Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Srebrna patera powleczona siwą patyną
Pełna pachnących jabłek i winogron
Białoszara serweta z koronek serpentyną.
Ona ,spraw codziennych ogrom.

Tylko zegar cicho cyka
By nikt nie usłyszał
Czas przez palce umyka
Taka już ta muzyka.

Ciepły blask złotawych płomieni
Tańczy bezładnie w kominku.
Jesieni w lato nic nie zamieni
Miło wieczorem ze szklanką winka.

Taka już uroda
Tej polskiej
jesieni.


Proszę o konstruktywną ocenę.pozdrawiam

Opublikowano

siwa patyna- patyna jest zielona, najczęściej występuje w postaci glonu.
Do tego jak to może pachnieć jabłkami i winogronami?

Płomienie nie są złotawe. Najczęściej żółte, niepotrzebnie koloryzujesz.

Tylko zegar cicho cyka
By nikt nie usłyszał

Gdyby on tak cicho cykał by nikt go nie słyszą, to po co o nim w ogóle wspominać? Nie wnosi nic do tekstu.

Białoszara serweta z koronek serpentyną.
Ona ,spraw codziennych ogrom.

Jaka ona? Kto to jest? Co robi w tym tekście?

Sam tekst faktycznie mdły. Do tego dużo w nim nielogiczności. Pojawiają się pojęcia a nie wiadomo skąd.

Opublikowano

Patyna jest efektem korozji metalu i wilgotnego powietrza ma ma barwę szarozielona ,ja w przyciemnionym pokoju widziałam ja w szarościach.
Płomienie można określić wieloma barwami np;żółtoczerwone ,bladożółte,a ja widziałam złotawe.
Zegar wnosi klimat przemijającego czasu ,ciche cykanie o tym przypomina.
Ona osoba przyglądająca się otoczeniu z bagażem codzienności.pojawiają się pojęcia z najbliższego otoczenia,salonu w jesienny długi wieczór.pozdrawiam

Opublikowano

Z tą "oną" to nie wynika z treści. Czyli zwykły błąd, jest ta "ona"tam zbędna. A to że Ty widziałaś? Nie wynika z tego tekstu. Do tego masz paterę pokrytą patyną? Sanepid tego nie pochwala :)

Inna sprawa to ta, że tworzysz zaprzeczające sobie związki frazeologiczne. A tak się po prostu nie pisze.

Aha, i sama pomyśl. Siwy a szary, jest różnica jednak. A tym bardziej, jeśli to ma być szarozielony. Gdzie tam miejsce na siwość?

Opublikowano

Takie już są te moje widzenia przez pryzmat poezji.Nic na to nie poradzę!A teraz to już piszesz nie konstruktywnie "szukasz dziury w całym! No i ten SANEPiD?Kto nie ma starych pater nie ma patyny,a'propos patyna występuje na związkach miedzi z innymi metalami,jak również jest specjalnie chemicznie przygotowywana w celach zdobniczych.
'

Opublikowano

Występuje również na dachówkach budynków.

Nie czepiam się, po prostu staram się zrozumieć. Nawet jeśli obrazujesz przez pryzmat języka poetyckiego, to jedno musi wynikać z drugiego a środki stylistyczne muszą być sensowne. Analizując ten tekst to wychodzi to tak:

Srebrna patera powleczona siwą patyną
Pełna pachnących jabłek i winogron
Białoszara serweta z koronek serpentyną.
Ona ,spraw codziennych ogrom.

Powleczona siwą patyną- na temat barw patyny już rozmawialiśmy, ale powleczona.... Powlekać, nawlekać, właściwiej by było napisać pokryta, przyprószona, okryta. Powlekać jest błędnym pojęciem w tym przypadku.
Pełna pachnących jabłek i winogron- pytanie, do którego teraz wersu się to odnosi, pierwszego czy trzeciego? Warto byłoby to zaznaczyć. Bo można to odczytać jako " białoszara serweta pełna pachnących jabłek i winogron, a serwet w końcu pojemnikiem nie jest, wiec i wypełniona nie może być. O koronkach serpentyn jeszcze nie słyszałem. Warto by było to przestawić lub po prostu zamienić na inne słowo.
Odnośnie tego Ona. Idąc tokiem wiersza to najwłaściwszym tropem jest to, że te słowo odnosi się do serwety, która jest najbliższa miejscem słowu "ona", oraz jest najbardziej spersonifikowaną metaforą w tym tekście. Wszak koronki, które stawiasz zaraz obok niej, kojarzą się z bielizną i to tą ekskluzywną. A spraw codziennych ogrom, ni huhu nie wiem, do czego się odnosi i po co tam jest.


Tylko zegar cicho cyka
By nikt nie usłyszał
Czas przez palce umyka
Taka już ta muzyka.

Ta strofa jest grubą nicią szyta. Do tego bazujesz na banalnych pojęciach. "czas przez palce umyka"- nie wiem który raz to czytam w poezji. Piszesz też o muzyce, której tu nie ma. Jeśli chciałaś tym słowem podkreślić to tykanie zegara, to fatalnie to wyszło, bo wszak zegar ma być tak cichy, aby nikt go nie słyszał. A jeśli chodzi o odniesienie do czasu, to jeszcze nie słyszałem aby on był muzyką i brzmiał jak muzyka. Do tego w całej strofie masz takie słowa jak : zegar, cyka, czas umyka, które stricte tyczą się przemijania, o którym zresztą piszesz dosłownie.

Ciepły blask złotawych płomieni
Tańczy bezładnie w kominku.
Jesieni w lato nic nie zamieni
Miło wieczorem ze szklanką winka.

