Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
...to, co dostrzegamy na horyzoncie, nabiera tajemniczego ogromu i, jak nam się wydaje, zamyka się nad światem, którego nie zobaczymy już nigdy; a jednak posuwamy się naprzód i niebawem to już my jesteśmy na horyzoncie w oczach pokoleń będących za nami; a tymczasem horyzont się cofa i świat, co wydawał się skończony, rozciąga się dalej.

Marcel Proust „Czas odnaleziony” PIW 1979 str. 901


Człowiek noworodkowy, prowizoryczny, jeszcze nie wiedzący, na czym polega życie wśród innych, jest pewny siebie i swoich zapatrywań, radykalny w nich i autorytatywny w ich wygłaszaniu; chce zmieniać, osądzać, ulepszać świat, nie dając mu w zamian nic, poza gołosłowiem swojego sprzeciwu.

Celesta odwrotnie; intuicyjny Sokrates, z pokorą i na każdym kroku stwierdza, że wie, jak mało wie. Gdyby ludzie tacy jak Proust mieli swoje Celesty, ilu można by było uniknąć nieporozumień i ilu oszczerców straciłoby fach; szkoda, że nie zabrała głosu wcześniej.

Gdy zjawiła się na trochę, było rzeczą naturalną, że zostanie na dłużej, tak jak rzeczą najzupełniej naturalną było dla niej to, że Marcel żyje niezgodnie z jej przyzwyczajeniami: zasypia, gdy inni wstają, wstaje, gdy inni kładą się na spoczynek.

Pochodzi ze wsi.

Ma 21 lat, gdy zostaje przy Marcelu. Dopiero zaczyna rozglądać się po życiu, ale chce je poznać, jak najwięcej i jak najlepiej chce w nim być.
Jest mężatką; jej mąż pracuje u Prousta też. Jest kierowcą taksówki pana Marcela.

Jej dotychczasowe, uregulowane życie, ulega zaburzeniu. Bez wielkiego żalu, spontanicznie i niezauważalnie dla siebie - rezygnuje ze starych nawyków do wczesnego wstawania, z coniedzielnych wypraw do kościoła.

Dziwna fascynacja osobowością pisarza wywiera wpływ na nią tak ogromny, że nie odczuwa tęsknoty za poprzednim życiem, którego się dobrowolnie wyrzekła.

Dziwna? Zastanawiam się, czy gdyby nie szczęśliwy traf, przypadek nazywający się Celesté Albaret, znalazłby drugą taką oddaną duszę, drugie tak mu wierne serce, kobietę zachłanną na życie przy nim, zastępującą mu matkę i będącą dla niego córką jednocześnie? Była to miłość, jaką przeżyć chciałby każdy, miłość nieczęsta i powiedzieć o niej prawdziwa, to nie powiedzieć o niej niczego.

Wyobrażam sobie jego ostatnią noc. Pracował do końca; bez przerwy poprawiał, uzupełniał. W jednym kącie on w łóżku, po przeciwnej stronie pokoju, Celesta, tak nagle podobna do Franciszki z powieści i do Felicji z czasu Mamy, tak naraz przypominająca kumoszkę Verudin, niekiedy Jupiena i Saint - Loupa jednocześnie, a mroczna cisza za paryskim oknem była tak wysycona wspomnieniami, że gdy na chwilę odrywał wzrok od zapisanych kartek, na szybie zjawiało się Balbec, Combray, Wenecja i młoda hrabina de Greffulhe w sukni z głogów.

Był już osłabiony. Siedziała w pogotowiu, by, gdyby czego chciał, mogła mu podać. Lecz on już nie chciał niczego. I być może w ten swój odzyskany czas napisał:...”następuje rodzaj przesycenia sprawami, o których myślimy za wiele. Kto wie, czy okres, kiedy widziałem w nim aż tyle tajemnic, nie był prawdziwy. Ale, że nie są to okresy wiecznotrwałe, nie należy poświęcać zdrowia czy majątku na wyświetlenie tajemnic, które pewnego dnia przestaną nas interesować.”

Bo choć wrażenia istot, ich imion i nazw, są nie oddzielne od siebie, lecz są związane z nadanym im kształtem i choć są sprzężone ze swoją oceną, to przecież są zaledwie cząstką tych, które zostały opisane. Bo zmieniając perspektywę i poznając historię opowiedzianą nie poprzez przemyślenia narratora, lecz przetrawione przez rozwichrzoną mentalność Odety, albo Charlusa, nie przez subiektywny pryzmat osobowości Marcela Prousta, tylko przez księcia Błażeja de Guermantes, powstałyby obrazy odmienne od znanych z powieści, zaś w miejscu Jego imion i Jego zdarzeń, pojawiłyby się nowe...

