Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano


* * * *
* * * * * *
* * * * *
* * *


Za oknem tępo skrzypiał mróz,
w śpiącym kominie wicher latał,
wyjąc - wyostrzał w ręku nóż
co dłoń imała go bezpańska.

Muskuł, gdy zmieniał zamiar w cios
sam był daleki sedna zbrodni,
jak woda niesie krtani głos,
jak cień daleki jest pochodni.

Dwanaście razy pchnęła pierś!
Dwanaście otworzyła okien
ni ręka to, ni mroku nerw
wpuszczając w ciało ciemne moce.

Dziewczyna w łożu śniła śmierć,
a śmierć wchodziła w ciała kokon!
Będąc - niebędąc spadła w śnie
nocą zimową, ciemną nocą.



* * * *
* * * * * *
* * * * *
* * *


Coś tu wieczorem asfalt w rulon zwija
że nijak trafić przyjezdnym po nocy,
śliw jeszcze zapach jak mocna rakija
kroki spóźnionych po wertepach błądzi.
Rzekłbyś, moc jakoś diabelsko w tym twórcza
i ślepiąc w gwiazdy, już wiesz czemu - Skurcza.

Bo niebo także zmalało do pięści
silnie przywartej na sczerniałej klamce,
na palcach mrowie nieszczerych pierścieni
oczkiem z kamienia złą drogę ukaże
i bądź tu mądry, nie z tych stron człowieku,
kroki właściwe do Skurczy pokieruj!

Lepiej położyć się na ten czas w rowie,
myśli swe zamknąć na zamek tajemny,
dziewczę o oczach niebieskich przypomnieć
i pocałunki od nowa z nią przeżyć
choćby się Skurcza skurczała na zewnątrz,
że człek nie może ni piersią odetchnąć...

Toż właśnie nazwa tej małej mieściny
stąd się wywodzi - z niedostatku serca,
co go nie było u jednej dziewczyny,
chłopców zbywała jak dętka powietrza.
Aż wreszcie w lód się jej serce skurczyło,
samą wessało, jakby jej nie było

i coś tu szosę chowa odtąd w nocy,
Wisłę, chałupy w okrutne mgły wlewa,
a nawet wariant jeden wariat gorszy
ma, bo powiada, że tej Skurczy nie ma
nie tylko na mapach lecz i na świecie:
"... szukając Skurczy, sami też zginiecie!"



* * * *
* * * * * *
* * * * *
* * *



kominiarz w srebrnych guzikach
jak zwykle
zacierał nocą sadze

wtem
dym z ostatniego komina buchnął

a psik!
kichnął niezdarnie
(zapomniał
ust zasłonić chustą)

podniosły się rosy do oczu
guziki rozbłysły zorzami
czarne wąsiska mgła stroszy


więc uciekł
- po drugiej stronie
ziemi choruje teraz

snami



* * * *
* * * * * *
* * * * *
* * *




ze skarpy upadł dąb
pęcznieje chłonąc wodę
w powolnym zapominaniu
że kiedyś pijał zorze

a na nim
wędkarz przysiadł
papierosa o pień zdławił
przepastnym kapeluszem
myśli przykrył

tylko
wędkę zastawił
i też usnął

może
pod konarami
taaaka ryba
wśród lat się przeciągnie
mieniącą łuską?

a rzeka szemrze

piaszczyste brzegi
zaciera mgłami
zatapia w wirach gwiazdy
- kosmiczne marzanny



* * * *
* * * * * *
* * * * *
* * *



Szepcząc dziwy w rzecznej toni,
kiedy liściem noc opada -
blady Wodnik księżyc goni,
ujrzeć go biada ci, biada!

Do palety tajnych łowów
barwę oczu twoich doda,
chwilę zadrży toń i znowu
wśród mgieł martwa zaśnie woda.

A choć zaraz pójdziesz dalej,
to za późno, bez nadziei -
Wodnik odtąd w wirów szale
twoje myśli będzie mielił.

I rozpachną smutkiem drzewa,
białą mgłą świat wokół będzie,
wiatr w niej drogi porozwiewa,
dzień pod płotem zaśnie, zwiędnie.

Jeszcze ciało - twoim będzie
lecz w nim, kiedy noc nastanie
rosnąć będą dwa żołędzie:
obłąkanie, opętanie.



* * * *
* * * * * *
* * * * *
* * *




Cud, że wszystko odchodzi,
ślad się zaciera, cichną echa,
"Jaki ja byłem młody..."
- już nawet się nie narzeka.

