Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

"Truteń - samiec pszczoły miodnej. Zwykle trutnie rozwijają się z jaj niezapłodnionych i są haploidalne.

Trutnie mogą się jednak również rozwijać z jaj zapłodnionych, z zygot homozygotycznych pod względem alleli płciowych i są wówczas diploidalne. Ich rozwój zarodkowy przebiega normalnie, larwy nie są mniej żywotne od larw trutni haploidalnych, ale wkrótce (ok. 6 godzin) po wykluciu się z jaj zjadane są przez pszczoły robotnice.

Masa ciała trutnia wynosi ok. 260 mg, długość 15-17 mm. Trutnie pojawiają się w ulu na wiosnę i są usuwane przez robotnice na jesieni; średnio w ulu jest ich ok. 2,5 tys. Do czasu lotu godowego pozostają zupełnie bezczynne, nie pełnią żadnych funkcji społecznych. Ich jedyną funkcją jest dostarczenie królowej nasienia. Odbywa się to w czasie lotu godowego, 6-20 metrów nad ziemią (czasami podawana jest wysokość do 50 m), zwykle w pogodny wiosenny dzień. Trutnie żyją w lecie 2-3 miesiące, gdy zaczynają się chłody, są przepędzane i w krótkim czasie giną z głodu i zimna. W normalnej rodzinie pszczelej trutnie nie zimują"

Cytat z wikipedii.
synonimy: darmozjad, pasożyt, truteń, pieczeniarz.

