Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W sali konferencyjnej budynku MSW zebrało się kilka osób.
- Panowie, mamy na głowie niezły pasztet – powiedział prowadzący naradę pułkownik Kędzierski.
Obecny tutaj oficer CIA, major Boswell , którego większości z panów nie muszę przedstawiać, podzieli się z wami ostatnimi informacjami z Bliskiego Wschodu.
-Ma dla nas także arcyważne zadanie, tak więc proszę o całkowitą uwagę i skupienie.
Boswell – chudy, wysoki mężczyzna z wyraźną łysiną, podniósł się powoli z miejsca.
Poprawił nieco szarą marynarkę i bawiąc się środkowym guzikiem zaczął mówić.
- Jak panom zapewne wiadomo, nasililiśmy ostatnio prace na kierunku bliskowschodnim. Ma to oczywiście związek z kampanią iracką, ale nie tylko. Od naszego agenta w Moskwie otrzymaliśmy poufną informację o planowanej przez Rosjan ekspansji wywiadowczej na Bliskim Wschodzie. Podobno Rosjanie mają zamiar wznowić swoje dostawy broni dla Hesbollachu. Nie wykluczamy też innych organizacji terrorystycznych. Chodzi konkretnie o najnowszy model rakiety Strieła, a także nieznany nam jeszcze system naprowadzania, znany pod roboczym kryptonimem „Purga”. Ale akcja jest związana prawdopodobnie jeszcze z czymś innym, o czym nasz agent z Moskwy, jak dotychczas, niczego nie zdołał się dowiedzieć.
- Ale co my mamy do tego? - Niecierpliwie zapytał siedzący najbliżej Boswella kapitan Oleszuk .
- Spokojnie, panie kolego - zmitygował go Kedzierski, proszę nie przerywać.
- Otóż z zupełnie innego źródła mamy potwierdzoną informację - kontynuował Boswell, że rosyjski agent o kryptonimie Vladimir ma w tym tygodniu polecieć do Bejrutu i dalej do doliny Bekaa – siedziby Hesbollachu. Wywiad Rosyjski wysyła kogoś nowego, o kim kompletnie nic nie wiemy. Przypuszczamy, że Rosjanie wykorzystają standardową drogę przerzutu swoich agentów na Bliski Wschód, to jest przez Warszawę.
- To jest bez sensu - odrzekł Oleszuk. Nic o nim nie wiemy, nie mamy zdjęć, odcisków palców, żadnego punktu zaczepienia. To tak, jakby szukać igły w stogu siana.
- No cóż, kapitanie Oleszuk...Nie jest aż tak źle - odparł Amerykanin. Mamy informacje, że łącznikiem Vladimira w Bejrucie będzie człowiek o imieniu Salim, którego mieliśmy pod dyskretną obserwacją. Niestety wygląda na to, że pomimo dołożonych starań Salim domyślił się, że jest śledzony i zniknął. Nie było to zresztą trudne. Do doliny Bekaa zapuszczają się tylko prawdziwi turyści. Nawet armia libańska czy syryjska się tam nie pojawia. Drogi są odsłonięte i śledzenie jest po prostu niemożliwe. Salim zresztą doskonale wykorzystał moment, kiedy niebo było zachmurzone i na nic się nie zdała pomoc naszych satelitów. Nic też nie dał radionamiernik w jego samochodzie. Jak się zorientowaliśmy –samochód pozostał w garażu a on sam użył pojazdu z wypożyczalni.
- To i tak niewiele nam tu w Warszawie daje- odpowiedział Oleszuk. Całe szczęście, że do Bejrutu LOT ma tylko jedno połączenie tygodniowo. Ale przecież nie będę każdego pasażera pytał, czy nie jest ruskim szpiegiem.
- Kapitanie Oleszuk, sprawy operacyjne omówimy za chwilę - odparł Kędzierski.
- Teraz podziękuję panu Boswellowi a kolegów proszę o pozostanie na miejscu.
Boswell opuścił pomieszczenie podając każdemu z obecnych oficerów rękę.