Kolejna nielogiczna rzecz. Skąd kominek się w tym obrazie wziął, skoro wcześniej piszesz o przemijaniu, o czasie, o cykaniu i tzw. muzyce. I jeszcze te super dziwne wtrącenie "jesień w lato nic nie zamieni". Przepraszam, ale to jest tak oczywista oczywistość, że aż szkoda, że jeszcze nie podkreśliłaś słowami " więc jesień będzie jesienią".
Ostatni wers to już szczyt niekonsekwencji. W dalszym ciagu nie wiadomo kto, co, jak gdzie kiedy, ale jednak jest i pije niby winko. Poza tym kto ze szklanki pije wino? Przepraszam ,winko. Może te tanie?

Taka już uroda
Tej polskiej
jesieni.

Tu oczywiście trzeba było jeszcze dopowiedzieć, bo czytelnik mógł się nie domyśleć, że to o polskiej jesieni piszesz.

To tylko obrazuje, jak dużo błędów i nielogiczności w tym tekście jest.

I możesz sobie to odebrać jako atak i czepianie się. Mnie to rybka.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



No przecież ja to robię na złość, po to aby umniejszyć wymowę Twoim tekstom, ubliżyć Twojej osobie. Ja po prostu jestem skurwysynem, który lubi besztać innych ludzi. Tak. To cały ja przecież.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ale odpowiem na twój zarzut szacunku. Gdybyś go miała, to miałabyś większy dystans do swoich tekstów i do moich komentarzy, które zwyczajnie nie są złośliwe, mimo tego że wytykają Ci błędy jakie popełniasz pisząc. Ale Ty akurat jesteś z tych osób, które same najlepiej wiedzą jak pisać i sądla siebie najlepszymi krytykami. Co więcej oczekują przede wszystkim pochwał bo wyczjanie uważają, że nie zasługują na krytykę.

Swoją drogą patrząc na twoje "konstruktywne komentarze" pod innymi tekstami, gdzie jedyne co potrafisz wskazać to błędy ortograficzne ( o interpunkcyjnych nie wspomnę bo sama nie potrafisz jej dobrze stosować) to chce mi się zwyczajnie śmiać. I mówię to z pełną świadomością, że w tym momencie mogę obrazić Twoją osobę. Ba, wręcz z premedytacją. Naucz się wreszcie pokory, a nie rzucaj wyświechtanymi hasłami, mówiącymi, że właściwa poezja to ta, która płynie z serca, a zauważ że serce to początek tekstu, a rozum powinien go dopełnić i dopieścić.

I zacznij też czytać poezję, dużo poezji.

A na mnie nie patrz spod byka bo mówię Ci dokładnie to samo, co powiedziałby Ci każdy, kto pisze od wielu lat i wie na czym to pisanie polega.

Pozdrawiam konstruktywnie (cokolwiek to w Twoim słowniku znaczy)
Opublikowano

MENTOREM to nie jesteś .Ale nareszcie przyznałeś tu cytat:
I mówię
"to z pełną świadomością, że w tym momenciemogę obrazić Twoją osobę. Ba, wręcz z premedytacją."

No i cóż sama esensja osobowości!
Trzeba koniecznie coś z tym zrobić!

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Spój po prostu na siebie Aluna. Esencjo krzykliwości, pychy, bałwochwalstwa, braku asertywności i dystansu do samego siebie, co to najwięcej chce, choć sama nie wie o co jej naprawdę chodzi.

