Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
mówisz, że żyję na księżycu
a jestem przecież córką ziemi
zdeptana niczym dróżka
dobrej energii w drzewa cieniu

mówisz:- jesteś z innej planety
odległej od ziemskich spraw wielu
przyrosła czołem morenowo
do jezior rynnowych, grążeli

trendów nowomodnych unikam
wszelkich gromadzeń pończosznianych
wraz ze swoim aniołem stróżem
bujam się między obłokami

luzakiem na boso po trawie
w przyjaźni z bocianem, gołębiem
lub w objęciach kochanej lipy
upozytywniam się dogłębnie

wszystko inne tu nie na miejscu
życie płynie starym korytem
jak Wisła pradawnym Słowianom
wtedy gdy nas nie było przy tym



Powietrze stało się ciężkie i wilgotne. Jaskółki nisko krążyły nad ziemią. W powietrzu słychać było śpiew ptaków- jak w raju - powiedziałby tato. Komary i muchy cisnęły się do oczu , meszki cięły w głowę. Pot ciekł strużkami po twarzy.Końska mucha zostawiła takiego bąbla, że przez tydzień będę się drapać. Chyba, że wypróbuję leki z bożej apteki. Podobno ziele podagrycznika zmiętolone aż puści soki , należy przłożyć na bąbla, mocno wtrzeć i zniknie. Nic mnie nie będzie to kosztowało, pełno tego chwastu rośnie pod płotem, uprzykrzony, trudny do wytępienia, a leczy podobno podagrę, stąd nazwa.Wczesną wiosną dodawałam młode listki tegoż do białego barszczu, nadawał zupie ciekawy smak i aromat.
- Będzie burza, skoro tak muszyska tną – pomyślałam- trzeba zbierać narzędzia i zmykać do domu.
- Cholera, znowu nie mogę dokończyć pielenia, działka jak broda Marka.

Z oddali dały się słyszeć grzmoty. Przetaczały się po niebie i cichły, by od nowa rozpoczynać koncert. Od wschodu niebo zasnuło się szarością. Pamiętam z czasów dzieciństwa, gdy zbliżała się burza, tato wbijał siekierę w pieniek ostrzem w kierunku zbliżającej się nawałnicy. - To przegoni burzę- mawiał. Mogłabym zrobić to samo, ale lubię burzę. Od pewnego czasu.

Inny dzień, inne lata. Stałam w deszczu przemoknięta i szczęśliwa. Obok ty. Wynosiłeś bagaże z samochodu. Las śpiewał deszczem i grzmotami, raz po raz niebo przecinały siekiery błyskawic. Robiło się jasno jak w kościele na Boże Narodzenie. W blasku ujrzałam domek w stylu zakopiańskim, dach kłaniał się ziemi .Wyglądał przytulnie i zachęcał do wejścia, szczególnie, że niebu rozpruł się parasol. Domek jakby czekał na nas.
w oddali...

słychać tajemne mruczenie lasu
melodie pulsują w skroniach. jesteś.
już jesień. winorośl kładzie się cieniem
na werandzie, drzewa płoną.

Nie muszę wędrować. tutaj wszędzie
blisko. tylko do siebie nie jesteśmy
zapisani między wersami. gamy
barw łamią pamięć. A ja już w bieli.

Szaleństwo doskonałe, wyczuwalne
myślisz że można je oswoić - jestem
zaczynam wierzyć ; nie jest za późno,
by nauczyć się przycinać dzikość winną.



- Masz piorunochron? - Zapytałam
- W pogotowiu – spojrzałeś na mnie w taki sposób, że oboje parsknęliśmy śmiechem.
- Zaraz go zainstaluję.
Poczułam dziwne dreszcze, ogarnęły głowę powodując zawrót i mroczki w oczach, potem ślizgiem przesunęły się w stronę brzucha - łaskotanie motyli- przemknęło mi przez głowę.
Miłe uczucie. Twarz płonie, jak po szklance wybornego wina, którą jeszcze możemy
wznieść. Zataczam się pijana marzeniami, brnę w grząskim błocie, pełnym niespełnionych snów i sekretów ulewy.

