Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Po prostu im dalej, tym większa samotność samego tylko współistnienia z rozłożystymi łopianami nad rzeką. Im głębiej, tym większy ból i zwątpienie, że lotnie i marcowo nigdy nie było. Zaciągnęłam się papierosem. Szósta na wieży kościelnej. Nie zaprowadzili mnie w końcu do doktora, bo podobno szybciej wyzdrowiałam. Szybciej, szybciej. Coraz szybciej teraz trzeba się leczyć, ledwo zachorujesz, już nakładają ci buty. Zatem wyzdrowiałam, a dziadek poszedł się pomodlić pod jabłonkę. Rzeczywiście, ostatnio nie śpię już w szafie. Widywali mnie tylko nad rzeką, gdy paliłam papierosy.

- Dlaczego nie pójdziesz do pracy?
- Jeszcze nie.
- To kiedy?
- Pojutrze.
- No dobrze – wytarła ceratę na mokro, potem przyklejają się do niej łokcie i śmierdzi plastikiem.

A po jutrze nie poszłam, bo spotkałam księdza. Sutanna ogarnęła rynek, zalała przypadkowych przechodniów i pogrążyła w sobie całą środę. Nie mieliśmy szans na przetrwanie w gromnicowym dymie, w modlitwie bez końca, w lęku krzyżowym przepełnionym kornikami.

- Może się wyspowiadasz?
- Idę do pracy.
- Pójdziesz jutro.
- Jutro nie mam, dopiero pojutrze.
- Zgrzeszyłaś? - nic mu do tego. Z resztą co on tam wie. Nie poszłam do pracy w środę.

Weekendy rozwlekają się nieprzyzwoicie, uwalają się gdziekolwiek, leżą potem byle jak, byle na czym, parszywie. Weekendy śmierdzą rosołem i kaszlą godzinami z namaszczeniem. Łażą bez sensu, jak dziadek.
W niedzielę rano znowu wyciągali mnie z szafy, bo podobno wstydu narobię, jak przyjedzie kuzynka z Włocławka. Mama nie wie za jakie grzechy Bóg ją tak pokarał. Ja też tego nie wiem, choć długo o tym myślałam w łopianach.
Przyjechali mercedesem, zanim Kapuśnikowy z pięterka wrócił z szynku. Psy siedziały cicho, więc nikt nie wiedział, że już są. Stanęłam w cieniu klatki schodowej i oglądałam, jak się patyczkują. Mieli na sobie sporo bladego mięsa, sztywne kożuchy, złotą biżuterię i wysmarowane włosy. Chciałam iść nad rzekę, ale przecięli mi drogę. Ugrzęźli na dobre w błocie odwilży. Taplali się do woli w biedocie naszego podwórka, robiąc głupie miny. Kapuśnikowy przerwał tę gmeraninę, wpadł na podwórze z codziennym „Szczęść boże”, rozdarł pączkujące oczekiwanie - w kuchniach zakołowały garnki, a w budach psy. Gmeranina mercedesowa skupiła się w sobie, podciągnęła kożuchy i napuszyła się strasznie. I poszły mosty zwodzone wzajemnych: „Co zacz?”, „Spod stolicy”, „Ja? Kery?”, „To znaczy, że w odwiedziny?” , „Co chopie godosz?”, aż wyskoczyła matka w samych pantoflach i przerwała te niezdarne hieroglify - nie poszłam nad rzekę.
Uwalili się na tapczanie i ku uciesze matki żarli wszystko, co stawiała na stole. „Nawet zeszłoroczne bombonsy” - chichotał pod nosem dziadek. Ich mięso było białe i plamiaste jak u salamandry, mówili głośno i bez sesnu - przeczuwali, że sąsiedzi z pięterka podsłuchują.

- No i co tam, no i co tam? Mówcie że co – ponaglała matka obierając kapcie z psich kłaków.
- A no... - odpowiadali przeżuwając, połykając, oblizując.

Rodzina spod stolicy chrapała głośno, bo pewnie trawiła przez całą noc. Nie obudziło ich nawet poranne kichanie dziadka. Matka krzątała się w kuchni, wygłaszała okołomercedesowe monologi do garnków, kroiła cebulę, smażyła kotlety.

- Idę do pracy.
- Idź dziecko, idź.

Mercedes stał w marcowej odwilży. Wystarczyło tylko przekręcić kluczyk – wyruszyłam do Ciebie w poniedziałek o siódmej rano.

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

Trzeba Ci przyznać - jest to jeden z najlepszych tekstów, jaki tu przeczytałam po prawie rocznej nieobecności.
Trzeba go nieco dopracować, ale jest wciągający, ciekawy, intrygujący. Umiesz zobrazować to, co opisujesz - widzę to wszystko przed oczyma duszy mojej. ;P Ciekawe związki frazeologiczne wymyślasz.