Nazewnictwo, niezmienne od lat, razem z przybywaniem jego nowych objaśnień i podążających w ślad za nim hipotez, traci monumentalną pozycję i jest kwestionowane. Okazuje się podważalne, a jego pozorna, względna nieodwracalność oznacza, że nie ma rzeczy oczy¬wistych, pewnych, ustalonych; nie ma pojęć zadekretowanych na zawsze, bo u Prousta zawsze nie istnieje [tak rozumiem nieskończoność tego dzieła].

II

...Za młodu bywa w salonowych przyjmowalniach, bo chce zbierać spostrzeżenia u źródeł, osobiście widzieć i wiedzieć. Ze względu na niepospolitą inteligencję, takt, dyskrecję, poprawną oględność, niewychylackie zapatrywania, jest do nich zapraszany, mile widziany, oczekiwany nawet. Mówi na tematy neutralne, przelotnie fascynujące zebranych, chwilowo ciekawe, aktualnie modne, wytrzymałe na inne sądy i moralnie znośne; ma wrodzony węch do bezkolizyjnego bycia w zgodzie z pozostałymi uczestnikami przyjęć.

Własne, niestandardowe przekonania zostawia na później, odkłada do KSIĄŻKI. W niej umieszcza osobiste, często kontrowersyjne zdania, opinie, ośmieszające i nie do przełknięcia w napuszonym gronie miałkich gospodarzy salonów, lecz prawdziwe dla niego; w nią pakuje wszystkie te dreyfusowskie treści, jakich wypowiedzenia broniła mu etykieta.

Zostawia je na później i później nadchodzi nieuchronnie: cherubinkowaty lowelas, bawidamek, ulubieniec płci obojga, zrzuca poprzednią skórę, zamyka się we wspomnieniach, krzepnie, pogrąża w bezustannie żywej pamięci; przeszłe książątko i nieaktualny paź, przeistacza się w myślący sarkofag z kompleksem winy, w słowika po mutacji: „człowiek, który uważa się za chorego, staje się nim”(Sodoma i Gomora PIW. Str. 855).

...Budowanie wymaga surowca. Zbiera, gromadzi, przetwarza znane rysy, gesty, ich różnorodność wymowy i z kilku, nieraz odległych postaci powstaje - jedna, pasująca do wznoszonych murów KATEDRY, powstaje powieściowa osobowość zdolna do samodzielnego istnienia, będąca bardziej realną niż oryginał.

Ludzie na nią złożeni, przetrwają dłużej i wyraziściej, niż ich pierwowzory; z biegiem lat rzeczywistość staje się Historią, a fikcja - konkretem. Efekt jest olbrzymi: W poszukiwaniu straconego czasu dzieją się stylistyczne cuda.

Pod giętkim piórem pisarza, zwykłe zjawiska przemieniają się w niezwykłe ujednolicenie: formy z treścią, słów z intencjami, tomów z rozdziałami, z których każdy, tom, rozdział, czy akapit, odsłaniają coraz to nowsze i nieznane ingrediencje człowieczej motywacji.

Osaczają go pamięć i jej procesy. Twierdzi, że czas, który mu podarowano, jest limitowany trwałością jego organizmu, że jest uzależniony od sił witalnych, od temperamentu, nastawienia do świata, od pozytywnego lub negatywnego stosunku do życia, od psychofizycznej aktywności.

Mówi: „nawet z punktu widzenia prostego realizmu upragnione przez nas krainy zajmują w każdej chwili w naszym prawdziwym życiu o wiele więcej miejsca niż kraj, gdzie znajdujemy się istotnie.”

Wspomnienia są dla Marcela dostępną nieskończonością, przędzą zdarzeń, strunami pamięci. Wspomnienia nie są smutne; to umykające życie. Natomiast proustowska przeszłość jest smutna, bo nie daje się cofnąć, przefarbować, wykreślić. Jest smutna, bo nie można jej złagodzić, rozcieńczyć, żyć od nowa.

Racje, powody, motywy istnienia jego bohaterów, rozpalają i przytłumiają płomienie ich uczuć; przywary są zaletami, a zalety nabierają cech manier, skłonności, feblików, jak dzieje się to w przypadku Swana, którego miłość do Odety przeradza się od zazdrosnego nałogu jej poznawania i aberracyjnego pożądania, by stać się przyzwyczajeniem i obojętnością.

