Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wczesną wiosną ogłoszono konkurs o zasięgu ogólnofajflandzkim. Konkurs wyrósł z naturalnych potrzeb duchowych i dążeń całego postępowego społeczeństwa Fajflandii. Miał na celu przeciwstawienie się skostniałym, ciasnym normom obyczajowym, zacofaniu i przestarzałym zakazom moralnym, tłumiącym indywidualność i rozwój jednostek.
Dyrektor Bożydar Pimpa postanowił wziąć udział w konkursie; ba! – postanowił go wygrać. Był perfekcjonistą z natury. Czuł, że jest tu najlepszy. Miał naprawdę ambicję wygrania w tej sferze życia. Zresztą na jego ambicję miała też niemały wpływ atrakcyjność nagrody głównej: półroczne samotne wakacje w luksusowym hotelu w ciepłych krajach, z dowolną ilością wstępów na basen, wynajęć ekskluzywnych samochodów oraz łodzi żaglowych i motorowych. To wszystko przecież stanowi marzenie lub treść życia wielu ludzi! A on nie musiałby się z nikim dzielić – byłby w tym niebie zupełnie sam! I nie musiałby nic a nic robić – we wszystkim by mu usługiwano! I jakże wzrósłby jego prestiż!
Dyrektor Pimpa wziął się za realizację wymogów konkursowych natychmiast po otrzymaniu regulaminu drogą elektroniczną. Zgłosił swój akces, uzyskał mejlową akceptację i poszedł do pokoju żony. Akurat kończyła czynić gruby, solidny makijaż, który służył jej głównie do ukrywania niepotrzebnych uczuć i zmarszczek.
- Kochanie, wiesz, tak sobie myślę, że nadeszła chyba najwyższa pora, żeby się rozwieść – zaczął dyplomatycznie.
Popatrzyła na niego badawczo:
- Tak sądzisz? Dlaczego akurat teraz?
- Mamy za sobą już siedem lat pożycia. To bardzo dużo, biorąc pod uwagę statystyczny czas trwania małżeństw fajflandzkich. Czytałem naukową rozprawę o tym, że normalne uczucie międzyludzkie powinno się zakończyć po czterech latach. Ktoś może nas podejrzewać o jakieś zacofanie, zastój emocjonalny, może nawet o wstecznictwo obyczajowe!
Zamyśliła się przez chwilę. Spojrzała na swoją twarz w lustrze.
- Może masz rację – powiedziała – odfajkowaliśmy już najcięższy obowiązek wobec ojczyzny: wychowaliśmy dziecko, doprowadziliśmy je do obowiązku szkolnego, a teraz to już szkoła jest od dalszego wychowywania Gabrielcia. My jesteśmy mu potrzebni już tylko jako sponsorzy, a w tym celu nie musimy być dalej małżeństwem. Po co się męczyć takim uzależnieniem, liczeniem się z tobą, kompromisami, tolerowaniem tych twoich wad i zagrań, po co. Jestem jeszcze młoda, niebrzydka, jeszcze mogłabym sobie pożyć, poszaleć, pobawić się. A w małżeństwie można się tylko zestarzeć.
- Ja także jestem szczęśliwy, że mogę mieć to już za sobą i wreszcie się od ciebie uwolnić. – odetchnął z ulgą - Mamy prawo być niezależni, niczym nieograniczeni, mamy prawo nie dzielić z nikim swojej własności.
- Masz rację, kochanie. Ty zawsze masz rację – uśmiechnęła się do niego zalotnie.
„Ona rzeczywiście jest jeszcze zupełnie niezła – pomyślał – co prawda znudziła mi się i coraz bardziej denerwuje mnie tymi swoimi dziwactwami, mam już tego dosyć. Ale kiedy od niej odpocznę, to za jakiś czas możemy sobie jeszcze nieźle poszaleć...” Uśmiechnął się do swoich myśli i puścił oczko do żony.
Potem wyszedł do pracy na resztę dnia, jak zawsze.
Za jakiś czas - szybko i bez kłopotów – otrzymali rozwód, a niedługo potem wyrok dotyczący alimentów oraz podziału majątku. Oboje zostali pokrzywdzeni, oszukani i wykorzystani, sąd okazał się niesprawiedliwy dla każdego z nich, no, ale trzeba było realizować jego postanowienia, bo cóż innego pozostało? Najważniejsze jednak, że stali się znów wolnymi, nieograniczonymi przez rodzinę ludźmi.
- Wiesz – zamyśliła się nieco Angelika, wychodząc z sądu – małżeństwo to jest w ogóle przeżytek. Być może to był nasz największy błąd życiowy. Być może zmarnowaliśmy swoje najlepsze lata.
