Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Od dłuższego czasu obserwujemy "sztukę" w wydaniu współczesnym, łamiącą społeczne tabu i poruszającą opinię publiczną i środowiska nieskomercjalizowane.
Wystawa ludzkich zwłok Guntera von Hagensa, "Matka Boża na wybiegu", "papież przygnieciony meteorem" Bellmera, czy "Pasja" Doroty Nieznalskiej.

Czy to co przedstwaili nam współcześni możemy nazwać sztuką, czy tanią prowokacją w celu uzyskania szerszego rozgłosu? Czy pokazywanie tego typu "sztuki" jest oznaką poszukiwania i odkrywania nowych horyzontów, czy świadczy raczej o słabości twórczej autora? Czy istnieje coś takiego, jak kanony, które okreslają, co jeszcze jest sztuką a co już nią nie jest?

Zapraszam do dyskusji na rzeczowe argumenty. Chętnie sam zaczerpnę z bogactwa myśli uczestników tego forum.

mrs

  • Odpowiedzi 55
  • Dodano
  • Ostatniej odpowiedzi

Top użytkownicy w tym temacie

Opublikowano

To tak na początek dyskusji:
"Audigier", poemat z końca XII wieku:

"Grinberge odsłoniła zadek, i piczę
po czym wgramoliła mu się na twarz
z jej tyłka polało się gówno obficie
... - dalej jest bardziej obleśnie, cytat za G. Agambenem

i jeszcze jeden przykład - Piero Manzoni sprzedawał własne odchody w puszce z napisem "100% Czystego Gówna Artysty
(za R. Appignanesi)

(akurat na teraz służę takimi przykładami, bo te akurat pamiętam, ale jest ich o wiele więcej.

Czyli o jakim łamaniu tabu my mówimy akurat we współczesnej epoce? Żeby dojść do "tabu", należy przejść przez termin "profanacja" i potem "religia". Tak ogólnie chodzi o to, że rzeczy będące własnością bogów uważano za święte i naruszenie ich było zbrodnią (prawo rzymskie). Religia przenosi rzeczy (ludzi, zwierzęta) w inną sferę, która cechuje nasze relacje z bogami. Czyli naruszenie jakiejś normy powoduje profanacje, a co za tym idzie - złamanie określonego w danej kulturze tabu (np. w filmie "Tabu" czymś takim był homoseksualizm).
I teraz odpowiadając na pytanie, co jest sztuką - najogólniej rzecz definiując - coś, co sprawia w odbiorcy jakieś wrażenie estetyczne. Artysta sięga po wszelkie dostępne środki, by zwrócić na siebie uwagę i ma do tego święte prawo jako twórcy. Dlatego tania prowokacja towarzyszy nam od zarania dziejów (i nie wiem, czy tworzenie dla mecenasa nie było większym obciachem niż "prowokacja".). Ktoś, kto chce być w jakiś sposób zauważony i jest do tego dobrym obserwatorem, wie, w co uderzyć - w to, co wyznaje większość, co jest w jakiś sposób "sacrum" w danej epoce.
Na pytanie, czy to jest dobre, to ja już nie odpowiem, chociaż osobiście ubiłbym palanta, który zagłodził psa w trakcie wystawy, nazywając to "sztuką". I jeszcze miał nagrodę za to dostać:
www.wiadomosci.onet.pl/64479,21,4,pokaz.html

Opublikowano

nie tania prowokacja, ale poszukiwanie, które może, lecz nie musi okazać się sztuką
nie wszystko, co bije po oczach i wstrząsa ma sens i wartość, wśród takich prób jest mnóstwo gówna bezczelnie i wrzaskliwie domagającego się, by nazywano je "dziełem sztuki"
zarówno artysta jak i odbiorca muszą przebrnąć przez szajs, żeby dobrnąć do czegoś poruszającego i łamiącego normy, ale sensownego, z mózgiem

:-]

Opublikowano

ja myślę, że problem tkwi gdzie indziej

sednem sprawy nie jest tematyka, środki, czy obrazoburczość pewnych tekstów kultury, które zostały nazwane kontrowersyjnymi, ale wydźwięk, jaki od jakiegoś czasu wzbudzają

otóż smutne jest to, że jedyne, na co potrafi się zdobyć "elita intelektualna" w przestrzeni publicznej to dyskusja na temat granic

należy wspomnieć, że w większości przypadków chodzi o symbole religijne, których w naszym kraju nie można dotknąć, jeśli nie chcesz się stać obiektem obelg, ataków nienawiści, a w najlepszym wypadku jednowymiarowych ocen wynikających z wdrukowanej bezrefleksyjności wobec tejże symboliki

problem polega na tym, że katolicyzm w polskim wydaniu wytworzył taki stan zbiorowej świadomości, w którym sfera sacrum/tabu otacza bardzo szeroko symbolikę i doprowadził do paranoi, w której dopatruje się złych intencji w każdej próbie wkroczenia w ten krąg

to paranoja podobna do tej opisywanej przez Haszka - kiedy to Bretsznajder aresztował biednego Palivca za obraz Najjaśniejszego Pana obsrany przez muchy... przy czym właściwie nie wiadomo, czy aresztowano go za fakt, że o tym obsraniu opowiadał, czy za to, że obsrany obraz zdjął ze ściany...