Zmysły się tępią i noże
im więcej używane:
noże o chleb codzienny,
zmysły o każde kochanie.


Nocą zimową, za oknem
nów ostrzy się o parapet -
do rana nie można zasnąć,
nóż tępi się w szufladzie.


Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Noce zimowe służą wspominkom, stąd pomysł na taki cykl obrazków :) Obrazków
bo każdy buduje pewien klimat, jest takim starym, kolorowym arrasem z wiersza Lechonia:


Romantyczność

Już pożar złotych liści noc jesienna gasi,
I charty zasypiają na starym arrasie,
Prababki na portretach i królowie Sasi
Znikają wpośród zmierzchu. Smutno w takim czasie.

Nad wodą wiatr przegina wierzb garbatych pałki,
Za oknami zawieja i rozmokła droga.
Biedni ci, co nie mogą uwierzyć w rusałki,
Ani w duchy, we wróżby, ani w Pana Boga!

Jan Lechoń
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Starałem się streszczać :) Wiersz jest trudny w odbiorze, bo łatwiej pojąć
numerację kolejnych strof tak, jak to robił często np. Herbert: I, II, III, itd.
niż oznaczać je, jak zrobiłem powyżej, kolejnymi układami konstelacji:


* * * *
* * * * * *
* * * * *
* * *
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



-a jakie zabarwienie emocjonalne ma to pytanie? się pytam, tylko.
Jak widać, sztampa bryluje także w poezji. Czytelnicy domagają się tego, co już było
i inne spojrzenie choćby na numerację strof wiersza, wywołuje święte oburzenie
nawet - wydawałoby się, nowoczesnych i zaawansowanych technologicznie nicków ;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiem, bo... wieje ;)



kapelusze z głów -
wiosna mija się z zimą
na schodach metra


Można by rzec, że zima włazi pod ziemię (wchodzi do metra)
a wiosna spod niej (z niego) wychodzi.
Na przykład tutaj ktoś oddał takie mijanie:

h ttp://plfoto.com/1055972/zdjecie.html
Opublikowano

[color=#800000]Czego nam nie wypada - wypada za nas jesień.
Aż przyjdzie czas, gdy po nas zostanie tylko jesień

(słyszysz, jak w zagajniku wysokie głosy niesie
lecz łamią się i zda się, że była nimi jesień?)

Więc będziesz - moja tamta w rozszeleszczonym lesie
czesać mnie w mgle wieczornej świerkową szpilką w jesień

a ja będę ischiasem (słuchaj, jak w kościach drze się
w rynnach deszczowych wspomnień letnią pomyłką jesień)

Co w ustach pozostanie - wygada za nas jesień
i w oczach zaszeleści zamiast łez liśćmi jesień.
[/color]

-właśnie znalazłem! czy mógłybyś od czasu do czasu spinać w jakieś tematyczne ciągi te piękności i wklejać w tym dziale?To byłoby porządniej a jednocześniej nam( Twoim czytelnikom) łatwiej wczytywać się w nie. hurtowo.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Dziękuję pięknie. I masz rację, we mnie już wiosna na całego :)



zima nie musi być smutna
zima nie musi być mroźna
sprawiła to ta malutka
śnieg i miłość przygodna

ja nigdy nie chodzę do magla
ale ten raz poszedłem
bo zmiana pogody nagła?
bo zimno? zresztą nie wiem

a ona mnie żelazkiem
akurat gdzie najzimniej
"Owszem ma pani rację
tyle że ja się wstydzę"

"Zgódź się mnie pokochać!"
grozi mi biustem gołym
co miałem zrobić? uległem
bo właśnie byłem bezdomny

taki z nią jestem szczęśliwy
taki jestem radosny
że w wolnych chwilach wzdycham
byle do wiosny byle
do wiosny

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



-a jakie zabarwienie emocjonalne ma to pytanie? się pytam, tylko.
Jak widać, sztampa bryluje także w poezji. Czytelnicy domagają się tego, co już było
i inne spojrzenie choćby na numerację strof wiersza, wywołuje święte oburzenie
nawet - wydawałoby się, nowoczesnych i zaawansowanych technologicznie nicków ;)


Patrz, jak się nie ma do czego przyczepić to i w metrykę spojrzy ^^ Eh. Nie czuj się urażony, Kaloszu, po prostu nie lubię kilometrowych wierszy, wolę szybko, mocno i konkretnie ;-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Ech, kiedy Mały dzielny Toster podobno złamał nóżkę i nie ma humoru a ja tak go lubię,
że wolę się nie narażać :)
To co powyżej nawiązuje do arabskich gazel, pełnych melodii intonacji niedostępnych
naszemu językowi. Imitacja, po prostu czeska biżuteria ;)
Stąd taki dziwny układ rymów i poniżej jeszcze jeden wiersz napisany w podobny sposób:


Bezsilność

Dnia i mnie mało więc kocham cię jeszcze
tak jak nikt nigdy nie kochał cię jeszcze.

