Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Kim jestem? Studentem prawa. Niestety w trybie zaocznym. Ale chodzę z dziennymi na zajęcia, gdyż nie pracuję. Wiem, iż obciąża to finansowo moich rodziców, więc staram się to im wynagrodzić poprzez dobrą naukę. Kiedyś, gdy uzyskam dyplom i dostanę dobrą pracę, oddam rodzicom pieniądze, które we mnie zainwestowali. Bardzo ich kocham i doceniam trud, jaki wkładają w moje wykształcenie i całe życie. Nie chcę by martwili się o mnie i smucili z mojego powodu. Z tego powodu staram się uczyć jak najlepiej, choć nie czynię tego tylko dla nich. Robię... tak, myślę, że robię to głównie dla siebie. Niezwykle interesuje mnie nauka prawa i chciałbym w przyszłości pracować jako prawnik, a najchętniej jako pracownik naukowy. Pisałbym wtedy wiele książek i prowadziłbym zajęcia na Uniwersytecie. Realizowałbym w pełni swoją pasję i zainteresowania.
Poza nauką uprawiam sport, a konkretnie dwie dyscypliny. Są nimi: jazda na rowerze - codziennie jeżdżę na uczelnię i nie tylko, w zasadzie wszędzie, na rowerze- oraz kickboxing. Wiem, iż ten ostatni może się wydawać nie bardzo intelektualnym zajęciem, lecz jest to pobieżny osąd. Kickboxing, podobnie jak boks, nie wymaga tylko brutalnej siły, lecz szybkości, zręczności, zwinności, gibkości i przede wszystkim techniki, a także taktyki. Jest to sport, gdzie w wyjątkowo dużym stopniu, w porównaniu z innymi, używa się mózgu. To nie żadna farsa - naprawdę potrzebne jest tutaj myślenie. Na każdego przeciwnika trzeba obrać odpowiednią strategię, styl walki i rozsądnie rozplanować trening, a także starcie. Jest to, moim zdaniem, sport intelektualny. Oczywiście obrażenia głowy nie wpływają korzystnie na umysł, ale staram się ich unikać, a ponadto... no cóż... trzeba się zdecydować, czy akceptujemy pewne niedogodności. Ja je zaakceptowałem, ale oczywiści nie każę nikomu postępować tak jak ja i niszczyć swojego mózgu. Każdy musi podjąć indywidualną decyzję, gdyż nie ma jednej słusznej drogi.
Czasami gdy trenuję i ból oraz zmęczenie wprawiają mnie prawie w omdlenie, gdy pot spływa mi po całym ciele, myślę o granicach ludzkich możliwości. Czy zdołam ją osiągnąć, a może przekroczyć. To ideologia wpływa tak na mnie - nie ideologia taka, jaką ma każda sztuka walki, gdyż kickboxing nie jest nią, lecz sportem walki, a to jest wielka różnica. On jest jej pozbawiony, ale posiada ogólną ideologię sportu, jednaką dla niego jak na przykład dla kajakarstwa i tenisa. Dla mnie kickboxing to nie tylko dbanie o swoje zdrowie i kondycję. W moim przypadku jest to część życia, część samego mnie. Chciałem kiedyś napisać o kickboxingu wiersz, ale nie byłem w stanie nic sklecić. Może i słusznie, gdyż kickboxing to owszem poezja, ale nie poezja słowa. To poezja ruchu.
Kickboxing wyleczył mnie z kompleksów. Rozbudził moją wyobraźnię i rozszerzył percepcję piękna. Wstaję nad ranem, gdy jest jeszcze ciemno, jadę rowerem poza miasto, staję na wzgórzu i ćwiczę. Uderzenia, kopnięcia, poruszanie się i uniki. Jest zimno, szaro i ponuro, ale ja się nie poddaję. Ćwiczę dalej. I kiedy padam już ze zmęczenia, gdy mam się już poddać i przegrać, kiedy nie mam już sił - zaciskam żeby ( tu nie liczy się już wytrzymałość, lecz siła woli ) i ćwiczę dalej. I... wtedy... wstaje słońce. Pewnego razu ćwiczyłem tak rano z dwoma kumplami; oni walczyli ze sobą, a ja sam. W pewnym momencie wyczerpałem się tak, że poddałem się i położyłem na ziemi. Cierpiałem z bólu, lecz oni walczyli dalej, będąc tak samo zmęczeni jak ja. Walczyli dalej. Walczyli dalej. I wtedy wzeszło słońce nad nimi i oślepiło mnie. Jedyne co mogłem dostrzec to wszechobecne światło, jarzące się słońce i dwa cienie walczące na jego tle. Od tego czasu zrozumiałem, że muszę zawsze walczyć do końca.
A i jeszcze jedno: precz ze wszystkimi sterydami, anabolami i używkami. Sport to zdrowie. Sport to piękno.
Oprócz sportu interesuję się także literaturą. Lubię dramaty, które wolę czytać niż oglądać wystawiane w teatrze. Moim ulubionym jest "Dzika kaczka" Ibsena. Przewierca mnie na wskroś poezja, jakby chciał nauczyciel z "Ferdydurki". Lubię romantyzm, Mickiewicza i Słowackiego, oraz poezję nowoczesną: Skamandrytów, Herberta, Różewicza. Szczególnie tego ostatniego. jego wiersze z tomiku "Niepokój" powodują we mnie dreszcze i wstrząsy, a czasem nawet płacz. Wiem, iż to niemęskie płakać, ale taka jest prawda. Może jestem słabeuszem, nieprzystosowanym do brutalnego życia. Nie wiem, nie wiem. Wiem natomiast, że częścią mego życia, ech, żeby tylko życia, częścią mojej duszy, są właśnie te wiersze. Czasami mylę literaturę z rzeczywistością i wydaje mi się, iż to ja jestem Ocalonym, ja jestem Uczniem Czarnoksiężnika, ja jestem ogrodnikiem z "Róży".
Lubię także prozę. Przeczytałem wiele opasłych tomiszczy, takich jak "Ulisses", "Obłęd" czy "Chłopi", a także pełno mniejszych dzieł. Może się zbytnio chwalę, ale wiele godzin przesiedziałem w bibliotekach i na fotelu w domu, czytając. Nienawidzę się chwalić. Głupio mi teraz, że to zrobiłem. Strasznie głupio. Jestem głupcem.
Interesuję się też historią. Przeczytałem wiele książek z tej dziedziny, póki nie zajęło jej miejsca prawo. Kiedyś też pasjonowała mnie polityka. Codziennie czytałem na lekcjach w liceum "Dziennik", a wcześniej "Rzeczpospolitą". Ale to było kiedyś... Dziś uważam sztukę rządzenia państwem za brudną.
Uwielbiam książki bez morału, które nie pokazują nam idealnego typu człowieka ani stylu życia, gdzie każdy jest po trochu dobry i po trochu zły. Dostojewskizm. Za to cenię "Zbrodnię i karę" oraz "Granicę". W tej drugiej doskonale ukazano różne spojrzenia na tą samą kwestię, mianowicie jacy jesteśmy.
