Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Sensacje XIX i XX wieku, czyli niesamowite opowieści z pokładowego raptularza Złotej Rybki

Miałem dziwny sen. Śniła mi się Złota Rybka. Słowo daję, prawdziwa. Siadła na tym swoim złotym ogonie i patrzy się na mnie tymi dużymi, rybimi oczami. Łypie tak na mnie jednym okiem, jak wigilijny karp świeżo wyjęty z wody na dwie godziny przed uroczystą wieczerzą. Wzrok pełen nadziei na ułaskawienie od wyroku, a pyszczkiem łapczywie wciąga powietrze jak Breżniew na trybunie podczas defilady pierwszomajowej w Moskwie. No więc pytam się jej grzecznie:
- Co ty tutaj robisz? - A ona na to, że chciała ze mną porozmawiać. Widzę, że się męczy, więc zaproponowałem jej szklaneczkę wody.
- Nie denerwuj mnie! - wydęła złośliwie te śmieszne rybie wargi do przodu.
- To normalny objaw jak przechodzę na powietrze - westchnęła głęboko i zatrzepotała długimi, mokrymi rzęsami.
- Czy to prawda, że spełniasz wszystkie życzenia - zacząłem nieśmiało.
- Nie do końca prawda. Tylko trzy - sapnęła i widać było, że doszła już do siebie.
- Trzy, to i tak dużo. A jakie dostajesz najczęściej do spełnienia? - robiłem wrażenie znudzonego, ale uszy nadstawiałem jak zając w kapuście.
- Jak pewnie wiesz, złote rybki żyją tak długo, dopóki spełniają wszystkie życzenia. Czasami kilkaset lat - rozsiadła się wygodnie i widać było, że chce coś interesującego opowiedzieć.
- To był rok 1804. Obsługiwałam samego Napoleona i tego, jak mu tam, no... tego mnicha z Rosji, Putina.
- Chyba Rasputina - wtrąciłem rzeczowo.
- Może. Widziałam go tylko raz, to niech mu będzie i Razputin.
- Ale to łajdak - łypnęła rybimi białkami w stronę sufitu i szybko przeżegnała się lewą płetwą.
- Dlaczego to robisz lewą płetwą - nie ukrywałem zdziwienia.
- To mi zostało z Rosji - wykrztusiła wciągając powietrze przez zaciśnięte skrzela. Widać było, że przeżywała to wszystko na nowo.
- Ledwie uszłam z życiem - mruknęła wyraźnie niezadowolona, rozglądając się ze strachem dookoła.
- Wracając zaś do Napoleona - kontynuowała - pojmali mnie w sieci królewskiej fregaty, koło Marsylii. Wrzucili mnie zaraz do wiadra z wodą i zanieśli do kajuty Napoleona.
- Przybywasz w samą porę, ale jak chcesz odzyskać wolność musisz spełnić moje trzy życzenia - zaczął bez ogródek.
Patrzę na niego i myślę... co to za bikiniarz z takim wielkim naleśnikiem na głowie? Smierdiakowszczina - pomyślałam złośliwie, a on do mnie wprost:
- po pierwsze, chcę zostać cesarzem Francji i to jak najszybciej.
Założył z tyłu ręce i chodził tak jakiś czas po kajucie.
- Tak czułam. Wiedziałam, że żądza władzy jest gwałtowniejsza od wszystkich innych namiętności. Ta cholerna megalomania Francuzów.
- Przewróciłam się na bok w tym wiaderku i udaję, że się topię. Jeden z oficerów wyciągnął mnie na stół.
- Ocucić! - rozkazał Napoleon
- Jaśnie Panie, ale jak? Rybę, wodą!? - panikował oficer pokładowy.
-Jak nie wodą, to prądem, ty,ty...gamoniu! - ryknął przyszły cesarz i doskoczył do stołu.
- No, jak ja usłyszałam o prądzie, to prawie zaczęłam fruwać i szybko sama wskoczyłam z powrotem do wiaderka z wodą.
- Drugie moje życzenie - mówił Napoleon nie spuszczając ze mnie wzroku-
- kiedy będę już umierał, to... chciałbym umrzeć na kobiecie.
- No nie! - myślę - ty stary satyrze. I prawie wiem jakie będzie trzecie życzenie.
- Wstrzymałam oddech...
- Po trzecie, to chciałbym mieć penisa do... do samej ziemi - wykrztusił jednym tchem.
- Chyba do samej podłogi, Panie Generale - zatrwożył się jeden z oficerów.
- No tak, do podłogi - przyznał Napoleon spuściwszy wzrok na pokład, jakby chciał ocenić czy to mu wystarczy.
- Wreszcie cię mam! - pomyślałam, puszczając triumfalnie serię perlistych baniek powietrza na ścianki wiaderka.
- Zaraz tu zrobię z ciebie francuskiego Pigmeja - dyszałam zemstą nurkując z radością na dno. Wynurzyłam się niespodzianie.
- Dobrze - odparłam, patrząc mu w oczy. Wiedziałam, że drugie i trzecie życzenie sformułowane jest nielogicznie i daje szansę na dowolną interpretację.
- Nabrałam powietrza w skrzela i mówię: cesarzem zostaniesz w ciągu czterech dni. Umrzesz tak jak chciałeś, na Helenie, a kiedy zdjął spodnie i zobaczyłam tę miernotę, zatarłam z radością płetwy.
- Ja ci zaraz dam do samej podłogi - pomyślałam jadowicie.