nie zbuduję arki nad obcym potokiem

żywiołowość deszczu wyrastała poza nas
wypełniając powietrze oczekiwaniem
teraz przymierze potem obiecana RADOŚĆ

nad lasem rozleniwienie toczyło tysiące beczek
z winem po brzegi wartko płynące strugi
taplałam się pełna niespodzianek mam dużo

czasu dla siebie na udach w mokrej sukience
to pestka - zerwałeś mnie wiśnią z dojrzałej ciszy
często całowaliśmy się na mokro pod niebem
a łozówka i tak odleci w lipcu



W chacie panował półmrok i specyficzny zapach opuszczonego domu.
- Dawno tu nie zaglądałem - powiedziałeś otwierając okno.
- Może lepiej nie otwieraj- szepnęłam ze strachem- powiadają, że w czasie burzy nie wolno otwierać okien….
- Słyszysz, burza ucicha, nawet przejaśnia się.
- A niech ci będzie, otwórz.
*

Przez otwarte okno wdzierał się zapach żywicy, z dołu świeżo parzona kawa.
Śpiew drozda akompaniował krokom, gdy radosna i lekka schodziłam po skrzypiących
schodach zmumifikowanych lakierem, pod prąd zapachom.
Paliłeś
sierpniowe słońce zbyt chłodne. Kominek zapraszał wesołym ogniem.
Spod sufitu werandy dojrzała winorośl puszczała się każdą dziurą
kapało w poustawiane naczynia.

Lawirowałeś po kuchni, jak po marszałkowskiej
w godzinach szczytu
dusząc się własnym oddechem.
.
*
Z kawą podałam dłoń.
Zacisnąłeś tuląc policzek zbyt gwałtownie
wybiegłam w deszcz.

Mokra twarz ma swoje uzasadnienie.
Na przyszłość

*
Budzisz się przed świtem bym nie dojrzała wyrazu twoich oczu .
Kolejny raz w zbyt ciasnych butach przemierzamy dawno wydeptane ścieżki.
Bąble przekłuje życie. czy zostanie rana, to zależy od nas.
Nie zabłądzimy, za rękę wiedzie nas poczucie odpowiedzialności.


- I jak piorunochron? zapytałeś z błyskiem w oczach.
Mmmrrr, zamruczałam kocio przeciągając się.
- Jestem barrrrdzo głodna.
- Na ławie są kanapki i kawa, ja już zjadłem, nie chciałem cię budzić, tak smacznie spałaś.
Przyglądając się jak pałaszowałam kanapki z serem i pomidorem powiedziałeś:
- Wyglądasz jakoś inaczej, wyładniałaś, może to burza tak cię nastroiła? -
- Raczej wyładowanie po burzowe. Piorunochron zadziałał jak należy i wyzbyłam się strachu - powiedziałam przekornie. Roześmialiśmy się z odprężeniem.
Prosiłeś bym została. Tak dużo miałeś do zaoferowania, tak mało zdążyłeś dać. Miałam zobowiązania. Czy były aż tak ważne? Dziś próżno roztrząsać wyorane żale. Zarosły perzem mijającego czasu. Czasem w nocy budzę się zadając odwieczne pytanie :- co by to było gdyby…
Nie umiem odpowiedzieć. Czy dobrze jest jak jest?
Nie wiem , nie przekonałam się jak mogło być. Myśli zaczesuję do tyłu

kiedy złapiesz
trzymaj do utraty
zamarzenia
wiatr skołysze
w druidowe sny

trwam
zioła posłaniem
w złotą niszę
zagłębiam wszystko
inaczej



Następnego dnia umarła nadzieja .
I cała ta historia jest tylko wspomnieniem, który kiedyś odcisnąłeś mi na ustach.
Dziś nazwy są mapą do ciebie.

Mam cię odmierzyć biciem zegara
Żale kołysać w chwilach zwątpienia
Zatopić oczy w starych obrazach
Czy krwi upuścić w odległy temat

W linijkach wiersza skrywam pragnienia
co błądzą ze mną w zgubnych manowcach
Przysiadłam w kącie, mam urojenia
Bo szukam drogi w worku wędrowca

Echo powtarza jazgot kukułki
Ponaglający w różowym brzasku
Na wpół przytomna w swojej głupocie
kompas znalazłam z upływem czasu


Własna wolna wola czyni człowieka wielkim lub małym. Jedni czekają na okazję, inni ją tworzą, a szczęściarz to - taki człowiek, co daje szansę swojemu szczęściu. Ja nie dałam. Teraz tęsknię.I codziennie myślę, co robisz w chwili gdy siadam błądząc z myślami o tobie.

