Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Raz pewien wieprzek, świńskim różem zanudzony,
postanowił wyjść z chlewu i pozwiedzać świat.
Ucałował prosięta, szepnął: „Pa!” do żony,
włożył garnitur, krawat i ruszył jak wiatr.

Pod wieczór było, kiedy ujrzał Polaczkowo –
zaścianek katolickich wartości i cnót,
krzywdzony przez sąsiadów przez całą dziejowość,
niszczony przez komuchów, żydostwo i głód.

W tej dziurze stanął kaban, szukając noclegu,
a po ulicach tańczył ze śmieciami zmierzch;
świntuch spytał przechodniów pierwszych lepszych z brzegu,
czy jest tu gdzieś koryto, może nawet chlew?

Ludzie objęli wieprza, setnie rozbawieni,
rozumiejąc pytanie jako miły żart;
a że był w garniturze, jak ci dżentelmeni,
więc – swój facet, biznesmen, zakumplenia wart!

Do knajpy zaprosili, takiej ze striptisem,
by do różowych samic kwikać, chrumkać, wyć;
dymiły po gorzale golone łby łyse,
że czasem nie odróżnisz, czy czerep, czy rzyć.

Nad ranem knur powracał z kompanią radosną
przez śpiące Polaczkowo w tę stronę, gdzie chlew,
śpiewajkę rycząc skoczną, fałszywą a sprosną,
aż w oknach budził światła ten pierwotny zew.

Rozmowy przeraźliwe w antraktach piosenek
niczym pieprzny i wieprzny, twardy przekleństw stek,
charkośmiechy, dowszipy o szipach panienek,
plucie, szcianie po szcianie, ryńsztok, kanał, szciek.

W tym stanie luzackiego interupojenia
odyniec z ludźmi raźno puka do swych wrót;
lecz mu locha w ryj rzuca, kwicząc z obrzydzenia:
„Aleś się zeczłowieczył! Wracaj w ten wasz smród!”

Opublikowano

Wiersz sympatyczny, ale ta strofa jest dla mnie nie do przyjęcia:

Pod wieczór było, kiedy ujrzał Polaczkowo –
zaścianek katolickich wartości i cnót,
krzywdzony przez sąsiadów przez całą dziejowość,
niszczony przez ... żydostwo i głód.

oczywiście prawo satyry nie zabrania takiego ujęcia, ja jednak mam wrażenie, że ten kraj niszczą prywaciarze - bezmyślni dorobkiewicze, lizusy każdego systemu, włazipupy za 2 zł i oszuści. Kolesie, co mają po 10 tys w portfelu i mówią: "se poszłem do banku".Znam takich.

A Kościół to historia człowieka, czasem rzeczywiście histeria, jednak ja złych doświadczeń z Kościołem nie mam.

"żydostwo" - enigmatyczne strasznie ;)

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



A ja, wprost przeciwnie, uważam, że autorka wpadając w gorzką ironię objęła tym skrótem 90% naszego jestestwa w Polandii. Prywaciarze są solą tej ziemi, w odróżnieniu od hipokrytów, oportunistów np.z wielkich uniwersytetów, którzy cicho siedzą i nic nie mówią w sprawie walenia w dupę UJ przez hucpiarzy. O, to jest niechlubny kawałek naszego życia.
Picie, ruja, żarcie do rozparcia - nie! Jest częścią naszej zwierzęcej natury i nic w tym złego. To kwestia przyjętych standardów lub wzorców.
Przyznam, że choć raz, chciałbym uczestniczyć w bankiecie wydanym przez np. cesarza chińskiego a szególnie tego, który użył do zbudowania scenografi przyjęcia - grot, gór, lasów - wieluset ton mięsa, bawiło się w polowanie ( nie krwawe) na "szansonistki" i "szansonistów" kilkuset zaproszonych szacownych gości( elita).Bal trwał kilka dni. Oczywiście, chciałbym polować!
W Polaczkowie standartem nie jest ruja i poróbstwo, więc świnia nie mogłaby się w nim niechlubnie zczłowieczyć, ale znam takie miejsca, są bardziej na zapad( bliżej zad i wad) i bardziej przy wiejskiej...może drodze, może zagrodzie, a może w wielkim mieście?


Pozdrawiam :)))
Opublikowano

hahahah ale mi się fajnie po dzisiejszym dniu poczytało:)))
Już bym chciała, aby na moich włościach taki wiersz był czytany:))
na głos i coś czuję, że się wydarzy!!! Ściskam i czekam w każdej chwili:))
Wiersz już jest w ulu:)
Pozdrawiam serdecznie:)) Ewa.