problemem też jest to, że ta symbolika jest właściwie jedynym wyznacznikiem wrażliwości kulturowej w naszym kraju - zwróćcie uwagę na przykłady wymienione w temacie - jedynie zwłoki
nie mają kontekstu bezpośrednio religijnego (ale też dotykają jej aspektów); zwłoki jednak nigdy nie będą tak samo kontrowersyjne jak pewne symbole, i słusznie, bo przecież krew się leje w telewizji i nikogo to nie obchodzi, a już najmniej rozmodlone babcie, które reagują tylko na hasło "ksiądz"

i tutaj docieramy do papieża - znowu źle postawiona kwestia, bo problemem jest to, że z Jana Pawła uczyniliśmy złotego cielca jeszcze zanim umarł... że w naszej świadomości pokutuje przekonanie, że o nim można tylko wielką literą, tylko dobrze i po naszemu, bo jest NASZ

zatem kontrowersja może dotyczyć jedynie krzyża i sutanny, ta kontrowersja, która prowadzi do dyskusji tylko i wyłącznie o granicach, o tym, co artyście wolno, a czego nie, zatem kontrowersja prowadzi do stwierdzenia, że takie wytwory kultury są brakiem szacunku dla społeczeństwa... a dlaczego? jedyną przyczyną może być bezrefleksyjność, bo w jaki sposób urąga społeczeństwu papież pod meteorem? bo jedynym dopuszczalnym sposobem wykorzystania jego wizerunku jest wyretuszowany portrecik, na którym uśmiecha się dobrotliwie? bo wtedy możemy dorysować sobie nad jego głową aureolkę i wszystko do siebie pasuje?
a jeżeli coś jest bez sensu, to w jaki sposób urąga społeczeństwu? urągać może chyba tylko autorowi bezsensownego dzieła, który powinien stać się raczej obiektem zbiorowego współczucia...
a jeżeli coś MA sens, wzbudza kontrowersje, ale zwraca uwagę na rzeczy ważne i trudne, ma potencjał wzbudzania dyskusji i refleksji tak jak np, moim zdaniem, Matka Boska na wybiegu, to co jest w tym takiego urągającemu społeczeństwu? czy raczej nie urąga mu fakt, że produkuje wciąż nowe obiekty niczym nieuzasadnionego kultu?

a zakończę przypuszczeniem, że chyba nie ma we Wszechświecie bardziej drażliwej istoty niż Bóg redaktora Terlikowskiego;)

Opublikowano

wydaje się oczywiste, że istnieją kanony. sztuki, zachowania, ubioru. zapewne można wymienić wiele innych. i nie są w żadnym razie jednolite. różnią się geograficznie, kulturowo, nawet między klasami społeczeństwa. ale to zupełnie inny temat.

jak dla każdej z dziedzin życia kanony nie mają praktycznie znaczenia, tak dla sztuki mają znaczenie dominujące, żeby nie powiedzieć konstytuujące lub pierwotne. łamanie obowiązujących kanonów ubioru nadal będzie "ubieraniem się". przekraczanie kanonów zachowania pozostanie zachowaniem. lepszym, gorszym albo zwyczajnie innym. jednak w przypadku sztuki, nierozerwalnie związanej z artyzmem, bo tylko wtedy można moim zdaniem mówić o sztuce "naprawdę", kanony są niezbędne. dzięki istnieniu pewnych wzorców, które można odrzucić, odwrócić, przyjmować wybiórczo, jednym zdaniem - zrobić wszystko, co tylko artyście przyjdzie do głowy, można nadal mówić o istnieniu sztuki.

dlaczego? myślę, że obecność sztuki jest możliwa tylko w połączeniu z ciągłym rozwojem i zmianą. obie kategorie rozumiem właśnie jako nieustanne dążenie do przekraczania granic. w przeciwnym wypadku już dawno mówilibyśmy jedynie o rękodziele lub wytwórczości rzemieślniczej.

natomiast wydaje mi się, że jedynym kryterium oceny sztuki jest nawet nie przekaz (tu lekko złośliwy ukłon w stronę niektórych współużytkowników naszego forum, nadużywających tego argumentu) i też nie sam artyzm, które są raczej nośnikami niż wartościami samymi w sobie, ale właśnie odbiór, reakcja adresata. stąd oczywisty wydaje się wniosek, że sztuka zawsze musi prowokować. zatem przeciwstawianie sztuki i prowokacji jest błędem.

tak samo jest z wartością (jakością???) sztuki. można podążać za Arystotelesem (Categoriae) i przyjmować, że jakość to to, co sprawia, że rzecz jest rzeczą, którą jest. sprawiają to atrybuty, zespół cech czy właściwości. stąd wynikają tendencje do stwierdzeń, że coś jest dobre, jeśli jego charakterystyki spełniają wyraźnie określone normy i wymagania ustalone obiektywnie przez bezstronnych znawców. tylko znajdźmy tych bezstronnych specjalistów. potem można nawet odpowiednią normę ISO wprowadzić.

drugie podejście, do którego osobiście się skłaniam, to oparte na Platonie definiowanie jakości jako "dobroci", możliwej do stwierdzenia tylko przez doświadczenie. jest to niejako odwołanie się do stanu "po". takie podejście uwzględnia subiektywność postrzegania. doświadczenia różnych odbiorców tej samej rzeczy mogą być różne, zatem jakość/wartość sztuki jest postrzegana w kontekście zaspokajania potrzeb. trochę to upraszczam, ale dla jednego będzie to potrzeba harmonii i piękna, dla innego odbiorcy potrzeba podążenia w zupełnie nieznanym kierunku. w tym miejscu można zapytać czy sztuką jest coś, co zaspokaja jedynie potrzebę twórcy. zgodnie z powyższym - jest. tylko cholernie niszową!

Opublikowano

Kilka wniosków, które przychodzą mi do głowy. Sztuka ma jakieś zadanie, jakiś cel, by nie powiedzieć misję. Oczywistym wydaje się fakt poszukiwania w sztuce nowych trendów, sposobów przekazu, innych środków i form wyrazu.
Opinie, które tu wyrażano, często są indywidualnym opowiedzeniem się po stronie takiej właśnie "sztuki" lub przeciw niej. Czy wogóle spór o kanony, prawidła sztuki jest rozstrzygalny?
Kiedy pisałem "tabu" miałem na myśli tematy w sztuce, które są społecznie drażliwe. I jak to zazwyczaj bywa "sztuka" takowa odnosi się do tematów związanych z religią - wydaje mi się, że to najczęstrzy przypadek.
Czy można mówić wtedy o obrazie wartości religijnych? Dlaczego najczęściej ukazuje się twórczość związana z symbolami chrześcijańskimi? Czyżby wyznawcy innych religii byli mniej wyrozumiali, lub też mieli mniejsze poczucie humoru?