- A wiesz – przejął od niej refleksyjny ton – ja też coraz częściej tak myślę. Zresztą nie jest to żaden nowy pogląd. Słyszę co rusz takie opinie o małżeństwie od różnych ludzi, także od tych najbardziej inteligentnych i wykształconych.
- No tak... Pobraliśmy się, żeby spłodzić i wychować dziecko, bo tak nakazywał dobry ton. Boże, cóż za przestarzałe, drobnomieszczańskie obyczaje! Przecież syna mogłaby wychowywać jakaś niania z dzikiego Wschodu. My bylibyśmy wolni, a dziewczyna miałaby pracę w godnym, cywilizowanym kraju.
- Miejmy nadzieję, że nasz syn nie popełni tego samego błędu.
- O, na pewno nie. On jest bardzo inteligentny. I bardzo zbuntowany przeciwko tym purytańskim ograniczeniom osobowości.
Po tygodniu Angelika zadzwoniła z następującą rewelacją:
- Bożydarze, słuchaj, ogłoszono konkurs ze świetnymi nagrodami! Jesteśmy wolni i możemy wziąć w nim udział.
- Jaki konkurs? – zapytał niby obojętnie.
- Na najbardziej seksownego, aktywnego i przedsiębiorczego kochanka/kochankę Fajflandii. Chodzi o to, żeby się wykazać dużym powodzeniem u płci przeciwnej i szerokim uznaniem wśród jej przedstawicieli. Należy nakłonić do radosnego, nieskrępowanego seksu jak najwięcej osób, a potem każdą z nich poprosić o wysłanie pisemnej opinii o jej przeżyciach do organizatorów konkursu. Im większą wykażesz popularność, im więcej dostaniesz pochwał za (cytuję): „łatwość nawiązywania kontaktów, komunikatywność, bezpośredniość, otwartość, przedsiębiorczość, szybkość działania, umiejętność dokonywania zmian, dobrych wyborów i odnajdywania się w nowych sytuacjach, atrakcyjność dla osób przeciwnej płci, kulturę seksu i wyrobienie artystyczne w tej dziedzinie”... Można zdobywać punkty za wiele cech i dokonań.
- Wiem. Ja też dostałem tego mejla – przyznał się wreszcie.
- Tak? A dlaczego nie powiedziałeś? Bożydar, a może ty po to właśnie rozwiodłeś się ze mną? Żeby zgarnąć nagrodę, a nie dla postępu?
- Nie powiedziałem, bo wiedziałem, że tak pomyślisz.
- I pomyślałam.
- I słusznie.
Trzeba tu zauważyć, że Pimpowie byli na ogół zgodnym małżeństwem. Bodaj nigdy się nie pokłócili. Nigdy nie poczuli takiej potrzeby. Byli sobie doskonale obojętni.
Teraz także zgodnie ustalili, że po koleżeńsku każde z nich wyśle świetną opinię o drugim do organizatorów konkursu. I dotrzymali słowa.
Od dnia wniesienia sprawy rozwodowej do sądu Bożydar szalał. Kupował wciąż nowe ubrania w ekskluzywnych galeriach mody, bywał w studiu urody i młodości, zapisał się do Szkoły Szarmancji i Konwersacji Towarzyskiej. Rzucał uwodzicielskie spojrzenia kobietom w sklepie, na poczcie, w kościele, na ulicy. Przynajmniej raz w tygodniu umawiał się z którąś z nich na randkę. Na ogół nie napotykał oporu w sferze seksu, a to głównie z tej przyczyny, że panie też w większości były uczestniczkami konkursu . Poza tym był naprawdę coraz bardziej atrakcyjny i na topie.
Tylko w pracy dyrektor Pimpa był nieprzystępny i kamiennie poważny, mimo że młodziutka sekretarka od dawna bardzo mu się podobała. No, ale rzucając uwodzicielskie spojrzenia kobietom w pracy, mógłby się narazić na oskarżenie o molestowanie seksualne.
Nie przeszkadzało mu to w zdobywaniu coraz większej ilości punktów za wszelkie cenione w konkursie cechy i sprawności. Z satysfakcją codziennie przeglądał w Internecie tabelę konkursową, w której plasował się coraz wyżej. Po kilku miesiącach był już w pierwszej dziesiątce. To mu zresztą dodawało popularności wśród kobiet, działało na zasadzie samonapędzającej się machiny. Interesowały się nim coraz bardziej atrakcyjne przedstawicielki płci pięknej, takie, za których przychylne opinie otrzymywało się najwięcej punktów: dziewczyny znacznie od niego młodsze, damy z wyższych sfer, szczęśliwe mężatki, najbogatsze kobiety Fajflandii, laureatki rozlicznych konkursów piękności, modelki, aktorki, sekretarki – sam kwiat kobiecej atrakcyjności, seksapilu i piękna.
