Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ostatnio widziałem film „Cztery noce z Anną”. Poszedłem na ten film, ponieważ spodobał mi się tytuł. Znam bowiem pewną Anię, która jest bardzo sympatyczna, a do tego jeszcze bardzo ładna.
Wybraliśmy się większą grupą. Głównie znajomi ze studiów. Same dziewczyny. Ja byłem wtedy świeżo po egzaminie na studia doktoranckie na polonistykę, na które zresztą się nie dostałem ( co się okazało później ). Na razie próbowałem zapić niesmak, jaki mi pozostał po rozmowie z najtęższymi głowami polonistyki. Wypiłem dwa piwa, jedną kawę, jedną herbatę i zjadłem w przewie obiad ( kapuśniak i knedle ).
Zasiedliśmy w ciemnej sali. Film zaczął się. Potem trwał, trwał, trwał. A potem skończył się.
Później poszliśmy na piwo. Minęły dwa tygodnie. Wczoraj spotkałem się z moją koleżanką Anią. Rozmawialiśmy o tym filmie. Dzisiaj postanowiłem o nim napisać parę zdań. Jest sobota po południu. Słucham Joy Division. Leżę na łóżku, piję herbatę z cytryną i odpoczywam po obiedzie ( pomidorowa i gulasz z makaronem ).
Gdybym miał w jednym, pobieżnym zdaniu zawrzeć problematykę tego filmu, napisałbym: „opowiada o niespełnionej miłości”. Niespełnienie przebiega w tym filmie na dwóch płaszczyznach: cielesnej i duchowej. A zatem nie może być tutaj mowy o miłości platonicznej. Pytanie zasadnicze, jakie się wyłania, brzmieć powinno zatem: czy ten film w ogóle opowiada o miłości? Być może. Choć równie dobrze może mówić o tej miłości zaprzeczeniu. O negatywnej miłości albo o anty – miłości.
Fabuła jest dość prosta. Przez cały film widzimy głównego bohatera, Pawła Okrasę, pracownika kotłowni, który mieszka z chorą babcią, dopóki ta nie umiera.
W pewnym momencie Paweł Okrasa jest świadkiem gwałtu popełnionego na sąsiadce. Przestraszony, ucieka. Od tego momentu zaczyna podglądać swoją sąsiadkę. Perwersja? Być może. A może jedynie fascynacja kimś, kto doświadczył przemocy i żyje nadal. A jeśli tym kimś jest w dodatku kobieta…
Obserwujemy jak Okrasa miesza cukier z proszkiem nasennym, który podawał swojej chorej babci i podmienia słoiki za oknem sąsiadki. W rezultacie może swobodnie nawiedzać mieszkanie kobiety. Nie wykorzystuje jednak sytuacji. Nie narusza jej terytorium. Nawet jej nie dotyka. Patrzy się na nią, podgląda ją. Jest nią zafascynowany. Maluje jej paznokcie, kupuje drogi pierścionek za odprawę jaką dostał z pracy. Kiedy Anna obchodzi urodziny, przychodzi do niej już po imprezie ubrany odświętnie. W krawat i marynarkę. Anna śpi, a on pije wódkę, je resztki śledzi zakąszając chlebem, zostawia jej pierścionek.
Jest szczęśliwy. Paweł Okrasa jest szczęśliwy. Mówi swojej zmarłej babci na cmentarzu: „spotykam się z kobietą”.
Z punktu widzenia mechanizmów społecznych nie powinien być szczęśliwy. Przecież z kobietą, z którą planuje się być i współżyć należy na początku nawiązać jakikolwiek kontakt, dialog. Trzeba, mówiąc kolokwialnie, „zagaić rozmowę”, „wyrwać laskę na gadkę”. Słowa poprzedzają intymną fazę relacji, która już może się bez nich obyć. Na początku są zawsze słowa.
W filmie „Cztery noce z Anną” widać odwrócenie tego porządku. Tutaj na początku przydarza się intymność, a słowa następują dopiero na końcu. Gdy wreszcie dochodzi do rozmowy między Anną, a Pawłem Okrasą, jest ona bardzo krótka ( ma miejsce w więzieniu ):
- Masz to, nie chcę tego, weź to. Teraz przyszłam, ale już nigdy więcej nie przyjdę.
Paweł Okrasa bierze pierścionek od Anny i nie odpowiada. Można jedynie przypuszczać, że jest mu przykro. Zachował konsekwencję w swoim milczeniu. Relację z Anną budował od początku na kontakcie bez słów, na porozumieniu poza słowami i nie wyszedł poza swoje widzenie.