Marek

Opublikowano

I jeszcze jedno. Istnieją kanony, które określają sztukę, kiedy możemy o niej mówić, że jest prawdziwa. Siłą napędową sztuki jest łamanie granic, przekraczanie samej siebie, "transcedowanie ku" nowej rzeczywistości, formie wyrazu. Sztuke mogą określać kanony estetyczne i doświadczenie jej odbioru. Jak ma się sztuka do wartości? Czy wogóle istnieją wartośći, które sztuka ma przekazywać? Czy wystarczy, że będzie nas szokować, wzbudzać poczucie dobrego odbioru, albo że pozostanie wierna ustalonym (przez ludzi przecież) kanonom?


Marek

Opublikowano

Poruszony tu temat jest jak rzeka i bardzo dobrze, że na takim forum poruszane są podobne tematy ale trzeba zawsze pamiętać o jednym, że podobnie jak w każdej innej dziedzinie pewna granica czy też obszar dyskusji dla ludzi nie nazywanych potocznie „ekspertami” jest jednak ograniczony.
Oczywiście wiadomo, że każdy Polak zna się na wszystkim: rano zreperuje kran, wymieni instalacje gazową i elektryczną, w południe wyleczy kilku ludzi, gdyż zagadnienia medyczna ma w jednym palcu a wieczorem ubiera kapcie ekonomisty układając plan walki z kryzysem gospodarczym i gdyby dać mu tylko szansę poprowadzenia piłkarzy, siatkarzy albo piłkarzy ręcznych na mistrzostwa świata to złoty medal można by obstawiać w ciemno i z zawiązanymi oczami.
W takim więc kraju ciężko jest poruszać publicznie temat współczesnej sztuki o czym najlepiej przekonała się Dorota Nieznalska, czy dzieło jej było szokujące? Tak! Ale czy to jest powód aby jego twórczyni stawała przed sądem?!
Większość ludzi jakich opinię słyszałem na ten temat nawet nie miała okazji widzieć owej instalacji ale jak sami twierdzili nie jest im potrzebne oglądanie męskiego przyrodzenia na krzyżu bo przecież z góry wiadomo, że jest to obraza wszelkiej moralności – tylko o jakim krzyżu mówimy bo na dobrą sprawę to bardziej Szwajcaria winna się czuć dotknięta.
Tłumy obrońców moralności przed galerią najchętniej powiesiły by Nieznalską na najbliższym drzewie nie zadając sobie nawet pytania, cóż takiego ta dziewczyna przez tą nieszczęsną instalację chciała wyrazić a co najciekawsze w tym całym zamieszaniu jest to, że najbardziej zaciekłe w tej kwestii były kobiety, których jak by nie było dosyć ważne problemy autorka starała się uświadomić odbiorcom.
Pamiętam także dobrze jak kilka lat temu toczyła się ostra debata publiczna na temat granicy między erotyką w sztuce a pornografią. Do jednego z programów telewizyjnych (jeśli dobrze pamiętam TVP2) zaproszono wspaniałego profesora warszawskiej ASP i chyba najwybitniejszego z żyjących polski malarzy Franciszka Starowieyskiego i przeciwko niemu posadzono, dziękuje siłom wyższym, że już nie pamiętam jakiego, posła nie mającego najmniejszego pojęcia o temacie rozmowy. Poseł, nawet nie w połowie programu, pod wpływem braku argumentów (co było naturalnym następstwem jego niewiedzy) wyrzucił Starowieyskiemu, że jeśli tak bardzo lubi malować gołe baby to niech maluje własną żonę, na co profesor odpowiedział, że gdyby malował jedynie własną żonę to nigdy nie zarobił by na chleb, po czym odpiął mikrofon i oświadczając, że w tak idiotycznym programie nie będzie brał udziału wyszedł ze studia a warto podkreślić, że była to relacja na żywo.
Sam jako plastyk zajmujący się sztuką od lat nie jestem wielkim entuzjastą Pasji stworzonej przez Dorotę Nieznalską (bardziej z powodów „technicznych”) rozumiem jednak pewną formę wyrazu bo sztuka już dawno przestała być jedynie próbą odwzorowania rzeczywistości, po wynalezieniu i udoskonaleniu aparatów fotograficznych odwzorowywanie jest najczęściej prezentacją kunsztu i techniki a sztuka oprócz cieszenia oczu musi czasem o czymś mówić.
Andy Warhol eksperymentował z malowaniem moczem a jego przyjaciel Jean-Michel Basquiat czynił to samo z resztkami jedzenia. Artyści, szczególnie ci wielcy, zawsze mają „dziwne” pomysły ale jeśli nie głodzą wspomnianego już psa i nie czynią fizycznej krzywdy innym cała reszta jest do zniesienia nawet jeśli była by najbardziej obrazoburcza.

Opublikowano

Tania prowokacja i łamanie kolejnego tabu,jeżeli chodzi o wystawę trupów zaskakujące są wyniki sondażu przeprowadzonego po obejrzeniu wystawy:
w Monachium, w przeciągu pierwszego miesiąca wystawę obejrzało 500 000 osób;

-wystawa jest jak dotąd najczęściej odwiedzaną na świecie;

-87% zwiedzających oceniło wystawę pozytywnie, 4% negatywnie;

-w niektórych miastach zainteresowanie wystawą powodowało, że była ona czynna 24 godz./dobę;

-35% zwiedzających to studenci i uczniowie;

-80% osób chce w przyszłości obchodzić się rozsądniej ze swoim ciałem;

-52% Niemców jest za zamknięciem wystawy (głównie nisko wykształcone osoby w wieku ponad 50 lat);

-po obejrzeniu wystawy co piąty zwiedzający gotów jest oddać swoje ciało do celów naukowych lub być dawcą organów (!)."