Jakiej muzyki słucham? Wielu gatunków. Od heavy metalu, przez rap, po klasykę. Nie jestem ekspertem w żadnej z nich, ale odczuwam, gdy słyszę daną muzykę. Lubię kaprysy Paganiniego, "Etiudę rewolucyjną" Chopina; interesują mnie teksty hip-hopowe 2Pac'a, Magika, Eldo, Vienia i Włodiego; natomiast ekstazy doznaję gdy słyszę gitarę Jason'a Becker'a, Marty'ego Friedman'a, Kirk'a Hammett'a, Dave'a Mustein'a, Tony'iego Iommy'iego i Jimi'ego Hendrix'a. Kocham muzykę, choć nie potrafię grać ani napisać żadnego tekstu do rymu, a i bez niego także. Jestem tylko konsumpcjonistą.
Cenię sobie kulturę i dobre wychowanie. Sam jestem świadomy wielu swoich wad, lecz staram się je zwalczać i pracować nad sobą. Nienawidzę chamstwa i prostactwa, a szczególnie dresiarstwa. Chodzą tacy z żelem na głowie, albo krótko ostrzyżeni, bądź nawet łysi i napadają na ludzi na ulicy. A jeśli nie, to krzyczą, drą się i klną. Często są pijani, choć nawet trzeźwi zachowują się jak orkowie z "Władcy pierścieni". Najbardziej uderza mnie, gdy osaczają dzieci i młodzież, najczęściej młodszych i słabszych od siebie, wyciągają noże i inne narzędzia zbrodni i żądają pieniędzy albo telefonów komórkowych, lub innych kosztowności. Ja potrafię się obronić, ale inni? Jak można napadać na kogoś bezbronnego? Gdzie humanizm i szacunek dla zdrowia i życia ludzkiego? Czy już kompletnie weszło w życie prawo ( bezprawie ) Homo Homini Lupus? Czy nic nie pozostało w nas, ludziach, ludzkiego? Chyba niewiele...
Już o tym mówiłem, ale chciałbym wypowiedzieć się na ten temat więcej. Chodzi mi o poezję, a dokładnie o postrzeganie świata, percepcję piękna. Dawniej poeci w tym źle, które nas otacza, szukali dobra i je pragnęli opisać. Dzisiaj w poezji znajdujemy cierpienie i nienawiść. Czy poezja może opisywać zło i być dobra, piękna? Wpadają do niej także twory popkultury i kapitalizmu, śmietnik wypełniony płytami Britney Spears, Coca-Colą, chipsami "Lays", "Snickers'ami", "Modą na sukces", "Big Brother'em", "Tańcem z gwiazdami", gumą do żucia, jaskrawym makijażem nastolatek i słownictwem współczesnych jaskiniowców - dresiarzy. Jak można znaleźć we współczesnym świecie piękno? A może nie można. Więc poezja czerpie ten śmietnik i nie jest już piękna, A jednak jest. Może poezja jest jak krowa, przerabiająca trawę i wodę na mleko. Przerabia zło w dobro, brzydotę w piękno. Nie wiem. Jestem tylko prostym człowiekiem.
Nie umiem pisać wierszy. A bardzo bym chciał. Może za bardzo. Dlatego mi nie wychodzi. Kiedyś jednak stworzyłem mój jeden jedyny wiersz, takie badziewie:

Noc

Noc...
Ciemność...
...Ale przecież gwiazdy świecą...
...Księżyc świeci...

Samotność...
Brak mi Ciebie...
Znów ( nie ) przyjdziesz do mnie

Przyjdziesz jako marzenia Nie przyjdziesz naprawdę

Chciałbym zniknąć

Straszne badziewie. Brak mi talentu. A tak wiele chciałbym powiedzieć. To straszne, nie umieć się wypowiedzieć. Dobrze przynajmniej, że sport i studia rekompensują to trochę i zwalczają zgorzknienie.
Mówiłem już, iż czytając wiersze płaczę. Nie jestem widać przystosowany do twardego, szarego życia. W ogóle nie jestem przystosowany. Jestem ponadto wewnętrznie sprzeczny. Czasami podoba mi się świat, gdy ćwiczę kickboxing, jeżdżę na rowerze, uczę się prawa; jednak gdy czytam literaturę, czuję smutek. Jestem słaby. Jestem słabeuszem, nie potrafię wykorzystywać wad innych na swoją korzyść, lecz pomagam ludziom je pokonać, za co oni mi się nie odwdzięczają, wręcz przeciwnie - ranią mnie. Nie umiem rozpychać się łokciami. Gdy wyjdę już na dany szczyt, samemu, bez niczyjej pomocy, podaję rękę innym, a oni po wejściu, kiedy już też tam stoją, zrzucają mnie w dół. jestem słabeuszem, ale mimo to walczę, gdyż mam dla kogo. Dla rodziców, rodziny i przyjaciół. Oni mnie nigdy nie zawiedli. Dla nich żyję i staram się dążyć do bycia dobrym człowiekiem i stawać sam na sam przed falą zła. Staram się, choć nie zawsze mi wychodzi. Walczę. Jestem wojownikiem. Wspiera mnie sport, nauka i literatura, szczególnie poezja. Staram się.
Jest jeszcze jedna pasja o której wam nie mówiłem. Jest ona silniejsza od wszystkich pozostałych, choć jedna z nich - kickboxing - współgra z nią. A więc lubię, uwielbiam, kocham... napierdalać się na meczach!!!