Bożydar bawił się doskonale i był bardzo szczęśliwy, mimo że nigdy dotąd nie prowadził tak aktywnego i wyczerpującego życia. Rankami w godzinach lanczu wpadał do fryzjera lub do kosmetyczki, albo do krawca. Po obiedzie biegł w podskokach do Szkoły Szarmancji i Konwersacji. Wieczorami po pracy Fajflandia tętniła życiem, radością i pięknem. Odnowieni, zadbani, super modni ludzie po operacjach plastycznych i liftingach, eleganccy, szarmanccy i wspaniale odziani, wypełniali kawiarnie, restauracje, kina, teatry, sale koncertowe i cyrki. Nigdy społeczeństwo tego kraju nie było tak odmłodzone, seksowne, aktywne, rozradowane i przedsiębiorcze.
Konkurs trwał zgodnie z regulaminem przez całą wiosnę i lato. Zakończył się wraz z nadejściem października. Wyniki ogłoszono w Internecie i wielu innych mediach na początku smutnego już, deszczowego listopada; związana z tym uroczystość na chwilę ożywiła jesień i przywróciła pamięć tego wspaniałego, niezapomnianego lata.
Wyłonienie laureatów obu płci nie było trudne, gdyż punkty liczono na bieżąco przez cały czas trwania konkursu. Oczywiście wygrał dyrektor Bożydar Pimpa. Jakże mogłoby być inaczej! Wygrywał zawsze i we wszystkim, wygrywanie i zagarnianie całej puli dla siebie było zawsze najważniejszym celem jego życia.
Angelika Pimpa – również bardzo nowoczesna, postępowa i atrakcyjna kobieta – dostała trzecią nagrodę, czyli dwumiesięczne wakacje w pięciogwiazdkowym hotelu na Lazurowym Wybrzeżu. To i tak nieźle, biorąc pod uwagę, że był to ogólnofajflandzki konkurs i prawie całe społeczeństwo brało w nim udział. Pierwsze miejsce w kategorii kobiet otrzymała sekretarka dyrektora Pimpy, a drugie – znana w stolicy wróżka, obsługująca całą elitę naukową i artystyczną, a zdaje się także i polityczną.
Wręczenie kart pobytu w nagrodowych hotelach odbyło się w stolicy w ogromnym splendorze, z występami artystów, wśród wiwatów, gratulacji od wysoko postawionych gości, z przemówieniami organizatorów i fundatorów (byli to dyrektorzy fabryk luksusowych kosmetyków, odzieży i obuwia, projektanci mody, właściciele klinik odnowy biologicznej i liftingu, znani chirurdzy plastyczni, posiadacze restauracji, kawiarni, placówek kulturalnych i rozrywkowych, słynni przedstawiciele szołbiznesu). Uroczystość pokazywały i opisywały wszystkie media. Prezydent kraju obiecał, że jeśli zostanie wybrany na następną kadencję, to postara się, aby taki konkurs przeprowadzano odtąd corocznie.
Bożydar wrócił do domu upojony szczęściem, dumą i najdroższym szampanem francuskim. Rozmyślał o tym, jak głupi i zakuci są ludzie, którzy uparcie, wręcz maniakalnie trzymają się instytucji małżeństwa, którzy całe życie spędzają u boku jednego partnera czy partnerki. Nie mógł się nadziwić, jak można być tak mało przedsiębiorczym, tak leniwym, prowadzić tak monotonne życie, popaść w taki marazm. Pomyślał, że to nie tylko zacofanie, nie tylko zabobonna wiara w „miłość”, ale że to pewnie nawet rodzaj jakiejś ociężałości umysłowej, kompletny brak woli, niezdolność do jakichkolwiek innowacji i korzystnych zmian w życiu.
Na szczęście takich nieudaczników jest już w Fajflandii zdecydowana mniejszość.
Tylko pojawiły się pewne kłopoty, bo nie wiadomo, dlaczego wraz z tą radosną kulturą konkurencji, posiadania, konsumpcji i kultu zewnętrznego piękna, zaczęła gwałtownie narastać przestępczość, frustracja, znudzenie, poczucie bezsensowności, depresje, samobójstwa, morderstwa… Ale w końcu od tego są psychiatrzy i policja – im też trzeba dać możliwość zarobienia.

