu miasta, zwracając szczególną uwagę na drogę wyznaczoną przez starszą nieznajomą, która chwilę temu opuściła lokal. Trasa nie wydawała się być trudna, pomijając bagna, o którym wspomniała kobieta, ale aby zobaczyć siostrę byłam w stanie pokonać każdą przeszkodę. Wyjrzałam przez okno. Jeśli wyruszyłabym bezzwłocznie, zdołałabym dotrzeć do Orhill jeszcze przed zmierzchem. Westchnęłam. Z przejedzenia i ze zmęczenia nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. Musiałam się jednak przełamać. Niemal dotarłam do celu, jak mogłabym się poddać? - Im szybciej dotrę, tym lepiej dla mnie – powiedziałam do siebie, podnosząc się. Odpoczynek czeka mnie w domu. Rzuciłam pieniądze obok pustego talerza, chcąc jak najszybciej wyjść. Nie poprosiłam o rachunek, ale zapamiętałam cenę, czytając menu. Nietrudno było mi znaleźć samochód. Restauracja znajdowała się w tej samej przecznicy, co supermarket górujący wielkością, kolorami i jaskrawym szyldem nad wszystkimi innymi sklepami. Usiadłam za kierownicą i wyjechałam z miasta. Znaki drogowe zastąpiły wysokie polne trawy, a gdy skończyłam odmawiać modlitwę asfalt zasnuł się mgłą tak gęstą, że nawet reflektory nie były w stanie jej rozproszyć. Przewiesiłam różaniec przez szyję. Serce zdawało się chcieć wyrwać się z mojej piersi. Zawładnął mną strach. Wyobraźnia pracowała poza moją kontrolą. Kątem oka widziałam cienie mknące na równi z autem, każdy ptak przelatujący nieopodal sprawiał wrażenie, jakby zmierzał wprost na przednią szybę. Zacisnęłam dłonie mocniej na kierownicy. - Uspokój się, Nilce – rozkazałam sobie – Boisz się rzeczy, które nie istnieją. Sięgnęłam po paczkę papierosów. Do tej pory wypaliłam ich już sześć. Zapaliłam siódmego. Dym drapał mnie w gardło i podrażniał oczy. Powstrzymałam kaszel i przetarłszy powieki, odsunęłam szybę. Odetchnęłam. Nikotyna pozwoliła mi odzyskać równowagę. Mgła zagęszczała się, jakby mieszała się z obłokami dymu palonego tytoniu. Zerknęłam na siedzenie pasażera, gdzie leżała rozłożona mapa. Pokonałam trasę szybciej, niż się spodziewałam. Gdzieś niedaleko miała znajdować się ścieżka. Świat wokół mnie pokrył się beżem. Z samochodu byłam w stanie zobaczyć jedynie lusterka. Nie miałam wyjścia – musiałam iść pieszo. Zaparkowałam auto jak najbliżej trawy w obawie, że ktoś mógłby w niego uderzyć, gdyby stał na jezdni. Szłam wzdłuż szosy, obserwując to swoje stopy, zważając na każdy krok, to na pole po prawej stronie, wypatrując ścieżki. Mogłoby się zdawać, że gdzieś niedaleko trwa pożar, a bladożółta poświata, która przesłania widok jest dymem unoszącym się znad płomieni. Wiatr poruszał trawami, stwarzając pozór ukrytych wśród nich dzikich zwierząt, oczekujących, by rzucić się na ofiarę: bezbronną, kroczącą z daleka od cywilizacji. Ofiarę taką, jak ja. W miarę jak oddalałam się od czerwonego Fiata 500, znikającego powoli z mojego pola widzenia, traciłam nadzieję, że uda mi się znaleźć ścieżkę. Niewykluczonym było, że mogłam minąć ją jadąc samochodem lub nie zauważyć pod wysoką trawą. Z każdym przebytym przeze mnie metrem wysuszone trawy zmieniały się w drzewa. Świerki jodły i sosny stały zwarte obok siebie, prócz jednego rozwidlenia, pustej przestrzeni między pniami. Moje serce zabiło szybciej. Czyżbym znalazła to, czego szukałam? Z zawierzeniem rzuciłam się do biegu, a zatrzymałam się dopiero, gdy moja stopa trafiła na wilgotną, wydeptaną ziemię. Była to szeroka na dwie osoby ścieżka usłana kamieniami. Wytężyłam wzrok. Korony drzew były tak