- W coś nas tu wrabiają - zagaił rozmowę Kędzierski. Od czego zaczniemy ?
- Może pójdziemy do wróżki - opryskliwie warknął Oleszuk.
- Może. Ale w tej chwili musimy zadośćuczynić kaprysom Amerykanów, choć dobrze wiem, że nie są z nami do końca szczerzy, albo niewiele wiedzą -odparł Kędzierski
- Włazimy w dupę kolejnemu wielkiemu bratu - mruknął Oleszczuk.
- Proszę bez takich wystąpień - zganił go Kędzierski.
- Kapitanie Sawicki – co pan proponuje ?
- Rosjanie działają zawsze dość schematycznie - odparł Sawicki - wysoki brunet z widoczną nadwagą. Ale jeśli ta akcja ma dla nich tak duże znaczenie, jak sądzą Amerykanie, to zapewne odejdą od schematów. Myślę, że należy sprawdzić dokładnie wszystkich pasażerów z listy na samolot do Bejrutu w tym tygodniu. To standardowa procedura, ale czasami przynosi nadspodziewanie dobre efekty.
- W porządku - powiedział Kedzierski. Zajmie siej tym porucznik Żwirski. Raport najpóźniej za dwa dni u mnie na stole. Czy macie panowie jeszcze jakieś sugestie?
- Trzeba spróbować zdobyć listy pasażerów samolotów z Moskwy i innych krajów byłego ZSRR w okresie 2 dni poprzedzających wylot samolotu do Bejrutu i przepuścić to wszystko przez bazę danych. A nuż coś się niechcący znajdzie, chociaż nie liczył bym na to – powiedział Żwirski.
- Zgoda. Coś jeszcze ?
- Nie wiem czemu, ale mam przeczucie, ze Rosjanie swojego człowieka umieszczą w samolocie w ostatniej chwili. Nie wiem, jak to zrobią, ale zdaje mi się, ze tak właśnie będzie - powiedział Oleszuk.
- To będzie właśnie pańskie zadanie, kapitanie Oleszuk. Ma pan znaleźć i zidentyfikować tego człowieka.