I nie tylko na nich, gdyż nie pogardzę żadną ustawką. W sumie to teraz więcej napierdalamy się na nich, gdyż na stadionach zbytni przypał. Wszystko przez ten jebany monitoring. Jebać kamery, ochroniarzy i oczywiście policję!!! No i straż miejską. Po chuj te skurwysyny mieszają się do naszego hobby?! No po chuj, kurwa, pytam. Czy przeszkadza im, że na stadionie wbijamy się normalnie kurwa na sektor kibiców drużyny przeciwnej? No kurwa, może jakimś pedałkom, którzy się nie napierdalają, a tylko przychodzą popatrzyć na mecz, ale chuj z nimi. Gdyby byli prawdziwymi kibicami, to by się nadubcali jak my. I co to za pierdolenie z tymi rodzinami przychodzącymi na mecze z dziećmi? Przecież oni mają inny sektor, a my się lejemy na innym. W ogóle to nie znoszę tego jebania smut, że prawdziwi kibice się nie biją, a my nie jesteśmy kibicami, tylko pseudokibicami. Gówno prawda! To my jesteśmy wiernymi fanami naszych drużyn!!! Naprawdę interesujemy się meczami, choć wynik zadymy czy ustawki jest ważniejszy. Naprawdę obchodzi nas gra piłkarzy, a wynik spotkania to nie tylko pretekst do walki. Ta jebana "Gazeta Wyborcza" oczywiści pierdoli jakieś smuty, że my w ogóle się nie interesujemy piłką nożną, nie kibicujemy na prawdę, lecz szukamy w piłce pretekstu dla chuligaństwa. Pierdolenie!!! Pewnego razu zajebiemy wszystkich gnoi, którzy chcą skończyć z ruchem hools. Zajebiemy także policję, bo po chuja się mieszają do naszych zadym i ustawek? Jeszcze do zadym to ostatecznie mogę jakoś to zrozumieć, ale do ustawek? Co im kurwa niepasuje, że napierdalamy się w lesie między sobą? Przecież nie mamy wątów do osób postronnych. Chuj w dupę policji! Jebać policję! Niech do nas nie podskakują, gdyż jest nas coraz więcej i pewnego dnia zajebiemy ich wszystkich. I niech nikt nie myśli, że jesteśmy jakimiś dresiarzami. Kłamstwo! Tylko część z nas nimi jest. Pozostali jesteśmy normalnymi, kulturalnymi ludźmi, sportowcami i intelektualistami. Tylko sport cenimy najwyżej. A ten sport wyraża nasz ruch: Hools. Tylko to nas różni od innych ludzi, że lubimy się napierdalać. I to przecież nie z bezbronnymi, tylko między sobą. Dlaczego kurwa wszyscy, na czele z "Gazetą Wyborczą" macie, kurwa, do nas wąty? Za co? Za zadymy i ustawki, za wierność własnym klubom? To nasze życie. W ten sposób manifestujemy właśnie wierność ukochanym barwom klubowym. Razem z piłkarzami dbamy o dobro naszych klubów. Tylko tym się różnimy, że zadaniem piłkarzy jest grać, a naszym kibicować, czyli chodzić na mecze, jeździć na wyjazdy i napierdalać wrogich kibiców. Ponadto naszą chlubą i dumą jest nienawiść do policji, straży miejskiej, ochroniarzy i jebanych konfidentów. A do wszystkich kibiców wrogich nam drużyn razem zgodnie krzyczymy: CHODŹCIE SIĘ BIĆ, KURWY!!!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • DŁUŻNIK, DŁUG I KWESTIA HONORU     - Szefie! Nie sądzę, aby stamtąd wyszedł. Czekamy tutaj już godzinę! Zimno mi w podkowy!   Wypowiedział te słowa czarny i masywny ogier, niecierpliwie przechylając głową na lewo i prawo. Na nim zaś siedział mężczyzna o czarnych włosach i długich, tak samo czarnych wąsach. Była sroga zima, a z budynku burdelu przed nimi, dobiegały pijackie wrzaski zabawy i dźwięki jakiegoś grajka, pląsającego na mandolinie.   - Napiłbym się czegoś szefie. Może jednak wejdziesz, tam załatwisz, co trzeba i przy okazji przyniesiesz trochę bimbru dla swego zmęczonego wierzchowca?   Mężczyzna ubrany w ciężką, czarną kurtę wojskową wypełnioną puchem, poprawił się w siodle. Jego niebieskie i wilcze oczy wpatrywały się w wejście do przybytku uciech i rozkoszy. Milczał. Zresztą już dawno przyzwyczaił się do tego, że nie musiał dużo mówić. Wystarczy, że jego ogier Bandyta gadał prawie cały czas, no, chyba że kazał mu milczeć albo gdy tamten był na kacu. Tak! Jego czarny rumak chlał mocny alkohol i był wręcz od niego uzależniony. Ale co zrobić? Każdy ma przecież wady.   - Szefie? A gdybym tak podjechał pod okno z boku, włożył pysk do środka i krzyknął, że burdel się pali? Może wtedy facet by szybciej wyszedł?   Zamir cmoknął cicho ustami, bo na pierwszy rzut oka pomysł był nawet niezły. Jednak po dłuższym zastanowieniu miał swoją jedną wielką wadę. Burdel miał jedno wejście więc w czasie chaosu, który niechybnie powstanie, zostanie ono zapełnione i trudno będzie dostrzec tę kanalię. Za długo szukał informacji o miejscu pobytu kanciarza, aby teraz dawać mu szanse na ucieczkę. To nie wchodziło w grę, dlatego porucznik kozacki nie odpowiedział, tylko jeszcze mocniej skupił się na drewnianych dwuskrzydłowych drzwiach.   - No, a gdyby tak wejść i zawołać go po imieniu? A jak gdyby kto się zapytał, po co szef go szuka, to powiedziałby szef, że wisi mu złoto i chce je oddać. Tak, tak! Wiem, że to on szefowi wisi, ale wtedy na pewno by kto zaprowadził szefa do niego! Dobre co?   Jakby na potwierdzenie swoich racji Bandyta wesoło parsknął i przemielił ziemię przednimi kopytami. Niewątpliwe był zadowolony z pomysłu, na jaki wpadł! Zresztą była to już trzecia dobra myśl w ciągu tej godziny. Pierwsza była o bimbrze, potem o płonący burdelu, a teraz to! Dzisiaj to był jego dzień! Czuł się wyjątkowo mądry! Nawet w taki ziąb! Jednak innego zdania był Zamir. Najpierw jego prawa dłoń niespokojnie dotknęła głowni swej kawaleryjskiej szabli, potem oparła się o przedni łęk, a lewa zaś zakręciła czarnym sumiastym wąsem.   Trzy miesiące temu pożyczył temu gnojowi niemałą sakiewkę złotą. Będzie jakieś pięćdziesiąt monet! A dzisiaj? Siedział jak ten cep na Bandycie i omijając wzrokiem płatki spadającego śniegu, czekał. Przecież, zamiast tego mógł właśnie pić i wypatrywać wiosny razem ze swymi braćmi z Taboru. Niech tylko ten oszust wyjdzie! Będzie miał do wyboru, albo złoto, albo zęby. Znaczy albo złoto Zamira, albo swoje zęby dla ścisłości.   Jednak los jak zwykle postanowił nieco zakpić z kozaka. Bo po kilkunastu kolejnych minutach drzwi od burdelu otworzyły się energicznie, a w nich ukazały się trzy postaci. Dwóch z nich stało o własnych siłach, trzymając pod pachami trzecią.   