Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

/podwórkowemu narzeczonemu
Dawidowi K./


pierwszy dom budujemy z gałęzi
w gniazdach ładujemy latarki
i zjeżdżamy po poręczy

lądujemy w środku miasta
nagle dorośli biegniemy z górki
każdy przekroił dżdżownicę
i znalazł drugą połówkę

przerabiam nowe bajki
- ze swoim rycerzem przychodzi sąsiadka
z bujanego konia porywam chłopca na fotel
jako kosmiczni podróżnicy
wysłamy miśka Leopolda w przyszłość
za zabawką goni dziecko

wieczorem w przyczółkach pokoju
powtarzam moją matkę chciałabym żeby kiedyś
bajki mogły cię pogłaskać
zasypiam w najlepsze








---
tytuł zaczerpnięty z baśni "wdzięczność szczupaka" A.N. Tołstoja

Opublikowano

Ładnie to napisałaś, dobrze się czyta takie przetwarzanie się
[quote]lądujemy w środku miasta
nagle dorośli biegniemy z górki
każdy przekroił swoją dżdżownicę
i znalazł drugą połówkę
przerabiamy nowe bajki


Bajki na dobranoc, które głaszczą, dobre wspomnienia - podobasie.
Tylko
[quote]pokazuję to pies to kot na widok smoka mały książę miałczy
miauczy
Miau, pozdrawiam ;)
Opublikowano

biegniemy z górki - to dosłowne dość
a dżdżownice pokroiłem już w przedszkolu i przedszkolanka mi z tego powodu scenę przy wszystkich dzieciach zrobiła - normalnie mam uraz, pewnie dlatego piszę

podoba mi się wejście, ogólnie ok

Opublikowano

Myślę, że w wierszu Autorka pięknie, bardzo sugestywnie,
i subtelnie zarysowała upływ czasu, kolejne fazy w życiu człowieka.
W końcu, kółeczko się zamknęło:
"powtarzam moją matkę chciałabym żeby kiedyś
moje bajki mogły cię pogłaskać
zasypiam więc w najlepsze"
Nieraz powtarzamy slogan: "jak to życie szybko mija!", potem
wraz z upływem czasu, zaczynamy to czuć, rozumieć.
Ten wiersz bardzo ładnie, to odczucie wyraża. Podoba mi się.
Pozdrawiam
- baba

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...