Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano
Gdzie wiele wolności tam też wiele błędów.
Pewnym pozostaje, że droga obowiązku jest wąska.

Friedrich Schiller



Akt pierwszy – rozpoznanie.

Jak zwykle wstałem rano i odprawiłem cały rytuał „jestem-człowiekiem-współczesnym”. Myć się trzeba, mawiała moja mama a ja do tej pory nie wiem po co. Ukończywszy wszystkie skomplikowane zadania, jak mycie zębów czy piłowanie paznokci u nóg, mogłem stanąć przed szafą. Tu zaczynały się schody. Jak każdy gej wiedziałem, że lepiej zapaść się pod ziemię niż założyć krawat niepasujący do skarpetek czy marynarkę w innym kolorze niż buty. Ale udało się!
- Swoisty rekord – szepnąłem uśmiechając się do siebie w lustrze. – Tylko 20 minut!
Pocałowałem Grześka na „papa”, chwyciłem torbę i wyszedłem. Dzień zapowiadał się spokojnie. Niebo zmieniało barwę na czysty błękit gdy szedłem przez parking.
- Do pracy rodacy – mruknąłem, uruchamiając auto. Silnik zaskoczył i mogłem udać się w pierwszą wędrówkę tego dnia. Nic specjalnego, możesz pomyśleć. 20 kilometrów krętych warmińskich dróg obsadzonych obficie grabami, które w słoneczne dni tworzą baldachim chroniący przed słońcem.
- Dobry!
- Good morning!
- Cześć!
Tyle powitań na początku podnosi człowieka na duchu. Szczególnie, jeśli ma się nieszczęście pracy w gimnazjum, ucząc dodatkowo takiej abstrakcji jak język angielski. Te dzieci nie potrafią się dobrze wysłowić po polsku a ja wymagam od nich znajomości Present Perfect. Dobrze wiem, że przezywają mnie Mr Handkerchief od mojego ciągłego kataru, ale najgorsze jest to, że źle to wymawiają! Dzwonek zabrzmiał jak wezwanie na wojnę. Chwyciłem dziennik i powlokłem się ku nieuniknionemu. Na dzień dobry 1„B”, potem 3„A”, 1„A”, 2„C” w podwójnym starciu, 3„D” i dzień się skończył. Co prawda, po dwóch godzinach z drugą klasą człowiek nie myśli już jak kiedyś i ma ochotę powiesić najpierw uczniów a potem ich rodziców, ale przynajmniej mogłem wreszcie w spokoju pojechać do domu.
Na nic tak nie czekam jak na wieczorny relaks przed komputerem. Kawa, papieros i czat, gdzie mogę uwolnić się od natrętnych pytań i nieprzyjaznych spojrzeń. Tu każdy jest panem siebie i każdy może być każdym. Wystarczy wystukiwać odpowiednie sonaty na klawiaturze. Zdarzają się oczywiście „trolle czatowe”, ale zawsze można skorzystać z opcji „ignoruj”.
- Syntax zaprasza Cię do rozmowy prywatnej – pokazał mi monitor.
- Znowu angielski – żachnąłem się, ale kliknąłem „OK”.


Akt drugi – poznanie.

Syntax okazał się dwudziestoośmioletnim Krzyśkiem z okolic Trójmiasta. Przystojny, błyskotliwy, z nieziemskim poczuciem humoru i przede wszystkim wolny. Dzięki bogu za kamerki internetowe. Widząc drugiego człowieka czujemy się bardziej związani z rozmówcą. Można zauważyć, czy nasza anegdota wywołała salwę śmiechu czy skwaszoną minę. Można także zobaczyć wiele innych, interesujących rzeczy. I nie mówię tylko o walorach fizycznych, ale tym, co widać za plecami interlokutora, poznać jak i z kim mieszka, czy jest pedantem czy bałaganiarzem. Wzrok to najbardziej wyczulony zmysł.
Rozmowa szła o wszystkim i o dziwo, była bardzo swobodna, można by rzec frywolna. Nim się spostrzegłem usłyszałem głos Grześka, który wyrwał mnie z internetowego amoku.
- Dochodzi północ – szepnął gryząc mnie delikatnie w ucho i wkładając rękę pod koszulkę.
- Poczekaj moment, skończę tylko rozmowę.
- OK. Ja idę się położyć – powiedział puszczając mi oczko.
Szybkie pożegnanie, wymiana numerami gadu-gadu i już mogłem uciec w ramiona mężczyzny, z którym dzieliłem łoże już ponad sześć lat. Wtulając się w jego silne ramiona Pan Syntax uleciał z mojej głowy.