gęste, że przez ciemność, którą kładły na drogę mogłam zobaczyć tylko wejście do lasu. Powolnym krokiem ruszyłam przed siebie. Wiatr ustał, jedynym dźwiękiem, jaki rozlegał się wokół mnie było delikatne uderzanie moich obcasów o podłoże. Zbliżając się do lasu, zauważyłam, że coś wyłania się zza drzew. Podskoczyłam ze strachu, usłyszawszy nad sobą krakanie wrony. Popatrzałam w górę. Trzy ptaki krążyły nade mną, niczym sępy czekające na pustyni na śmierć odwodnionego zwierzęcia, po czym odleciały w bór. Powiodłam za nimi wzrokiem. Czarne punkty zmniejszały się, a skrzeczenie cichło, choć nie ustało, bowiem ponownie zaczęły nad czymś krążyć. Raz jeszcze spojrzałam na drzewo, na którym wcześniej zawiesiłam oczy. Wśród traw pojawiła się nagle postać o sylwetce kobiety. Mimo przerażenia podeszłam bliżej. Ciało jej okalał czarny płaszcz, perfekcyjnie zlewający się z mrokiem lasu. Kaptur zasłaniał jej twarz, nie śmiałam go podnieść. Wysuszone palce wskazywały na ścieżkę, którą przyszłam, jakby każąc mi, bym zawróciła. Wrony latały wokół niej, siadały na ramionach i głowie, kracząc donośnie i obserwując mnie, a ona ani drgnęła. Zaśmiałam się do siebie rozbawiona swoją płochością. Przeraził mnie strach na wróble! W dodatku bardzo niepożyteczny, skoro ptaki tak do niego lgną, dodałam w myślach. Zaczęło się ściemniać. Nie mogłam tracić czasu na oglądania stracha na wróble. Nim jednak zdążyłam zrobić choćby krok, usłyszałam szelest z prawej strony. Odwróciłam głowę, a gdy we mgle zobaczyłam znikającą sylwetkę sarny, odetchnęłam z ulgą. Po raz kolejny obawiałam się dzikiego zwierzęcia, czekającego na odpowiedni moment, by pozbawić mnie życia i pożywić się moim ciałem. Zmarszczyłam brwi, obserwując rozpływające się zwierzę. Nagle doznałam deja vu. Czułam, że już kiedyś brałam udział w tej scenie. Byłam tego pewna. Jednakże gdybym miała w tej chwili rozmyślać i próbować przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach przeżyłam coś podobnego, mogłabym stracić cały wieczór, a wędrowanie po lesie w ciemnościach było ostatnią rzeczą, której pragnęłam. Musiałam iść na przód. Byłam tak blisko, że nie było już odwrotu. Raz jeszcze rzuciłam okiem na stracha na wróble i weszłam między drzewa. Moje nogi raz po raz zatapiały się w błocie, a złote pantofle zmieniły kolor na brunatny. Robiło się coraz chłodniej, a nie zabrałam ze sobą walizki, w której trzymałam wszystkie ciepłe ubrania. Marzłam z przemoczenia i przez wiatr, który przewiewał mnie niemal do kości. Marzyłam, by dotrzeć w końcu do cywilizacji. Cieszyłam się każdym promieniem słońca, który na mnie padał, ocieplając nieznacznie moją skórę. Choć maszerowałam zaledwie pół godziny, moje stopy pokryły się pulsującymi boleśnie odciskami. Raz tonęłam w bagnie, następnie wspinałam się na śliskie skały, nie mogąc znaleźć prostszej drogi. Po niemal godzinnej wędrówce coś zamajaczyło przede mną na horyzoncie. Dom! Niewielka, pomalowana na biało chatka z jednym oknem. Nareszcie dotarłam! Rzuciłam się do biegu. Potykałam się o korzenie i kamienie, chwytałam się pni drzew, by utrzymać równowagę, ale nie zwalniałam tempa. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w miasteczku, które było już tak niedaleko ode mnie, znaleźć Odettę i powiedzieć jej to, co planowałam powiedzieć jej przez całą podróż. Białe ściany budynku zbliżały się do mnie, kiedy znienacka poczułam szarpnięcie. Przez ułamek sekundy czułam się, jakby ktoś wciągnął mnie w przepaść, potem czułam tylko ból w skroni.