Wieś Rakówek, malowniczo położona w Karkonoszach, nie jest już dzisiaj tą samą wioską, która przywitała mnie, gdy przyszedłem na świat jesienią 1975r. Dom położony w pobliżu małej, górskiej rzeczki skurczył się, skurczyły się lasy i ogrody, skurczyły się łąki, góry zmalały i zmalały odległości. Aż trudno uwierzyć, bo ja powiększyłem sie tylko nieznacznie, wprost nieproporcjonalnie do zmalenia całej reszty. W 1979 r. na przykład do Jeleniej Góry było mi tak samo daleko jak do Stegny Gdańskiej, do której zabrali mnie rodzice na swoje pierwsze, podarowane przez komunistów wczasy zakładowe. Dzisiaj do Jeleniej Góry jadę 35 minut zdezelowanym Peugoetem. Do Stegny zaś dwanaście godzin jeszcze bardziej zdezelowanym pociągiem PKP relacji Szklarska Poręba -Gdynia Główna. Ale nie tylko odległości i wielkości otoczenia postrzegam inaczej, to jeszcze nie byłaby tragedia, to nie byłby jeszcze wewnętrzny dramat godny opisania na papierze, w ogóle nie byłoby potrzeby wyrzucenia tego z siebie, wylania, wytoczenia na świat, na rzeczywistość z najgłębszych zakamarków ukłutej duszy. Mogłoby to być przytaczane jedyne z ckliwości, z sentymentalnej zadumy, słowiańskiej troski o głębokie życie wewnętrzne i rozczulanie się nad historią. Tylko tyle i aż tyle, ale nic więcej i nic mniej.
Tymczasem świat kurcząc się, bił coraz mocniej. Z bezlitosną zażyłością wytykał błędy i słabostki których ani winien nie byłem, ani naprawić ich do dziś nie potrafię.
W 1981r., w grudniu ojca zabrało Zomo. Nic nie rozumiałem, ale wtedy poraz pierwszy do moich uszu dotarł zwrot, który miałem słyszeć jeszcze kilkadziesiąt razy dziennie w szkole, w telewizji, w domu, na ulicy, w kinie, wszędzie! "Uciskany Naród Polski!"
W 1985 r. w Szkole Podstawowej zaczęły się lekcje historii z panem
Mikutą. To on z wyrazem największego zmęczenia na twarzy, z bólem jaki sprawiało mu każde słowo przeciskające się przez zmarszczone gardło, opowiadał o Wielkim Bracie, Wielkim Przyjacielu, Wielkim Związku Radzieckim, który ocalił nasz biedny, malutki kraik przed zagładą. To on opowiadał nam jak przez tysiąclecia napadały nas zbójnickie narody (dziś
wydaje mi się, że miał poprostu ochotę powiedzieć, że tysiąc lat bez przerwy kopano nas w dupę, a ostatnie pięćdziesiąt nieźle nas ruchają!), a myśmy dzielnie się bronili, dzielnieśmy stawiali opór i przeganiali to Germana, to Turka, to Szweda. Żeśmy głośno zakrzyknęli, że Niemiec w twarz pluł nam nie będzie, że Jeszcze Polska nie zginęła...
Słuchałem z otwartą gębą jego opowieści. Jego znudzenie nadawało im ton jeszcze bardziej wzniosły, jeszcze bardziej wymowny. Czułem się jakbym wysłuchiwał niekończących się opowieści z ust tysiącletniego starca, który widział i słyszał juz wszystko.
Tylko, że ten "starzec" miał ledwie 45 lat i od dawna już nie wierzył w to, co robi. Nie doczekał dnia, w którym jawnie mógł wykrzyczeć swój żal! W maju 1989r. na miesiąc przed pierwszymi, demokratycznymi wyborami, przed upadkiem cenzury, pan Mikuta zmarł nagle powalony ciężkim zawałem.
Po latach mogę stwierdzić, że zabił go jego własny nihilizm.
Jednak wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych, w Szkole Podstawowej nr 34 (bez imienia), słuchałem go jak zahipnotyzowany. Z każdą opowieścią rosłem w siłę, obrastałem w dumę i radość z przynależności do tak dzielnego narodu. Podskakiwałem ze szczęścia, gdy Piotr Fijas wygrywał konkursy Pucharu Świata w skokach narciarskich, podziwiałem wiejskie
chatki przyozdobione w biało - czerwone flagi w majowe święto i obiecałem sobie, że dla Polski zrobię wszystko!
Odwilż polityczna przyszła nagle, równie nagle i w tym samym miesiącu skończyła się dla mnie "podstawówka" i spadły pierwsze ciosy w wyidealizowany model świata.
Lato było upalne, czereśnie smakowały jak nigdy, rzeka dawała ukojenie rozgrzanym plecom, dziewczyny przestawały przeszkadzać w zabawie, a zaczynały być nawet interesujące. Świat nadal powoli zmierzał w dawno już przez siebie obranym kierunku, w kierunku mojego swiata z astronomiczną prędkością zmierzała wielka asteroida, której nie byłem i nie mogłem być świadomy. Uderzyła jesienią 1989r. na pierwszej lekcji historii w Technikum Drzewnym zasłaniając dymem niebo i dusząc złote promienie słońca. Asteroida miała trzydzieści kilka lat i była nową historycą, w nowej szkole, której mury i bez niej wystarczająco mnie
przygnębiały.
- Witajcie szanowna młodzieży, nazywam się Halina Malicka i będę uczyć was historii, jeśli oczywiście starczy nam cierpliwości. Po pierwsze, zapomnijcie o wszystkim co wam wpoili w podstawówce, te wszystkie kłamstwa są już niepotrzebne!
Potężna ekspolzja rozerwała powietrze, wody ocenu z prędkością dźwięku uderzyły w kontynenty, tsunami zmiotła wszystko na swej drodze, witatr i ogień dokończyły dzieła.
Pięć lat! Pięć lat słuchania przecudnych opowieści, pięć lat obrastania w dumę, pięć lat nauki o sarmackiej potędze, ułańskiej fantazji, zdmuchnięte w ułamku sekundy!
Pozostały zgliszcza, martwe pustynie i szkielety dinozaurów.
Później nastąpiła epoka lodowcowa, zamrożenie ideałów, Rock & Roll, długie włosy, podarte jeansy, piwsko i zabawa. Otwierałem butelki zębami, połykałem palące się papierosy, wykrzykiwałem o skrępowanej wolności na koncertach Kobranocki. Dusza, zasypana śniegiem, skuta lodem, milczała. Milczała, aż do matury, aż do końca Technikum, aż do