Następnym razem zastanów się naprawdę jak Ty się odnosisz do innych krzykliwa dziewczynko.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Kibitka podskakiwała nieustannie na skostniałych grudach śniegu, a za tym wtórował niczym echo brzdęk łańcuchów. Również i co raz rozbrzmiewał cichy jęk, gdy obolałe barki skutych jeńców obijały się o siebie. Turkot gramolących się po nierównościach płóz, huczał im po czaszkach, dopełniając kakofonię.   Sunęli nieprzerwanie w dal, na północny-wschód od stepu, już dawno przestępując granice kraju Sepentrionów, a im większą odległość przemierzyli, tym coraz bardziej rzedły gwary przejezdnych wiosek. Wzmagał się też mróz, szczypiący najbardziej po nosie, uszach i koniuszkach palców. Spodziewano się, iż kilku więźniom może ubyć nieco paznokci jeszcze przed kresem podróży.   Więźniowie kibitki byli mieszanką odmiennych losów i narodowości. Nie brakowało halyjskich zbójów, sepentriońskich obywateli, oskarżonych o szpiegostwo, czy zdradę cara, byli też lechiccy i estowscy jeńcy, którym udało się uniknąć śmierci na polu bitwy, choć przyszłość żadnemu z nich nie wydawała się łaskawa.    - Mamy tu okaz specjalny - mówili do siebie z zadowoleniem sepentriońscy strażnicy - lechicki oficier, nasi chłopcy się umęczyli, by go porwać żywcem z bitwy.   - Jak mu było? Kapitan Pilecki?   - Jakoś tak. Mało znany sołdat, choć pono rębacz nie ciemięga. Ale co my się będziem głowić, imionami zajmą się urzędasy na miejscu.   Ta krótka wymiana zdań przeleciała mimo uszu samemu pojmanemu oficerowi. Próbował on w tym czasie rozkrzesać choć odrobinę ciepła w swych dłoniach, będąc jednocześnie wyczerpany z głodu. Wszystko, co się wokół niego działo przez ostatnie kilka dni, zdawało się być tylko niewyraźnym snem. Myślał tylko, jakie miał szczęście, że zachował jeszcze pełen komplet palców. Był świadkiem, jak jeden z Sepentrionów w kibitce, nie widząc już więcej pożytku ze zdrętwiałych mięsnych patyków, sam je sobie odgryzł, by tylko zapełnić żołądek na jeden dzień dłużej. Pilecki wtedy obiecał sobie, że taki nie będzie, jeśli musi umrzeć, to przynajmniej spróbuje zachować swoją godność.   Niespodziewanie, kibitka zatrzymała się, za ścianami rozlegało się rytmiczne chrupanie ugniatanego baczmagami śniegu. Nagły błysk światła przyprawił kapitana o chwilowy ból głowy, drzwi kibitki rozwarły się na oścież, i tylko ciemna, niewyraźna plama o kształtach strażnika majaczyła wśród bezkresnej bieli.    - Postój - krzyknął stanowczo, lecz bez emocji sepentrioński strażnik - możecie się odlać, jeśli wciąż macie czym.   Kości więźniów strzelały, niczym łamiące się belki, pierwszy raz od kilku godzin mogli powstać ze swoich miejsc. Słaniali oczy rękawami, ciemność panująca w kibitce kontrastowała ze śnieżną jaskrawością zewnętrznego świata. Wiatr był nikły, jak przez całą drogę. Każdy korzystał z okazji, by zaciągnąć jak największy wdech, choć wszechobecny, skrajny chłód kłuł ich w płuca. Nie zważali jednak na to, uwolnili się, choć na chwilę od woni zmurszałej stęchlizny i potu.   Odeszli niewielki kawałek od wozu, pobrzękując łańcuchami przy każdym kroku. Dwóch strażników nie odstępowało ich na krok, ściskając arkebuzy w otulonych w wełniane rękawice dłoniach. Trzeci został przy wozie, by wymienić konie w uprzęży. Kapitan Pilecki myślał już, iż za chwilę ich dotychczasowi stróżowie odegrają rolę katów, rozstrzelają ich i porzucą na tym lodowym pustkowiu. Tak się jednak nie stało, strażnicy rzeczywiście chcieli przy okazji postoju zadbać o potrzeby więźniów.   Stojąc tak w rzędzie, zwróceni w jedną stronę, kapitan Seweryn spostrzegł coś osobliwego na horyzoncie. Niemal czarna plama pośród rozległego puchu. Szturchnął łokciami sąsiadów, wskazał wzrokiem na obiekt. Para ulatniająca się z ust przesłaniała im nieco widok, lecz nie było wątpliwości, iż nie jest to żadna fantasmagoria. Coś rzeczywiście znajdowało się hen na środku pustkowia.   - Wszyscy widzą to co ja, prawda? - Szepnął do towarzyszy w niedoli Seweryn Pilecki - Jak maczek w worku mąki, nie da się przeoczyć.   - Prawda to, jak Peruna kocham, ja też widzę, jest tam co! - odpowiedział jeden Halyjczyk.   - Powinniśmy to sprawdzić, co panowie strażnicy na to?   - Dobra, naprzód! - powiedział jeden z Sepentrionów po namyśle - Nie ociągać się tylko, bo nie płacą mi za szperanie po pustkowiach.   Dobre pół godziny minęło nim przebrnęli przez zaspy. Obiekt jednak stopniowo zwiększał się na ich oczach, choć początkowo trudno było ten fakt zauważyć. Pocieszało ich jedynie, że po już utorowanej drodze, łatwiej będzie im wrócić. Czarny obiekt nabierał już coraz wyraźniejszych kształtów, zaraz byli już tuż obok niego, część więźniów patrzyła teraz z niedowierzaniem. Stanęli ledwie kilka kroków od zamarzniętej czarnej bryły. To, co ujrzeli, było skorupą wychłodzonego stworzenia, wielkości wyrosłego psa. Ciało jednak nie miało sierści, jego powierzchnia była cała gładka i przypominała organiczny pancerz. Ciało miało trzy główne segmenty, z czego środkowy był najsmuklejszy i wyrastało z niego sześć patyczkowatych odnóży.    - Czy my patrzymy na gigantyczną mrówkę? - szeptał do siebie skołowany Seweryn.    - Starczy ferajna, zbieramy się z powrotem w trasę, zmarnowaliśmy tu tylko czas! - krzyknął sepentrioński strażnik.   Nim się spostrzegli, byli już na powrót w kibitce. Krótki spacer otrzeźwił nieco ich umysły. Ruszyli wkrótce i ponownie rozległ się turkot obijanych o grudy śniegu płóz.   * * *   Kibitka gnała, ciągnięta wciąż i wciąż siłą końskich mięśni, gnała resztę dnia i całą noc, a zatrzymała się dopiero, gdy nastał ranek. Wtedy też się okazało, iż są już u celu. Drzwi ponownie otworzyły się przed więźniami, strażnik kazał wszystkim wysiadać. Znaleźli się teraz u wrót obozu, brama właśnie się za nimi zamykała, a zewsząd otaczała ich palisada. Wewnątrz fortyfikacji wznosiło się kilka podłużnych domków, po drugiej stronie obozu stał krótszy, ale szerszy i piętrowy budynek. Nieopodal było też kilka mniejszych, bądź większych budynków, wyglądających na coś w rodzaju składów. Wzdłuż palisady wznosiły się też w szerszych odstępach wieże strażnicze. Ludzi nie było zbyt wiele, jak na rozmiary tego miejsca. Kręciło się kilku wynędzniałych męczenników, dokonujących napraw, przenoszenia ładunków i podobnych robótek. Wszędzie rozstawieni byli l strażnicy, lecz również było ich mniej, niż można by się tego spodziewać.   Gdy wszyscy wgramolili się z kibitki i wyprowadzono ich na główny plac, z piętrowego budynku wyszedł mężczyzna w dostojnym, ciepłym kożuchu. Ludzie w sepentriońskich mundurach stawali przed nim w rzędach i salutowali z mechaniczną precyzją, nikt nie śmiał przed nim drgnąć palcem, choćby i na milimetr. Ustawiono nowo przybyłych w rzędzie, dostojnik zatrzymał się przed nimi, stawiając ciężko kroki, srogo rzucił wzrokiem od jednego końca na drugi, po czym odchrząknął.    - To nowy nabytek? - zwrócił się do jednego ze strażników, a gdy ten kiwnął twierdząco, dostojnik kontynuował - Nazywam się pułkownik Aleksiej Gorbunow, jestem namiestnikiem tego obozu. Ludzie, których widzicie są moimi uszami, oczyma i rękoma, ale to ja jestem własnymi ustami i tylko ja, ponieważ to JA tu rządzę i MOJE słowo jest niepodważalne. Musicie wiedzieć jedno, przyzwyczajcie się do życia tutaj, ponieważ innego już nigdy nie zaznacie, chyba, że na Bezkresnych Polach Welesa. Póki co jednak, macie mi się głośno i wyraźnie przedstawić, po kolei!   Namiestnik przestępował powoli z nogi na nogę, każdy musiał wypowiedzieć swoje imię i zawód z czasów wolnego życia. Jak lustrzane odbicie podążał za namiestnikiem tęgi wartownik, tyle, że był za plecami więźniów. Cały czas ściskał kurczowo arkebuz, jakby miał być gotowy do oddania strzału. Więzień za więźniem wykrzykiwał swe nazwisko, namiestnik zdawał się z tego zadowolony, aż do czasu.    - Kto ty? - pytał więźnia Gorbunow.   - Grigori F-F-Fio-dorow.   Namiestnik skinął głową na swojego towarzysza. Strażnik dotychczas spokojnie podążający za Gorbunowem, wznósł arkebuz ponad głowę i stłukł kolbą jąkającego się więźnia, tamten kulił się pod naporem ciosów, a gdy strażnik skończył, postawił go z powrotem na równe nogi.   - To może jeszcze raz. Kto ty?   - Grigori Fiodorow - tym razem odpowiedział całkowicie płynnie - cieśla ze stolicy.   - Tak lepiej, bierzcie wszyscy przykład! - i podszedł do następnego - Kto ty?   Namiestnik wypytywał tak każdego, aż doszedł w końcu w szeregu do Seweryna. Przeżarł go uważnie wzrokiem i stanął w zadumie, od razu poznał, że to nie byle obdartus przed nim stoi.    - Kto ty? - rzucił udając brak zaciekawienia.   - Kapitan Seweryn Pilecki, w służbie mości wojewody, Witolda Nadgórskiego.   - Pilecki… Pilecki… obiło już mi się gdzieś w obozie to nazwisko o uszy - i stanął w zamyśle przed Sewerynem.   - Mości namiestniku, co robimy z nowymi więźniami? - przerwał strażnik po krótkiej pauzie dostojnika.   - Sam ranek jest, więc rzućcie ich od razu na roboty, szybciej się zaklimatyzują - po czym ruszył dalej wzdłuż szeregu - a tego bez palców pod ścianę.   Wkrótce namiestnik odszedł do swojej kwatery. Straż porwała mężczyznę z odgryzionymi palcami z szeregu, reszta więźniów zaciągnięta została do jednego z pomniejszych budynków, po przekroczeniu progu okazało się, iż wewnątrz znajdował się skład sprzętu górniczego, dość opustoszały. Każdy nowy więzień dostał do rąk swych kilof, następnie większa grupa straży odprowadziła wszystkich na drugi kraniec obozu, gdzie znajdowała się kolejna brama. Przemierzyli piechotą mały lasek, droga była dobrze ubita, wyglądało na to, iż duże grupy ludzi regularnie z niej korzystały. Kilkunastominutowy marsz dowiódł grupę do zbocza góry, z której zionął wydrążony w śniegu i skale tunel. Przed nim ustawione były sanie, załadowane skrzyniami. Niektóre z owych skrzyń były częściowo wypełnione urobkiem. Zalegały tam żółtawe i błyszczące bryłki, to z pewnością było złoto. Obok wejścia do tunelu stało też urządzenie ukryte pod płachtą, nikt z więźniów nie domyślał się, co dokładnie może się pod nią kryć. Co czas jakiś mała grupka ludzi wyłaniała się z ciemności, a w dłoniach ciążyły im kufry z wydobytym surowcem. Wszystko składowali na saniach, nigdzie jednak nie było widać koni do zaprzęgu. Wtem z tunelu zaraz za grupą wyłoniło się kolejnych dwóch górników, nie nieśli jednak oni urobku. Górnicy rzucili coś bezwładnego w śnieg, między drzewa. Seweryn przyjrzał się tej sytuacji bliżej, a to, co ujrzał, wprawiło go w niemały dyskomfort, który objawił się bólem głowy. Mianowicie poza tunel wyrzucono zwłoki skazańca, padłego z wycieńczenia.   