Dla mnie osobiście to żadna sztuka, kolejny szokujący pomysł na robienie kasy .....



www.racjonalista.pl/kk.php/s,4055

Opublikowano

Z tym pieniądzem to nie tak do końca, bo przyjmuje się na siebie ogromną cywilną odpowiedzialność, która może ciągnąc się przez całe życie (ekstremalne przykłady do wyroki śmierci za napisanie czegoś tam).
Panika powodowana naruszeniem tabu (czyli tych sutann w przypadku naszego kraju) dla mnie jest tematem troszeczkę przegrzanym - pamiętam z 1000 piosenek, gdzie kler był atakowany, wyzywany itp. i jakoś siły antyterrorystyczne nie atakowały za same teksty. Przypadki wezwań do sądów są sporadyczne i to najczęściej związane z moralnością jakiegoś nadgorliwca, który wytacza swoją świętą wojnę (chyba "Piersi" miały sprawę w 95r). Dlatego w tym wypadku to przekraczanie tabu przesunąłbym tam, gdzie jego miejsce - do sumień.
Inna sprawa że media i sztuka nakręcają siebie wzajemnie i na to nic się nie poradzi. Kiedyś druk okrzyknięto dziełem szatana, potem podobnie było z gazetami, teraz mamy internet i nikt nie wmówi mi, że istnieją jakieś tematy, które są nienaruszalne i zakazane. To już tylko kwestia "dobrego smaku" i jakiejś przyzwoitości twórczej, żeby nie robić, za przeproszeniem, gówna.

Opublikowano

Powstaje wrażenie, że w dzisiejszym świecie nie ma tematów nienaruszalnych. Wszystko już zostało dotknięte, wykorzystane w sztuce. Czy nie jest tak, że dochodzimy do jakiegoś absurdu, czyli do rzeczywistości, w której kutywowaną "wartością" staje się nie mieć żadnych wartości. I owa "wartość" ma swoich wyznawców a jej naruszanie jest obrazoburcze?


Marek

Opublikowano

Nie ma tematów nienaruszalnych i chyba nie było (co zależało od mniejszych lub większych represji w danym czasie) i jeżeli czegoś nie ma, to raczej przez to, że nie zostało wymyślone, a że nie "nie wolno".
I nie zapominajmy o tej funkcji sztuki, którą nazywa się "oczyszczeniem" - bez niej człowiek tłamsił by się w sobie, a tak napisze protest song i mu przechodzi.
Dlatego kwestia granic dla mnie nie istnieje, bo i tak nikt nigdy takich granic nie określi w sztuce (na mapie prędzej).

Opublikowano

Temat sztuki jest szeroki jak rzeka. Prawdą jest, że trudno zdefiniować czym ona jest. Dystkutując na temat prowokacji i łamania tematów tabu, dotykamy pośrednio, lub bezpośrednio innych terminów. Trudno jest mówić o sztuce, nie poruszając zagadnienia wartości uniwersalnych, nie tylko estetycznych. Czy sztuka ma jakąś wyższą misję do spełnienia? Pisaliśmy o funkcji oczyszczającej a czy widać w niej inne funkcje, np niesienia prawdy, dobra, piękna, nadziei itp?

Opublikowano

Jesli chodzi o wystawe Gunther von Hagens najbardziej przeraził mnie obraz ciała kobiety w ciąży,pozbawionej skóry, z rozciętym brzuchem i ukazanym pięciomięsięcznym płodem.

granice estetyczne tej wystawy zostały przekroczone i to na maxa.

Gunther von Hagens ma swoich zwolenników równiez Polsce i początkowo jego fabryka preparowania zwłok miała powstać w małym miasteczku Sieniawa Żarska ale polskie władze sie na to nie zgodziły i chwała im za to.

Opublikowano

Tak metaforycznie ujmując, sztuka to ocean, do której wpadają różne rzeki - jest więc miejsce na literaturę piękną, dostojną, jak i tą jarmarczną, karnawałową. Budowanie jakiś tam jest po prostu niewykonalne.
Sztuka jako misja - tutaj już trzeba czytać przeróżne manifesty i nie pogubić się.
Niesienie "dobra, prawdy, piękna" - to już ponad moje pojmowanie, bo nie znam reguł tych kategorii.

A co do Hagensa - mam wrażenie, że czasem to, co patologiczne, zamienia się w sztukę w imię bezkarności. Jednak jest prawo, które powinno definiować gdzie kończy się sztuka, a zaczyna przestępstwo. Np ja, nie lubię pana x, pójdę i go utłukę i uznam to za sztukę. I tutaj zaczyna być problem, ale jest to problem innego rodzaju - bo sztuka m. in. powinna eliminować takie chęci, tłumic je, zastępować. Bo tym się różni od realnego bytu na tym padole.

Opublikowano

Mówiąc o sztuce powinniśmy chyba zapytać o wartości? Jesli np prawo miałoby "ograniczać" sztukę stając na straży wolności i praw innych osób, których owa sztuka dotyczy, lub obrażą.
Nie można chyba oderwać sztukę od wartości? Może to jest granicą określania tego czym sztuka jest a czym już nie jest? Każdy z nas osculuje w świecie przez siebie rozumianym na swój sposób. Każdy ma wyrobiony światopogląd, w którym postępuje wg wartości obranych przez siebie. A może jest tak, że kanony sztuki wyznacza i ustanawia jej historia i mistrzowie, którzy zajmują honorowe miejsca w jej panteonie?