Listopad ścieżki czerwieni złowieszcze -
kto zimą będzie tak kochał cię jeszcze?

Trwoży krok śmierci w listowia szeleście
- ach znaj, nim ścichnie, że kocham cię jeszcze!

Coraz mroźniejsze podnosi noc deszcze
i coraz ciszej, lecz kocham cię jeszcze,

Szepczę do końca, byś wspomniała jeszcze
marę wśród mar co dziś woła cię. Jeszcze.




A tu również nawiązanie do formy arabskiej, tak zwanych rubajatów:



Pytasz co u mnie,
a u mnie nie ma już nikogo.
Znaczy się, zaraz na początku jesieni
zostałem tańczącym derwiszem

K
ręcąc
do
upadłego
piruety
z
wiatre
M

aż wyziębiwszy wszystką krew siadłem w kałuży
i dalej śpiewać łażącym po niebie kalosiarzom rubajjaty:


O, jarzębiny! O, drzewa jesienne!
Założyłyście korale jesienne,
Czy na wspomnienie kochanej dziewczyny
Takie jesteście - do bólu - jesienne?


Kiedy nad ranem z rzęsistych chmur łypnęło na mnie oko wkurzonej Wenus,
spłoszony dałem dyla w sen w którym odnalazłem sam siebie
i jestem odtąd nieźle urządzonym Zakładem Pogrzebowym:


Liście przed domem i ulice w liściach,
Pod mostem rzeka sczerwieniała w liściach
A wieczorami - taki sam - w kominku
Ogień buzuje w zeszłorocznych liściach.


Słodka! Jeśli w ogóle zdecydowałem się odpowiedzieć na twój list,
to tylko z jednego powodu -
błagam cię na wszystko co było najpiękniejsze między nami:
zamów sobie trumnę u Konkurencji!

Z ukłonami drzew,
śpiący Rubaj Jat


(Nie spotkałem cię dzisiaj w domu rano
W drodze do domu też cię nie ma rano
Tylko te liście na łeb szyję gnają...
Więc może wcale nie wstałem tak rano?)


Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Jak widać, sztampa bryluje także w poezji. Czytelnicy domagają się tego, co już było
i inne spojrzenie choćby na numerację strof wiersza, wywołuje święte oburzenie
nawet - wydawałoby się, nowoczesnych i zaawansowanych technologicznie nicków ;)


Patrz, jak się nie ma do czego przyczepić to i w metrykę spojrzy ^^ Eh. Nie czuj się urażony, Kaloszu, po prostu nie lubię kilometrowych wierszy, wolę szybko, mocno i konkretnie ;-)
A ja właśnie odpisywałem do Almare, dlaczego nie chciałbym Ci się narazić :)
Co do kilometrowych wierszy, to jestem przecież Miszczem Zakonu Krótkoformowców!


pokrewne dusze -
taka sama zawartość
alkoholu w krwi


I gdybyśmy kiedyś spotkali się jeszcze na tym świecie, to ostatni wers zmienimy na:
"krwi w alkoholu" (spirytusie) ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @vioara stelelor ... myśl pojawia  się nagle  zaczynając pisać  przenosimy się  w nieznany  piękny świat  myśli i obrazów  który jest  pokazywany  błyskawicznie    fajnie w nim  przebywać    więc… ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia   
    • @Berenika97 