porażki na studiach i wezwania do wojska, aż do wybuchu polskich genów i całej gamy ich możliwości, do wybuchu talentu kombinatorstwa, załatwiania spraw, krwiogennej walki z instytucją pod wszystko mówiącą nazwą: "Wojsko Polskie"! Zestaw słowiańskich genów kazał stoczyć mi trzyletnią wojnę z okupantem mojej niezależności, pomógł mi wygrać batalię o wolność i nie dopuścił do zamknięcia w koszarach, ale najgorsze miało dopiero nastąpić.
Bezrobocie. Bezczynność. Koniec dwudziestego wieku i brak osobistych sukcesów na koncie. Polska weszła do NATO, mówiło się dużo o Unii Europejskiej, Jerzy Wójcik powiedział, że polscy piłkarze mogą wygrać z każdym i obiecał awans do Mistrzostw Świata w 2002 roku. Duma narodowa znów rozpęczniała jak bułka drożdżowa.
W czerwcu `99 roku zadzwonił telefon i świat zaczął kurczyć się jeszcze szybciej. Ojciec, ofiara historii i "Żytniej 40%", między jedną, a drugą flaszką, załatwił mi pracę na Zachodzie. I zaczęło się! Nie wiem nawet kiedy znalazłem się wśród utaplanych we własnej nędzy, niemej rozpaczy i wódy, rozpaczliwie odkładających kolejne Szylingi, Marki i Guldeny, rodaków. Rodaków pijanych, skacowanych, styranych i sponiewieranych przez własną udrękę, przez tęsknotę za żonami, które puszczały się z kim popadnie, tęsknotę za wyimaginowanymi interesami, których nie rozkręcą po powrocie do kraju, za domami, których nigdy nie postawią, za samochodami, których nigdy nie kupią i za dziećmi, które nigdy nie będą bogate, ni mądre...
I chciałem stanąć pośród nich, i krzyknąć, i stać się jak Papież ich drogowskazem, chciałem szarpnąć nimi i z całych sił pragnąłem zatrzymać ich w tym samobójczym pędzie, chciałem być ich dwudziestokiluletnim prorokiem, pokazać, że trzeba, że można, że należy inaczej, lecz nie wiedziałem jak to zrobić, jak sprawić, by po robocie nie jechali na Tanktsztele po flaszkę, by nie rzygali następnego dnia w rajki rzodkiewek, marchewek, róż, poziomek, truskawek i wszelkiego dobra zachodnich pól uprawnych.
Nie potrafiłem. Nie mogłem. Nie miałem takiej mocy.
Dla odmiamy, powoli zaczynałem przyglądać się Austriakom, Niemcom i Holendrom. Powoli zaczynałem rozumieć ich mowę, poznawać sposób myślenia i nagle zrozumiałem, że ich zdanie o Polsce jest zupełnie inne, niż to sobie wyobrażałem. Nie słyszeli o Monte Casino! Nie wiedzą nic o Grunwaldzie i Wembley z 1973r.
Nie znają i nie rozumieją historii, za to w prosty sposób potrafią przedstawić, to czego chcą i co należy zrobić w najbliższych minutach.
Nagle zrozumiałem, że świat jest prosty, że "tak" znaczy "tak, a "nie, znaczy "nie", że to, że białe jest białe, jest tak oczywiste, że nie trzeba o tym mówić, że do wkręcenia żarówki wystarczy jeden człowiek, a nie dziesięciu himerycznych filozofów - samozwańców, skrzynka piwa i opowieści o tym co się już w życiu nie naprawiło. Zrozumiałem, że być, to znaczy działać, a nie opowiadać o działaniu, że iść, to znaczy iść, a nie opowiadać o chodzeniu, że słowa ułatwiają komunikację, zamiast ją komplikować. Zrozumiałem też rzeczy smutne, rzeczy wstrząsające, rzeczy, które do reszty zabiły, skurczyły mój świat, które zasmuciły, bo nie mogłem okłamać siebie i powiedzieć, że są bzdurą.
Ktoś kiedyś powiedział, że najtrudniejszą rzeczą jest oszukiwać samego
siebie i miał rację.
Stanąłem w szranki z holenderskich bossem, który głośno wykrzykiwał, że Polacy są biedni, bo od rana pija wódkę i grubo smarują chleb masłem, że kiedyś w pegieerze widział jak zepsuł się traktor i pięciu Polaków z łapami w kieszeniach debatowało przez trzy dni co się mogło stać, a żaden nie pomyślał, by zajrzeć do środka. I pękał ze śmiechu , a ja ze złości. Przegraliśmy tę wojnę oboje, on śmiał się zbyt głośno, ja zbyt głośno trzasnąłem drzwiami, odchodząc.
Stoczyłem więc ostatni bój o Polskę i wróciłem do kraju lizać rany.
Rzeczka w Rakówku płynęła jak dawniej, dom stał jak kiedyś. Drzewa jednak już szumiały inaczej i inaczej patrzyło się na te góry i lasy wokół. Inne myśli, inne spojrzenie. Wróciłem do kraju uszytego z emocji, z łat, które do siebie nie pasują, połączonych nicią o niepasującym do reszty kolorze.
Wróciłem do kraju, w którym "nie" znaczy "być może", "nie wiem", "nie rozumiem", w którym "tak", nie oznacza wcale "tak", bo może oznaczać cokolwiek, może oznaczać wszystko i może oznaczać nic. Wróciłem do kraju, w którym człowiek umawia się na 17.00 w piątek, a przyjeżdża o 9.00 w poniedziałek, w którym przez telefon zapewnia, że wszystko jest załatwione, po czym zapomina co powiedział i nie oddzwania, mimo, że obiecał. Wróciłem do kraju podszytego tęsknotą, do kraju, w którym się żąda nie wstając z kanapy, w którym wymaga się autostrad, lotnisk, zadbanych ulic, a nie sprząta się własnego podwórka. Do kraju, którym żądzą prawnuki pijanej szlachty, zapewniające o kompetencji i dbaniu o
narodowe dobra, a gdy gasną kamery, tnące szabelkami obrazy przodków, przewracające stoły pełne jadła i miodu, tarzające się we własnym hedoniźmie i kupujące folwarki za publiczne pieniądze.
Do kraju, w którym kupuje się samochody nie po to, aby się nimi przemieszczać, ale po to, by toczyć nieustające walki na drogach, pojedynki na skrzyżowaniach, by wyrzucać, wypluwać z siebie kilogramy frustracji, jadu, by wymierzać sprawiedliwość na przejściach dla pieszych i "durnym krowom" uświadamiać, że są "durnymi krowami" i łażą jak te łajzy.
Do kraju, w którym się żąda czystości na ulicach, a śmieci wywozi się do lasu.
Do kraju, w którym się wymaga. Wymaga uprzejmości w sklepie i tysiąca towarów, wymaga się nadskakiwania, samemu nie zauważając, że się ma gębę naburmuszoną, czerwoną od chamstwa i od samego rana wkurwioną.