Wmieszali się teraz wszyscy, tragarze i nowo przybyli, w jedną grupę. Przekroczyli próg tunelu i wokół zapanowała ciemność, kilku z tragarzy zapaliło dzierżone łuczywa. Wnętrze było duszne, skalny pył unosił się po całej przestrzeni, a im dalej i głębiej schodzili, tym było go więcej. Gęstniał nieustannie, metr za metrem, krok za krokiem. Wkrótce wszyscy mimowolnie zaczynali kasłać.    Wkrótce otworzyła się przed nimi jama-gargantua, na tyle obszerna i głęboka, że praca wymagała zamontowania dźwigu, wznoszącego się naprzeciw wejścia. Chyląca się stopniowo w dół spirala. Prowadziła aż do samego dna, a wraz ze spadkiem mnożyły się boczne korytarze, wiodące do kolejnych pomniejszych jam, wypełnionych górnikami, ryjącymi w poszukiwaniu żył szlachetnych metali. Wiadomo już było, czemu obóz wydawał się opustoszały, większość więźniów pracowała tutaj, pod powierzchnią ziemi.    Strażnicy rozpięli łańcuchy nowoprzybyłym i rozdzielili każdego do innego stanowiska. Dwóch zostało na górze, przy dźwigu, by zostać tragarzami. Właśnie rozległ się turkot kołowrotu i pod żurawiem wciągana była kolejna porcja złota. Seweryn odprowadzony został na samo dno, do jednej dwóch tamtejszych jam. Nie był pewien, gdzie przydzielona została reszta jego dotychczasowych towarzyszy.    Kapitana przypięto do nowego łańcucha, stał się teraz kolejnym ogniwem wśród zniewolonych górników. Spojrzał wkrótce na swoich nowych współwięźniów, wymarniałych, zarośniętych, zalanych potem, a czasem nawet krwią, obdartych z godności, lecz nieugięcie pracujących.   Ubijanie skały kilofem w żadnym stopniu nie przypominało cięć szablą. Narzędzie zdawało się Sewerynowi nieporęczne i tęsknił za finezją, z jaką przyszło mu niegdyś władać ostrzem, choć nadrabiał teraz nieco resztkami swojej wojskowej krzepy. Trach! Dziób kilofa wbijał się głęboko w ścianę, skała odłupywała się kawałek po kawałku, gruz turlał się między butami. Trach! Jedno uderzenie za drugim. Pot ściekał mu po ciele, dłonie robiły się śliskie, ale ściskał nieugięcie trzon narzędzia. Trach! Który to już raz? Jeszcze wiele razy przyjdzie mu ryć w tej ścianie. Może lepiej przestać liczyć? Nagły szmer wybił go z rytmu. Coś jakby lawina za ścianą, multum zmieszanych, lecz jednakowych dźwięków, przeobrażających się w jednolity i ciągnący się szum. Reszta górników zdawała się nie zwracać na to uwagi.   Nie wiedział już ile czasu zleciało od kiedy zszedł pod ziemię, jednak siły poczęły go już gwałtownie opuszczać. Strażnik ciągle wartował na drugim końcu łańcucha, gotowy, by zbić górnika kijem, gdy tylko upadnie ze zmęczenia. Kilof nie wbijał już się w skałę, a tylko szurał po niej czubkiem. Coraz ciężej przychodziło Sewerynowi wznoszenie głowicy ponad bark. Nie wytrzymał, padł na kolano i podpierał ociężałe ciało na kilofie, dyszał ciężko. Strażnik to wkrótce spostrzegł, tupał ciężkimi butami, echo było coraz wyraźniejsze, lecz w ostatniej chwili, ktoś Seweryna postawił na nogi. Podtrzymywał go dyskretnie, opierając dłoń na piersi kapitana, to był sąsiedni górnik, w zmierzwionej, czarnej czuprynie. Nie było do końca widać jego twarzy, gęste i długie kosmyki opadały poniżej czoła i zlewały się z równie gęstym i czarnym zarostem. Wyglądał niczym widmo, lecz dotyk jego ręki był jak najbardziej realny, choć jego ramię wyglądało na zaskakująco silne, jak na warunki żywieniowe więźniów. Gdy strażnik zbliżył się do nich, nieznajomy górnik odwrócił się błyskawicznie bez słowa i rył dalej w skale. Seweryn starał się sprawiać pozory, że wszystko jest w porządku, temu też strażnik wyglądał na zdezorientowanego.   - Co tu się dzieje? - pytał ściskając kij.   - Sprawdzaliśmy tylko ile skrzyni już napełniliśmy - odparł nieznajomy.   - Hmmm, niech wam będzie.   Po czym odszedł nieco zawiedziony.   - Musisz się w tym wyrobić, jeśli chcesz przeżyć - odezwał się niespodzianie sąsiad Seweryna - za dużo już widziałem dobrych ludzi, wyniesionych stąd bez sił.   - Prędzej mi chyba głowę rozsadzi - odparł z cicha Seweryn - och, gdyby tylko nie ta migrena!   - Mogę ci wyjaśnić parę kwestii, by było ci nieco łatwiej się przyzwyczaić, ale nie tutaj. Mamy już uzbieraną niezłą ilość złota, zawołam strażnika, by nas odpiął i zaniesiemy urobek do dźwigu, tam pogadamy - po czym nieznajomy odwrócił się do wartownika i krzyknął - Mamy tu już pełną skrzynię, możemy ją odnieść?   Zostali odpięci od reszty. Złapali we dwóch za uchwyty po przeciwnych stronach kufra i ruszyli z urobkiem do wielkiej jamy. Na dnie czekała platforma, na której złożono już kilka pełnych skrzyń, obok znajdowało się również kilka pustych. Wkrótce platforma poczęła się wznosić, a do ich uszu dobiegał chrzęst pracy kołowrotu żurawia. Porwali za puste pudło i ruszyli do swoich stanowisk.   - Nie musisz aż tak mocno wbijać kilofa w skały, jego ciężar sam powinien wystarczyć, by w niej drążyć - zaczął mówić nieznajomy - oszczędzaj energię, by go wznosić i utrzymać równo dziób przy wbijaniu.   - Powinienem coś jeszcze wiedzieć? - Seweryn stęknął ze zmęczenia pod nosem.    - Nie wolno nam rozmawiać podczas pracy, dlatego wyciągnąłem cię pod dźwig. Za gadanie, omdlenie i nieuzbieranie choć jednej skrzyni złota na dzień obrywa się kijem, a jak się to często powtarza, to zamieniają kij na kolbę arkebuza.   - Co to był wcześniej za szmer? Jakby za ścianą maszerowała piechota.   - Często się to powtarza, pewno to tylko wody gruntowe. Obawiam się, że wkrótce mogą nas zalać, już jakiś czas drążymy w tym miejscu.   - Długo już tu siedzisz? Jak udało ci się utrzymać taką tężyznę?   - Wystarczająco długo, by wiedzieć jak przetrwać. A tężyznę mam w naturze.   * * *   Godziny mijały, Seweryn padał już z wycieńczenia, pracując w pocie czoła w głębinach kopalni. Tylko skromny posiłek dał mu chwilę wytchnienia, teraz jednak owa przerwa zdawała się aż nadto odległa w czasie. Huk uderzeń kilofa dźwięczał mu w uszach, nawet w chwilach, gdy otaczała go absolutna cisza. Niespodzianie przez korytarze przebijało się ciche, metaliczne echo szmeru. Dźwięczny brzdęk, kołatanego dzwonu, wszystkich postawiło to do pionu. Górnicy zastygli w ruchu, jakby skamieniali i tylko ich nagminne dyszenie dawało znak o ich życiu.    - Koniec roboty! - zakomendował wartownik na końcu jamy - Zbierać się wszyscy na górę!   Wspięli się już po spirali i zmierzali ostatnim prostym korytarzem ku światu na powierzchni. Gęstniejąca ciemność wyraźnie zaznaczyła upływ czasu, choć śnieg w dalszym ciągu błyszczał jaskrawo. Seweryn miał już nadzieję na koniec dnia, na odpoczynek, lecz przeliczył się niezmiernie. W natłoku pracy całkowicie zapomniał, że przed wejściem do kopalni stały jeszcze sanie, całe wypakowane skrzyniami pełnymi złota. Co jednak było najgorsze, nikt od czasu zejścia do kopalni nie sprowadził w to miejsce koni, Seweryn już domyślał się czemu.   Cała kompania górników z dolnej jamy, do których był przypięty Seweryn, ruszyła złapać za przymocowane do pojazdów liny. Kapitan nie miał więc wyjścia, musiał ruszyć za resztą. “Na trzy”, brzmiała komenda i gdy wszyscy w zaprzęgu dali jednocześnie krok w przód, sanie podążyły za nimi, trzeba to było tylko powtórzyć kilkaset, a może i tysiąc razy. Mijała minuta po minucie i kwadrans po kwadransie, a koniec drogi był jeszcze odległy, tylko biel zmieszana z szarością rysowała się przed nimi. Onegdaj śnieżne podłoże już dawno przed przybyciem Seweryna ubiło się w lód, który dodatkowo utrudniał podróż. Lecz skuci więźniowie nie odpuszczali, dla zdecydowanej większości z nich to nie był pierwszy raz, to katorżnicza codzienność.   Był to dopiero pierwszy dzień Kapitana, a zdążył  zaznać większość rutyny, jaka obowiązywała w tym miejscu. Zastanawiał się, czy tak będzie wyglądała reszta jego życia i jak długo będzie ono jeszcze trwało. W końcu był szlachcicem, w wąskich kręgach nawet dość wpływowym. Łudził się nadzieją, że o ile ktoś dowie się o jego dokładnym losie, jest szansa, że przyjaciele i rodzina się o niego upomną.   Seweryn rozejrzał się wokół siebie, po raz pierwszy od przyjazdu w to miejsce mógł zobaczyć prawie całą populację obozu w jednym miejscu. Teraz liczba ludzi odpowiednio oddawała rozmiary tej otoczonej palisadą wioski bólu.   Z czasem zdawać mu się zaczęło, że wraz z parą, z ust ulatują mu również stopniowo cząstki jego ducha. Patrzył tylko na mijane powoli drzewa, wszystkie zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Jednak po krótkim przyćmieniu świadomości, gdy jego ciało samo z siebie ciągnęło już za linę, niczym echo przeszłego życia, zbudził się nagle u progu wrót, wśród palisady. Ten dzień już się powoli kończył, tym razem naprawdę.   Słońce zdążyło już zajść, a więźniów na koniec dnia czekała jeszcze wieczorna zbiórka. Długie rzędy wymęczonych górników ustawiły się na głównym placu. Namiestnik opuścił swoją piętrową chatę, jedyny murowany budynek w okolicy. Krążył po głównym placu, wysłuchiwał raporty strażników, przyjmował straty w ludziach z obojętnością, a po przeliczeniu skrzyń złota kręcił nieco nosem. Wkrótce opuścił zgromadzenie. Po tym więźniowie byli wolni, mogli udać się do izby, na swoje prycze.   Każdy z podłużnych budynków mieścił w sobie izbę sypialną, długie rzędy łóżek ciągnęły się wzdłuż obu ścian. Więźniowie ustawiali się przed drzwiami do swoich izb w kolejkach, przed przestąpieniem progu, sepentriońacy strażnicy wręczali do rąk kawałek chleba. Następnie rozpinali łańcuchy i wpuszczali do środka.   