Jest to jednak wybór dla niego świadomy, gorzka rezygnacja starości: „można obserwować ten stan z końcem zbyt przewlekającej się egzystencji, nawet między dawnymi i najczulszymi kochankami, między przyjaciółmi związanymi najbardziej duchową więzią; począwszy od pewnego roku przestają podejmować trud widywania się, przestają do siebie pisywać i wiedzą, że już nie spotkają się na tym świecie” (Czas Odnaleziony).

...Czas, to nieprzerwana promenada, kompozycja z chwil podlegających nastrojom; krótka przerwa między wejściem do salonu Guermantów, a oczekiwaniem w bibliotece obok, wypełniona jest odautorskim rozpamiętywaniem zdarzeń już minionych, już nie mających uzasadnienia w teraźniejszości, lecz jest to chwila gęsta od reminiscencji, chwila rozciągnięta w przeszło stu stronicowy fragment ostatniego rozdziału powieści, w jej końcowy akord, jest jej heroiczną, generalną próbą uchwycenia, opisania i intelektualnego przeniknięcia w powstały w niej, pamięciowy pogłos.

Czas powoduje nie tylko zewnętrzną, ale i duchową erozję; dostosowuje fizyczne zmiany do zmian wewnętrznych, a wady, przekształcone przez powszechność i częstotliwość ich honorowania, stają się regułami, zaletami; są, dla Prousta, jak trwałe skażenia, zmienione później w "dostojne prawodawstwo gramatyki" (Czas Odnaleziony).

Czas nieustannie szachruje z szalami wagi spraw; poglądy już ustalone, pod wpływem nowych zdarzeń mają nieraz odmienny kształt i są usprawiedliwione przez Prousta.

Zmienność widzenia ludzi w zależności od ich postaw i preferencji cenzurowanych przez aktualną modę, oceniana jest przez czas. Albo byli potępieni za swoje upodobania, odsuwani od tak zwanego towarzystwa, traktowani wrogo lub tylko nieprzyjaźnie, albo z szacunkiem przynależnym wiekowi, urodzeniu, czy przymiotom znanym wtajemniczonym, a ukrytym przed postronnymi.

Odległość między przeszłością człowieka, a stanem z jego teraźniejszości, czas pomnożony o miejsca, imiona zdarzeń, ich atmosferę, jest niewyczerpanym źródłem, impulsem, prowokacją jego nieruchomych podróży.

Czas były i wyobrażeniowy, hipotetyczny i oczekiwany, łączą się z przestrzenią i czasem teraźniejszym, kontemplacyjnym, ofiarowując mu bezmiar: nieokreśloną czasoprzestrzeń, twór odrębny i dotąd nie spenetrowany, ekscytujący go i kuszący po kres.

Czas dla Prousta jest możliwością wyobraźni. Ile jej, tyle życia. Jeżeli mała, wąska, ograniczona sztukaterią nakazów i zakazów - żyje się krótko, przemijająco. Jeżeli bogata, wielokierunkowa i wielopłaszczyznowa - czas ulega poszerzeniu o nowe, często tkwiące w psychice miejsca, imiona i zjawiska, nazywane owymi możliwościami.

Jeżeli świat i jego niejednorodność wzmagają w nim zaciekawienie i poznawcze apetyty, czas życia będzie wypełniony. Jeżeli dominuje w nim pesymizm, ofiarowany czas będzie jałowy i bezproduktywny.

...Inflacja znaczenia czegokolwiek, przebiega w „trasformowanym” rytmie ludzkiego czasu; razem z jego przypływową falą, poprzednie obyczaje, pod naciskiem społecznych przemian i nowych spojrzeń na nie, zostają zmyte z powierzchni wyznawanych norm, a ich miejsce zajmują konwenanse nie zużyte jeszcze.

Tak samo LOS.

Los nie jest sprawą indywidualną; podlega pamięciowej wibracji.

Jednostka nie decyduje tylko o sobie, nie ma też wpływu na kierunek swojej drogi. Jej drogę wyznacza przypadek, uwarunkowanie. Pisze: rozmaite „przypadki stykające nas z pewnymi osobami nie schodzą się z czasem, w którym je kochamy, ale, wyprzedzając nasze uczucia, mogą się dziać, zanim ów czas się rozpocznie, i powtarzać się, kiedy się skończył.” (W stronę Swana Piw 1979 str. 357).

Zjawisko to również jest dla niego "interferencją pamięci" (Strona Guermants PIW 1979 str. 313).

