Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„UNIWERSALNA EREKCJA”


***
Gamma
Beta
Alfa

Delta
Epsilon
Materia= tłum, ludzie normalni

Scena I

(rekwizyty: stolik, krzesła, brudna szklanka, łyżeczka)

Gamma: Jesteś. Ciało, w ciele układy, narządy, prostopadle i równolegle ułożone ciągi chronologicznych zdarzeń. Pełne happeningów i dramy. Jesteś, mój drogi, czy tego chcesz, czy też nie. Dobre pytanie, mój drogi: gdzie jestem? Ta twoja odwieczna ciekawość, nie znudziłeś się jeszcze poszukiwaniem sensu, którego i tak nie poznasz? Ach tak, masz pasje. Rozumiem. I skrupulatnie ułożoną hierarchię moralnych wartości. Zapomniałbym jeszcze o potędze twojej podświadomości, ogólnej tolerancji, którą głosisz i o powołaniu, którego również szukasz, prawda? Szuku, szuku, szuk. Może za bardzo myślisz o szukaniu, zapominając o celu poszukiwań. Wiem, wiem. Jasny cel jest twoim priorytetem, ale niestety cały, niekoniecznie stały świat zmienia twoje górnolotne cele. Dobrze, nazywaj je jak chcesz, dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia. Dobrze, twoje marzenia. Twoje marzenia, do których realizacji potrzebujesz właśnie mnie. Przestań pytać o to kim jestem. Nie dowiesz się albo dowiesz, jeśli bez mojej pomocy osiągniesz szczęście, a teraz zmykaj. Mam dość rozmów, dość rozmów...
(przewraca krzesło)
Mały podróżniku.

(wejście Alfa, Gamma siedzi przy stoliku stuka łyżeczką o szklankę)
Alfa: Przestań pić Gamma. Zaczynasz widzieć ludzi, których nie ma. Nie jesteś Bogiem i nie mów tak jak On, bo brakuje ci jaj żeby nim być.
Gamma: Nie zauważyłem, kiedy porzuciłaś swoje feministyczne zapędy, Alfa. Bóg jest według ciebie mężczyzną? Stoję tutaj, słyszę, ale uwierzyć nie mogę. To jakiś podstęp. Usypiasz moją czujność...
Alfa: Przecież wiesz, że śpi już od dawna. Snem twardym i... jak ty to nazywasz?
(siada)
Gamma: Wiecznym...
Alfa: Tak, właśnie tak. Wiecznym. Zrobisz herbatę czy znów nie jesteś w stanie unieść swojej czteroliterowej męskiej dumy, żeby choć raz zaimponować prawdziwej kobiecie?
Gamma: Pieprzone feministki. Z cukrem?
Alfa: I cytryną.
(wkłada nogi na stół; po scenie przechadzają się postacie- ubrane normalnie, tworzą zgiełk, wprowadzają chaos, Alfa bez reakcji, ponowne wejście Gammy)

Gamma: Nie mamy herbaty, ale mamy gościa. Może jednak kawa?
Alfa: To skocz po herbatę. Albo nie, jesteś przecież Bogiem, wyczaruj herbatę.
Gamma: Masz rację. Jestem Bogiem. Abrakadabra. Lepsza niż herbata jest śmierć.
Alfa: Nie żartuj. Zaproś go do środka.
Gamma: Jesteś pewna? Nie jestem przekonany co do słuszności twojej decyzji.

(zza kulis wychodzi Beta, Gamma macha ręką i wychodzi)

Alfa: Wiedziałam, że przyjdziesz. Czyż to nie banalne?
Beta: Witaj…
Alfa: Nie sil się na miłe powitania. Oboje wiemy, że dawno powinniśmy skończyć z uprzejmością. Otacza nas podłość, niesprawiedliwość i nienawiść. Po co więc pokazywać swoją uprzejmość? Chcesz, żeby zauważyła cię zawsze głodna nienawiść? Chcesz tego? A może właśnie dlatego uciekasz ode mnie? Może boisz się nienawiści?
Beta: Alfa, ja cię kocham...
Alfa: Chcesz herbaty?
Beta: Słyszałaś, kocham cię.
Alfa: A może kawy, z mleczkiem i dwoma łyżeczkami cukru, tak jak lubisz?
Beta: Kocham cię, Alfa...
Alfa: Zrobię tę kawę, na pewno z chęcią się napijesz. Gamma, mamy jeszcze kawę?
(Alfa wychodzi, Beta podnosi krzesło, zdejmuje płaszcz, siada)
Alfa: (zza kulis)
Jadłeś śniadanie?
Beta: Tak.
Alfa: Na pewno nie jadłeś. Zrobię ci kanapkę z serem i szynką.
Beta: Jadłem już.
Alfa: Kawa zaraz będzie, poczekaj, tylko narzucę coś na siebie.
Scena II

(Beta wchodzi na stół)