- A teraz - odparłam głośno - penisem dostaniesz do podłogi -syknęłam złowieszczo.
Ten francuski Sylen oblizał lubieżnie te swoje obleśne, mściwe, wąskie usta... Czekali w napięciu i nagle... Napoleon poczuł, że nogi mu się kurczą!
Wszyscy wpadli w panikę, a jeden z oficerów przytomnie złapał wiadro i wyrzucił mnie przez burtę. Moc przestała działać. To go uratowało, ale na dwadzieścia centymetrów " ciachnęłam" go w nogach.
Złota Rybka zamknęła pyszczek i spojrzała mi w oczy...
- To niesamowite! - wykrztusiłem zdumiony i patrzyłem na Rybkę z respektem.
- I tak Wielka Francja dostała Wielkiego Kurdupla - z dumą dodała Złota Rybka
- To znaczy, że wszyscy mężczyźni z krótkimi nogami mają takie kompleksy, jak Napoleon? - wysnułem logiczny wniosek.
- Nie popadajmy w uogólnienia - przerwała moje wywody.
- Jest ich jednak dużo. Ci co czekali do końca na spełnienie życzenia, pracują teraz w cyrkach i rozśmieszają ludzi, ale nie jest ich wielu.
Parsknąłem śmiechem - ale ty jesteś sprytna - nie kryłem podziwu, kręcąc głową.
Zatrzepotała znowu tymi ogromnymi rzęsami, wyraźnie zadowolona z siebie.
- Tak, 17 lat potem Napoleon zmarł na świętej Helenie - odparłem, chcąc popisać się znajomością faktów.
- A widzisz, my złote rybki zawsze dotrzymujemy słowa!
Zamyśliła się na moment.
- Swięta Helena, powiadasz, wydawało mi się, że ta Walewska inaczej miała na imię, ale dobrze, że chociaż ją beatyfikowali. Musiała się kobiecina nacierpieć z tym Napoleonem.
- Chciałem zaprzeczyć. Przecież to nie tak było. Ale ona mówiła już dalej;
Spoważniała nagle. Z tym Rasputinem, to nie było tak łatwo. Ten łajdak chciał mieć takiego długiego penisa, żeby podczas erekcji mogło usiąść na mim trzynaście wróbli, jeden obok drugiego.
- O boże! - wstrzymałem oddech. - I co? I co zrobiłaś?!
- Były kłopoty - odpowiedziała - Jak skrzyknęłam czarami 13 wróbli, to zdębiałam
z wrażenia. U nich, w Rosji, wróble większe jak u nas wrony.
Przykryłem się kołdrą z wrażenia, aż po oczy, jak to mówiła.
- Wytężałam wszystkie siły, ale jak siadł ten trzynasty, to ciągle mu jedna nóżka spadała. Rasputin był wyraźnie rozczarowany. Padałam ze zmęczenia.
Taki seans, wbrew pozorom, kosztuje dużo wysiłku. Patrzę na niego błagalnie
i mówię: bądź rozsądny, przecież nie masz krzywdy...
Pomyślał chwilę, machnął ręką i rzekł: na, charaszo, idi k' czortu!
- Po chwili mnie puścili na wolność. Jak dałam dyla przez Władywostok, to się
dopiero w Zatoce Gdańskiej zatrzymałam.
- Ale dlaczego? - spytałem zdumiony.
- Nie znasz Rosji przyjacielu. Jak się wszyscy dowiedzieli o mnie, to woda aż się gotowała od poszukiwaczy Złotej Rybki. Wędki, drgawice, widły. Co kto miał.
W Kijowie, to nawet jeden chciał mnie prądem porazić, ale na szczęście dynamo
mu się popsuło. Oj, gdyby oni mnie wtedy złapali, do dzisiaj musiałabym tam siedzieć i powiększać im te cholerne penisy - dokończyła z wyraźną ulgą.
- Myślę, że prędzej by wróbli zabrakło - pomyślałem głośno, szybko mnożąc męską populację razy trzynaście.
- Ach, Bóg z nimi, to piękny i zarazem straszny kraj - Złota Rybka przeżegnała się
szybko lewą płetwą.
- W 1959 pływałam sobie w Zalewie Zegrzyńskim i tam też jeden taki mnie złowił.
Do dziś nie wiem kto to był. Trochę było w tym mojej winy. Podpłynęłam do jego łódki i słyszę: - Władek, nie daj się, nawet jak przyjdą nocą i kolbami w drzwi załomocą.
- Wiem, wiem kto to był! - zawołałem z ożywieniem. To jeden z największych poetów rewolucyjnych ówczesnego proletariatu.
- Poeta, powiadasz? - Złota Rybka mówiąc to skrzywiła się, jakby cały dzień w occie pływała.
- Mnie to on wyglądał na kłusownika i takie miał przy tym oczy przekrwione -
- ciągnęła z ożywieniem. Przerwała nagle.
- Władek, a co to za imię? - popadła w zadumę. Przerwałem jej opowiadanie
mówiąc, że wtedy, to było bardzo popularne imię. To była epoka Władków,
Mietków, Józków i Cześków. Teraz jest już inaczej. Przyszła moda na Lechów,
Leszków, Olków i Romków. Chociaż jest jeden wyjątek. Mało, że ma Jan na pierwsze, to jeszcze mówią mu Maria.
- O Boże! - Złota Rybka złapała się płetwami za skrzela. To chyba jakaś hybryda, a może to hermafrodyta? - pytała się jakby sama siebie.
- To muszą być jakieś diabelskie sztuczki - dodała z niesmakiem.