powiedz
jak wygląda twój napięty grafik
na trzycztery łatwo się przeliczyć
zaczynasz od początku gdy czas zajęczy
a pies z kulawą nogą goniąc po miedzach
oznacza przejścia dla pieszych

trudno przebić się na nowy świat
mówisz zbudujemy tam gdzie kiedyś
żółciły się wrotycze i nawłoć trzęsła pióropuszem
iskry nadziei
bo widzisz
domy są potrzebne żeby nie leżały odłogiem
nasze myśli bez poczucia odpowiedzialności
za naturę naturalnie dzielą (w)los
mnożąc napięcia

bo tak trzeba
bo musi się rozrastać
molochowa nieświadomość że kiedyś zabraknie

zieleni
zielenieję


Dzień rozlał sie powodzią, błoto bryzgało spod kół.
Odwoziłeś mnie na Dworzec Zachodni. W lustrze widziałam twoją skupioną twarz. Na moment otworzyłeś usta,chciałeś coś powiedzieć. Ale ścisnąłeś tylko mocniej kierownicę. Woda bryzgała spod kół. Milczeliśmy. Napięcie rosło. Nie wiedziałam co powiedzieć, jak rozładować sytuację. W końcu przerwałeś gniotące milczenie :- Zastanów się, więcej pytał nie będę, nie ponowię prośby.

tu na rozstaju dróg lato
jeszcze się waha.

wjechaliśmy w korek na marszałkowskiej
pod obstrzałem czujnych oczu
wymieniliśmy swoje
na nie
- jasności szukam i miejsca
mówię oczami
nie rozumiesz

nie skleję tego co nie chce się zrosnąć
bezdechem wyświadczam przysługę powietrzu
zmieniam go w obłok

o dwunastej trzydzieści
czasu warszawa- centralna
wyparowało nasze my

nie umiem być nigdzie
na stałe


Zamurowało mnie. Myślałam, że sprawa zakończona, a ty cały czas gryzłeś temat. Cóż mogłam powiedzieć. Czułam silny ból. Nie mogłam oddychać. Rdzewiałam.

Każdego wieczoru zamykam oczy, by otworzyć je dla ciebie.I tak przemija kolejna pora roku, kochanie
na włosach przysiadła szadź
i choć przybyło
zdumiewa taniec kotki
na rozgrzanym dachu
w galopie konika na biegunach
w skrawku nieba
w porannym mleku

gdzie ten raj



Pisałam listy raz na tydzień, potem raz na miesiąc aż przestałam. Teraz piszę wiersze.
Pełno pana w moich wierszach i dziwię się, że nie wpadł pan jeszcze na siebie przemierzając wzrokiem rachunki za energię zużytą do granic wytrzymałości.
Zapytajmy siebie o miłość,
która jest w stanie samą siebie dać.
Jeśli jej nie ma. Zamknijmy usta, żeby oddech nie spłoszył serca.
*
Dzwonisz do mnie często, długo rozmawiamy, wyobrażam sobie, co w tej chwili robisz, jak się zachowujesz, jednak rozmowy niewidoczne utrudniają zebranie skojarzeń
list wycisza. Siadam więc i piszę.Nie list. Nowy wiersz. Może się kiedyś spotkamy?
Jakimś cudem...

na wzniesieniu cudów albo w dolinie
niezapomnień w zmierzchu pachnących
wiciokrzewów może o świcie gdy sen rosą spłynie
- spotkamy się by wymienić ba(K)terie

słoneczni będziemy
nienagannie sentymentalni kochany
poruszasz głębie
dotykiem wspomnień

moja mokra sukienka lgnęła wtedy do ciała
dziś suchego
jak popiół z gorzkich migdałów

nasze całowanie
otwierało świat
po-dwoje w nas

ligustry zasłaniały uda mi
się na nowo zawinąć w liść rzepy
uda?