    1 punkt
  30. @[email protected] @Henryk_Jakowiec Ech, łatwo Wam się mówi (pisze) :) Choćbym zebrał w sobie wszytkie swoje moce, przy pisaniu dwóch wersów, sporo się napocę. Dzięki za pozdrowienia i ja też Was pozdrawiam :)
    1 punkt
  31. ... pięknie zbudowany nastrój wiersza.
    1 punkt
  32. @Nata_Kruk Mniemam, że się podobało tylko szkoda, że tak mało i nie często, lecz rzadkością wpisy są pod mą twórczością. Pozdrawiam :))) HJ
    1 punkt
  33. A kra baje baj o baju. Tuja, boja, Beja barka.
    1 punkt
  34. nigdy nie dosyć serce zawsze porwie gdzieś być motylem krótko ale pięknie jedną wiosnę lub jesień przeżyć tą z tobą oj brzmi ślicznie a potem stygnie nie ma perepetuum mobile każdy ogień kiedyś musi zgasnąć ale puki się tli kochaj kochaj mnie
    1 punkt
  35. A, I ZAPRAW WAR PAZIA. E, JE I NIE JE, I SIEJE I SIEJE, I NIE JE.
    1 punkt
  36. nie pozwól im sobą rządzić zamykając się razem w pokojutylko przy otwartym oknie głośno rozmów się z nimia gdy będą stawiały opór zawołaj wiatr i pozwólby przegonił je w cztery strony światapotem wyjdź przed dom i spójrz przed siebietam - widzisz ? horyzont który wydaje się odległyodkrywa przed nami swe piękne widoki więc nie poddawaj się tylko walcz o nie bo to Tyjesteś ich godzien a nie one małe acz okrutnei bardzo bolące chwile okaż im swój pazur - niech się boją i uciekająbojąc się twej obecności
    1 punkt
  37. Pełne kielichy ( ach pychy ) ( ach pychy ) I żaden nie upity ( to krew) ( to krew) Zabitych ! ( to wino) (to wino) To grzech ! Dojrzewa w ciszy W sumienia piwnicy
    1 punkt
  38. @Tomasz Żak A pióro lekkostrawne, bo to tylko ołówek, dzisiaj każdy smoli rymy, nawet półgłówek. A że to tylko zabawa, tym bardziej zaboli, zanim rysik zaśpiewa, pomyśl najpierw powoli. Pozdrawiam Tomku.