- Tak, masz rację, sądząc po nazwisku, to diabeł musiał maczać w tym swoje włochate paluchy.
Otrzepało mnie na samą myśl o tych włochatych paluchach.
- Nigdy by mnie nie złapał na tę leszczynową wędkę - mówiła dalej.
- Ale drań miał drgawicę.
- Co, tak mu ręce latały? - przerwałem jej na moment.
- Widać, że nie masz pojęcia o łapaniu ryb - mówiąc to Rybka spojrzała na mnie
z politowaniem.
- Ale nie powiem, ręce też mu drżały - zawiesiła głos.
- Jak już mnie złapał, to powiedział: no, mam cię wreszcie suko.
- Bardzo się wtedy bałam.
- Pierwsze moje życzenie - powiedział - to, żeby cała ta woda w Zalewie w wódkę się zamieniła. - aż z oczu mu szły iskry, gdy to mówił.
- Rzucił mnie na dno łódki i łapczywie dłonią nabierał wódkę powstałą z wody.
Było mu jednak mało i niewygodnie, bo nagle powiedział : drugie moje życzenie,
to żebyś to wiosło zamieniła w chochlę.
- I stało się tak jak chciał.
- Jak zaczął pić tą chochlą, to tak łódkę rozkołysał, że morskiej choroby dostałam.
Przerwałam mu mówiąc: masz jeszcze ostatnie życzenie? Widziałam, że ma już dość. I wiesz, co on mi wtedy powiedział?
- No dobrze Złota Rybko, daj jeszcze pół litra stołowej i... spadaj!
- Coś podobnego! - wyszeptałem z trwogą.
- No tak, wtedy, aby walczyć skutecznie z proletariatem, wszyscy musieli być na gazie. To tak, jak Amerykanie, żeby wygrać z Indianami, najpierw nauczyli ich
pić wodę ognistą - dodałem, patrząc się w zamyśleniu przed siebie.
Z tego odrętwienia wyrwał mnie głos Złotej Rybki.
- A ty, czy zastanowiłeś się już nad swoim życzeniem?
Przyznam, że zaskoczyła mnie tym pytaniem.
- Jaa...- zacząłem nieśmiało.
- Tak, ty. Każdy ma przecież jakieś życzenia - przysunęła się do mnie i ciepło spojrzała na mnie tymi swoimi mokrymi oczami.
- Musiałbym pomyśleć - mówiąc to wiedziałem, że gram na czas.
- To pomyśl, niedługo się obudzisz. Nie mamy dużo czasu - nalegała.
- A więc - zacząłem - najpierw chciałbym być słuchawką...
- Coo oo o!! - widziałem, że Złotej Rybce na moment zabrakło powietrza.
- Czy ty przypadkiem nie pracujesz w telekomunikacji! - mówiąc to nie kryła zdumienia.
- Nie, nie taką jak myślisz. Słuchawką od prysznica, w prywatnej łazience, pewnej pół krwi Indianki.
- Tak? A jak się to cudo nazywa - przytupywała nerwowo płetwą po parkiecie mojego pokoju
- To śliczna, śpiewająca mieszanka indiańsko-kanadyjska, Shania Twain.
- Przykro mi, nie znam, ale dobra, to się da załatwić. Co dalej... drugie.
- Drugie moje życzenie, to chciałbym być siodełkiem w pewnym rowerze...
- No nie! Nie wytrzymam! - żachnęła się.
Zbliżyła się do mnie, przystawiając mi płetwę do czoła.
- Czy ty nie masz przypadkiem gorączki? - z troską w głosie badała mnie uważnie swoimi rybimi oczami.
- A po trzecie, to chciałbym być taki malutki jak krwinka czerwona lub leukocyt, a najlepiej taki mały, jak nanorobocik. Chciałbym znaleźć się w organizmie pewnej kobiety, którą muszę dokładnie poznać.
W tym momencie Złota Rybka fiknęła kozła i padła nieruchomo na podłogę.
Poleciałem szybko po wodę. Chlusnąłem na nią całą miednicę. Zaczęła prychać
i krztusić się powietrzem. Wreszcie siadła.
- Jak żyję, to nie słyszałam o takich życzeniach - mówiąc to oddychała, jak ciuchcia
jadąca pod górę.
- Do stu beczek zjełczałego tranu! - wrzasnęła na cały głos.
- I wszystko ma być takie malutkie!? Nic nie chcesz powiększyć! Ja muszę już chyba iść na emeryturę! - krzyczała bijąc ogonem o parkiet.
- Uspokój się. Proszę cię - błagałem, delikatnie polewając ją wodą.
Otrzepała się jak pies po wyjściu z rzeki.
- No dobrze, będzie tak, jak chcesz - sapnęła na koniec zmęczona
- Jeżeli mógłbym cię jeszcze o coś prosić, tak po znajomości - dodałem niepewnie-
- to chciałbym być tym wszystkim, o co prosiłem, tylko dwa dni w każdym tygodniu. Powiedzmy w soboty i niedziele. Wiesz, w poniedziałek muszę iść znowu do pracy. Zgoda?
- Zgoda, niech tak będzie - dodała i uśmiechnęła się życzliwie.
Kiedy możemy przystąpić do realizacji moich życzeń? - spytałem, bacznie patrząc na nią.
- Kiedy? - spojrzała figlarnie - Jak mnie złapiesz! I nagle... plusnęła gdzieś na bok znikając mi z oczu.
Rzuciłem się za nią w pośpiechu. Coś złapałem w dłoń... i wtedy, niestety, obudziłem się. Leżałem na podłodze trzymając dzwoniący budzik.
Spojrzałem mimochodem. Cholera...znowu się spóźnię. Ożesz, w... !!!