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       Twoje komentarze stały się nierozłączną częścią poematu, za co Ci dziękuję :)   Chce mieć słońce. Nie wystarczy mu ziemia, musi mieć i popiół.   Wróżby są jasne — najwięcej zyskają kruki.  
    • @Alicja_WysockaDziękuję :)
    • @vioara stelelor U Ciebie każde słowo jest żywe i pulsuje i jak złapiesz za to jedno, to wszystko drży w Tobie. Absolutnie niczego nie odkładaj, na żadną półkę. Nie zostawiaj niczego w cieniu – serce pisze razem z piórem i wszystko jest na swoim miejscu. Twoje pióro i serce prowadzą każdy wers idealnie. Tak to widzę i czuję, Duszko :)
    • Mamuty    Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje,  Bryza morska co chwila puka w stare okna,  Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła,  Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje,    Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient,  W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile,  I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny,  Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku.    Katia:  Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany,  Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości  Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi,  Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy,  Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy,  Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz.    Klim:   Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła  Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał,  Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść,  Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali?  A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam,  Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską.    Katia:  Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła,  Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia  Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni,  By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił  Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje  Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami.    Klim:  Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja?  Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam  Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa,  Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam.  Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi,  A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada.    Katia:  Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy,  Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały,  Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz,  I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe,  Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką,  Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz.    Klim:  Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry,  Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia,  W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze,  Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha  Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz  Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich.    Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie  Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny.  Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą,  Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli  Których już porzucili w tej mrocznej otchłani,  Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę?    Katia:  Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz  Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem.  Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz  I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy  Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają  A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie?    Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało,  Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem,  Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz   Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz.  Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia?  Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc?    Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie,  Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz,  Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali  Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią.  Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli,  Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz.    Klim:  Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć,  Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem,  Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża,  To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem.  Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać,  Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem.    Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz,  Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi.  Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną,  To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć.  Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem,  Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden.    Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię,  Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie,  One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom,  Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku.  Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni,  Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi.    Katia:   Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze,  Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę.  Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach,  Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo.  Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz,  Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów.    Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro,  Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno,  Bo błędy omijają, więc żalu nie znają  I często na cud Boży, liczą i czekają,  Zatem czego wymagasz, by służyli idei?  Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi    My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli,  Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli  Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli  Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili,  Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani,  Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani.    Klim:   Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani,  Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie.  Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać?  Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski  Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych.  Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni?    Katia:  Już ja rady nie daje, mężu mój kochany!  Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył,  Dużo słów wokół krąży, a mało polotu.  Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę,  A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie,  A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie.    Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię,  Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali.  Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu,  Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka.  A te miasta największe? Jakby walczyć musieli,  Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci.    Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam:  Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę?    Klim:  Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży,  Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni.  Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe,  Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz.  Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy,  Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje.    Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają,  Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną.    Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna  Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie.  Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej,  Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta.  Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję,  Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje.    Katia:  Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić.  Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy,  Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać.  Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą,  Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam.  Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz?    Klim:  Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny  I wstawać musiałem, bo życie choć czekało  Gotowe już przynieść mi, szalone przygody.  Tęsknie za machorkami, zapachem młodości,  Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą,  A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę.    Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała,  Cudowna była chwila, gdy zbierali się  Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości  Wyznania, do miłości, co już - już pomarła!  A reszta mych przyjaciół - kochani są oni,  Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają.    Wczoraj moim jest zegarem,   Starość - mym wspomnienia darem,  Oni mury mi stawiają,  Mnie w swej ciszy układają.  Nie chcę jutra, nie chcę chwili,  Byle oni wciąż tu byli!    Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka!  Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana!  Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie.  Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty:    Co było za potem - dziś izbą nam rządzi  I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi,  To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie,  W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie  Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie,  Bo co raz zginęło - zaginie na wieki!    I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać  Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją  Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie.    Katia  Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz.  Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami,  Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy,  Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale.  Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić.  To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.      Co takiego?    Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną,  Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją!  Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również.  Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody  A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo.  Taka woda zdrowia... doda!  --------------- Leje wodę prosto w oczy,  Zimna struga po nim broczy  Zmyła duchy, zmyła plany,  Siedzi Klimient pokonany  Woda ścieka na gazety,  Finał bzdury i tandety!  Ona stoi, dzbanek trzyma,  Wzrokiem tnie jak ostra zima.  ------------------- Klim:  Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem?  Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz!  Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro!  Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było?  Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie!  Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć  Nie da!    Katia:  Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,   Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały  Męża mojego, męża, co Boże zobacz  Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje,  A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry?  Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże.    Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś  Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś.  W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy  I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona  Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham  Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz!    Klim:  I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś  Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę  Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć  O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę  Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje  Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz    Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi,  Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz,  Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze,  Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem,  Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje,  Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie?    I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego  Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki.  Płytki to on być musiał, skoro twoja woda,  Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia,    Katia:  Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły,  Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie.  Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz,  Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz?  Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny,  Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś.    Klim:  Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz,  Że ja naprawdę, ale na -   -------- Katia wyszła, drzwi zamknęła  Klim na fotelu sam zostaje  Próżne słowa, próżne żale  Koniec baśni, koniec bajki!   
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...