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @violetta   no…to rozumiem! Dla siebie! A nie dla tych…troglodytów

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

         

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      a tutaj mnie zaciekawiłaś, lekko.! Co to takiego?    
    • @ZrodzonaZBlasku piękna autopromocja :) Mogę zostać Twoim fanem, oferuję dobrze rozwinięty fandom na portalu ;) Urzekło mnie:

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      oraz Jest potencjał :) Powodzenia :)
    • @hollow man "Gdy kubki smakowe Wypełniają się Ciekłym nugatem" Światy się nie decydują rozpaść  Kamień jest bardziej kamienny Ziemia ma smak minerałów Można by ją jeść i zapić kawą Obiad na czarno Pożywnie nie ma niby  
    • @KOBIETA Nie zapeszaj. Czekam na wynik badania poziomu testosteronu ;)
    • Pierwszy rok na Politechnice Gdańskiej - wydział  chemii.  Dlaczego zacząłem studiować chemię. Odpowiedź prosta tylko dla mnie i chyba dla mojej córki. One też zaczęła studiować kierunek którego nie rozumiała . Ona informatykę - systemy inteligentne. Ja chemię - bo jestem mało inteligentny. Początek był dobry.  Semestr zaliczony - niby drobiazg, a jednak w tamtych czasach zaliczenie czegokolwiek miało smak przeżycia.     Życie w Trójmieście mi odpowiadało.  Miasto było większe niż ja, a ja byłem mniejszy niż moje wyobrażenia o sobie. W ciągu dnia: wykłady, zapach kredy i odczynników, bar studencki w piwnicach Gmachu Głównego gdzie konsumowałem szybką bułkę z serem, mortadela czy innym wynalazkiem PRL-u. Studencka  codzienność i to nieustanne poczucie, że wreszcie jestem „gdzieś”.    Wieczorami: rozmowy, alkohol, dym papierosów, dźwięk rozgłośni  studenckiej, imprezy, nielegalne kasety z filmami z za żelaznej  kurtyny – oglądaliśmy nie tylko pornograficzne filmy , ale również klasykę typu Czas Apokalipsy czy pierwsza ekranizacja „Diuny” ze Stingiem Davida Lyncha z 1984 roku.     Klub „Orbial” w domu studenckim nr. 7 zapewniał również taki repertuar.    Co prawda godziny seansów były późne, ale nikomu  to nie przeszkadzało.   Takie czasy.       Każdy miał swój sposób na życie, swoją technikę oddychania w kraju, który oddychał pod nadzorem.    Takie czasy. Wystarczyło spojrzeć na twarze w tramwaju, na ruchy dłoni w kiosku, na to, jak ludzie kupowali gazetę i jak ją czytali - szybko, pod kątem, jakby treść mogła zostawić ślad.     Było w tym wszystkim coś z codziennej nauki ostrożności: nie wyróżniaj się, nie podskakuj, nie zadawaj pytań w niewłaściwych miejscach. A ja, świeżo zaliczony, świeżo przyjęty do miasta i jego rytmu, robiłem dokładnie odwrotnie.     Oczywiście 13 grudnia poszedłem do kościoła św. Brygidy. Sam. Nie wiem do dziś, czy to była kwestia urodzenia, pochodzenia, charakteru, czy może jakaś osobna odmiana niepokoju - taka, która pcha człowieka w stronę wydarzeń, w których może dostać w twarz historią. Wtedy myślałem, że to odwaga.  Dziś myślę, że to raczej mieszanka młodzieńczego głodu sensu i naiwnej potrzeby, żeby sprawdzić, czy jestem kimś więcej niż studentem z indeksową tabelką. Moi koledzy ze studiów byli odważni inaczej. Albo mądrzejsi ode mnie.  Albo ostrożniejsi - co w tamtym kraju było niemal synonimem rozsądku. Mieli swoje argumenty: „Po co ci to?” „Chcesz kłopotów?”  „Masz przyszłość, ucz się”. Ich przyszłość i moja przyszłość wyglądały podobnie: dyplom, praca, może rodzina, może ucieczka w prywatność.  A jednak ja nie umiałem wtedy unikać okazji, które pachniały ryzykiem.   To brzmi jak poza, ale w tamtym momencie czułem coś prostszego: adrenalinę i chęć wykrzyczenia nie. Tylko komu? Systemowi?  Dorosłości? Samemu sobie? Do dziś nie wiem. Kościół św. Brygidy był wtedy czymś więcej niż kościołem. Był znakiem. Miejscem, które system próbował oswoić, a nie potrafił. Symboliczną twierdzą „Solidarności”, schronieniem i sceną zarazem. Tego typu miejsca mają swoją temperaturę: wchodzisz i czujesz, że ludzie oddychają inaczej, że powietrze jest gęstsze od zwykłych modlitw. Na zewnątrz Gdańsk, jak zawsze - latarnie, bruk, zimno, tramwaje. W środku - suma wielu oddechów i spojrzeń. Msza za Ojczyznę.  Niby zwykłe słowa, a jednak w tamtych latach to brzmiało jak deklaracja.  Ludzie przychodzili nie tylko po pocieszenie. Przychodzili, żeby się policzyć, żeby się zobaczyć, żeby powiedzieć sobie bez słów:  „jeszcze Polska nie zginęła”. Było w tym coś z rytuału i coś z mechaniki oporu. Zbierali się ci, którzy nie chcieli zapomnieć, i ci, którzy nie mogli zapomnieć. Nie pamiętam wszystkiego. Pamiętam raczej fragmenty, jak zdjęcia wywołane w pośpiechu. Zimne powietrze na twarzy po wyjściu. Ktoś obok, kogo nie znałem, a z kim łączyło mnie to, że staliśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie. Szeptane rozmowy. Ściszone głosy. Czasem krótkie, nerwowe śmiechy - jakby ludzie na moment chcieli oszukać własny strach. A potem to, co zwykle przychodziło po mszy. Plac przed kościołem. Kilkaset osób - mniej niż w poprzednich latach, ale wciąż znacząca grupa.  