Opublikowano

Anno, jak sobie życzysz, ale muszę zamienić się u Ciebie w łazience w mydełko "fa" i przysięgam zniknę kiedyś, ale dopiero po tym, jak się wymydlę... hahaha
Albo w gąbeczkę szybkomknącą po rozpalonym... hahaha
Pozdrawiam Cię fantazjo nieokiełznana. W takiej Parze chyba się sparzę. :)

Opublikowano

dowcipny tekst i użytkowy, sytuacje są autentycznie zabawne, chociaż niektóre aż przedobrzone moim zdaniem. Jedna rzecz, że Rasputin nie żył w czasach napoleońskich, wprawdzie to nieistotne dla tego typu tekstu, ale skoro już wymienia się konkretny rok ;)

Opublikowano

Nie wiem dlaczego, ale mnie to rozśmieszyło ... Rasputina mogłeś odpuścić, chyba że z innego powodu...umieściłeś go dla kasi , to co innego. A poza tym to genialne, powiązania tajne.....widać działają i zachwycam się taką wspanialą wizją subwencjonalną, zwłaszcza przeż te mokre rybusie zimne z co siedzą w akwarium z kaktusem, nie mylić z tuskiem ani z krótko przegubowymi wypasionymi gęsiątkami... strasznie mi się rozpłynęły oczy w śmiechu ... i w formacji żywo poskręcanego moutanta ;)
:))))pozdrawiam , nieprawdoniemównie

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...