jutro
przypomnij nasze wczoraj


Dziś mija dziewięć lat. Dziewięć spotkań wakacyjnych.
Opublikowano

Autorko, od kilku miesięcy, kiedy tylko mam okazję, w różnych miejscach, gdzie można spotkać książki / dzięki dyskusji na poezja.org dowiedziałem się, co to jest biblioteka.... murowany budynek, po schodkach, w górę bądź w dół .../ wącham książki. Już kilka razy ochrona, pracownicy mnie pilnowali, nie wiem dlaczego, a ja wchodzę, otwieram i wącham.
Szukam zapachu kremu do rąk, pozostawionego przez innych. A dlaczego to robię!? mimo, że mnie cholera bierze i same problemy z tego są!? Bo, tacy jedni, przez to "porazili się", do tej pory nic o sobie nie wiedząc. Przez internet, na innym portalu literackim. Autor i czytelnik. No i się zaraziłem, taka jego mać. Wracając do tekstu. Piękny, bo jestem fanem burz, zieleni i rozmów z kobietami. Piękny, bo na kolanach idę do lasu, jeśli nie widzę drzew dłużej, niż doba./ kolejna przypadłość, ale nikt nie jest doskonały, dlatego ten tekst jest piękny po raz trzeci, bo, według mnie, o tym mówi i wychwala przyrodę, doskonałą według mnie, nawet kiedy burza coś niszczy./ Czwarty raz więc pochwalę, piąty, za wszelakie to, co lata na początku, a szósty za mrrrrrr.....
Tomik przeczytałem, pycha,pycha,pycha. Mnie normalnie zainspirował,chociaż o to trudno:).

Opublikowano

Jejciu, aleee ładnie. Aż zmiękłam, Stasiu ;)
"Własna wola czyni człowieka wielkim lub małym.
Jedni bowiem czekają na okazję, inni ją tworzą,
a szczęściarz to - taki człowiek,
co daje szansę swojemu szczęściu. Ja nie dałam" - to jest świetne.

No, Stasiu. Łał - tyle Ci powiem ;)
i cieplutko pozdrowię jeszcze
Zuzka

Opublikowano

Witaj, Żaczko :)

tekst fajny, jak mówiłam, bardzi mi się podoba jego mieszana koncepcja. liryka przechodzi w prozę, choć nigdy na odwrót, co wskazyje jednak na umiłowanie do pisana poetyzowanego.
mam zastrzeżenia spore do wstępu. dalej jakby się rozgrzewasz i tekst zaczyna ładnie pracować. w paru miejscach bym jednak naniosła poprawki i tekst będzie świetny.

i gdzie ten raj?
pięknie piszesz, Żaczko :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


bardzo czekam na pomoc, powiedz co i gdzie do poprawy, bo wiesz w tym fachu początkuję :P
cmookam ciepło
acha, jeśli masz czas zajrzyj na warsztat, też cosik wrzuciłam takietam sobie


dla mnie generalnie proza to enigma. potrafię czytać i to nie za szybko, na czym z resztą moje zdolności się kończą :)

widzę, że początek sie rozrósł.
wydrukowałam sobie i prześledzę wieczorkiem.
z przyjemością coś podpowiem, bo podoba mi się ogólnie ten tekst.

mam kilka refleksji od ręki.
wiersz na początek nie pasuje, powinno się zacząć niewinnie czystą prozą, upoetyzować i przejść do wiersza sensu-stricte, czy jakoś tak.
wetrzeć zgubiło "e".
nie można przechodzić z "aromatu" do "wykwitu końskiego", bo to nie terapia wstrząsowa.
na aromacie bym skończyła.
"skoro tak muszyska tną" - do wycięcia
Fragment z brodą skrócić "Działka zarasta jak broda Marka" wystarczy, albo coś w tym stylu

nad reszta pomyślę.

są piękne momenty :))
wiersz z dzikością winną, arka, winorośl puszczająca się każdą dziurą, za rękę wiedzie nas poczucie odpowiedzialności, myśli zaczesuje do tylu, mam urojenia, bo szukam drogi w worku wędrowca, zielenieję, taniec kotki...

tymczasem :))

i tytuł, trzeba znaleźć tytuł :))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



wcześniej wydrukowana wersja widzę, że jest już nieaktualana :))
zmykam do domu, wpadnij pokrytykować moją radosną twórczość ;)

pa
bea
Opublikowano

Żaczko,
to za ciężki kawal tekstu jak na moje barki.
myślałam o nim i wydaje mi się, że zaczynając od wiersza tym bardziej jednak powinnas go zaklasyfikować do liryki. "Ballada o Raju" mam tytul :)
mamy tu wątki, ale zarówno poemat liryczny jak i ballada nie wykluczją prowadzenia akcji. zrezygnowałabym ze skojarzeń z sielanką, bo to nie ten klimat.
wydaje mi się, że sporo fachowych uwag móglby mieć Lecter. Spróbuj go wrzucić na Zetkę do nas do Poezji z adnotacją o mile widziane uwagi. Niestety w tym dziale tekst zanika.