Opublikowano

Kapitalny wiersz, trafionyw dziesiątkę, bardzo mi się podoba.
"zaścianek katolickich wartości i cnót,"- to przecież nie o kościołach,
nawet nie o duchowieństwie, ale o nas; o społeczeństwie, które dużo mówi o wartościach,
a w praktyce, wiadomo jak to wygląda; nienawiść, zawiść, fanatyzm, zakłamanie, gnębienie
bliźniego - zamiast kochania. Po trupach, do władzy. Bogaty - biednego, syty - głodnego,
tylko udaje, że rozumie. Kto wie, może niedługo wrócą i stosy. A rybka cuchnie, jak wiadomo, od głowy! Nasze piekiełko.
Wyjątki, tylko potwierdzają regułę. Wiersz nacechowany dużą dozą satyry, bardzo trafnej,
ze sporą dawką humoru, ciekawy, ładny, jednym słowem: dobry.
Serdecznie pozdrawiam
- baba

Opublikowano

*sprośną, może?

od początku czuje się puentę, wie się, że podejmie próbę nie tyle umoralnienia, co zaklamrowania kompozycji, zdefiniuje cały wiersz w kilku słowach. nie wiem, czy to dobrze, czy też źle - nigdy nie czułam się najlepiej w satyrycznych utworach :)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Michał, to jest wiersz satyryczny, a w tej strofie jest sarkazm - ja bynajmniej nie uważa, żeby nasz naród był "niszczony przez sąsiadów, komuchów, żydostwo i głód". Z sąsiadami miewaliśmy potyczki i wojny, i raz oni nam włazili w szkodę, raz my im - różnie bywało. Komuchy - to przecież także my, nasz naród, część naszej historii, choć nie każdy lubi się do tego przyznawać; komuchy nie przyszły do nas z kosmosu. "Żydostwo" - cóż to w ogóle znaczy? Jakaś nadprzyrodzona, magiczna siła, która rządzi nami z zaświatów, zawzięła się i próbuje nas wyniszczyć. ;-) To wszystko napisałam z sarkazmem.
A prywaciarze i bogacze? Pewnie, że są skąpi i nie zawsze uczciwi. Ale nie powiedziałabym, że to akurat oni są największą zakałą naszego narodu. My się sami niszczymy, wszyscy, głównie przez nieumiejętność dogadywania się, choć nie tylko. Ale to już inna bajka.
Dzięki za wizytę i obszerny komentarz. Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ha ha! Almare, wiem, że się zgrywasz, ale nie mogę tu nie napisać, że picie nie jest częścią naszej zwierzęcej natury. Zwierzęta nie piją, a więc i nie upijają się, nie rzygają alkoholem na ulicach, nie śmierdzą wódą i nie bekają mi do ucha w autobusach. O nie, żadne zwierzę jeszcze się tak nie zeczłowieczyło!
Co do rui, też ta zwierzęca bardziej mi się podoba niż niektórych osobników naszego gatunku. No, ale tu już prędzej można mówić o naszej zwierzęcej naturze. Żarcie bez umiaru też jest naszą zwierzęcą stroną, to się zgadza.
I masz rację: w Polsce nie jest standardem ruja i poróbstwo. Niestety. W Polsce standardem jest nieleczona impotencja na tle emocjonalnym, u mężczyzn najczęściej po 40-tce, a u kobiet po 50-tce. I to niestety też odróżnia nas od zwierząt w dół, że tak powiem. Ech!... :-(
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ooo, w ulu! Jakże się czuję zaszczycona! Dziękuję, drogi Ewokosie! :-)))
Ja planuję przyjazd do Ciebie, jak najbardziej, tylko czekam, aż Stasia wydobrzeje i jeśli można, zwalimy się do Ciebie razem, co? Może już w czerwcowy długi łykend na Boże Ciało? Mogłoby być?
Pozdrawiam również serdecznie. :-)))
Oxy.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Izbo droga, dziękuję Ci bardzo za pochwałę wiersza i za jego świetną interpretację. Oczywiście, że to nie o kościele. Ale i kościół - to część naszego społeczeństwa.
Pozdrawiam serdecznie. ;-)))
Oxy.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Rachel, oczywiście, że od początku wiadomo, że pokazany w wierszu odyniec jest uosobieniem pewnych określonych cech ludzkich, które należą do dominujących wad naszego społeczeństwa, i że jest to próba wyśmiania, ośmieszenia tych wad i zachowań. Ale czy rzeczywiście da się od początku wyczuć puentę, że świnia się zeczłowieczyła, a nie odwrotnie, jak zwykło się myśleć?
Dziękuję za komentarz i pozdrawiam wiosennie. :-)
Oxy.