    1 punkt
  39. @tetu wow! Za dużo za dużo znaczeń ale generalnie olśniewa. ja ostatnio wsłuchuję się w znaczenia ciszy. W twoim wierszu widzę dużo nadmiaru. Podziwiam ale meczy mnie nadmiar. To tylko taka wrazeniowka. Pozdro
    1 punkt
  40. Normalnie pies ogrodnika:) Z uśmiechem i przyjemnością Janko. Pozdrawiam.
    1 punkt
  41. TE CO? PUKAŁAM! MAŁA, KUP OCET. UL, O PANIE! JUKA. TAROT - KARTA. TRAKTOR ATAKUJE I NA POLU!
    1 punkt
  42. Nie chcę cierpieć za milijardy, Nie chcę dźwigać swego krzyża, Wiem ja, coś napisał w Piśmie, Iż kogo kochasz, tego smagasz. Proszę, nie kochaj mnie tak bardzo, Mam juz dosyć Twej miłości, Znajdź nowy obiekt swoich uczuć, I daj mi jeszcze pożyć, Panie! Warszawa, 5 XI 2021
    1 punkt
  43. @Tomasz Żak Samo przez się sie rozumie to się robi, co się umie magią dla mnie elektryka za to pestką jest liryka. Pozdrawiam :))) HJ
    1 punkt
  44. Mistrz jest zbyt delikatny, aby sugerować pozamałżeńskie problemy w łóżku:). Pozdrawiam. Taka wiedza pomaga, a w szkole tylko o pantofelku uczą:)
    1 punkt
  45. Przyziemność. Ziemia przesiąknięta łzami. Miliony tęsknot. Bo nie obdarowano nas skrzydłami. Życie smakuje jak rafaello. Tylko chwilami. Jak Donatello Rzeźbię jego piękno. Słowami. Miłość- atrament. A serce- pergamin. Wiersze jak weksle. O wartości uczuć nieznanej. W tomik zebrane. Leżą w szufladzie. W zupełnej ciemności. Jak ciche czekanie. Na odzew bliskości.
    1 punkt
  46. jak mi później powiesz był to most czasoprzestrzenny gdy wchodziliśmy było ostrzeżenie w nieznanym języku ale szliśmy z grupą i wszyscy szli ostatni dzień wakacji rozdzieliliśmy sie wtedy mniej więcej z pokoleniem wstecz powiedziała mama spotkamy się już na lotnisku i odjechała wzdłuż wybrzeża dzieci jak dzieci zadawały się z każdym jakieś zwyczaje miejscowe zaprowadziły je do tego miejsca zwykłe mieszkanie pies dywany paproć kurz i sypana kawa mówię do ciebie nie może być nic złego i wtedy otwieram drzwi którymi weszliśmy i widzę nie ma schodów nie ma klatki jest pusta bez życia scenografia zamykam otwieram i ciągle na nowo widzę ich kalejdoskop scenografie pojawiają się każda inna nie ma powrotu moze dobrze ze jestesmy w tym razem jak owce prowadzone weszliśmy w ten potrzask bez ciebie nie wiedziałbym jak nazywa się ten potrzask jak mi później powiesz był to most czasoprzestrzenny oboje wiemy też że nie spotkamy się z tymi którzy nam wzdłuż wybrzeża odjechali obiecując że spotkamy się wszyscy na naszym terminalu
    1 punkt
  47. @Natalka16 Wersja dużo lepsza od poprzedniej, Marek jak widzę się przydał. Co dwie głowy to nie jedna. Miłego dnia Natalko.
    1 punkt
  48. masz swój maraton zatem nie możesz zatrzymać się piekło i niebo tak ono jest tutaj na tejże ziemi kawałek raju o ile dobrze wybrałaś przysięgając jemu przed Bogiem jedno ciągnie drugiego tak czyni miłość kochasz wybaczasz nie kochasz odchodzisz biegaczka biegacz kto pierwszy ten ubędzie Komentarze
    1 punkt
  49. Młode ptaki formują powietrze w ciasne strugi. Upadają ich pióra kołysząc obserwacje ornitologów – przyziemnych przyjaciół. W pustych gniazdach nie doszukują się sensacji. Co innego rosa na zastygłych śmigłach wiatraka - monstrum, gdy jego pęd nie porusza godności krajobrazu. Udziobany w stopę Pan Bóg przypomniał sobie o zrównoważonym rozwoju stworzenia.
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...