Tak właśnie bowiem widział świat Paweł Okrasa. Kobieta nie jest po to, żeby z nią rozmawiać. Nie jest też po to, żeby brutalnie ją wykorzystać. Kobieta istnieje przede wszystkim po to, żeby ją podziwiać, czcić ją, zajmować się, troszczyć, patrzyć z czułością jak śpi, wynajdywać dla niej skarby, ale nade wszystko po to, by z nią być. Po prostu być. To bycie jest nasycone treścią już od samego początku. Przez sam fakt przebywania z kobietą, ja tę kobietę mogę posiąść na mój własny, indywidualny sposób. Innymi słowy, nie jest mi potrzebna kobieta jako partner do współprzeżywania, ale jako sama, czysta istność, która nie wymaga komentarza i sama nie komentuje. Takie krystaliczny, pusty, czysty byt, o którym pisał chociażby Roland Barhes w Imperium znaków. Pustka.
Ten rodzaj postrzegania nie prowadzi rzecz jasna do jakiegokolwiek porozumienia, do żadnego dialogu. W takim widzeniu niemożliwa jest rozmowa. Niemożliwy jest żaden kontakt. Raczej chodzi w nim o autoteliczne obcowanie z samym sobą, gdzie kobieta służy tylko za narzędzie. Dodajmy narzędzie do gier cokolwiek masochistycznych, wziętych jakby z Schulza ( swoją drogę ciekawy jestem na ile Skolimowski cytuje Schulza ). Paweł Okrasa przypomina bowiem niektórych Schulzowskich bohaterów. Jest na marginesie rzeczywistości, jest wybrakowany, ułomny, kaleki. Przypomina trochę Schulzowego Dodo. Podobnie jak Dodo, Paweł Okrasa jest zamurowany.
Mur, który pojawia się na końcu filmu można interpretować właśnie jako swego rodzaju Schulzowski intertekst, a już z całą pewnością jako metaforę egzystencji głównego bohatera.
Egzystencji zamurowanej.
W izolacji od ludzi, z dala od słów, od treści i sensu. Świat staje się coraz bardziej hermetyczny. Takie jest i postrzeganie tego świata. Główny bohater nie może wyjść poza własne widzenie, nie może wyjść poza siebie. Innymi słowy jest uwięziony w sobie. Czego potrzeba mu do wyzwolenia? Odpowiedź jest jasna i pojawia się już na początku tych rozmyślań. Dlatego właśnie film ten opowiada nie tyle może o niespełnionej miłości w zwykłym rozumieniu. Opowiada raczej o miłości szalonej, pokracznej, ułomnej, potwornej. Opowiada o nieobecności miłości. Bo wiemy przecież już od Michela Foucault, że "szaleństwo jest nieobecnością dzieła".

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Interpretacja godna uwagi, głównie z racji końcowych wniosków ciekawa. Na ile jednak postać kieruje się czystym pragmatyzmem "czystego", jak pan nazwał, bycia, a na ile jest to jego ułomność, nieudolność wyjścia poza czystointuicyjne działanie. Kolejna wątpliwość, czy nieszablonowe zachowanie jest ułomne? Czy Dodo to synonim ułomności? Czy ojciec, dotykając nóg szwaczek odczuwa wyłącznie fizjologiczne podniecenie? - nawiązując do Schultza. Może to powrót do zarania, początku, dziecinnego zadziwienia, zachłyśnięcia się sednem uczucia bez odnóg, jak pisał twórca "Japońskich kwiatów". Jak widać pragnienie powrotu jest wielkie, często niemożliwe, a jeżeli nawet, wiąże się z separacją i nie "wolnością do", a "wolnością od".

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @semafor Ze zmiażdżonym chujem, to i tak wszystko jest przeje..... Klamra przypomina mi "Dzień świstaka", co jest komplementem, jakby co. Pzdr. 
    • Pełno światła w komnacie. Nie zwróciłem uwagi, na płonące gromnice.  
    • @Gra-Budzi-ka Od świętej Anki chłodne wieczory i poranki. Taki mamy klimat, a z doświadczeniem, jedni maja, inni wciąż nabywają:). Pozdrawiam letnio. 