Akt trzeci – pierwsza wędrówka.

Uleciał tylko na moment. Powrócił w marzeniach sennych jak niechciane echo niespełnionych marzeń. Zaczęło się od niewinnej rozmowy o „dupie Maryny” przy piwie, poprzez delikatne pytania o doświadczenia aż do miłosnego splotu w ciepłej pościeli i…
Budzik brzęczał z natrętnością młota pneumatycznego, jakby wyczuwał co się święci w mojej głowie i próbował temu zapobiec. Półprzytomny powlokłem się do ubikacji, by oddać się rozkoszy tańca z ciepłą wodą i mydlinami.
- Co ci się śniło?
Grzesiek stał w drzwiach łazienki oparty zawadiacko o framugę. Z rozczochranymi włosami wyglądał jak mały łobuz, któremu dać tylko procę do ręki i czapeczkę z daszkiem czupurnie przekrzywioną na bok.
- Wyglądasz jakby cię piorun chlasnął – zachichotałem.
- Pytałem, co ci się śniło? – ton jego głosu zdradzał zdenerwowanie.
- Chyba powinieneś zapytać jak ci się spało – próbowałem uniknąć odpowiedzi na postawione pytanie. Przecież nie powiem mu prawdy.
- Mruczałeś przez sen – powiedział oskarżycielskim tonem – a mruczysz tylko podczas…
- Wiem kiedy mruczę. Ty mi się śniłeś. I chyba wiesz, co jeszcze – puściłem mu oczko.
- To ciekawe, bo ja nie mam na imię Krzysiek.


Akt czwarty – plan drugiej wędrówki.

Po burzy niebo jest niebieskie. Po burzy nastaje cisza a świat wraca do porządku, w jakim był zanim deszcz zmył grzechy cywilizacji. Po burzy tamtego poranka Grzesiek milczał już trzeci dzień. Nie wróżyło to słońca. Nie wróżyło to niczego dobrego. Zwłaszcza, że moja znajomość z Krzyśkiem zaczęła się niebezpiecznie pogłębiać.
- So, what can you tell me about fashion in our school? – zapytałem znienawidzoną 2„C”.
- Co za idiotyczne pytanie? – zapytał klasowy pajac Bułtowicz. – Przecież tu każdy musi nosić mundurek.
- Nie moją winą jest poczęcie pana Giertycha – rzuciłem i zanim dotarło do mnie, co powiedziałem, klasa pękała ze śmiechu.
- Będzie Pater Noster od dyrektora – pomyślałem.
- Co to jest Pater Noster? – zapytała Sielakowska z pierwszej ławki.
- Co?! Znaczy się, słucham?!
- Pytałam, co to jest to Pater Noster?
Wstałem z krzesła.
- Co ty? Czytasz w myślach?!
- Przecież pan to na głos powiedział!
Zatkało mnie. Krzysiek wiedziałby jak to zripostować. Na wszystko miał trafną odzywkę. Krzysiek, o oczach błękitnych jak niebo po burzy i uśmiechu mogącym zdewociałą staruchę przyprawić o rumieniec. Dzisiaj miałem pojechać do Sopotu i pod płaszczykiem konferencji metodycznej wreszcie się z nim spotkać.
- Pater Noster to po łacinie Ojcze Nasz. A teraz wracamy do mody.


Akt piąty – wspomnienia z podróży.

