Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Słyszę szept Twego głosu
rumiane policzki dostrzegam
posiadasz w sercu sposób
który kreuje kawałek nieba.

Chciałabym być istotą
do której wzdychasz nocami
układasz melodię słodką
wodząc po strunach palcami.

Oddałabym wiele za Ciebie
bo Ty pokazałeś mi drogę
położyłam w sercu u siebie
Twą wyjątkową osobę.

Szczęściem stałeś się dla mnie
nadzieją na lepsze jutro
spowodowałeś ukradkiem
przestało być bardzo smutno.

Opublikowano

cukierki!
cztery cukierki!
za dużo na raz:|

w pierwszej strofie to:

posiadasz w sercu sposób
który kreuje kawałek nieba.


jest dobre, w stosunku do całości

Słyszę szept Twego głosu
ja wiem, że szeptać mogą drzewa, fale, jednak tutaj to dopowiedzenie jest zbędne

Szczęściem stałeś się dla mnie
nadzieją na lepsze jutro
spowodowałeś ukradkiem
przestało być bardzo smutno.


dopiero za piątym czytaniem zaskoczyła mi końcówka tej strofy
raczej to jest niegramatyczne

:-]

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



"Sposób który kreuje" też niewiele ma z gramatyką wspólnego... A z logiką tym bardziej. Winno być "sposób kreacji..." albo "sposób na...". Wiem, że niby jest ta licentia poetica, ale w tym wypadku działa na niekorzyść. "Sposób który kreuje" brzmi dość koślawo.

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



nawet racja, tyle, że mnie bardziej chodziło o sam pomysł i o to, jak wypadł na tle całości
właściwie, Martin, Twoje propozycje wprowadzają trochę...hm, sztywniactwa:D

kurczę, bo się zatopię w tym fragmencie:P

baj

:-]

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...