Od jesieni 1975 roku minęły trzydzieści cztery lata. Dom się skurczył, góry zmalały, odległości skróciły. Siedzę na ławeczce w sadzie, marznę i ogarniam wzrokiem podwórko. Ogarniam coś więcej jeszcze, werbalnie i niewerbalnie skanuję rzeczywistość i rzucam ją na papier:

Truteń Michał. Wstaje o dziesiątej, gdy jest zimno nie wyłazi spod pierzyny do jedenastej. Po co?
Drżą mu ręcę, mierzy ciśnienie, łyka tabletkę. Jest lepiej. Po chwili słabnie, spocony siada na krześle w kuchni. Mierzy cukier, wstrzykuję insulinę, wyłazi na podwórko. Pot z czoła znika, ciśnienie się stabilizuje, cukier spada. Ręcę drżą nadal. Truteń wypowiada zmęczonym
głosem słowa. Te same każdego dnia:
- Nie wiem co się ze mną dzieje. Ta pogoda mnie wykończy.
Zaciskam zęby i czekam na kolejne zdanie, doskonale wiem jak zabrzmi:
- Marcelku, słuchaj. Masz może jakieś niepotrzebne dwa złote? Tak mi się
jakoś piwa chce.
- Nie mam wujek. Wczoraj dałem ci piatkę.
Truteń Michał dawno już został wyrzucony ze swojego ula jako kompletnie nieprzydatny osobnik. Przetrwał. Powrócił do rodzinnej "posiadłości" i trwa tak nadal. Patrzy w okno i wypowiada zaklęcia.
- Przydałoby się dach naprawić, ale teraz wujek nie da rady. W
przyszłym roku, trzeba tylko wyjść na prostą. Idę teraz na zakupy,
popatrz ma psiaka, jak wrócę dam mu jeść.
Truteń Michał wraca po czterech godzinach i pięciu piwach. Jest dobrze.
"Co tu zrobić z resztą dnia?", wypowiada półgłosem, tęskno patrząc w
niebo.

Truteń Waldek. Wstaje o piątej do roboty, przewraca się o talerze, szklanki z miesięczną pleśnią, strąca popielniczkę pełną petów na trzydziestokilkuletni, nieziemsko śmierdzący dywan. Łyka pośpiesznie wodę po ogórkach, by zgasić palące gardło, przeciera wąsy i wsiada do Stara, by rozwozić kamienie.
Truteń Waldek, na czterech odnóżach wraca z roboty o siedemnastej.
Przeczesuje żółtymi od smoły tytoniowej łapskami tłuste włosy, poprawia tłuste wąsy, odpala "Męskiego" i wypowiada kwestię:
- Marcel, gdyby wtedy nie padało, gdyby boisko było lepsze to byśmy tych Niemców pokonali. Ty wiesz, jak ten Gadocha grał? Jak on kiwał tych
Szwabów?
Truteń Waldek zamyśla się głęboko, zapada się w sobie. Płacze. Płacze wnętrzem i płacze łzami. Milczy i w tym mistycznym milczeniu dokańcza papierosa. Później rozgląda się wokół i z głębokim westchnieniem, z wiarą we własne słowa, mówi:
- Przydałoby się dach naprawić, ale teraz wujek nie da rady. W przyszłym roku, trzeba tylko wyjść na prostą.
Truteń Waldek dawno już został wyrzucony ze swojego ula jako kompletnie nieprzydatny osobnik. Przetrwał. Powrócił do rodzinnej "posiadłości" i trwa tak nadal. Patrzy w okno i wypowiada zaklęcia.