- I jak konferencja? – usłyszałem wchodząc chwiejnym krokiem do mieszkania.
- Bardzo udana. Baaardzo… owocna – wybełkotałem.
- Co ty? Piłeś? – spytał.
- Kieliszeczek na rozluźnienie – wychichotałem.
- I wracałeś samochodem?! – Grzesiek był zblazowany.
- Autobusem. Auto zostało w Sopocie.
- Przecież konferencja była w Gdańsku!
- Gdańsk, srańsk czy Sopot. Co za różnica?
- Weź się człowieku ogarnij i idź spać. Rano do roboty.
Gorąca woda koiła obolałe mięśnie i przywracała jasność myśli. Nie wyszło mi to na dobre. Alkohol wyłaził z ciała powodując kaca, niestety również moralnego. Z ręcznikiem na biodrach wszedłem do pokoju. Atmosfera była gęsta, zbyt zawiesista by mogła zwiastować spokojny sen. Grzesiek siedział przed monitorem czytając… archiwum mojego gadu-gadu.
- Ach – powiedział sarkastycznie. – Teraz już wiem, co znaczy owocna konferencja. Znaczy tyle, co zmarnowanie komuś sześciu lat życia! Tyle, co iluzja szczęścia i prawdy! Ale pękła już ta bańka kłamstw!


Akt szósty – włóczęga na planetę reminiscencji.

- Ale…
- Za późno już na ale.
- Ale… przepraszam! Nie wiem, co mnie podkusiło! Ja nie chciałem!
- Teraz już na to za późno.
- I chcesz to tak po prostu skończyć? Sześć wspólnych lat za jeden głupi wyskok?
- Z pełną świadomością swoich czynów.
- Nieprzemyślanych! Jedna głupia chwila słabości. Posmakowałem zakazanego owocu, teraz czas na żal za grzechy.
- Żałuj w samotności.
- Ale przecież przeprosiłem!
- To nie cofnie czasu. Nie zmieni raz wziętego zakrętu. Nie naprawi dziur w nawierzchni.
- To co mam zrobić, żebyś mnie rozgrzeszył?
- Nie moja to już sprawa. Skończyła się nasza wspólna droga. Zostaną tylko wspomnienia.
- Ale…
- Za późno już na ale. A teraz wybacz. Czeka mnie samotna włóczęga na planetę reminiscencji przy kubku cierpkiego kakao…
Opublikowano

Znowu jestem pierwszy,niech tam. Zauważyłem jedną literówkę, o, proszę:...powlokłem się u nieuniknionemu ....- ku? I co ja mam powiedzieć? Prawdę chyba, najwyżej wyjdę na "trolla czatowego". Słyszałem kiedyś rozmowę dwóch koleżanek, obie panny. Jedna drugiej skarżyła się, że wszyscy fajni mężczyźni są albo żonaci albo homoseksualistami. Nigdy nie zrozumiem kobiet, to po pierwsze. Nigdy nie zrozumiem mężczyzny będącego z drugim facetem. Nie przeszkadza mi za to ani jedno ani drugie, niech tak będzie. Opowiadanie jest ok.

Opublikowano

Stereotyp, że każdy homoseksualista niezwykle dba o wygląd. Tiaa... a każda kobieta relaksuje się na zakupach... uhm...
Pomijając to - opowiadanie całkiem, całkiem... przyznam, ze się zaczytałam ;)
Pozdrawiam
Zuźka ;)

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Dzięki serdeczne za odwiedziny i za komentarz! Literówkę już poprawiłem.

Pozdrawiam :-))))



Szczerze powiem, że liczyłem na to, iż wspomnienie że bohater jest gejem zachęci do czytania ;-)) I chyba się udało...

Jeśli chodzi o stereotypy, to fakt - to przesada, ale znam kilku gejów i większość z nich na serio strasznie dba o swój wygląd. A kobiety podobno lubią zakupy - ale te dla przyjemności a nie te z obowiązku ;-)

Cieszę się bardzo, że opowiadanie przypadło Pani do gustu.

Pozdrawiam serdecznie :-))))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...