Zgromadzenie, które samo w sobie było już komunikatem:  Pamiętamy. 13 grudnia - rocznica stanu wojennego - był wtedy jednym z najważniejszych dni oporu. Rocznice mają w sobie moc: potrafią przywrócić gniew, porządkować wspomnienia, otwierać stare rany. A w kraju, gdzie rany były codziennością, rocznice stawały się punktami zapalnymi. Ktoś zaczął skandować.  Najpierw cicho, jakby sprawdzając, czy gardło się nie przestraszy własnego głosu.  Potem mocniej. „Solidarność!” -proste słowo, a brzmiało jak cały program. „Precz z komuną!” - hasło bardziej surowe, bardziej wprost. „Uwolnić więźniów politycznych!” -  to miało w sobie ten rodzaj konkretu, od którego system dostaje wysypki. W tamtym czasie konkret był niebezpieczny. Pojawiła się próba przemarszu. Ludzie chcieli ruszyć w stronę Huciska, dalej w kierunku Śródmieścia. Jak zwykle w takich sytuacjach było w tym trochę spontaniczności i trochę marzenia. Marzenia o tym, że jeśli pójdziemy razem, to ulica na chwilę przestanie należeć do nich. Że miasto zobaczy. Że ktoś usłyszy. Ale miasto miało też swoje drugie ucho. ZOMO. To słowo do dziś ma ciężar.  Kiedy je wypowiadasz, czujesz metal w zębach. Pamiętam ich ruch jak mechanizm: szybki, pewny, z góry zaplanowany. Wchodzili w tłum, rozbijali go, cięli go na mniejsze kawałki, tak jak się rozcina wstążkę - bez emocji, bez wahania, bez rozmowy. Mundury, pałki, tarcze. Hałas, krzyk, ucieczka. Zimno, które nagle przestaje być najważniejsze. Też wtedy dostałem. Pałą. Nie z bohaterstwa. Z prostego faktu: byłem w tłumie. W złym miejscu. W dobrym miejscu, zależy jak patrzeć. Pamiętam bardziej zdziwienie niż ból. Jakby organizm nie nadążał za tym, że dzieje się coś „na serio”.  I pamiętam, że tłumaczyłem: „za wolną Polskę”. Jakby słowa mogły zatrzymać kij. Jakby ktoś tam, po drugiej stronie tarczy, chciał rozmawiać. Nikt nie chciał. Wróciłem. Sam. Żywy. Trochę pogubiony. Trochę dumny. Trochę wściekły. Nie wiem, które uczucie było większe. Tak czy inaczej - nigdy nie żałowałem  . Dziś, gdy patrzę na to z dystansu, widzę w tym wieczorze jednocześnie dziecinność i coś bardzo czystego: potrzebę postawienia granicy. Nawet jeśli ta granica była tylko w mojej głowie. Czasem myślę o tamtym „nie” i porównuję je z dzisiejszym „nie”. Dziś system też potrafi mnie wkurzać. Też jestem na nie. Tylko że dzisiaj częściej nie mam z kim wyjść na ulice. Ludzie są obok, ale rozproszeni. Każdy w swoim ekranie, w swoim zmęczeniu, w swoim „to nic nie da”.  I jeśli już ktoś krzyczy, to często robi to tak, że odbiera krzykowi sens. Współczesne protesty mają swoich liderów, a ja mam w sobie alergię na liderów, którzy robią z ludzi narzędzie albo dekorację. Nie mam ochoty oddawać własnego gniewu w cudze ręce. Zresztą - im jestem starszy, tym częściej widzę, jak łatwo jest krzyczeć, a jak trudno budować. W latach 80. był jakiś Wałęsa. Wtedy nie udzielał takich wywiadów jak dziś.  Wtedy był symbolem. A symbole mają to do siebie, że łatwo im wybaczyć, bo symbole nie muszą być mądre - muszą być wyraźne. Generalnie podobno ludzie z wiekiem mądrzeją. Jak widać, nie wszyscy. Czas potrafi dopisać człowiekowi zmarszczki, ale nie dopisuje automatycznie rozsądku. Czasem dopisuje pychę. Czasem gorycz. Czasem teatr. Ja w tamtym czasie nie analizowałem. Nie rozliczałem. Nie miałem skomplikowanych ocen. Byłem studentem, który wyszedł z mszy i wszedł w historię tak, jak się wchodzi w zimną wodę: gwałtownie, bez zastanowienia, z oddechem wstrzymanym z szoku. I to był dopiero początek. Bo 13 grudnia 1984 nie zamknął mi tematu ulicy. On mi go otworzył.  Pokazał, że miasto ma swoje podziemne nerwy, że w tłumie człowiek przestaje być samotny, choćby na chwilę. Pokazał, jak szybko euforia zamienia się w strach i jak szybko strach zamienia się w wściekłość. Pokazał, że można wrócić do akademika i jednocześnie nie wrócić do siebie sprzed kilku godzin. A potem przyszła wiosna. Zaliczenia, rozmowy, plotki, wytarte schody na wydziale, zapachy laboratoriów i ta dziwna dwoistość życia: z jednej strony normalność, z drugiej coś, co czai się pod skórą. Wiosna w tamtym kraju nie była tylko porą roku. Była obietnicą, że coś się znowu wydarzy. I wydarzyło się. Pierwszego maja 1985 roku Gdańsk znów miał swoje święto - to oficjalne, sztandarowe, kontrolowane. I swoje drugie, nieoficjalne, prawdziwe - takie, w którym człowiek idzie nie po to, żeby wypełnić obowiązek, ale po to, żeby sprawdzić, czy jego „nie” nadal ma głos. Tamten 13 grudnia był jak pierwszy akord. Taki, który brzmi w uszach jeszcze długo po tym, jak ucichnie muzyka. Pierwszy maja 1985 był już całą piosenką. I o tej piosence chcę napisać dalej. Przez lata miałem swoją prywatną, szkolną metodę na pierwszomajowe pochody. Metodę starą jak PRL, sprawdzoną jak ściąga pod ławką: iść do szkoły, odstać swoje przy zbiórce, policzyć twarze kolegów, a potem - kiedy tylko da się zniknąć bez świadków -rozpłynąć się w mieście. W podstawówce znikało się na lody. W ogólniaku znikało się na piwo. Ten dzień, który miał być obowiązkową radością, był dla mnie obowiązkową ucieczką. Ucieczką od tłumu niesionego na pałeczce propagandy, od sztandarów, które nie należały do mnie, od sztucznego „hurra” w mieście, które na co dzień mówiło szeptem. Ale w 1985 roku pojawiła się nowa możliwość. Drugi wybór, drugi rytm, drugi pochód.  