Seweryn po paru minutach kręcenia się po pomieszczeniu, zdołał znaleźć pustą pryczę. Część skazańców tuż po wejściu do środka od razu zasiadała właśnie na nich i spożywała swój skromny posiłek. Większa część więźniów organizowała jednak wewnątrz schadzki, w których to wymieniano się plotkami oraz uczestniczono w prostych grach hazardowych, gdzie stawką oczywiście była cząstka porcji chleba. Seweryn zaczął właśnie objadać swoją porcję, gdy usłyszał od boku ciche syczenie, odwrócił się i spostrzegł, iż jedna ze schadzek wzywa go do siebie.   - Psst, hej nowy, podejdź no.    Kapitan zbliżył się nieufnym krokiem, dobrze wiedział, że ci upodleni ludzie są już od dawna zezwierzęcenii. Grupa składała się z pięciu osób, każdy był umazany w pyle skalnym i pocie, zarośnięty i wychudzony, niektórym doskwierały poważne ubytki włosów, czy uzębienia.   Gdy Seweryn podszedł już do nich i przykucnął, na twarzach współwięźniów pojawił się ponury grymas. Spod łóżka wyłonił się szósty, najbardziej rosły z nich mężczyzna, z rysią zwinnością skoczył do Pileckiego, próbował przydusić go do podłoża i brutalną siłą wyrwać mu niedojedzony chleb z ręki. Lecz sprawny i dość jeszcze świeży Seweryn nie dał się zaskoczyć. Szybko się wywinął z uścisku i w oka mgnieniu to on przygniatał kolanami ciało przeciwnika do ziemi i przyciskał dłonią jego głowę. Ciągnąc go za resztki włosów, Seweryn rozbił napastnikowi nos o drewnianą podłogę.    - Dobrze, puść już mości panie, prosim nam wybaczyć - skomleli koledzy napastnika.   - Jaką mam pewność, że nie rzucicie się na mnie, gdy go puszczę?   - Obiecujem, mości pan z Fatum Stepu trzymasz, my się go boim.   - Fatum Stepu? Co to za bełkot?   - Tak na niego mówią, na tego czarnowłosego. Mówi się, że gdziekolwiek się nie zjawi tam Zło na powierzchnię wylizie. On taki silny jak i waćpan.   - Kim on dokładnie jest?   - My nie…   Nagle coś cicho w izbie trzasnęło, prawie nikt tego nie słyszał, jednak służba wojskowa na stepie wyczuliła już nieco Seweryna na ciche szmery. Obejrzał się wokół, widział w dali puste, odizolowane od reszty łóżko.    - Zaraz sam się dowiem - po czym wypuścił swego niedoszłego oprawcę z uścisku.    Zostawił wszystkich za swoimi plecami. Gdy udowodnił swoją siłę, nie musiał się bać o swoje życie, przynajmniej póki nie śpi. Nie zaprzątał sobie jednak tym głowy, stanął przed samotną pryczą i dokładnie próbował ją zbadać, nic jednak nie rzucało się w oczy, do czasu. Schylił się, by zajrzeć pod łóżko, nic wówczas nie zauważył, jednak by się podeprzeć, przystawił dłoń do ściany. Wtedy poczuł jak kości jego dłoni, przeszywane są przez niemiłosierny mróz, wbijał się on w ciało jak igły. Odsunął lekko rękę i zrozumiał, między deskami jest niewidoczna, ale nieszczelna szczelina. Szurał teraz paznokciami po krawędziach, by oszacować, jak wielka może owa przegroda być. Znalazł przeciwległą krawędź, udało mu się nawet zahaczyć paznokcie. Malutkie przejście było otwarte, nie do wiary, że tak rosły mężczyzna, jak ten nieznajomy górnik mógł się przez nią przecisnąć. Seweryn był zdeczka szczuplejszy, temu nie miał aż dużych problemów z przejściem na drugą stronę.   Znalazł się na zewnątrz, zamknął za sobą po cichu przejście. Ciemność otulała go z każdej strony, o świecie widzialnym przypominały tylko tu i ówdzie rozpalone pochodnie, reszta świata jawiła się jakoby zatopiona w atramencie. Myślał teraz, że mógłby może uciec, ale czy palisada nie jest zbyt wysoka i ostra? Pierwej musiałby też znaleźć solidną i długą linę. Na obecną chwilę próbował wyśledzić nieznajomego, lecz na utwardzonym śniegu dużo ciężej jest odczytać ślady, chyba tylko Halyjczyk dałby radę to zrobić. Poszedł jednak wzdłuż ściany, w stronę głównego placu, z nadzieją, że może przypadkiem jeszcze natknie się ma swojego sąsiada z jamy. Doszedł do zewnętrznej krawędzi izby.    Tu i ówdzie powtykane pochodnie zdradzały, iż obóz również i w nocy dość jest żywy, by przemknięcie się niezauważonym należało do wymagających zadań. Seweryn wychylił się delikatnie poza krawędź, przy drzwiach do izby również wartował Sepentrion, był on wręcz niebezpiecznie blisko.   Wycofał się na powrót do cienia, chcąc już wracać do środka, zauważył drobny ruch w okolicach chaty namiestnika, coś się poruszało w cieniu, tak samo jak on. Jedyny sposób, by dotrzeć w tamto miejsce niepostrzeżenie, to przejść na około.   Po drugiej stronie budynku było zdecydowanie mniej światła, droga jednak wiodła tuż przy palisadzie, gdzie śnieg nie był już aż tak udeptany, a strażnice rosły gęsto. Serweryn stawiał kroki z niebywałą dotąd ostrożnością. Pozostawienie podejrzanych śladów mogłoby zgubić całą izbę, jednak rozsiane wszędzie posterunki wcale w tym nie pomagały. Uskoczyć na bok, by zanurzyć się w ustronną kryjówkę, należało do zadań ciężkich. Jedynie miejscami była taka możliwość, gdy udeptane już wcześniej ślady prowadziły do szopek, czy podobnych, niewielkich konstrukcji. Mróz chrupał pod baczmagami, echo niosło się w niezgłębionej ciszy, tylko sporadyczne porywy wiatru ratowały Seweryna przed słuchem strażników.   