    • Anioły mówiąc posługują się rymami dokładnymi strzegą człowieka otulając go myślami pozytywnymi oddają miłość do ludzkości przepięknymi słowami zawsze nad nami i z nami nigdy nie jesteśmy sami Archanioły porozumiewają się z rymami niedokładnymi niewidzialnie czuwają nad losem człowiek ich nie widzi kochają karmią delikatnym słowem pocieszając myśli zawsze z nami dotyk co nie rani przytula nas z miłości Serafiny rozmawiają z Bogiem rymami odległymi kochają ludzi lecz nie wchodzą z nimi w interakcję najbliżej Nieba nadzieję niosą na swoich skrzydłach trwają w błękicie latając z Boskim życiem Bóg mówi wszystkimi rymami naraz człowiek go nie rozumie czasami lecz tkwi w tym tajemniczy obraz pamiętajcie anioły mówią rymami
    • Za horyzontem znów wschodzi słońce. Szósta rano. Znasz to uczucie aż za dobrze. Otwierasz okno, stajesz przy nim, a lodowaty poranny wiatr wieje ci prosto w zaspane oczy. Myślisz w jakim to wspaniałym kraju, płynącym mlekiem i miodem żyjesz. Ale nie stoisz długo — czas goni. Mówisz tylko: „Trudno” i idziesz się ubrać. Koszula garniturowa leży idealnie, choć gryzie w kark. Spodnie są tak obcisłe, że miażdżą ci chuja. Wspaniały zestaw na wspaniały dzień. Idziesz zjeść śniadanie, lecz… czas goni. Nie zjesz dziś śniadania. No cóż... Pośpiesznie zakładasz pantofle — jeszcze ciaśniejsze niż spodnie — i pędzisz na złamanie karku, i tak już podgryzanego przez kołnierz koszuli, do pracy. Wsiadasz do śmierdzącego i dymiącego bardziej niż smok autobusu linii 500. Siadasz na trzech fotelach z tyłu, zadowolony, że masz aż trzy miejsca dla siebie. Przez trzy przystanki jedziesz szczęśliwy, mimo kilku bezdomnych głośno rozmawiających naprzeciwko. Na czwartym przystanku wsiada osiem starszych pań. Oczywiście — bez mrugnięcia okiem, mimo że są bardzo niemiłe — dopuszczasz je do swoich upragnionych trzech miejsc. Resztę trasy pokonujesz stojąc, kurczowo trzymając się sufitowej poręczy. Próbujesz zasnąć, ale autobus co chwilę podskakuje na dziurach i nijak nie da się wrócić choć na chwilę do krainy snu. Mimo tych trudności dalej się uśmiechasz i bez zniechęcenia wchodzisz do ulubionego biura. Jesteś spóźniony trzy minuty. Z ogromną prędkością przykładasz kartę do drzwi szefa, pukasz, słyszysz znajome „proszę!” i wchodzisz. Po otrzymaniu reprymendy i liścia w twarz — którego oczywiście przyjmujesz z honorem, bez sprzeciwu — wracasz do swojego biura. Rozpoczynasz pracę. Męczysz się nad akcjami i obligacjami jakiegoś Markiewicza, skurwysyna milionera. Twarz jeszcze piecze po karze, ale nie zważasz na to. Z uśmiechem, że możesz pracować w tak wspaniałym miejscu, w tak wspaniałym kraju, pracujesz dalej. Markiewicza kończysz o czternastej trzydzieści. Teraz czas na obrzydliwy obiad w kantynie, rozmawiając o życiu i śmierci ze swoimi ulubionymi, śmierdzącymi współpracownikami. Dziś na obiad resztki z wczoraj: zielony kotlet schabowy z ziemniakami bez surówki. Jasna sprawa, że szef w tym czasie konsumuje u siebie homara z krewetkami. Nie myślisz jednak o tym długo — właściwie w ogóle o tym nie myślisz — bo już zjadłeś i musisz wracać do pracy. Kończysz po osiemnastej, zmęczony, i zbierasz się do wyjścia. Oczy bezwładnie się zamykają, przecierasz je ręką i wychodzisz z pokoju. Robiąc to, wpadasz na szefa. Ten zatrzymuje cię i mówi: „Ty już? Nie, nie… Wysłałem ci jeszcze jedną rzecz do zrobienia”. Tak oto twój dzień pracy kończy się o dwudziestej trzeciej. Szef i inni dawno poszli do domów. Ty również idziesz. Wracasz znów autobusem linii 500. O tej porze nie ma już starowinek. Podróż przebiega spokojnie, próbujesz zasnąć na tylnym siedzeniu, ale boisz się, że przegapisz swój przystanek. Nie przegapiasz, bo nie zasypiasz. Wysiadasz. Wykończony, ale szczęśliwy, że dobrze wykonałeś swoją pracę i przysłużyłeś się komuś, jak zawsze wchodzisz do domu i od razu idziesz spać. Dobranoc. Za horyzontem znów wschodzi słońce. Szósta rano. Znasz to uczucie. Otwierasz okno i stajesz przy nim, a lodowaty poranny wiatr…
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...