Gdyż uwarunkowanie, to psychologia naczyń połączonych, topografia wrażeniowych fal, fal przenikających się, nakładających się i nawzajem znoszących się, przekształcających się w indywidualny, psychiczny obraz, to historia przemacerowana polityką, rodową genealogią, łóżkowymi kwadrami uczucia...To „nowy stan, którego nie można przewidzieć w dawnym” (Czas Odnaleziony PIW 1979 r.).

III

Uwarunkowanie, to dla Swana - Odeta. Obojętnie jak postąpi z miłością do niej, Odeta nie pokocha go. Podobnie Albertyna; podobnie Gilberta; im bardziej narrator będzie starał się je poznać i jakich by nie imał się sposobów, by je do siebie przywiązać, zawsze będzie w nim tkwiła drzazga niepewności, imaginacyjne podejrzenie zrodzone przez niezauważalny fakt.

Odeta z kochanki Swana przetorbia się w czcigodną matronę de Forcheville, a jej córka, Gilberta, miłość narratora powieści, też Marcela, bryluje w świecie, który jej matce wzbraniał do siebie przystępu. Poznajemy młodych, by dostrzec ich starość. Widzimy ich w starości, by zobaczyć, kim byli wprzód.

Salon księżnej de Guermantes, początkowo nieosiągalny dla narratora, tak samo jak i narrator, zestarzał się i utracił poprzedni prestiż, stając się salonem zgrzybiałych szczęśliwców, po którym konserwator pamięci oprowadza nas: „rozkręcone albo połamane sprężyny mechanizmu odpychającego przestały funkcjonować, przedostawały się tu tysiące ciał obcych, odbierając temu środowisku wszelką homogeniczność, charakter, barwę. Faubourg Saint - Germain, niby stara zramolała matrona, odpowiadało już tylko lękliwymi uśmiechami bezczelnym lokajom, którzy pchali się na salony, pili oranżadę i przedstawiali swoje metresy.” (Czas Odnaleziony PIW 1979 str. 928).

W epoce fizycznej aktywności Marcela, modne były kontakty arystokracji ze środowiskiem artystycznym. Do dobrego tonu należało bywanie w otoczeniu ludzi nietypowej profesji. I modne były kontakty ludzi uzurpujących sobie prawo do bycia albo arystokratami, albo artystami, w rzeczywistości jednak nie należącymi do żadnej z tych grup.

Spotkania ich odbywały się w, np., w kołtuńskich salonach, w salonach - erzatzach, w naśladowniach i pompatycznych imitowniach wielkopańskiego sznytu.

Pisarz skarykaturował je: stworzył megierowatą, kulturalną stajnię prowadzoną przez panią Verudin, melepetkę typu nieszczęsnego i sztampowych przekonań, pretensjonalną, chełpliwą i świszczypałową snobkę, egzaltowaną szantrapę, mitomankę przeświadczoną o nieocenionych walorach swojego groteskowego gustu.

Pani Verudin, manieryczna ksenofobka i programowa zacofanka, obłudnica pogardzająca arystokracją na początku powieściowego cyklu, jest w Czasie odnalezionym, w ostatnim jego tomie - księżną de Guermants, księżną wybrakowaną, z przeceny i odrzutu, piątej, problematycznej kategorii, lecz księżną opisaną w Almanachu Gotajskim, księżną zdewaluowaną, bo z emaliowanym światłem w herbie.

Jako że jej kulturalna melina salonowa w niczym nie mogła rywalizować z tradycyjnymi kuźniami eleganckiego smaku, starała się obrzucać błotem wszystko to, co było poza jej zasięgiem, co było dla niej - niedostępne i co budziło w niej - odrazę.

Nie była to wszakże odraza szczera i uzasadniona prawdziwym oburzeniem, ale była to odraza upozowana - fałszywa i zracjonalizowana, rekompensacyjny wytwór zawiści, podświadoma pewność własnej niższości.

Ludzie należący do jej cechu, do jej PACZKI, byli specjalnie dobierani; musieli dysponować uległym jej, plastycznym charakterem; charakterem kurka na dachu.

Żwawy pomyślunek, dobrze naoliwiony mózg, były to zalety spoza ich zasięgu, mocno podejrzane, bo względne i niewymierzalne; jak mogła ocenić ich wartość, nie posiadając umysłowego oprzyrządowania, jak mogła stwierdzić, czy używający rozumu oddaje jej cześć, czy z niej drwi?

Dlatego, na wszelki wypadek, wolała otaczać się zdecydowanymi głupcami, ludźmi o ażurowym umyśle.

IV

Demonstracyjne lata towarzyskiego ostracyzmu zacierają się razem ze zmętnieniem świadomości bohaterów KATEDRY i ten, co za młodu uważany był za szubrawca, pod koniec swojego życia zyskuje miano nieszkodliwego piernika.

