Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

o świcie nocy
zatrzymuję się
przed schodami
moich marzeń
wspinam się powoli
by powiedzieć
dotarłam

tam gdzie chciałam
gdzie trzeba było

schody strome
bez końca
powoli spadam
chwytam się
zakurzonej poręczy

całe życie
pracą Syzyfa
wypełnione

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



wydaje mi się, że chciałaś pokazać, jak łatwo (schody moich marzeń) można w marzeniach osiągnąć to, co w życiu jest trudne, czasem nieosiągalne (strome schody)
myślę, że można tak to zapisać

o świcie nocy
zatrzymuję się
przed schodami
moich marzeń
wspinam się powoli
by powiedzieć
dotarłam

i dalej bez zmian, to takie oddzielenie marzeń od rzeczywistości
ale to tylko taka moja sugestia
prawdziwe jest to, o czym piszesz

pozdrawiam
Opublikowano
całe życie
pracą Syzyfa
wypełnione


przez całe życie toczymy swój "kamień", wspinamy się i opadamy...ważne, by wciąż podejmować wysiłki wchodzenia po schodach...chyba, że to nie te, co trzeba, schody...

popieram uwagę Grażynki, co do pierwszej części

serdecznie pozdrawiam :)
Opublikowano

Grażynko, dziękuję za komentarz, przeczytanie wiersza i sugestie.
Myślę, że zrobię tak jak mi poradziłaś:)

Teresko- ważne jest żeby nigdy się nie poddawać i nadal toczyć swój kamień i wspinać się po schodach.. w końcu to przyniesie swoje korzyści:)Dziękuję za komentarz:)

Judyt- miło że zajrzałaś:) cieszę się że wiersz się podoba:))

pozdrawiam wszystkich ciepło..(:

Opublikowano

Dziękuję serdecznie Manaiko za miły komentarz, naprawdę się cieszę że Ci się podoba i odpowiada Twoim uczuciom:)Skoro chciałaś napisać coś podobnego to oznacza że mnie rozumiesz:)
pozdrawiam ciepło..(:

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...