Zamir poruszył się niespokojnie w siodle, a jego oczy zabłysły w ciemnościach gdy nagie, jak do tej pory bezwiednie zwisające ciało, poleciało na zaśnieżoną ulicę. Chwilę po tym mężczyźni ze śmiechem na ustach, zniknęli z powrotem w budynku.   - Szefie. Chyba mam złe przeczucie.   Pierwszy odezwał się Bandyta, patrząc na nieruchome fragmenty ciała wystające ze śniegu.   - Co ty nie powiesz…   Skwitował kozak, zeskakując ze swego rumaka. Poprawiwszy przy pasie szablę i pistolet skałkowy, bardzo powoli podszedł do czegoś, co trochę przypominało mężczyznę, który wisiał mu pieniądze. Najpierw kopnął w rękę, która niezdrowo wystawała ze śniegu. Zero reakcji. Potem wyciągnął szablę, nabrał na jej czubek małą ilość białego puchu i przyłożył do ust pechowca.   - Pobity na śmierć. Najpierw połamali mu ręce, potem obili mu klatkę piersiową. Pewnie wylew wewnętrzny. Być może połamane żebro przebiło mu serce. Odezwał się po chwili spokojnym, lecz trochę poirytowanym tonem, dowódca kozaków. Za kilka godzin ktoś uprzątnie to ciało. To nie pierwszy raz gdy w tym mieście tak pozbyto się człowieka, którzy wisiał komuś złoto. Oczywiście były też ciała zamarzniętych żebraków, które też zostawały usunięte po jakimś czasie. Tak do końca nie wiadomo, kto te ciała zabierał. Mówi się, że straż miejska informuje pobliskiego grabarza o zaistniałym fakcie. Jednak problem był taki, że mistrz pochówku ma około sześćdziesięciu lat i żadnego pomocnika. Więc trudno tutaj uwierzyć, żeby był w stanie taszczyć petenta przez śniegi, na takie odległości. Oczywiście jest jeszcze inna teoria…   - To, co teraz szefie? Wracamy? Na pewno bracia nie wypili jeszcze wszystkiego i coś dla nas… - Nie. - Nie? Przecież to trup! Co on może… - Tutaj czarny ogier zarżał niespokojnie, zmiętosił śnieg przednimi kopytami i dokończył z nutką strachu w głosie. - … chyba Szef nie chce tego zrobić? Przecież to tylko złoto! Nie warto! - Pożyczył ktoś od ciebie kiedyś złoto i nie oddał!? – Kozak zapytał swojego ogiera, kucając przy trupie i sprawdzając szablą jego zęby, gardło i język. - No nie. - No właśnie! A jak rozejdzie się w świat, że można bezkarnie pożyczać od kozackiego porucznika Zamira pieniądze, a potem nie oddawać! To kto potraktuje mnie na poważnie w innych sprawach? - Szefie, ale ten człowiek nie żyje! - Słaba wymówka.   Odpowiedział Zamir i zaczął podnosić zwłoki do góry. Jednak w tym samym momencie zza budynków mieszkalnych wyłonił się patrol straży miejskiej, w liczbie trzech żołnierzy. Szli w trójkącie, gdzie ten na przodzie był pewnie dowódcą patrolu.   -… psssst Szefie!   Bandyta próbował zawczasu ostrzec swojego właściciela, jednak nie zdołał. W momencie gdy nagi denat znalazł się na lewy barku kozaka, w jego stronę padły słowa mężczyzny w kolczudze i z mieczem w dłoni.   - Hej Ty! Co ty robisz? - Ja?...- Odparł zaskoczony kozak, odwracając się w stronę głosu. Przed nim stało trzech rosłych mężczyzn, uzbrojonych po zęby i stanowiących prawo w tym mieście. Jednak nie stracił zimnej krwi, bo poprawiając umarlaka, dodał. -… nic konkretnego. - Jak to nic? Kim jest ten nagi mężczyzna, którego masz na ramieniu?   Bandyta odwrócił się zadem do całej akcji. Nie chciał tego widzieć, bo jeszcze zacznie się śmiać albo coś głupiego powie. Wolał nie patrzeć. Za to Zamir kontynuował rozmowę. Musiał z tego wyjść i to nie sam, bo inaczej przepadnie jego reputacja oraz złoto.   - To mój kolega. Trochę przesadził w burdelu i teraz muszę odwieźć go do domu. Szeregowy strażnik po lewej stronie dowódcy dodał szybko. - Przecież widać, że chłop cały obity i pewnikiem nie żyje, bo nawet klatka piersiowa mu się nie podnosi. Kozak przeklną w duchu i odpowiedział, tym razem wolniej i z większą pewnością w głosie. - Przecież właśnie mówię, że przesadził w burdelu, to go tam skatowali i martwego na śnieg wyrzucili. Zawiozę biedaka do domu i tam go pochowam. A mówiłem mu tyle razy, że za tą niewyparzoną gębę kiedyś zdechnie.   Dowódca patrolu przymrużył oczy i zapytał.   - A gdzie macie go zamiar pochować?   Kurwa, jebany służbista mi się trafił. Pomyślał kozak, poprawiając zmarłego złodzieja na swym barku i odpowiedział, starając się nadal zachowywać spokój.   - Najpierw do taboru pojedziemy, tam jest jego przybrana matka Mazalia. Pewnie będzie chciała się z biedakiem pożegnać. Potem z kolei zrobimy „kozackie pożegnanie”, a nad ranem zawieziemy go na cmentarz miejski. - Czyli za pochówek zapłacicie? - Tak, oczywiście! Ale najpierw pożegnanie i kozacza stypa! - Dobrze. Możecie go zabrać. Ale jutro dopytam się Alfreda, czy go na cmentarzu pochowaliście! Rozumiesz? Bo jak nie… - Tak tak! Oczywiście! O dwunastej w południe mój przyjaciel będzie spokojnie leżał w swojej kwaterze! Po tych słowach patrol poszedł dalej, a wkurwiony porucznik kozacki przerzucił denata przez zad Bandyty, na co on trochę zniżony głosem. - Szefie… ale on mnie swoim siurem dotyka… - Weź, mnie teraz lepiej nie wkurwiaj.   ***   Chwilę przed północą porucznik kozacki, jego ogier Bandyta oraz martwy dłużnik dojechali do Taboru. Przy wjeździe, wyraźnym skinieniem głowy przywitało ich dwóch najemników. Ludzie Zamira niepełniący akurat służby ani żadnych innych ważnych obozowych zajęć chlali w najlepsze pod otwartym namiotem. Wszędzie czuć było przyjemną i miłą atmosferę, niestety ten fakt nie odbijał się na twarzy dowódcy. Był nie lada poirytowany, gdyż musiał poprosić swoją szeptuchę o pomoc, a ta miała prawo się nie tylko nie zgodzić, ale jeszcze stawiać żądania. Tak już było w taborach kozackich, że te kobiety miały często większą władzę niż sami dowódcy.   Bandyta z zadowoleniem i ulgą zatrzymał się przed najbardziej kolorowym z wozów w Taborze. Był to wóz szeptuchy, która nosiła imię Mazalia i na pewno nie spała. Kozak miał czasem wrażenie, że ta stara kobieta nigdy nie śpi. Jak zło. Bo wiadome jest, że zło nigdy nie śpi, a Mazalia to była wyjątkowa kobieta.   Zamir zeskoczył z rumaka i zdjąwszy denata z jego zadu, położył go przy drewnianych schodkach tęczowego wozu. Przeciągnął się, wykonał kilka głębszych oddechów i podszedł pod drewniane drzwi, na których wymalowane było piękne, wielkie i kolorowe drzewo. Podniósł prawą dłoń do góry i gdy właśnie miał zapukać, usłyszał.   - Wchodzi! Nie puka! Co ja cnotliwa panna, przy której trzeba czekać, aż zawoła i wpuści!?   Kozak nawet nic nie pomyślał, a chciał, ale się bał. Bo chodziły też słuchy, że Mazalia w myślach czytać potrafi, więc i tego się ludzie przy niej wystrzegali. Otworzył więc drzwi i wszedł do środka. Jego oczom ukazał się widok pełen słoików, roślin, wielu palących się świec oraz dużej ilości książek i papirusów. Do tego porozwieszane tu i ówdzie jakieś dziwne znaki z patyków i sznurków. W powietrzu unosił się zawsze dziwny zapach kadzidła. Nawet teraz, po tylu latach Zamir nie mógł porównać tego zapachu, do czegokolwiek innego co znał.   Przed nim stała kobieta w mocno zaawansowanym wieku, lecz jeszcze nie stara, ja sama miała w zwyczaju o sobie mówić. Była ubrana w kolorowe szaty i spódnice, tak samo jaskrawe jak jej wóz. Na głowie miała kaskadę siwych włosów, zakrytych czerwono-żółtą chustą. Jej twarz mogła zmylić, bo na pierwszy rzut była przeważnie miła i pogodna, jednak gdy się odezwała, całe „babcine ciepło” ulatywało gdzieś w nieboskłon.   - Czego kozak chce?   Zapytała od razu Mazalia, szeptucha IV taboru kozaków Wideńskich, trzymając w prawej ręce truchło kury bez głowy, a w lewej zakrwawiony nóż.   - Kochana moja! Najdroższa sercu… - Zaczął, tak jak zwykle miał w zwyczaju zaczynać rozmowy z tą kobietą. -… mam do ciebie wielką prośbę! Trochę się sprawy u mnie pokomplikowały, z takim jednym człowiekiem co mi złoto wisiał i niestety, ale z nieukrywaną przyjemnością chcę prosić Cię, moja droga, o pomoc! - To już wiem i bez twojego lizodupstwa! Do rzeczy! Nie widzi, że zajęta? - No właśnie widzę ten, no! Klątwę, jaką moja piękna na kogo rzucasz?   - Nie, głupi! Rosół dla tych moczy mord na rano robię! Czy cokolwiek by nie robiła, musi to być od razu jakaś klątwa, czar zły, urok czy inne moce straszliwe? Aż tak mnie, źle ocenia? Że może ziółka na uspokojenie dla samego diabła zaparza gdy kto nie patrzy?   Kozak nadal starał się nic nie myśleć, a to jak o niej myślał gdy był kilka kilometrów od jej wozu, niech lepiej będzie pogrzebane i zapomniane.   - Kochana! Ja tylko samo dobro widzę w tobie! - Szczęście kozaka… . Mówi więc! Do rzeczy! - Mężczyzna wisi mi pokaźną sakiewkę złota, lecz jest martwy od kilku godzin… - Mazalia usiadła na drewnianej ławie i zaczęła obierać bezgłową kurę, słuchając uważnie porucznika kozackiego, ani razu nie przerywając. -… dlatego chciałbym kochana, abyś go na chwilę z tego snu obudziła, żebym mógł z nim kilka słów wymienić. - Ile godzin martwy? - Bo ja wiem. Tam chwilę czekaliśmy, potem dojazd tutaj. Tak obstawiam, że będzie z dwie, może trzy. - Tak. To jeszcze można, … bez większego problemu. Dusza nie zdążyła spaść za głęboko. Tak…   Starowinka poczęła do siebie gadać przez dłuższą chwilę, obierając prawe skrzydło kury. Kozak stał prawie na baczność i milcząc, czekał. Wiedział, że nie przeszkadza się Mazali, gdy ta myśli. To nie było rozsądne ani zdrowe. Razu jednego, kucharz obozowy coś od szeptuchy chciał i gdy ta obmyślała jak mu pomóc, to ten jej przerwał. Sranie miał takie przez następny tydzień, że jedzenie robili dwaj pomocnicy. Po tygodniu takich obstrukcji kucharz nie tylko ledwie stał przy garach, to jeszcze cały obóz był na niego zły. Gdyż w czasie jego nieobecności pomocnicy takie gówno do żarcia pichcili, że o mało reszta obozu się nie posrała. Tak potężna jest Mazalia.   - Dobrze. Już wszystko wiadomo. Przyniesie mi to ciało do wozu jak najszybciej… - A może być teraz kochana? - Co on zgłupiał? Trupa do wozów jak rosół jest robiony? Wszyscy na zgniliznę mają pomrzeć jutro? - No tak…   Zamir opuścił głowę w geście pokory i skruchy.   - Za pół godziny przyjdzie z trupem… Aha! I przyniesie mi dziesięć złotych monet! - Dobrze moja piękna!   Po tych słowach kozak wystrzelił z wozu Szeptuchy jak z procy! Najpierw ruszył do swego namiotu po złoto. Stara dużo chciała za swoje usługi, ale to nadal była mała cena za to co ta kobieta potrafiła zrobić. Potem wrócił pod drzwi babuleńki, usiadł na drewnianych schodkach koło trupa i począł czekać.   ***   -… poda mi teraz jedną monetę. - Proszę.   Odpowiedział porucznik i wykonał szybko to, o co poprosiła go szeptucha, stojąc nad rozłożonym na podłodze trupem. Nieboszczyk leżał na deskach wozu z rękoma ułożonymi wzdłuż tułowia, a pod jego plecami wyrysowany był przedziwny i wielkie krąg magiczny, z taką ilością wzorów, że ktoś mógłby pomyśleć, że są to jakieś nic nieznaczące bohomazy. Szeptucha wzięła monetę z rąk niebieskookiego mężczyzny i włożyła ją do ust dłużnika.   - Teraz pod mi te kurze łapki…   Trochę zdziwiony dowódca taboru podał babuszce kurze łapki z miski leżącej koło niego. Ile wynosiła szansa, że części kury z rosołu mogły akurat teraz być potrzebne do wskrzeszenia człowieka?   Mazalia zaczęła wymawiać bardzo dziwną litanię zdań w przerażającym i bardzo dziwnym języku. Chwilę później wszystkie świece w wozie zgasły, ta krzyknęła i rzuciła w twarz trupa obiema łapkami. Przez plecy kozaka przeszedł dreszcz. Poczuł, jakby przez chwilę w wozie zrobiło się naprawdę zimno. Miał też wrażenie, że między nimi, w tym ciemnościach oświetlanych jedynie słabymi promykami księżyca, wpadającymi przez zasłonięte szmatą okno, jest ktoś jeszcze. Kozak nagle dostrzegł, jak trup połknął monetę i otworzył oczy. Szeptucha stała jak kamienny posąg z wyciągnięty w górę rękami. Nawet nie drgnęła, nawet nie jęknęła. Jęczał i charczał za to nieboszczyk, który znów musiał przypominać sobie, jak działają struny głosowe i język. Zamir w końcu rzekł do dłużnika.   - Gadaj byle szybko, gdzie ukryłeś resztę swojego złota! Wiem, że nie wydałeś wszystkiego i że tak naprawdę miałeś jeszcze sporo, bo handel z tamtymi ludźmi jednak Ci się udał! Gadaj!   Głowa trupa powoli obróciła się w kierunku czarnowłosego. Chwilę później odezwał się głos, jakby z oddali, jakby przepełniony boleścią, cierpienie, ale też z wielką irytacją?   - Nieee… nieeee nooo! Kurrwaaaa…! Tyyylkkko poootooo mnie ściągaaaaasz chaaamieeee! Nieee wiiiidziiiszzz, żeee martwy jeeestem! A Tooobiee tylko złoootoo w głowiee!? - Przestań pierdolić, bo moja kochana Mazalia zrobić Ci z duszy efekt trafienia katiuszem, za nim pozwoli odejść w spokoju do piekła, do którego zapewne trafiłeś! Gadaj, gdzie ukryłeś resztę swojego złota!   