Kapitan zdołał dojść pod bramę, wtenczas nadszedł dla niego moment przełomowy. Kompletnie otwarta przestrzeń stanowiła ogromne ryzyko wykrycia. Wrota były najbezpieczniejszym miejscem, by przerzucić linę i zbiec poza obóz, temu też tam w minimalnej odległości stały dwie strażnice. Jednak w tym miejscu była też szansa, by przedostać się do stróżówki namiestnika. Między bramą, a izbami więźniów była dość szeroka i ociemniona przestrzeń, gdyby Seweryn położył się w tamtym miejscu plackiem, rozmyłby się się strażnikom z otoczeniem. Jedyne co, to musiał się tam wystarczająco szybko przeczołgać na drugą stronę, nim tę przestrzeń przemierzy jeden z nagminnie szwędających się patroli.   Plan wdrożony został z większą łatwością, niż Seweryn mógł się spodziewać. Na ubitym podłożu kapitan bezproblemowo prześlizgiwał się na przeciwną stronę. Jedyny problem stanowił donośny odgłos szurania, jaki dobiegał z ocierającego się o lód kożucha. Wkrótce był już na drugiej strone, zdążył się podnieść z ziemi i wskoczyć za zaspę, nim minął go patrol.   Podążał wzdłuż tyłów magazynów, patrole z rzadka tu się zapuszczały, była tylko jedna para śladów na śniegu, dość świeżych. Przeszedł za nimi dość swobodnie, nie martwił się już o zbyt wiele. Mijał już ostatni magazyn, wychynął zza winkla, ujrzał chatę namiestnika, a za nią pląsającą, cienistą plamę. Zmierzył w jej stronę, a wraz z skracaniem dystansu, nasilał się subtelny odgłos mlaskania.   - A więc to stąd czerpiesz siłę? - szepnął Seweryn za plecami nieznajomego.   - Knur poluje regularnie na renifery - odpowiedział nieznajomy, jednocześnie powoli przeżuwając i przełykając - sam wszystkiego nie zeżre, ale też i z nikim się nie dzieli. Wyrzuca za chatę siła resztek, rano straż wynosi wszystko za bramę.   - W imię czego się tak upadlasz? Żyjesz jak wytresowane zwierzę!    - W imię skręconego karku Gorbunowa, pewnego dnia opuści gardę a wtedy…    - Skoro się regularnie wykradasz z izby, to czemu stąd nie uciekniesz?   - Wszędzie za tą palisadą obóz otoczony jest fosą, nie da rady bezpiecznie przeskoczyć. Z resztą nawet gdyby, jesteśmy hen na pustkowiu w środku zimy. Ktokolwiek by się wymknął, zamarzły, nim dojdzie do jakiejkolwiek wiochy - nieznajomy milczał chwilę, po czym obrócił lekko głowę do Seweryna - Muszę przyznać, że zaimponowałeś mi. Myślałem, że tylko Halyjczyk dałby radę mnie wytropić. W dowód uznania, mogę podzielić się z tobą kawałkiem pieczeni.   - Uprzejmie odmawiam, obiecałem przed samym sobą umrzeć z godnością.   - A więc lechicka duma wcale z ciebie nie uszła.   - Kim waść właściwe jest? Znamy my się?   - Sza! Patrol!   Schylili się w zaspę, tuż przed ich nosami przetupało trzech uzbrojonych Sepentrionów. Oddalali się miarowym krokiem, wystawiając cierpliwość zbiegów na próbę. W końcu zniknęli za rogiem jednego z magazynów, a Seweryn wraz z towarzyszem powstali na równe nogi.    - Czas nadszedł, by stąd pierzchnąć - wycedził przez zęby nieznajomy - idź krok w krok za mną. Nie ręczę za siebie, jeśli przez ciebie stracę źródło pożywienia.   Droga powrotna wyglądała niemal identycznie. Oczywiście we dwójkę trzeba było się dodatkowo zsynchronizować ruchami, było więc nieco trudniej przedostać się między izby. Byli już u kresu wycieczki, szli wzdłuż drewnianej ściany swojej noclegowni, gdy zza pleców dobiegł ich nikły głos.    - Poczekaj tu chwilę, muszę sobie ulżyć - brzmiały przytłumione słowa.   Uciekinierzy odwrócili się, zobaczyli, jak w okolicy strażnicy, w blasku pochodni futrzasty kształt upuszcza się w dół drabiny. Na ten widok przyspieszyli nieco kroku, słyszeli już, jak chrobocze ugniatany śnieg.    - Jest tam kto? - zabrzmiał głos.   Kroki się zbliżały, a nieznajomy górnik grzebał jeszcze przy ścianie, pchnął deskę dłonią w kilku miejscach i tajemne wrota obluzowały się. Tężysta sylwetka z niespodziewaną giętkością wślizgnęła się w szczelinę, potem przeciskał się Seweryn, z mniejszą nieco gracją. Nieznajomy zamknął po cichu  wyrwę w ścianie i odczekał chwilę. Przystawił ucho do drewnianej ściany, a na jego twarzy malowało się nieme skupienie. Potem odsunął się bezszelestnie.    - Przeszedł obok, nie zauważył nas - szepnął ze stoickim spokojem - odejdź już dzisiaj, nie zwracajmy na siebie więcej uwagi.   Seweryn zgodził się z kompanem, był już zmęczony po pełnym wrażeń dniu. Izbowe schadzki rozchodziły już się powoli, mieszał się więc w powracające do prycz masy. Ułożył się ze skrzypem na pryczy i dość szybko zasnął.
    • Boję się  Świata    W którym  Nie mogę zasnąć    I boję się  Twoich słów    Które każą mi odejść    I boję się    Że nigdy już  Tak naprawdę nie zasnę   Nawet gdy noc Będzie trwała wiecznie 
    • @Annie – przeciwnie: gwiazdy lepiej widać na ciemnym niebie. Natomiast ekfraza powinna uwzględniać to, co obraz przedstawia, i dopiero z tego poziomu snuć impresje (motyw z absyntem bardzo udany, choć "zielona wróżka" – chyba trzeba założyć – już sama rozmyła się znaczeniowo).
    • Zasypiając w papierowej czerwieni, otwieram oczy. Noc hipnotyzuje  blaskiem, zapadam w siebie szeptem  rozcierając miękkie kontury.  Rozmazane tęczówki w mroku przypominają krople deszczu wybudzone ze snu.                           
    • Ścielesz gniazdo, przez tyle lat,  a wystarczy,  że wytną las.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...