***

Od mniej więcej dwóch godzin siedziałem w restauracji Mariotta z Aleksiejem. Mój białoruski przyjaciel opowiadał mi o swoim pierwszym pobycie w Libanie. Znałem już wcześniej ten specyficzny błysk w jego oczach. Szykuje się jakaś nowa robota – pomyślałem.
- Widzisz, Włodek, Liban od kilkunastu lat jest już bardzo spokojnym miejscem. Jeśli nie liczyć izraelskich ataków na syryjskie stacje radarowe w górach, to w zasadzie nie ma tam wojny. Miasto i kraj ostro się rozbudowują, a odbudowa w mojej ocenie osiągnęła już poziom 70 procent.
- Czego to dowodzi?- zapytałem ostrożnie.
- Jeszcze niczego, ale głośno mówi się tam o podpisaniu pokoju z Izraelem.
- Chyba żartujesz ? Przecież Sharon nigdy do tego nie dopuści.
- Sharon może i nie, ale żydowskie lobby finansowe widzi ile traci pieniędzy na braku turystów w ziemi świętej. Popatrz, nawet byli szefowie Mossadu opowiedzieli się za pokojem z Palestyńczykami.
- Ale dalej nie rozumiem, co to ma z tobą wspólnego – odpowiedziałem.
- Chcę, żebyś poleciał do Libanu na jakiś czas, rozejrzał się i sprawdził, czy nie jest to przypadkiem dobry czas na inwestowanie. Wiesz, przed wojną Bejrut był nazywany Paryżem morza Śródziemnego i to może wrócić.
- Hmm ...skoro tak, to tak – odpowiedziałem, a w duchu cieszyłem się z nowego zadania w egzotycznym dla mnie kraju.
- Leć tam jak najszybciej. W Bejrucie będziesz miał do dyspozycji biuro i apartament. Odbierze cię z lotniska Rafii albo jego brat Salim - moi libańscy partnerzy.
- Co konkretnie tam planujesz, Alieksiej ?
- Chciałbym kupić jakiś hotel, może pomyślisz o restauracji i zakładzie przetwórczym? Zdaję się na ciebie i twoją niezawodną intuicję - uśmiechnął się.
- Da się zrobić. Zobaczę, kiedy mam najbliższy lot i dam ci znać.
- Okazję będziesz miał nie wcześniej jak za trzy tygodnie – odparł Alieksiej. Lecę na głuche wakacje.
„Głuche wakacje” to tradycja Alieksieja. Wylatuje wtedy na dwa lub trzy tygodnie gdzieś w świat, nikomu nie mówiąc gdzie. Nie odbiera telefonów i maili. To czas tylko dla niego i jego rodziny. Od lat nie łamie tej zasady.
- Powodzenia, przyjacielu, powiedział Alieksiej i wstał aby się ze mną uścisnąć na pożegnanie.
Uściskałem przyjaciela i wyszedłem z restauracji.
Trzeba kuć żelazo, póki gorące, pomyślałem wsiadając do samochodu. Zaraz, przecież w Mariotcie jest biuro Lotu. Szybko wysiadłem z samochodu i skierowałem się do budynku hotelu.
Na pytanie o samolot do Bejrutu urzędniczka – ładna blondynka - przecząco pokręciła głową.
- Niestety wszystkie miejsca są zarezerwowane, ale widzę, że lista oczekujących na czwartkowy lot jest jeszcze pusta, więc mogę pana wpisać na pierwsze miejsce. Jeśli coś się zwolni – powiadomimy Pana.
Podałem blondynie dane z paszportu i telefon kontaktowy.
- W zasadzie zawsze coś się zwalnia w ostatniej chwili, więc warto przyjechać na lotnisko i czekać na wolne miejsce. Podziękowałem jej i szybko opuściłem budynek. Do domu miałem jeszcze prawie trzysta kilometrów, a ruch na siódemce zapowiadał się spory.