I ta wersja pasowała mi bardziej. Może dlatego, że była ryzykiem. Może dlatego, że nie udawała. Może dlatego, że po 13 grudnia 1984 w św. Brygidzie miałem w sobie już ten rodzaj napięcia, którego nie da się rozbroić spokojem akademika. Tamten grudniowy wieczór nauczył mnie, że ulica ma temperaturę, a tłum ma sumienie.  Że można dostać pałą i wrócić - nie jako bohater, raczej jako ktoś, komu się na chwilę udało dotknąć prawdy.  Wiosna 1985 przyszła więc nie tylko z zielenią. Przyszła z prądem. Pierwszego maja o dziewiątej pojawiłem się na Końskim Targu, gdzie zbierał się pochód antyrządowy.  Tłum nie był imponujący.  Dziś powiedziałbym: „poniżej tysiąca osób”, wtedy oceniłem to bardziej instynktem niż miarą.  Sami młodzi.  Ulica wyglądała jak zbiórka przed meczem, tylko bez kibicowskich barw. Było w tym coś wesołego, prawie niewinne poczucie wspólnoty: „idziemy”.  Ktoś miał głos do okrzyków, ktoś przyniósł coś, co miało być transparentem, ktoś żartował, że w razie czego „to my tylko spacer”.  Było wesoło. Tak jak wesoło potrafi być w kraju, w którym wesołość jest formą nieposłuszeństwa. Ruszyliśmy Końskim Traktem.  I to jest ważne: my szliśmy swoją trasą, a tam, na Alejach - Aleją Zwycięstwa - szła oficjalna, „prorządowa” rzeka. Jedna rzeka miała sztandary, trybunę honorową, orkiestrę i uśmiech do kamery. Druga rzeka miała młodość, okrzyki i tę specyficzną mieszankę brawury z improwizacją. W okolicach dzisiejszej Opery Bałtyckiej - wtedy to się mówiło „filharmonia” i ludzie nie musieli precyzować, bo każdy wiedział, że chodzi o ten gmach przy Alejach - połączyliśmy się z oficjalnym pochodem. I to było jak wejście w cudzą piosenkę, w której nagle zaczynasz śpiewać inną melodię. Plan był prosty, prosty jak młodość: „przed trybuną honorową damy czadu”.  Prawie się udało. Zbliżyliśmy się do miejsca, gdzie oficjalny pochód zwalniał, prostował się i nabierał tej szczególnej dyscypliny tłumu, który ma być „dobrze widoczny”.   Trybuna w PRL była jak scena w teatrze: tam stali oni, a tu maszerowali ci, którzy mieli udawać, że idą z radością. I kiedy podchodzisz do trybuny, czujesz się jak aktor, nawet jeśli wcale nie chcesz grać. My natomiast chcieliśmy zagrać inaczej. „Precz z komuną!”  „Solidarność!”  „Uwolnić więźniów politycznych!” - te hasła niosły się prosto, bez ornamentów. Atmosfera była jak na odpuście w Boże Ciało: tłum, ruch, poczucie, że to święto, tylko że tu nie było monstrancji, tylko zaciśnięte gardła.  Przez chwilę wydawało się, że to działa.  Że oficjalny pochód się miesza, że ludzie słyszą, że ktoś się uśmiecha, ktoś spuszcza wzrok, ktoś udaje, że nie słyszy, ale jednak słyszy. Prawie się udało. A potem, jak to w tej historii bywa, Imperium kontratakuje. Oddziały ZOMO wkroczyły w tłum. To nie było wejście na spokojnie, to była ingerencja w żywe ciało. Nagle zniknął śmiech, zniknęła „piosenka”, zniknął rytm pochodu, a pojawił się rytm pałki. Ten dźwięk pamięta się lepiej niż melodie: stuk, uderzenie, krzyk. Pacyfikacja.  Czyli, mówiąc wprost: wpierdol. Założyłem rękawiczki i zacząłem uciekać. Dlaczego rękawiczki? To był mój pierwszy „kurs przetrwania”, wykład wygłoszony przez kolegów-ziomków z Braniewa, których w Gdańsku miałem kilku - kilku studentów i kilku pracowników stoczni. Lubili takie sporty ekstremalne.  Oni traktowali to nie jak demonstrację, tylko jak dyscyplinę: trzeba wiedzieć, gdzie biec, jak oddychać, kiedy zniknąć. Mówili: „jak cię złapią, pierwsze: pokaż ręce”.  Szukają śladów ziemi po rzucanych kamieniach i farby. Farby? Przed pierwszym maja zawsze było wiosenne malowanie płotków odgradzających tory tramwajowe na Alei Zwycięstwa. Przypadek czy mądrość władzy ludowej - do dziś nie wiem. Wiem tylko, że farba zostaje na rękach jak podpis. Jedynym kierunkiem, w którym mogłem uciekać, był kierunek zachodni – czyli na  Oliwę. Przebiegłem skrzyżowanie za Operą i skręciłem w pierwszą ulicę w prawo. Nie biegłem sam -  biegło nas kilku. Przez chwilę miałem wrażenie, że uciekamy jak dzieci po psikusie. Szybko przestałem mieć to wrażenie. Przed szkołą Conradinum trafiliśmy na pluton ZOMO. W tył zwrot - też ZOMO. Pat.!  Ślepa uliczka w środku miasta. Dyskretnie zdjąłem rękawiczki ubrudzone farbą i ziemią. Wcześniej nie odmówiłem sobie rzutu rozbitym gruzem z płyty chodnikowej w funkcjonariusza - dlatego szybko pozbyłem się dowodów. Wtedy człowiek myśli krótkimi zdaniami.  „Nie daj się złapać”. „Nie pokazuj brudnych rąk”.  „Oddychaj”.  „Biegnij”. Dostałem kilka uderzeń pałką.  I usłyszałem: „Pokaż ręce”. Pokazałem.  Czyste. Bez odcisków - nierobotnicze. Kapral orzekł: czyste, ale kurwa inteligencki, pierdolony student – do budy  z nim .  