Beta: Chodźcie tu wszyscy. Wyjdźcie z ukrycia. Nie zrobię wam przecież krzywdy. Jesteśmy po tej samej stronie. Wszyscy stoimy po jednej stronie, a po drugiej stronie stoi reszta świata. Reszta świata. Szarość. Szarość, o tak mój i wasz największy wróg. Nie wierzycie? Kochani, szarość pochłania coraz większą liczbę naszych sojuszników, na świecie aż roi się od pstrokatych zasad i złudnej wolności. Świat pełen poezji życia, przepadł. I oczywiście w to też uwierzyliście. Ktoś już dawno powinien krzyknąć, że nie mam racji. Ja to wiem, ale czy wy to wiecie. Wiecie gdzie leży wasza prawda? Wiecie czym jest prawda?
Alfa: Beta błagam cię, nie zaczynaj. Zejdź i wypij kawę.
Beta: Czy wiecie, dokąd zmierza wasza ziemska wędrówka?
Alfa: Beta siadaj, nie wygłupiaj się. Tu nikogo nie ma.
Beta: Nie wiecie, bo nie pytacie o to, bo wolicie żyć w niewiedzy. Tchórze! Tchórze!
Alfa: Przyniosłam ci kawę, z mlekiem i cukrem. Tak jak lubisz.
Beta: Nie widzisz ich. Nie czujesz ich obecności. A ich jest wielu, są piękni i silni. Zobaczysz kiedyś i ty ich dostrzeżesz.
Alfa: Chyba mam jeszcze kilka twoich tabletek, pójdę po nie, dobrze. A ty tu zaczekaj.
(Beta, schodzi ze stołu, zaczyna tańczyć wokół stołu, dołącza do niego Materia, naśladując jego ruchy, tworzy misterne szamańskie przedstawienie)

Beta: Słyszę, że nadchodzisz, słyszę twe delikatne kroki i cichy stukot paznokci ocierających się o twarde szkło. Słyszę jak twoje ciało woła każdym centymetrem o miłość, która na zawsze zagłuszy jęki niespełnionego ducha przodków. Alfa!

SCENA III

(naprzeciw siebie siedzą Alfa i Beta,
patrzą sobie w oczy)

Alfa: Świat jest zły, świat jest okrutny. Mówiłeś, że to właśnie przez ten świat, przez tę rzeczywistość twoje wnętrze zaczyna gnić. Zatem dlaczego teraz wierzysz w miłość, która jest nieskończonym i bezinteresownym dobrem. Dlaczego obarczasz mnie swoją absurdalną wizją świata?
Beta: Nie mogłem dostrzec piękna, którego nie było. Teraz w moim życiu jesteś ty i…
Alfa: Nie ma mnie w twoim życiu, rozumiesz? Nie ma. Wmówiłeś sobie, że mnie kochasz, że chcesz oddać mi całego siebie, ale to tylko puste słowa. Potrzebujesz mnie tylko wtedy, kiedy przestajesz widzieć tę swoją dziką publiczność, dla której tańczysz na balkonie i śpiewasz dumne serenady na stole. Już dawno mówiłam ci, żebyś przestał żartować sobie ze mnie. Chcesz mnie wpędzić w jakąś paranoję…
Beta: Nie mów tak, Alfa. Musisz mi uwierzyć, oni naprawdę istnieją, nie mówiłbym ci o nich, gdybym nie był pewien, że kiedyś sama ich ujrzysz.
Alfa: Odpowiedz mi na jedno, proste pytanie: kim ja dla ciebie jestem?
Beta: Jesteś jednocześnie największym bólem i największą rozkoszą mojego życia. Jesteś tym impulsem, dzięki któremu wstaję codziennie rano, zakładam buty i wyruszam w dżunglę ludzkości szarej i prymitywnej, przed której atakiem uchronić może mnie jedynie twoja obecność. Bez ciebie będę nikim. Bez ciebie jestem nikim.
(wyciąga z kieszeni płaszcza papierowego ptaka, daje go Alfie, zawstydzony ucieka, gubiąc szalik)

Alfa:
(podnosi szalik, kładzie go na stole i wychodzi wnikliwie oglądając papierowego ptaka)