Opublikowano

Jeeej.
Podoba mi się, dlaczego to tylko opowiadanie! Jak dla mnie to i książke mozna napisać.
Ale jakbyś napisala jakąś i wydaliby ją, to koniecznie daj mi znac, tak? Kupię ją, przeczytam i ustawie na mojej półce z książkami (;

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Marta, dziękuję serdecznie i uniżenie! Ojeeej, naprawdę nie spodziewałam się aż takiej pochwały!
Jeśli kiedyś wydam książkę, to nie zapomnę o Tobie na pewno! Dzięki dzięki dzięki!
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wando, ja nie wymagam ani nie oczekuję, że wszystko, co napiszę, będzie się podobać każdemu. Nie musisz chwalić. No, ale "ple ple ple" oraz "płaski jak papier" to jest Twój niegrzeczny komentarz, który nie daje mi nic, bo niczego nie doradza, nie pokazuje, nie proponuje ani nie uzasadnia. Nie jest konstruktywny. Po co go napisałaś?
Opublikowano

Kiedyś napisałem na podobny temat taki wiersz:


nowość

odkąd na rynku
w różowo lśniącej błonie
pokazały się kurwy dziewice
- ożyły nadzieje ocalenia świata

co noc mężczyzna we własnym domu
miał pierwszy kobietę
a ta nie musiała beznadziejnie kłamać

wszyscy szybko się uzależnili

potem
ostatnie zdrady objęto ochroną i o! o! o!
pokazywano w zachwycie palcami


Jak widać przewiduje Fajflandię i aspekty ogłoszonego w niej konkursu ;)
"Mającego na celu przeciwstawienie się skostniałym, ciasnym normom obyczajowym,
zacofaniu i przestarzałym zakazom moralnym, tłumiącym indywidualność i rozwój jednostek"

Pozdrawiam.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


No Ty jesteś niemożliwy! ;-DDD
Tyle, że w naszym realnym świecie dziewice już się znudziły, zarówno z żeńskiej, jak i z męskiej strony. Ale ciekawsze i coraz to młodsze nowości ciągle uzależniają. :-)
Zupełnie jakbyś czytał pewną drakę, którą raczyłam rozpętać tym razem na JL-u; czyżbyś tam był? Jeśli nie, to lepiej nie czytaj. :-/
Dziękuję za wiersz - świetna kwintesencja tego, co w moim opowiadanku.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiersz ma już z 10 lat. Jeden z moich pierwszych, więc czytając Twoje opowiadanie
mogę powiedzieć, że wyprzedziłem myśl twórczą ;) A to inny z tamtego niezrozumiałego
wówczas dla innych cyklu, w którym jak widać przewidziałem charakterystyczne
dla naszych czasów konflikty na tle religijnym:


XXI wiek

wczoraj późnym wieczorem
wykryto kolejnego wirusa betlejemskiego

jezus
atakuje strony XXX
umieszczając własne hasła
poparte serią cudownych efektów
nieznanej natury

PAMIĘTAJ!

stosuj tylko nasz
najnowszy program antywirusowy
Judasz Scanner
ze strony
h ttp://www.król.Herod
- od dziś
za jedyne 30 srebrników!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiem, rozumiem. (Co prawda mówiłeś, że piszesz od ośmiu lat, ale ja nigdy za bardzo w to nie wierzyłam - za świetnie Ci to idzie! :-))) Nie sugerowałam, że napisałeś wiersz pod wpływem mojego opowiadania, tylko chodziło mi o to, że króciuteńko wyrażasz podobne zjawisko, jakbyś je podsumowywał.
Ten drugi jest też kapitalny! ;-DDD O rany, ale się uśmiałam!
Ciekawe, kiedy nas zbanują na amen za teksty obrazoburcze i antyreligijne? Jak myślisz? :-)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Wiem, rozumiem. (Co prawda mówiłeś, że piszesz od ośmiu lat, ale ja nigdy za bardzo w to nie wierzyłam - za świetnie Ci to idzie! :-)))

Owszem, ale zauważ, mówiłem to już ze 2 lata temu. A może będąc jeszcze Sokratesem? Ech,
jak ten czas nam leci... epokami :) Czy nie masz podobnego wrażenia, że to co najmniej dziwne?
Więc dziś, jako że cały dzień byłem pod wrażeniem rubajatów, coś z tej innej beczki
(choć to już nie Sokrates a raczej Diogenes z Org... znaczy się z Synopy) dla Ciebie:


1412

Brak Twoich darów wolę niż dary od innych,
Rany od Ciebie wolę niż balsam od innych.
Lepsza rozłąka z Tobą niż innych obecność,
Twe gniewne słowa wolę niż pochlebstwa innych.

Maulana Rumi

www.youtube.com/watch?v=Iy0wSGUa3RY

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...