Szczegół - "pojutrze" się pisze razem. :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @semafor Ze zmiażdżonym chujem, to i tak wszystko jest przeje..... Klamra przypomina mi "Dzień świstaka", co jest komplementem, jakby co. Pzdr. 
    • Pełno światła w komnacie. Nie zwróciłem uwagi, na płonące gromnice.  
    • @Gra-Budzi-ka Od świętej Anki chłodne wieczory i poranki. Taki mamy klimat, a z doświadczeniem, jedni maja, inni wciąż nabywają:). Pozdrawiam letnio. 
    • Anioły mówiąc posługują się rymami dokładnymi strzegą człowieka otulając go myślami pozytywnymi oddają miłość do ludzkości przepięknymi słowami zawsze nad nami i z nami nigdy nie jesteśmy sami Archanioły porozumiewają się z rymami niedokładnymi niewidzialnie czuwają nad losem człowiek ich nie widzi kochają karmią delikatnym słowem pocieszając myśli zawsze z nami dotyk co nie rani przytula nas z miłości Serafiny rozmawiają z Bogiem rymami odległymi kochają ludzi lecz nie wchodzą z nimi w interakcję najbliżej Nieba nadzieję niosą na swoich skrzydłach trwają w błękicie latając z Boskim życiem Bóg mówi wszystkimi rymami naraz człowiek go nie rozumie czasami lecz tkwi w tym tajemniczy obraz pamiętajcie anioły mówią rymami
    • Za horyzontem znów wschodzi słońce. Szósta rano. Znasz to uczucie aż za dobrze. Otwierasz okno, stajesz przy nim, a lodowaty poranny wiatr wieje ci prosto w zaspane oczy. Myślisz w jakim to wspaniałym kraju, płynącym mlekiem i miodem żyjesz. Ale nie stoisz długo — czas goni. Mówisz tylko: „Trudno” i idziesz się ubrać. Koszula garniturowa leży idealnie, choć gryzie w kark. Spodnie są tak obcisłe, że miażdżą ci chuja. Wspaniały zestaw na wspaniały dzień. Idziesz zjeść śniadanie, lecz… czas goni. Nie zjesz dziś śniadania. No cóż... Pośpiesznie zakładasz pantofle — jeszcze ciaśniejsze niż spodnie — i pędzisz na złamanie karku, i tak już podgryzanego przez kołnierz koszuli, do pracy. Wsiadasz do śmierdzącego i dymiącego bardziej niż smok autobusu linii 500. Siadasz na trzech fotelach z tyłu, zadowolony, że masz aż trzy miejsca dla siebie. Przez trzy przystanki jedziesz szczęśliwy, mimo kilku bezdomnych głośno rozmawiających naprzeciwko. Na czwartym przystanku wsiada osiem starszych pań. Oczywiście — bez mrugnięcia okiem, mimo że są bardzo niemiłe — dopuszczasz je do swoich upragnionych trzech miejsc. Resztę trasy pokonujesz stojąc, kurczowo trzymając się sufitowej poręczy. Próbujesz zasnąć, ale autobus co chwilę podskakuje na dziurach i nijak nie da się wrócić choć na chwilę do krainy snu. Mimo tych trudności dalej się uśmiechasz i bez zniechęcenia wchodzisz do ulubionego biura. Jesteś spóźniony trzy minuty. Z ogromną prędkością przykładasz kartę do drzwi szefa, pukasz, słyszysz znajome „proszę!” i wchodzisz. Po otrzymaniu reprymendy i liścia w twarz — którego oczywiście przyjmujesz z honorem, bez sprzeciwu — wracasz do swojego biura. Rozpoczynasz pracę. Męczysz się nad akcjami i obligacjami jakiegoś Markiewicza, skurwysyna milionera. Twarz jeszcze piecze po karze, ale nie zważasz na to. Z uśmiechem, że możesz pracować w tak wspaniałym miejscu, w tak wspaniałym kraju, pracujesz dalej. Markiewicza kończysz o czternastej trzydzieści. Teraz czas na obrzydliwy obiad w kantynie, rozmawiając o życiu i śmierci ze swoimi ulubionymi, śmierdzącymi współpracownikami. Dziś na obiad resztki z wczoraj: zielony kotlet schabowy z ziemniakami bez surówki. Jasna sprawa, że szef w tym czasie konsumuje u siebie homara z krewetkami. Nie myślisz jednak o tym długo — właściwie w ogóle o tym nie myślisz — bo już zjadłeś i musisz wracać do pracy. Kończysz po osiemnastej, zmęczony, i zbierasz się do wyjścia. Oczy bezwładnie się zamykają, przecierasz je ręką i wychodzisz z pokoju. Robiąc to, wpadasz na szefa. Ten zatrzymuje cię i mówi: „Ty już? Nie, nie… Wysłałem ci jeszcze jedną rzecz do zrobienia”. Tak oto twój dzień pracy kończy się o dwudziestej trzeciej. Szef i inni dawno poszli do domów. Ty również idziesz. Wracasz znów autobusem linii 500. O tej porze nie ma już starowinek. Podróż przebiega spokojnie, próbujesz zasnąć na tylnym siedzeniu, ale boisz się, że przegapisz swój przystanek. Nie przegapiasz, bo nie zasypiasz. Wysiadasz. Wykończony, ale szczęśliwy, że dobrze wykonałeś swoją pracę i przysłużyłeś się komuś, jak zawsze wchodzisz do domu i od razu idziesz spać. Dobranoc. Za horyzontem znów wschodzi słońce. Szósta rano. Znasz to uczucie. Otwierasz okno i stajesz przy nim, a lodowaty poranny wiatr…
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...