Ludzie, ich martwa obecność, zaczynają ożywać wtedy; oświetleni i wydobyci z zakamarków jego świata, istnieją w nim nadal.

Baron de Charlus, dumny, chełpliwy, majestatyczny, hardy, szampański, czterdziestoletni arystokrata ducha z tomu „W cieniu zakwitających dziewcząt”, w koncercie u księżnej de Guermantes jest już tylko stetryczałym pederastą, który trzyma się na nogach z wysiłkiem i z trudem sepleni trzy po trzy [B. de Charlus nie wszystkim i nie w każdym gremium pozwalał zbliżyć się do siebie. Jedną z pogardzanych przez niego postaci była pani de Sainte - Euverte, osoba niegodna jego sympatii. Lecz gdy z początku powieści może demonstrować swoje towarzyskie fochy i dokonywanie stopniowania, podziału znajomych na wartych jego ukłonu lub wartych zrzucenia ze schodów, to, podczas ostatnich jej sekwencji, składa owej pani zaskakująco serdeczne i bardzo nieoczekiwane pozdrowienia. Jednak nie są to pozdrowienia adresowane do niej; są to raczej hołdy skierowane do samego siebie, do zamglonych i niewyraźnych wspomnień, do tego siebie, którym był niegdyś, rzutkim magnatem i wyrafinowanym estetą, znawcą epoki, a nie sparaliżowanym dziadygą z muzeum osobliwości].

... Marcel umartwia się z rezultatem; jego KATEDRA zostaje zauważona, doceniona i owocuje do dziś.

Przyjaciół nie ma. Początkowo nie zrywa koniecznych mu więzi; pracuje wśród ludzi poruszających się w rzeczywistości, zbiera, kompletuje materiały wyjściowe do KSIĄŻKI, a porównanie tego, co w nim jeszcze jest, z tym, co już dla nich stało się przeszłością, zdumiewa go.

Uczy się ich od nowa; nadal są podobni do siebie sprzed lat, a jednak ich podobieństwo nie jest już tak zupełne; poszarpani przez nieubłagany czas, należą do „żywych umarłych”.

W ich twarzach, siwych włosach i przygarbionych sylwetkach, obserwuje własne przeistoczenia i choć stara się ich nie dostrzegać, z każdą chwilą są coraz większe.

...Ludzie, jak spłowiałe fotografie i meble po rodzicach, zawierają w sobie co i rusz to nowe wrażenia. Ludzie, z którymi utrzymuje nieożywione kontakty, należą do „znajomych doraźnych”, szachowych figurynek, przejściowo potrzebnych i dowolnie przestawianych, sympatycznych do czasu, do momentu ich całkowitego rozgryzienia, dokąd mu na ich poznaniu zależy, dopóki są ciekawi, dowcipni, nadają się do snucia rozważań, potwierdzają bądź zaprzeczają jego powieściowym teoriom.

Starczy mu wniknąć w jedną, by uruchomiła kolejne, równie ważne i pobudzające myśl.

Spotyka się z nimi, robi, co w jego mocy, by nawiązać z nimi serdeczny kontakt, a gdy wyciągnie z nich to, na czym mu zależy, przestają go interesować, ponieważ są już ukończonymi elementami KATEDRY, „istotami zrodzonymi z przeszłości” (Czas Odnaleziony PIW 1979, str 829) odchodzą na plan dalszy - niebyły, archiwalny i zielnikowy; zrywa z nimi, ponieważ stanowili dla niego tworzywo, materiał do konstruowania postaci.

KONIEC
Opublikowano

Tekst jest dla mnie straszny. Nie wiem tylko czy straszny-straszny, straszny bo straszny, straszny że aż strach, strach że taki straszny, a może strachostraszny. Targają mą uczucia sprzeczne, emocje różne i instynkt również. W otworze gębowym mym pojawia się suchość rozpychająca się na wsze strony. Wybacz, kac ma swoje prawa. Oczy pieką, ale to po dwugodzinnym spawaniu. Nie przejmuj się Autorze, nie Twoja wina. Obiecuję. Pójdę po rozum do głowy,wrócę tu i określę na czym polega ta straszność.

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

Alez tu nic strasznego nie ma:)

To po prostu streszczenie "Pana Prousta",
przeuroczej ksiazeczki, bedacej spisem wspomnien sluzacej Marcela, Celesty Albaret, poczciwej kobieciny, ktora nie domyslala sie, jak ciekawe zycie wiodl jej pracodawca;)
No i troche o samym dziele.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...