Zamir miał gdzieś co ten trup miał do powiedzenia, oprócz oczywiście lokalizacji złota.   - Czzyyyy tyyy jesteeeś, aaaż taaaak okruuuutny? - Przestań pieprzyć! Gdzie jest złoto?! Mów, albo poznasz wyżyny mojego okrucieństwa!   Ciało leżało sztywne, lecz głos nadal wydobywał się z niego niczym ze studni.   - Mojaaaa chaaaataaa … koooomiiiinnn, oddd dooołuuu… śpieeeesz się… Śpieeeesz się chamieee…      Po tych słowach zapaliły się świece, a szeptucha opuściła ręce. Wszystko w ciągu kilka sekund wróciło do normy. Kozak oparł się o ścianę chaty i zakręcił prawym grubym czarnym wąsem. Chwilę później Mazalia rzekła.   - Wszystko? To już idzie! Bo muszę posprzątać pióra po kurze. - A właśnie! Jak rosół piękna? Dla mnie też co ostanie? - Nie wyszedł. Idzie już.   Mężczyzna uśmiechnął się krzywo i bez zbędnego słowa opuścił wóz szeptuchy. Nie chciał tracić czasu, bo nie bez powodu zmarły kazał mu się śpieszyć. A żeby tego było mało, kozak miał wrażenie, że po ostatni słowie, trup jakby się zaśmiał. Coś było nie tak. Jakiś czas później jechał już w ciemnościach nocy, razem z dwójką swoich ludzi, w kierunku starej chaty dłużnika.   ***   Gdy przedarli się przez ostatnie jabłonie małego sadu owocowego, zauważyli drewniane domostwo, którego najlepsze dni już dawno minęły. Okna poniszczone, dach w kilku miejscach posiadał spore dziury, a drewniany ściany wyglądały tak, jakby zaraz miały się rozpaść niczym domek z kart. Jednak nie to kazało zatrzymać się jeźdźcom. Przed drzwiami stał mężczyzna z pochodnią w dłoniach i gdy tylko zauważył trzech konnych, od razu krzyknął do środka…   - Eee! Mamy gości!   Razem z Zamirem jechał brat Lorcan, jego prawa ręka. Wielki i masywny mężczyzna o łysej głowie i ponurym spojrzeniu. Mało gadatliwy. Przy prawym jego boku wisiała spokojnie i cicho solidna dębowa pała z wyraźnymi kozackimi runami. Przyboczny porucznika kozackiego rzadko walczył bronią stalową. Podobno robił to dlatego, aby była większa szansa na wzięcie do niewoli nieprzytomnego nieszczęśnika. Wiadomo, gdy przez czerep dostanie się szablą, to śmierć chyżo nadejdzie, a co innego gdy otrzyma się mocne uderzenie drewnianą pałką.   Drugim towarzyszem był brat Cathal, co ubrany był w długi brązowy płaszcz, a za pasem posadzone siedziały dwa pistolety skałkowe. Strzelec niedościgniony. Człowiek z sokolim okiem i szybką ręką. Złodziej, porywacz i zabójca. Z jego twarzy nigdy nie schodził uśmiech podobny do reakcji na kiepski żart opowiedziany nie w porę, na temat który nie powinien zostać poruszony w danym towarzystwie.   Po zawołaniu pierwszego postawnego draba, co ewidentnie dwóch górnych zębów nie miał, wyszło z domostwa kolejnych trzech oprychów. Każdy był podobny do solidnej szafy na ubrania. Wszyscy przyodziani w luźne koszule i lekkie skórzane kamizele z ćwiekami. Każdy z nich trzymał w rękach drewnianą solidną pałkę. Jednak to nie był koniec drużyny z burdelu, bo kilka uderzeń serca później na ich czoło wysunęła się z budynku kobieta o rudych włosach i spojrzeniu dziki oraz nieustępliwym. Była ubrana podobnie jak pozostali, z tą tylko różnicą, iż na nogach nie miała prostych buciorów, a wysokie skórzane obuwie jeździeckie. No i jeszcze miast drewnianej pałki przy pasie, wisiał krótki miecz.   - Nie wiem kim żeście, ale lepiej dla was jeżeli w tej chwili zawrócicie…    Zawołała z energią i pewnością w głosie. Widać było, że nie pierwszy raz przewodzi ludziom i na pewno nie jest to jej pierwsze takie spotkanie.   Zamir w żadnym wypadku nie zamierzał odpuścić. Zeskoczył z konia, a wraz z nim uczynili to jego ludzie. Nie wyciągnąwszy szabli, zaczął podchodzić do bandy pewnym krokiem. Stanęli dopiero na odległości dziesięciu, może piętnastu kroków od rudej i jej obstawy. Wciągnął do płuc świeże, mroźne powietrze i z lekką nutką radości w głosie, tak rzekł.   - Obawiam się, że i ja muszę prosić was o to samo.   Dziewczyna zaśmiała się głośno, mówiąc.   - W taki razie mamy impas wąsaty nieznajomy. - Na to wychodzi.   Bracia Zamira stali jeden krok za plecami kozaka, po obu jego stronach. Też nie mieli dobytej broni.   - Biorąc pod uwagę godzinę… - Znów zaczęła mówić ruda herszt bandy z burdelu. -… zakładam, że przyjechaliście odebrać to co pożyczył od was ten kurwiarz i moczymorda. Tylko zastanawia mnie jedno. Skąd wiedzieliście, gdzie ukryte ma złoto i dlaczego akurat teraz po nie zajechaliście?   Kozak spojrzał się bystro na zgrabną rudą dziewczynę i odrzekł.   - Gdy ktoś pożyczy ode mnie złoto, to nawet gdyby umarł, odzyskam to co moje. To, można by rzec, jest kwestią honoru. - Kwestią honoru powiadasz?...   Zaśmiała się dziewczyna i dodała uszczypliwie.   - … a nie tego, żeś skąpy i dusigrosz?   Wąsy kozaka delikatnie drgnęły. Nie lubił chamstwa i niepotrzebnych zniewag, a zwłaszcza gdy były kierowane do niego, przy jego ludziach.   - W złym kierunku poczęłaś iść rudzielcu. Sądziłem, że mam naprzeciw sobie kogoś na poziomie, a tutaj widzę, nie tylko z burdelu pochodzisz, ale i burdel masz w tej rudej główce. - Waż słowa kozaczy synu…   Odezwał się ponuro jeden z jej ludzi, nerwowo miętosząc w dłoni uchwyt drewnianej pałki.   - Zamknij mordę, gdy dowódcy rozmawiają. Łysa pało…   Tym razem odpowiedział Lorcan, mierząc zabójczym wzrokiem łysola ze szpetną mordą. Dowcip w tej odpowiedzi był taki, że przypomnieć warto, iż brat Lorcan też nie posiadał włosów. Tamten chciał coś odpyskować, ale ruda uciszyła go gestem podniesionej dłoni. Chwilę potem rzekła.   -  Wygląda na to, że rozmiar twoich wąsów odpowiada też rozmiarom twoich jaj. Odważny jesteś, że szczekasz tak do ludzi z miasta, kozaku. A zastanowiłeś się, czy warto zadzierać z nami dla garści złotych monet? - Nawet gdyby to była tylko jedna złota moneta. Dług to dług. A jeżeli chodzi o kwestię moich przemyśleń. Problemu nie będzie, gdy nie będzie nikogo, kto mógłby opowiedzieć o tym co tutaj zaszło.   Wilczy uśmiech pojawił się na twarzy porucznika, a ruda kobieta, przymrużywszy oczęta, tak odpowiedziała.   - Rozumiem, że to groźba? - Raczej dobra rada od nieznajomego. - A gdybym zaproponowała podział tego co znajdziemy? Powiedzmy, pół na pół?   Wąsy kozaka znów delikatnie drgnęły.   - Biorąc pod uwagę, że po tym starciu na pewno będzie trzeba kogo leczyć lub pochować, a to nie są tanie sprawy! To jestem w stanie zgodzić się na taką umowę. - Czyli pół na pół? - Tak, pół na pół. - Dobra panowie, chowajcie pałki! Dzisiaj nikt nie będzie krwawił ani zdychał.   Rzekła do swych ludzi ruda i powoli ruszyła do kozaka. Ten uczynił to samo w jej kierunku. Chwilę później umowa została przypieczętowana uściskiem dłoni. W momencie zawarcia umowy ich spojrzenia spotkały się na bardzo krótkim dystansie. Jej piwny wzrok zanurkował w jego błękicie. Zamir miał wrażenie, że coś zaiskrzyło. Jej dłoń nie była delikatna jak u większości niewiast. Czuł, że dziewczyna musiała przez wiele zim ćwiczyć walkę mieczem, który dzierżyła. Jego podświadomość poinformowała go, że stoi przed nim ostra cholera, a porucznik kozacki miał słabość do takich diablic.   - … a więc chodźcie do środka i zacznijmy poszukiwania!   Powiedziała już trochę delikatniej dziewczyna do wąsatego mężczyzny, puszczając jego dłoń. Ten odpowiedział również o wiele delikatniej niż wcześniej.   - Dobrze! Prowadź zatem do chałupy!   Oczywiście kozak nie był idiotą i brał pod uwagę, że może być to tylko bardzo sprytna technika zmniejszenia zasięgu między obiema grupami. Jednak był gotów zaryzykować. Przecież nie było nigdzie powiedziane, że ta ruda dziewczyna planuje tak zmyślną zasadzkę.   Chwilę później w sporym pomieszczeniu będącym jadalnią, stało osiem osób. Zamir i dziewczyna kucali przy kominie, gdy reszta chłopów stała praktycznie ramię w ramie niedaleko wejścia na korytarz. Było ciasno, ale nikt z obu grup nie chciał ustąpić pola w ewentualnym zagrodzeniu przejścia. W powietrzu nadal czuć było napięcie, niczym stojące w miejscu duszne powietrze, chwilę przed burzą.   - To musi gdzieś tutaj być…   Kobieta mamrotała pod nosem, grzebiąc ręką w środku komina. Zamir zaś podsuwał kolejnej pomysły lokalizacji szukanych monet. Kilkanaście uderzeń serca później ruda dziewczyna wyjęła w końcu sporej wielkości skórzany mieszek. Oboje wstali z kolan. Rudy herszt czuł w dłoniach ciężar złota, gdy jej wzrok na kilka sekund przeciął się ze spojrzeniem kozaka. I właśnie w tym momencie porucznik krzyknął…   Pierwsi zareagowali czterej łysi mężczyźni, wyciągając praktycznie w jednym momencie pałki. Niestety, aby kogoś uderzyć, należy się wpierw zamachnąć, a Cathal nie musiał tego robić. Wyciągnął tylko pierwszy pistolet skałkowy i wystrzelił praktycznie z przyłożenia, w głowę jednego z goryli. Rozpędzona ołowiana kula wbiła się z mlaskiem w sam środek czoła, przelatując na wylot. Fragmenty czaszki i mózgu mięśniaka wyleciały z tyłu na jednego z jego kolegów, zresztą tak samo jak wystrzelona kula, jednak ta straciła już swój impet i trafiła w fragment drewnianej ściany po prawej stronie łysego mężczyzny. Opryskany krwią mięśniak zawył ze wściekłości i rzucił się na strzelca z uniesioną pałką. Zdążył solidnie uderzyć go w lewe ramie, gdy nagle, niczym wściekły goryl, Lorcan skoczył na mężczyznę i przewracając go własną masą ciała, chwycił go za głowę i począł uderzać nią o podłogę. Cathal cofnął się do tyłu, wyciągając kolejny pistolet gdy dwaj pozostali łysole, stojący trochę dalej od wyjścia, dobiegli do Lorcana i zaczęli okładać jego szerokie plecy serią silnych uderzeń pałkami.   Sekundę wcześniej porucznik kozacki dobywając szabli, uniknął pierwszego ciosu rudej kobiety, która była ewidentnie szybsza w wyciąganiu broni. Kozak musiał wykonać jeszcze dwa kolejne uniki, za nim w końcu jego szabla wylądowała w prawej dłoni. Od tego momentu walka wyglądała z boku na wyrównaną. Na przemiennie parował i zadawał ciosy raz Zamir, a raz ruda kobieta. Walczyli przy tym w milczeniu. Nie wydawali z siebie praktycznie żadnych odgłosów. No, może po czasie ich oddechy stały się głębsze i pełniejsze ze zmęczenia. Prawda była taka, że w pierwszych chwilach tego starcia pojedynek był całkowicie wyrównany. Dopiero czas miał rozstrzygnąć te starcie. Brat Cathal odrzucił na ziemię pierwszy pistolet i wyjął drugi, gdy dwaj mężczyźni napieprzali już gdzie popadnie całe ciało Lorcana. Ten zaś po całkowitym rozbiciu głowy przeciwnika zakrył swój czerep dłońmi i czekał na najlepszą okazję, aby uciec spod intensywnej katowni. Obaj napastnicy byli tak pochłonięci uderzaniem mężczyzny na ziemi, że nie zauważyli, jak bez żadnego problemu podszedł do nich strzelec i łapiąc jednego z nich za czoło od tyłu, przyłożył mu lufę pistoletu do szyi i wypalił. Krwawy wodospad z fragmentami kości kręgosłupa rozprysnął się na wszystkie strony.   To był ten moment gdy obity Lorcan rzucił się na nogi przeciwnika, który przez chwilę przestał go okładać, zaskoczonym tym, że jego kumpel właśnie przewracał się z luźno wiszącą głową na fragmentach szyi.   Silne ramiona mężczyzny pociągnęły nogi oprycha, a ten niczym wielki dąb zwalił się do tyłu, uderzając głową o podłogę. Kilka sekund później obity brat Lorcan wskoczył na niego i zaczął okładać jego twarz pięściami.   Cathal nie zamierzał nikomu przeszkadzać, podniósł z ziemi swój pierwszy pistolet i ładując go, wyszedł na zewnątrz wypatrywać kolejnego zagrożenia. W tym samym momencie, z ciężkimi oddechami i z ewidentnie zmęczeniem na twarzy, ruda i kozak zadawali coraz wolniejsze i słabsze uderzenia. Ich odskoki i parowania stawały się z każdą chwilą mniej precyzyjne. Oboje wiedzieli, że jest tylko kwestią czasu, aż ktoś się śmiertelnie pomyli. Dlatego w pewnym momencie pierwszy zakrzyknął Zamir, gdy wykonywał kolejny raz parowanie na głowę.   - Zaniechaj ruda! Twoi… twoi ludzie nie żyją! Sama ostałaś! Zaniechaaaj…! - Nie jestem rudaa ty kozacza mordo! Jesteem Abella!   Z ciężkim oddechem odpowiedziała mu osamotniona wojowniczka. Kolejne odgłosy stali rozlały się po pomieszczeniu.   - No to Abellaa… Podziwiam, twój upór! Ale to już koniec! - Nie sprzedam tak łatwo skór…   W tym momencie Zamir wykonał szybki pół okrąg szablą, trzymając na swym ostrzu ostrze krótkiego miecza przeciwniczki. Na końcu tego ruchu, czubkiem szabli podbił jej broń do góry, tym samym wybijając ją z jej rąk. Abella dysząc głośno, stała teraz z rozłożonymi rękoma, a oczy jej płonęły wielką nienawiścią. Porucznik kozacki łapiąc oddech, opuścił pióro szabli na podłogę i nie spuszczając wzroku z rudej dziewczyny, rzekł.   - To już koniec. Oddaj mieszek i rozejdźmy się, chociażby w tymczasowym pokoju. Co ty na to?   Przez długą chwilę kobieta o krwawych włosach zastanawiała się nad propozycją kozaka. Nie było tutaj dużo do myślenia, bo jej sytuacja była wręcz tragiczna. W tym samym momencie znad ciała jej człowieka podnosił się masywny mężczyzna z zakrwawionymi pięściami. Z twarzy denata nie zostało za dużo. Gdyby chłop przeżył, raczej targnąłby się na swoje życie niż by żył dalej z takim ryjem. Bliżej drzwi leżało jeszcze trzech jej ludzi. Wszyscy martwi i tak samo brutalnie zmasakrowani. W końcu opuściła ręce, wyjęła mieszek i rzuciwszy go w stronę Zamira powiedziała.   - Dla twojej wiedzy, to nie jest poddanie się. Jeżeli mnie puścisz, to na pewno kiedyś się zemszczę.   Kozak otworzył mieszek, wysypał ze środka połowę jego zawartości, tak na oko i wręczył ją Abelli, mówiąc.   - Rozumiem. Tutaj jest połowa złota, tak jak się umawialiśmy. - Na twarzy Zamira pojawił się lekki uśmiech, po czym dodał. - Jednak mimo wszystko mam nadzieje, że następnym razem w inny sposób będziemy się ścierać… - Chyba cię pojebało kozaku…   Nie spodziewając się takiego przebiegu rozmowy, ruda zaśmiała się wbrew aktualnej sytuacji. Nie do końca rozumiała mechanizmów, jakie działały w tym człowieku. Ta jego zuchwałość i pokręcona potrzeba honoru, była… nawet pociągająca.   Chwilę później kozak odjechał w mroku, razem ze swoimi ludźmi, gdyż jeszcze tej nocy miał coś do zrobienia.   ***   Słońce nieśmiało zaczęło zalewać bladym światłem obsypane śniegiem krzyże i nagrobki miejskiego cmentarza, gdy przy drewnianej chatce grabarza pojawił się wąsaty jeździec na czarnym jak noc ogierze.   - Szefie? A czemu nie w lesie? - Już ci mówiłem dlaczego!? Dałem słowo, że chłopa pochowamy! - Ale przecież ten strażnik już pewnie o tym wszystkim zapomniał! - Nie robię tego dla niego, ani dla tego złodzieja. Robię to dla siebie! - Znaczy, że co? Pochowasz chłopa w grobie, jak dzieci zostawiają pierwsze zęby pod posłaniem, czekając na coś dobrego w zamian? - Cholera, Bandyto! Chodzi o dane komuś słowo. Jeżeli chociaż raz nie zrobię czegoś co obiecałem zrobić, wtedy będę czynić to częściej, a w konsekwencji stanę się zwykłym przestępcą, a nie kozakiem. - Szefie! Bez urazy, ale my już i tak często ocieramy się o prawo i to z tej drugiej strony! - Powiem tak. Nie oczekuje, że to zrozumiesz, bo jesteś tylko koniem… - To zabolało szefie…   Bandyta parsknął wesoło, na co Zamir kontynuował, puszczając mimo uszu jego uwagę.    -… ale są sprawy w życiu ludzkim, których trzeba się trzymać całe życie, bo inaczej…   W tym momencie z drewnianej chatki wyszedł zaspany mężczyzna ubrany w czarne i długie szaty, w dość konkretnym wieku. Przeciągając się beztrosko i przecierając zaspane oczy, stwierdził zdziwiony.   - Co tutaj się dzieje? Od kiedy uświęcony teren cmentarza to miejsce do fizjologicznych pogaduszek?   Kozak zeskoczył z konia i ukłoniwszy się kulturalnie, odpowiedział.   - Filozoficznych pogaduszek drogi grabarzu. - Co? - Nie ważne. Mam tutaj duszyczkę do pogrzebania. Straż miejsca kazała mi się z nią zgłosić do pana. - Kolejna ofiara ulicy? - Można tak rzec. To jak będzie? Ile za pochówek? - Jako że mnie obudziliście Panie i to z bardzo wesołego snu… - Tutaj stary grabarz ostentacyjnie podrapał się po narządach męskich. - … trzeba będzie po kapłana, potem jakieś płaczki wynająć. Ma on jaką rodzinę? - Nie. - To będzie pięć złotych monet. Oczywiście bez trumny, bo z trumną dodatkowe dwie. - Nie da się taniej? - Da się, ale wtedy sam drogi Pan wykopie nieboszczykowi dół. - Niech będzie. Z trumną i to pan kopie.   Po dobiciu targu i pozostawieniu denata specjaliście kozak ruszył w drogę powrotną do obozu. Oczywiście w czasie podróży psioczył na wysoką cenę pochówku, bo w ostatecznym rozrachunku pozostało mu jedynie sześć monet z długu nieboszczyka. Skąd taka kwota? Zrozumiał to dopiero gdy płacił grabarzowi. Niestety Abelli oddał nie dwadzieścia pięć, a aż dwadzieścia siedem monet. No i jeszcze Mazalia wzięła od niego dziesięć. Godzinę później, w połowie drogi Bandyta w końcu nie wytrzymał i parsknąwszy wesoło, stwierdził do swego dowódcy.   - A mówiłem, że lepiej do lasu… - Jedź i się zamknij. - … las jest za darmo szefie. Las jest za darmo.    

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Dominika Moon zakochałam się w treści. Ma moc, wydźwięk!!! 
    • @Lidia Maria Concertina pozamiatane .. Tytuł, treść ma taki wydźwięk że szyby z okien ...trzask!!!  A ten fragment poddaje pod wątpliwość pojęcie grawitacja...odrywa od podłoża

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Zachwycające

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      mojego - nie wiem czy dwa razy było w zamiarze czy coś poleciało, ale ten autorament   Chylę czoło.     
    • Pan pozwoli, że się wypowiem. Dla mnie, z naciskiem DLA MNIE

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      ... Brzmi to po pierwsze bardzo podobnie do poprzedniego utworu "Wydajność". Muzyka ma dwa style: reggae i rap. Słowa – bardzo dobre, ale jak dla mnie – do spokojniejszego rytmu. W tekście czuć kobiecą "rękę". Głos – wokal Tekst – bardzo tak, wokal – bardzo tak, ale nie ten gatunek muzyki. Al się nie popisał, doradzając. Kończąc, posłużę się cytatem Wisławy Szymborskiej: "Nic dwa razy się nie zdarza I nie zdarzy, z tej przyczyny..." Czyli - po mojemu dwa praktycznie te same kawałki.   Oraz muzycznym dziełem jej wiersza.      
    • Taki piękny raj To ty i ja   Taki piękny haj To ty i ja!   I my to wiemy Będąc niewolnikami Tego szarego świata   Gdzie brat zabija brata   A to co nowe burzy Ten stary porządek   Witaj w koszmarze To dopiero początek!  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...