SCENA IV
Gamma:
(sam na scenie, ogląda telewizję, widzimy tylko jego reakcję na odgłosy zza kulis, wchodzi Delta razem z Epsilonem)
Delta: Gamma, czy ty w ogóle wychodzisz z domu?
Gamma: O mnie się nie martw Delta, jestem całkiem normalny.
Epsilon: Nie znam bardziej, jakby to ująć, oryginalnej osoby niż ty.
Gamma: Tak? A poznałeś może wybranka Alfy?
Delta: To Alfa ma kogoś?
Gamma: Ano i ma… Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, ale patrząc na to co wyprawia ów osobnik, mam wrażenie, że moja boska natura to nic w porównaniu z papierowym ptakiem.
Epsilon: Co ty znowu bredzisz, gadaj normalnie.
Gamma: Normalnie? Normalniej się nie da. Koleś powtarza, że kocha Alfę, a kiedy to wypowiada, daje jej papierowego ptaka, rozumiecie?
Delta: Nie wiem, w czym ci to przeszkadza, zakochani mają swój język i ty, jako pan i władca wszechrzeczy, powinieneś to zrozumieć.
Epsilon: Miał ten… no właśnie jak on ma?
Gamma: Beta.
Epsilon: Miał ten Beta całkiem oryginalny pomysł na podryw.
Gamma: Obawiam się, że istota problemu, jaki ja zauważam w partnerze Alfy, jest dla was na razie niedostrzegalna, ale nie martwcie się, poznacie go wkrótce. Zbliża się 16:23, a on zawsze o tej godzinie odprowadza Alfę do domu. O, już są.
Alfa:
(trzyma w rękach bardzo dużo papierowych ptaków, układa je na stole, po chwili milczenia podnosi głowę)
Witajcie wszyscy.
Delta: Dlaczego nie przyszłaś z Betą.
Alfa: Skąd o nim wiesz?
Delta: A mówi ci coś pseudonim artystyczny „gruba plotkarka”?
Alfa: Gamma, dlaczego nie dałeś mi opowiedzieć o Becie, tylko sam zacząłeś temat w trakcie mojej nieobecności.
Gamma: Alfa, wyluzuj, nie zdążyłem jeszcze nic powiedzieć.
Epsilon: Zdążyłeś, zdążyłeś…
Gamma: Co tam mruczysz?
Epsilon: Nie nic, nic… Taką melodyjkę sobie przypomniałem.
Gamma: No ja myślę.
Alfa: Chodźcie do kuchni zrobię wam coś do picia, bo Dominus jest dzisiaj nie w sosie. Zresztą jak zawsze, nudzi go panowanie nad światem.
Delta: Ale pod jednym warunkiem.
Alfa: Jakim?
Delta: Opowiesz nam o Becie!
Alfa: Jasne. Gamma, nie waż się ruszyć moich ptaków.
Gamma: Nie długo utopimy się w papierze. Papierowy potop, ześlę na was papierowy potop. Swoją drogą, twój przyjaciel powinien zacząć sprzedawać niepotrzebną makulaturę…
(Delta, Alfa i Epsilon, wychodzą)

SCENA V
Alfa:
(leży na podłodze, otulona bardzo dużą ilością papierowych ptaków)
Gamma: Posprzątaj te cholerne papiery, tu nie da się żyć.
Alfa: Zazdrościsz mi.
Gamma: Tak, doprawdy, czego?
Alfa: Tego, że mnie ktoś pokochał. Pokochał mnie taką jaką jestem.
(Beta wpada do pomieszczenia)
Beta: Alfa, to dzisiaj, to dzisiaj ich zobaczysz!
Alfa: Ale kogo, o czym ty mówisz?
Beta: Zaraz tu będą, skup się dobrze.
Gamma: Rzeczywiście, bardzo zazdroszczę.
(Gamma wychodząc mija się z tłumem, na scenę wchodzi Materia)
Beta: Widzisz ich?
Alfa: Kogo?
Beta: Świetliste stworki, podobne do ludzi a jednak, one mają wokół siebie przedziwną niebieskawą aurę. Skup się Alfa.
Alfa: Ale ja naprawdę nic nie widzę.
Beta: Popatrz.
(Materia podnosi z podłogi papierowe ptaki i zaczyna się nimi bawić)
Czas, by podnieść papierowe ptaki. Nadszedł czas by wzbiły się w powietrze, czas, by wszystkie emocje zaczęły krążyć. Słyszysz jak turkocą ich białe skrzydła? Ten turkot przynosi oczyszczenie, ten turkot przynosi ulgę.
Alfa: Beta, papierowe ptaki leżą na ziemi.
Beta: Skup się, proszę, zrób to dla mnie.
(Beta podnosi z ziemi papierowego ptaka, w tym momencie Alfa przestaje go widzieć)
Alfa: Beta przestań się chować, proszę. Nie drażnij się ze mną! Beta! Wyłaź! Proszę… Beta…
(wokół Alfy tańczy Beta wraz z Materia, rzucają w górę papierowe ptaki i tanecznie usuwają się ze sceny, Alfa zostaje zbierając ptaki w sweter, wychodzi)

Opublikowano

co do języka - ręce same składają się...jest taki nasycony a jednocześnie oszczędny :), widać/dzę wprawne piórko, i wyważone jak harcerska finka...
treść i wpisane w jej tkankę postaci stanowiące nawiązanie do tragedii greckiej(?) /pytam sam siebie/ ale zaktualizowane o pewien model współczesności w swych pogadankach "integrują" sprawy przyziemne z rozważaniami o sprawach zasadniczych, jak prabyt /"Materia", "Bóg" ?/, prawda, piękno /wyławiam tylko to co mi szczególnie utkwiło/ i inne trudne tematy podane wersji uwspółcześnionej w sposób umożliwiający lepsze i pełniejsze "przetrawienie" przez takiego szarego everymana ;)

reasumując, przeczytałem z przyjemnością :)

  • 2 miesiące temu...
  • 1 rok później...
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. taka na odległość rzęs

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Wiechu J. K. Każdy z nas ma jakieś "gdzieś gdzie jeszcze nie był a bardzo chce" Pozdrawiam serdecznie 
    • @Wiechu J. K. zielsko anielsko

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @aff dziękuję Agatko  Twoje słowa są niezwykle budujące

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię. Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem. Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...