pozdrawiam Cię gorąco
/bea

PS
Wiersz wstępny użylabym jako Motto, kursywą.
Motto tez może być własne :)

Opublikowano

Mógłbym Cię zdefiniować, jako dziarską dziewczynę, ale tyle w Tobie liryki, że mi ta dziarskość jakoś nie pasuje, bo momentami bardzo uryczana(nie mylić z biskupem - przyp. autora)
Skaczesz po mokrych dywanach grążeli, poprzetykanych złotymi kaczeńcami, jak nimfy Zeusa, piękne, śmiertelne, choć długowieczne. To pas de deux, tańczysz razem z poezją. Przyznam, że zapatrzyłem się w was obie i urzekłem.
To korona majestatu:

"W linijkach wiersza skrywam pragnienia
co błądzą ze mną w zgubnych manowcach
Przysiadłam w kącie, mam urojenia
Bo szukam drogi w worku wędrowca

Echo powtarza jazgot kukułki
Ponaglający w różowym brzasku
Na wpół przytomna w swojej głupocie
kompas znalazłam z upływem czasu "

a to perła w koronie:

"Mam cię odmierzyć biciem zegara
Żale kołysać w chwilach zwątpienia
Zatopić oczy w starych obrazach
Czy krwi upuścić w odległy temat"