Truteń Rafał przemierza ścieżki i wszystkie zakamarki wioski w poszukiwaniu żelastwa. Truteń Rafał nie jest czyścicielem, straciłby wówczas miano trutnia, na które ciężko całe lata pracował. Truteń Rafał podcina czynne tory kolejowe, wykrada siatkę z ogrodzeń, przepiłowuje ciężkie, metalowe sztaby podtrzymujące stary dworzec kolejowy. Jest
głównym likwidatorem starego, upadłego zakładu produkujące niegdyś
podsufitki do "Maluchów".
Truteń Rafał szczyci się tym, że przepił juz każdą wymyśloną przez lekarzy wszywkę i żadne leczenie nie pozbawiło go możliwości radowania się winkiem. Staje czasem na drodze, patrzy na mnie i wypowiada magiczne słowa:
- Przydałoby się dach naprawić, ale teraz nie dam rady. Jak tylko wyjdę na prostą, przyjdę i ci pomogę Marcel.
Truteń Rafał dawno już został wyrzucony ze swojego ula jako kompletnie nieprzydatny osobnik. Przetrwał i trwa tak nadal. Patrzy w okno i wypowiada zaklęcia.

"Jutro będzie lepiej. Jutro się wezmę. Jutro wszystko zrobię. Jutro będziemy mieli piękny kraj. Jutro zbudujemy autostrady. Jutro przestanę pić. Jutro pójdę do lekarza..."
Zaklęcia polskie, magiczne hokus - pokus, wciskają mi się w uszy i już nawet nie śmieszą. Siedzę na ławce w sadzie i nawet nie zdaję sobie sprawy z tego jak tęsknię za normalnością. Polska przegrała z RPA w piłkę, sportowcy ze spuszczonymi głowami wracają z kolejnego zgrupowania, wypowiadają magiczne zaklęcia: "Trzeba wyciągnąć wnioski i przemyśleć kilka spraw. Jutro zagramy lepiej. Dobrze, że mamy świetnych bramkarzy."
Jasne, że mamy, bronimy się od tysiąca lat, od zarania państwa.
Józef Młynarczyk, Jerzy Dudek, Artur Boruc, Łukasz Fabiański. Wszyscy oni przed każdym meczem czytają o obronie Częstochowy, obronie Westerplatte, obronie Poczty Gdańskiej... I potrafią bronić polskiej bramki.

Truteń Zdzichu monotonnie stuka w gwóźdź. Prostuje go już trzecią godzinę. Truteń Zdzichu trzeci już rok naprawia płot. Podchodzi do mnie i z bolącym wyrazem twarzy wypowiada słowa:
- Przydałoby ci się dach naprawić, ale teraz nie dam rady. Jak tylko wyjdę na prostą, przyjdę i ci pomogę Marcel.
Truteń Zdzichu dawno już został wyrzucony ze swojego ula jako kompletnie nieprzydatny osobnik. Przetrwał i trwa tak nadal. Patrzy w okno i wypowiada zaklęcia.

Na ławce w sadzie przesiąkam niemocą. Składam sobie własny poradnik, na własną wersję szczęścia. Wyklinam zimny czerwiec, inflację, bandy złodziei i tęsknię za światem.
Jestem Polakiem. Trudno.
Na szczęście na to się nie umiera.



wyjątkowo zimny czerwiec 2009r.

Opublikowano

Marcinie, nie widziałeś nigdy zmarszczonego gardła? he, he. Wiem, wiem, ale poprostu lubię takie sformuowania i czasem nie potrafię się oprzeć. Jeśli wytężysz wyobraźnię zobaczysz o co mi chodziło.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


O, proszę ja Ciebie, nie zrozumieliśmy się. Tam brakuje z tego, co pamiętam. Podobnie jest z pisownią . Muszę Cię zaskoczyć, proszę ja Ciebie, to pojęcie mi znane, aż za bardzo. Bez wytężania wyobraźni. Tekst do mnie trafił i to jeszcze jak.
  • 4 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...