Dwóch zomowców już mnie wlecze do milicyjnego samochodu „Nysa”, a ja myślę: no to będę męczennikiem, będę miał swoją „historię”. Niestety – historii nie mam. Jakiś nadgorliwy szeregowiec krzyczy: - „Panie kapralu, mamy już tylko dwa wolne miejsca. -  Puśćmy go, bo jest  jeszcze kilku , co ma ujebane ręce”. Kapral powiedział „dobrze”. Dostałem kilka pał na drogę. Starali się bić po głowie, ale zasłaniałem się rękami. Sińce zostały, ale zawsze to lepsze niż pokiereszowana twarz.  Pobiegłem dalej.  Miałem jednak  farta. Ci, którzy nie przeszli takiej „pozytywnej weryfikacji”, poszli dalej tzw. „ścieżką zdrowia” i wylądowali w Zakładzie Karnym  na Przeróbce.  Ja biegłem dalej. Do akademika miałem już blisko. Minąłem Dom Nauczyciela, poczułem ten rodzaj ulgi, który trwa trzy sekundy, bo zaraz przychodzi nowy kadr: pod wiaduktem na Miszewskiego kolejny pluton ZOMO. Jakby miasto było planszą, a oni figurami, które przesuwają się szybciej. Robię zwrot i próbuję bocznymi uliczkami koło konsulatu chińskiego dotrzeć do al. Grunwaldzkiej. Udało się. Dobiegam do apteki na skrzyżowaniu Grunwaldzka–Miszewskiego i widzę coś, czego w PRL prawie się nie widziało: Wiktorię. Milicja w odwrocie. Deszcz kamieni zmusza kolumnę samochodów milicyjnych do wycofania. Plutony rozbite - tak to wtedy widziałem.   I pamiętam obraz jak z filmu, tylko że film był kręcony w mojej głowie i w moim oddechu. Trzech zomowców wbiega do bramy za byłą księgarnią na skrzyżowaniu Grunwaldzkiej i Miszewskiego, goniąc kilku nastolatków, którzy rzucali w nich kamieniami.   Po minucie wybiega z bramy tylko dwóch, bez tarcz i bez kasków.  Za nimi wybiega trzech młodych ludzi, dobrze zbudowanych, z ich milicyjnymi pałkami.  I tych trzech „małolatów”, co wbiegło wcześniej - ale już w kaskach. A za nimi jakiś ośmiolatek, który ciągnął na sznurku tarczę zomowca, tak jakby ciągnął sanki zimą. To było absurdalne i piękne zarazem.  Jakby na chwilę świat stanął na głowie i to była jedyna słuszna pozycja. Bardzo mi się to podobało. Widać było, że ktoś to organizuje. Kto? RSA – ci, o których historia zapomina RSA, Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, był osobnym nerwem gdańskiej opozycji. Anarchizujący, kontrkulturowy, bez ambicji „wejścia do władzy”.  Krytyczni wobec władz - oczywiście.  Ale krytyczni też wobec części podziemnej „Solidarności”, bo nie chcieli „samoograniczającej się rewolucji”. To była mieszanka: bunt, kontrkultura, kabaret, punk, polityka i ideowy eksperyment. Dziś mało kto pamięta. Nie poszli w politykę. Walczyli o idee - o wolność. O takich historia zapomina łatwo, bo historia lubi tych, którzy kończą w gabinetach. Ja pamiętam, bo było mi do nich blisko. Pamiętam barykadę na wysokości restauracji „Pod Kominkiem”. Zamaskowanych młodych ludzi, ubranych na czarno. Napisy na ubraniach: RSA.  Czułem  się jakbym brał udział w powstaniu warszawskim - wiem, że to porównanie przesadzone, ale emocja była podobna: jest ostro, jesteśmy w natarciu, wygrywamy. Przez chwilę czujesz, że miasto należy do ludzi, nie do pałek. Było ostro. Dom przy al. Grunwaldzkiej 116a. Oddział ZOMO schował się tam przed nami.  W tłumie padały różne propozycje. Część demonstrantów już spuszczała benzynę z okolicznych samochodów.  I tu pojawia się granica: nawet najbardziej rozjuszony tłum potrafi mieć hamulec, kiedy w grę wchodzą mieszkańcy. „A jeśli są tam ludzie?” - to pytanie padło jak kubeł zimnej wody. Pewnie by podpalono, gdyby to był pusty budynek.  Ale to nie był film. To było miasto. Padły strzały - tak pamiętam, choć uczciwie powiem: w tamtym chaosie równie dobrze mogły to być petardy albo huki, które w głowie brzmią jak broń.   Ofiar nie było, ale tłum był rozjuszony i „koktajle Mołotowa” już się pojawiały jako idea, jako możliwość.   I wtedy od strony dworca PKP nadciągnęły posiłki ZOMO. Do samosądu nie doszło. Miasto, które przez chwilę miało przewagę, zaczęło się cofać. Tłum powoli uległ rozproszeniu. Ja też. Już bez niespodzianek, ulicą Wajdeloty dotarłem do Domu Studenckiego nr 7 „Orbital” przy Leczkowa. Zawsze mnie uderzało, jak blisko akademika potrafi być historia - kilka ulic, kilka oddechów, kilka zakrętów. W akademiku świat wraca do swoich rytuałów: portiernia, tablica ogłoszeń, zapach korytarza. A ty wracasz z innym rytuałem: z rytmem pałki w kościach. Portierka Stasia, jak zobaczyła mnie i moje posiniaczone ręce, popukała się w głowę i zapytała: - Warto było? Odpowiedziałem krótko: - Warto. I to była odpowiedź młodości.  Młodości, która wierzy, że warto, nawet jeśli nie umie jeszcze dokładnie powiedzieć dlaczego. Młodości, która ma w sobie „nie” bez programu, ale z serca. Dziś programy bywają głośniejsze, a serca cichsze. Wtedy było odwrotnie. Pierwszy maja 1985 był całą piosenką. W tej piosence były okrzyki, cisza, ból, śmiech, strach i ten nieprzyzwoicie piękny moment, kiedy ośmiolatek ciągnie tarczę ZOMO jak sanki, a miasto na sekundę robi się normalne. I o tej piosence będę pisał dalej — bo ona nie skończyła się na Grunwaldzkiej. Ona we mnie została.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...