Pozdrawiam serdecznie :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 ... nie trzeba  wielu słów  wystarczy patrzeć  i widzieć  babcia wczoraj  wnuczka jutro    a dziś  dziś poczuć  ciepło dłoni     życie trwa ... póki krąży krew  i jest piękne  niezależnie od ... cud wielki dar ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia 
    • Fajka   Urodziłem się w Jeziornie-Papierni. Kiedy patrzę na fotografię z dzieciństwa, widzę małego chłopca z dużą głową, w kubraczku z kołnierzem. Zawsze byłem ostrożny i zdystansowany – to właśnie ten dystans pozwolił mi później przetrwać niejeden kryzys. Nasz dom nie był w tamtych czasach patologiczny, choć normą było, że dziecko dostawało po twarzy za odzywanie się przy stole. Matka i ojciec byli religijni. Nikt, kto zna mnie dzisiaj, by na to nie wpadł.   Moje życie od początku podszyte było smutkiem. Ojciec zmagał się z traumą po samobójstwie własnej matki, więc w domu nie zawsze było wesoło. W szkole nie uczyłem się najlepiej, ale też nie najgorzej. Dbałem o fason. Co roku jeździłem z rodzicami i siostrą Katarzyną na letnisko w góry, gdzie bawiliśmy się z góralskimi dziećmi. Jeszcze w okresie szkolnym przenieśliśmy się do mazowieckiego miasteczka, położonego dalej od Warszawy. Tam wstąpiłem do harcerstwa. Przyjaciół za dużo nie miałem, raczej kolegów, ale nigdy nie przyznałem się do tego rodzinie.   To właśnie przez harcerstwo, w szkole średniej i tuż przed maturą, runął mój dotychczasowy świat. Zgarnęli nas. Kiedy gestapo wkroczyło do domu, umierałem ze strachu, że w szufladzie biurka znajdą moją karykaturę Hitlera i rozstrzelają nas na miejscu. Tak się jednak nie stało – trafiliśmy do Oświęcimia. Do obozu wszedłem w jego początkach, jako niespełna osiemnastoletni, chudy, niewydarzony i niski chłopak. Byłem cichy i nieśmiały, ale nigdy nie pokazywałem tego po sobie. Trzymałem fason. Unosiłem wysoko ramiona i odsuwałem je od tułowia, żeby wydawać się szerszym i lepiej zbudowanym.   W tym całym piekle okazało się, że wywieziono tam również moją wielką miłość – Irenkę, daleką kuzynkę. Przed wojną poszliśmy razem na lodowisko i zaczął przystawiać się do niej niemiecki żołnierz. Ja, niby taki spokojny, podciąłem mu nogę i zwiałem na łyżwach. To był mój pierwszy bohaterski czyn podyktowany miłością. Po wojnie los nas jednak rozdzielił – Irenka wyszła za saksofonistę.   W obozie, by przeżyć, trzeba było czasem skorzystać z ludzkiej pomocy. Zaprzyjaźniłem się z Niemcem, Martinem, o którym po latach napisałem opowiadanie do szuflady pod tytułem „Fajka”. Pomagał mi, gdy kapo odwracał wzrok – razem wyławialiśmy zimą z rzeki kamienie i transportowaliśmy je. Bez niego nie dałbym rady. Czasem o życiu decydowały sekundy i szybkie decyzje. Gdy pewnego dnia podzielono nas na dwie grupy – silniejszych oraz słabeuszy – wykorzystałem nieuwagę strażnika i przebiegłem do tej pierwszej. Wtedy znowu zacząłem prężyć ramiona. I robiłem tak już do samego końca wojny.   Po latach ludzie często pytali mnie, jakie było tam jedzenie. Przede wszystkim – było go dramatycznie mało. A że człowiek ciągle chodził głodny, smakowało absolutnie wszystko: gliniasty chleb razowy, marmolada z dodatkiem buraków i wodnista zupa z brukwi. W tym głodzie i chłodzie, stopniowo, z chłopca zacząłem przeistaczać się w mężczyznę.   Z tamtego okresu noszę w sobie sytuację potworną, wręcz niewiarygodną. Do nas, pracujących, przyjechał esesman na motorze. Nie podobało mu się, jak pracujemy, więc zaczął nas po kolei, na oczach wszystkich, topić w rzece. Kiwał palcem, trzeba było podejść, a on przewracał więźnia szpadlem i przytrzymywał pod wodą. Słychać było tylko bulgotanie, a po jakimś czasie wszystko cichło.   Kiedy przyszła moja kolej i znalazłem się w wodzie, zaczął zamierzać się na mnie. Za każdym razem, gdy próbował uderzyć, odruchowo odskakiwałem. Instynkt. Nie umiałem tak po prostu poddać się ciosowi. Gdy esesman zaczął się wściekać i przeklinać, nagle ktoś go odwołał. Podszedł jeszcze raz, popatrzył na mnie z obrzydzeniem, wyjął białą chusteczkę, przetarł buty, splunął na ziemię i odszedł.   Innym razem, kiedy byłem chory, trafiłem na Josefa M. Pewnego dnia poddał mnie jakiejś procedurze medycznej, robiąc zastrzyk i dając do zrozumienia, że to już koniec. Ostatecznie nic mi po tym nie było, więc po latach domyślam się, że mogłem dostać wtedy zwykłe placebo. Długo jednak nie mogłem się po tym otrząsnąć, żyjąc w przekonaniu, że coś mi zrobił. Ten lęk nosiłem w sobie jeszcze długo po wojnie – bałem się, że w jakiś sposób zostałem skażony, że czymś zarażę moją żonę i zaszkodzę dzieciom.   Co najbardziej uderzające, sposób bycia „doktora” zupełnie nie pasował do zbrodni, których się dopuszczał. Był uprzejmy, uśmiechnięty i potrafił przybrać maskę zatroskanego człowieka.   Tak. Moje życie po wojnie było wyłącznie dziełem przypadku.  
    • @Migrena Ale wszystko przed Tobą, któż to może wiedzieć, co Ci przyjdzie jeszcze do głowy i kiedy :)
    • zjadacz znowu jojczy płacze zwłoki jakieś dziwne takie niezły obiad lecz od dzisiaj zobojętniał mu ten smaczek      kiedyś plamy go kusiły tym odorem ślicznie słodkim teraz zerka jakoś smętnie niedojada gryzą troski       skóra mięsko sztucznie zgniłe ciekawego nic nie strawię gdzie te pyszne dawne trzewia chyba siebie zjem niebawem      rozmarzony siedzi w kącie chociaż członki bardziej liche nagle wstaje łypie żwawo podskakuje nawet z życiem    idzie nowe inne danie chociaż obiad jest niecały bo od dzisiaj kremowanie człowiek w urnie usypany        zjadacz strasznie wychudzony a ta nowość bardzo kusi wtem w przełyku popiół suchy ciało swoje wnet zakrztusił         oddech prawie w nim zamiera aż bez zwłoki drgawek dostał zanim skonał chociaż wspomniał kiedyś to był smaczny rozkład
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...