PS. Acha, co "sprośną"? Nie rozumiem, do czego to odnieść.
Opublikowano

Niezłe, naprawdę mi się podoba, dobry pomysł, ale no właśnie - druga zwrotka. Rozumiem, że to satyra, jednak satyra na ludzi, z którymi choć się nie zgadzam w pełni, to jednak wyczuwam więź, czego nie mogę powiedzieć o drugiej stronie barykady, zeuropeizowanych, światłych i "tych dobrych".

Nawiasem mówiąc, od Polaczkowa blisko do Polactwa, a wtedy satyra odwróciłaby się o jakieś 180 stopni i byłaby mi bliższa.

Arek

Opublikowano

Ha ha! Almare, wiem, że się zgrywasz, ale nie mogę tu nie napisać, że picie nie jest częścią naszej zwierzęcej natury. Zwierzęta nie piją, a więc i nie upijają się, nie rzygają alkoholem na ulicach, nie śmierdzą wódą i nie bekają mi do ucha w autobusach. O nie, żadne zwierzę jeszcze się tak nie zeczłowieczyło!



i tu ,że tak powiem, nie jesteś na bieżąco. Nie doceniasz świata zwierząt. Obserwacje małp dowiodły niezbicie, że, podobnie jak my, chętnie się nawalają, przefermentowanymi owocami, do stanu zupełnego upojenia.
Mają również w grupie nałogowców i to w podobnym jak i u nas procencie - około 20%.
Piją jak smoki - uwaga!- motyle i to do stanu uniemożliwiającego lot. Pijany jak motyl - jakie to ładne.:))) Mamy, albo nasz mózg ma potrzebę odurzania, nabytą drodze ewolucji lub jako defekt boskiego planu - wybór należy do Ciebie :)))

Co do rui, też ta zwierzęca bardziej mi się podoba niż niektórych osobników naszego gatunku. No, ale tu już prędzej można mówić o naszej zwierzęcej naturze. Żarcie bez umiaru też jest naszą zwierzęcą stroną, to się zgadza.

jeżeli się zgadzasz to super :)). ale mimo to, poczytaj sobie o szympansach Bonobo!


Niestety. W Polsce standardem jest nieleczona impotencja na tle emocjonalnym, u mężczyzn najczęściej po 40-tce, a u kobiet po 50-tce. I to niestety też odróżnia nas od zwierząt w dół, że tak powiem. Ech!... :-(
Pozdrawiam.



ale tego w wierszu nie ma – to po pierwsze, po drugie:
- nie interesowało mnie nigdy życie emocjonalne innych osobników z mojego otoczenia.


pozdrawiam serdecznie
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Arku, już wyjaśniałam Michałowi Krzywakowi, że druga strofa - to sarkazm! Oczywiście, że to czyste brednie chorych na schizę i paranoję! Krzywdzimy się sami i sami robimy sobie piekło w naszej ojczyźnie słodkiej, zwalając to, na kogo się da. :-)
("Słodka" ojczyzna - to tutaj też sarkazm).
Bardzo się cieszę, że pozostała część wiersza Ci się podoba, miło mi. :-)
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Kochana Oxyvio, szczerze wyznam, że myślę tak jak Bernadetta, choć wiersz jest fajną satyrą. Budzi refleksje, a to dobrze.
Serdecznie pozdrawiam :))
Dziękuję, Krysiu. Cieszy mnie taka opinia, naprawdę, bo dla mnie liryka - i to ta smutna - jest ważniejsza i bardziej z głębi serca niż moje błazeństwa. ;-)
Ja również pozdrawiam serdecznie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Tak, czytałam coś o tym: niedźwiedzie upijają się jabłkami, a konie - cukrem! Nie należy dawać tym zwierzętom jabłek ani słodyczy, które tak lubią (zarówno misie, jak i koniki). Natomiast nie sądzę, żeby robiły to świadomie. A ludzie - owszem. I to właśnie stawia nas na gorszej pozycji.


O! Mnie tam zawsze interesowało. Szczególnie osobników samotnych.
Ale faktycznie odbiegamy od wiersza na pewną - choć niedaleką - odległość. ;-)
Pozdrówa wiośniana! :-)
Oxy.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...