Rozdział II

W supertajnym konspiracyjnym lokalu FSB (dawna KGB) przy Bolshoj Czerkizowskoj w Moskwie siedziało dwóch mężczyzn. Mieszkanie było duże, schludnie utrzymane. Pokój w którym odbywała się rozmowa umeblowany był meblami pamiętającymi jeszcze czasy najazdu Napoleona. Siedzący na rozłożystej , obitej czerwonym aksamitem sofie starszy mężczyzna, wyraźnie posiwiały i ze śladami ciężkiego życia na twarzy, spoglądał zatroskany na młodszego i mówił:
- Twoje zadanie jest nietypowe. A o jego wadze domyślasz się zapewne sam po tym, że od kilku miesięcy nie spotykamy się u mnie w biurze, tylko w tym lokalu.
- Tak jest, panie generale – odpowiedział siedzący na przeciw młody mężczyzna ubrany w modny ostatnio w Moskwie welurowy garnitur w nieokreślonym kolorze. Mam tą świadomość.
- To dobrze, Władimirze Bogdanowiczu, odparł generał Mostovoj. O prawdziwym celu twojej misji wiesz tylko ty, ja, prezydent i minister spraw wewnętrznych. Po cichu puściliśmy plotkę o sprzedaży na bliski wschód rakiety Strieła i systemu „Purga”. Mam nadzieję, że nasi przeciwnicy połkną haczyk i nie zdołają namierzyć twojego wyjazdu, mój drogi.
- Też tak sądzę. Pojadę do Polski odpowiednio wcześniej. Gdzieś się przyczaję na kilka dni jako zwykły turysta a na samolot przyjadę w ostatniej chwili. Bilet mam zarezerwowany, oczywiście na fałszywe nazwisko.
- To dobrze, Władimirze Bogdanowiczu. Teraz cię żegnam i życzę powodzenia. Bardzo wiele ciebie zależy. Proszę o tym pamiętać.
- Dziękuję, panie generale, będę pamiętał – dopowiedział młody oficer wstając.
Założył ciemne okulary i wyszedł z mieszkania. Przed budynkiem zauważył człowieka, który ujrzawszy go szybko odwrócił głowę.
- Hmm, coś jest nie tak - pomyślał. A może to generał dał mi dodatkową ochronę? Postanowił zgubić ogon. Moskiewskim zwyczajem wyszedł prawie na środek ulicy i machnął ręką na przejeżdżającą obok taksówkę. Kierowca Wołgi, wyglądającej na dość nową, zahamował gwałtownie. Wskakując na tylne siedzenie, Władimir kątem oka zauważył, że obserwujący go człowiek wsiada szybko do szarego Volvo, za kierownicą którego czekał wymoczkowaty osobnik w okularach.
- Dostaniesz dwadzieścia dolarów ekstra, jeśli zgubisz Volvo jadące za nami, powiedział do kierowcy Władimir.
- Bułka z masłem, odpowiedział stary szofer i poprawiwszy skórzaną leninówkę dodał gazu.
Nowa Wołga ruszyła z kopyta, ale Volvo trzymając dystans nie oddalało się na krok. Chyba nic z tego nie będzie, pomyślał Władimir. Nasza propaganda zapewne dorównuje zachodniej, ale samochody jeszcze nie.
- Spokojnie, zaraz go zgubimy - powiedział kierowca, jakby odgadując myśli swojego pasażera.
Zbliżali się do centrum Moskwy. W okolicach dawnego centralnego domu handlowego kierowca zauważył patrol milicji, stojący na przeciwnym pasie ruchu.
- Tu cię mam - powiedział i gwałtownie skręcając kierownicą, jak strzała przeleciał na przeciwny pas ruchu. Odpowiedzią na jego manewr był pisk opon samochodów zmuszonych do gwałtownego hamowania. Jakimś cudem nie uderzyli w jadącego najbliżej Mercedesa, który jednak gwałtowne hamowanie przypłacił Ładą meldującą mu się w bagażniku. Milicjanci zareagowali natychmiast, ale ledwie ruszyli z miejsca wpadło na nich szare Volvo próbujące powtórzyć manewr starego taksówkarza.
- No, to mamy ich z głowy - powiedział szofer zadowolony z faktu, że zarobił dodatkowe dwadzieścia dolarów.
- Na prospekt Kutuzowa, zarządził Władimir wygodnie rozpierając się na tylnym siedzeniu. Dość niespodzianek na dzisiaj, pomyślał.


CDN...:)

Opublikowano

Pierwsza część trochę mnie zraziła, ale przy drugiej załapałam klimat i przeczytałam z przyjemnością i zainteresowaniem, bo napisane jest żywo i sprawnie. Lektura w sam raz na wakacje. A jeśli ktoś dodatkowo lubi szpiegowskie historie, będzie w pełni usatysfakcjonowany. Niemniej w tekście przydałoby się trochę poprawek technicznych. Jeśli jesteś zainteresowany szczegółami, chętnie przedstawię swoje sugestie. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Bardzo proszę:

1)„Panowie, mamy na głowie niezły pasztet” – skreśliłabym „na głowie”,
2)„Obecny tutaj oficer CIA, major Boswell , którego większości z panów nie muszę przedstawiać, podzieli się z wami ostatnimi informacjami z Bliskiego Wschodu. Ma dla nas także arcyważne zadanie, tak więc proszę o całkowitą uwagę i skupienie.” – ten fragment to ciąg dalszy wypowiedzi pułkownika, a więc powinien być poprzedzone myślnikiem,
3)”Boswell – chudy, wysoki mężczyzna z wyraźną łysiną , podniósł się powoli z miejsca.” – po „Boswell” postawiłabym przecinek a nie myślnik, za :łysiną” niepotrzebna spacja,
4) „Chodzi konkretnie o najnowszy model rakiety Strieła a także nieznany nam jeszcze system naprowadzania, znany pod roboczym kryptonimem „Purga”.” Po „Strieła” potrzebny przecinek,
5) „Ale akcja jest związana prawdopodobnie jeszcze z czymś innym, o czym nasz agent z Moskwy jak dotychczas niczego nie zdołał się dowiedzieć.” – „jak dotychczas” to wtrącenie, a więc powinno być wydzielone w zdaniu przecinkami,
6) „- Ale co my mamy do tego? - niecierpliwie zapytał siedzący najbliżej Boswella kapitan Oleszuk .”- po znaku zapytania potrzebna wielka litera,
7)”- Spokojnie, panie kolego - zmitygował go Kedzierski, proszę nie przerywać.”-analogicznie jak w pkt 2) po „Kędzierski” potrzebny myślnik, to samo w kolejnym zdaniu, potrzebny myślnik po „Boswell”,
8)”- To jest bez sensu,- odrzekł Oleszuk. Nic o nim nie wiemy, nie mamy zdjęć, odcisków palców, żadnego punktu zaczepienia. To tak, jakby szukać igły w stogu siana. – znów to samo; po „sensu” niepotrzebny przecinek, za to myślnik potrzebny przed „Nic”. Poza ty wydaje mi się, że byłoby zręczniej zastąpić „odrzekł” przez „zauważył”,
9) „- No cóż, kapitanie Oleszuk...nie jest aż tak źle - odparł Amerykanin.” Po wielokropku potrzebna wielka litera,
10) „Drogi są odsłonięte i śledzenie jest porostu niemożliwe.” – literówka „po prostu”,
11) „Salim z resztą doskonale wykorzystał moment, kiedy niebo było zachmurzone i na nic się nie zdała pomoc naszych satelitów.” – literówka „zresztą”, poza tym „na nic się zdała”, a nie „na nic się nie zdała”,
12)” - To i tak niewiele nam tu w Warszawie daje- odpowiedział Oleszuk.” – „w Warszawie” to wtracenie, powinno być wydzielone przecinkami.

Jak z powyższego zestawienia wynika, w dużym stopniu, w tekście pojawiają się usterki tego samego typu. Proponuję więc, żebyś dalej poprawił już sam. Pozdrawiam i czekam na dalsze części - Ania

Opublikowano

No, Kapitanie, nie zawiodłeś mnie! Akcja jest!
Wprawdzie, jako typowa blondyna, specjalnie nie wchodzę w te klimaty, chyba że trafię na wyjątkowe ciacho.
Poza tym, co znalazła Ania, jest jeszcze kilka. Nie chcę już Ciebie przygniatać drobnymi usterkami. Mam walić? Nie am sensu, bo całość jest ok.
Ale obiektywnie oceniając (bzdura, nie ma oceny obiektywnej) błędy ortograficzne, interpunkcyjne , drobne stylistyczne, to pryszcz. Zatrudnij sekretarkę. Dobrze, jeśli ktoś przejrzy tekst i wyłapie to, czego samemu się nie zauważa.
Czytałam z przyjemnością i czekam na dalszy ciąg.
Pozdrawiam ciut deszczowo, ale przyjaźnie.
A.

Opublikowano

Lepiej Samuelu nie zatrudniaj sekretarki, bo może być z FSB lub Mossadu!
Podstawowa zasada konpiracji - to brak zaufania:))

Akcja fajna i obiecująca wiele (uważaj na stereotypy!) - ja żadnych błędów stylistycznych nie zauważyłem - bo ich nie szukałem.
W końcu mamy wakacje - i lektura ma nam sprawiać przyjemność.

Może tez coś skrobnę w temacie - Służby Specjalne? Chociaż po Suworowie, ciężko zainteresować czytelnika:((

Pozdrawiam - L.L.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...