Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

JESTEM NA DRZEWIE

Lepperowiec

Zmieniłem „pokój”. Znaczy się drzewo. Racja, powinienem napisać – „mieszkanie”. Wszak przeniosłem się z czereśni na wiśnię. Może dlatego, że łatwiej się ukryć – więcej liści, ale też i ogromna ilość „zakamarków”… Znaczy gałęzi, gałązek, bo to wiśnia duża, działkowa. Wszedłem i też wygodnie się usadowiłem, a tu szmer rozchylanych gałęzi, szum uciekających szpaków. Ci nie przede mną – znają. Przed kimś innym. O, czyjeś ręce rozchyliły liście i … zobaczyłem nieogoloną twarz.
- Witam – w odruchu przyjaźni, to ja się odezwałem.
- Witam – usłyszałem głos też przyjazny. Widać te nadrzewne typy tak mają. Obaj spragnieni byliśmy rozmowy. Bez gier wstępnych potoczyła się nam dyskusja – jakbyśmy się znali od zawsze. Z jej przebiegu wyłaniał się prospołeczny charakter mojego rozmówcy. Stracił pracę, ale by mieć prawo do chleba ( w myśl porzekadła: „nie pracujesz, nie jedz”) – szuka sposobów zarobkowania. Dlatego zrywa wiśnie i sprzedaje je na targu. Siedzi na stołeczku przy bramie wjazdowej i handluje. Pewnego dnia zaczepił go jakiś elegant i wypytywał o ceny, a czemu tak drogie, a czy jest zarejestrowany, a jeszcze kilka innych pytań. Mój rozmówca się zirytował i pokazał zgłoszenie działalności gospodarczej. Elegant wyraził zdziwienie, że nie płaci rolniczego ubezpieczenia społecznego. Na to, ten ode mnie, że nie, że chociaż nie ma 42 hektarów, tak jak Lepper, że tylko ma to co zerwie, to płaci prawie 800 złoty miesięcznie na ZUS, czyli 15 razy więcej od niego! Elegancik zamilkł i odszedł do furgonetki z napisem „dostawa owoców”…

Sumienie prezydenta

Wiśnie tego roku smakują mi wyjątkowo. Może dlatego – jem je przecież na drzewie, mając za kompanów gromadę rozgadanych szpaków. Nawet się nie zdziwiłem. Przyjąłem za coś naturalnego, zwyczajnego – jak odruch przy myciu zębów. Cóż, rozumiem ich rozmowy. Chociaż przez chwilę zastanawiałem się, czemu akurat wybrały sobie te wiadomości, a nie plotki towarzyskie. Pewnie fruwają po rabatkach balkonowych i przechwytywały Polaków rozmowy.
Jedne o prezydencie Francji, wyjeżdżającym na europejskim forum z moralnością wobec polskiego Prezydenta. A te ptaszyska ozdabiały tą wiadomość swoim śpiewnym komentarzem, a raczej powtarzanymi wkoło pytaniami typu:
- A jaką moralność reprezentuje prezydent Francji?
- Jakim prawem ośmielił się na takie wystąpienie?
- Zapomniał rankiem spojrzeć do lustra i zobaczyć swoją moralność?

Ale, ale – znalazł się jakiś mędrzec wśród szpaków, bo wychylił się oryginalnie:
- Fakt tego prezydenta wywołał solidarność Polaków! W takich sytuacjach stanowią jedno!
No proszę, nawet skrzekliwe ptaki to zauważyły. Mógłbym zejść z drzewa i wrócić do moich rodaków. Nadleciały inne szpaczyska z nowymi wieściami:
- Przedstawiciele Izb Parlamentu USA opiniują w świecie. Rząd Polski musi oddać zagrabione mienie...
Ale tym od razu odpowiedział ten ichniejszy mędrzec, co po szpaczemu krzyczał z sąsiedniej gałęzi:
- Kto komu zagrabił mienie? Dokonał tego rząd suwerennej Polski? A jeżeli nie, to dzięki komu Polska otrzymała takie, a nie inne władze?
Zacząłem się nerwowo rozglądać. Ileż ma lat ten ptak. A może to coś w rodzaju pamięci pokoleń? Tak, to musi to być, bo skąd w ptasiej główce pojawiły się kolejne pytania?:
- Czy aby i prezydent USA do tego się nie przyczynił?
Ma rację. Ależ mądry ten szpak.
- A może to wszyscy ci, co przyczynili się do powojennego podziału Europy powinni zapłacić te rekompensaty?...
Na taki obrót sprawy mało się nie udławiłem pestką. Odkaszlnąłem. Ten jakby mnie usłyszał i pewnie wziął to za oznakę sprzeciwu, albo pohamowania, bo dodał:
- Może nie należy tego dochodzić, ale przy takich okazjach ich uświadamiać - uczyć prawdziwej historii i zadać pytania o mienie zagrabione Polsce - wróciło do Polski? Czy Amerykanie uwolnili Polaków w groteskowy sposób sądzonych? Czy Amerykanie ułatwiają Polakom wjazd do swojego kraju? A chcą mieć tarczę rakietową - czyim kosztem?
Zdumienie mnie już ogarnęło tak wielkie, że zacząłem się zastanawiać, czy nie przepędzić te rozgadane ptaki. Wiśni na drzewie starczy dla wszystkich, więc niech zajmą się nimi, a ten obok – najgorszy. Ciągnął swoje trele nieustannie:
- Globalnie chcą chronić świat przed terroryzmem. Niech dogadają się z Rosjanami i wspólnie z nimi budują tarczę. Więcej z tego dobra wyniknie, niż pakowanie Polski w niełaski z sąsiadami.
Zacząłem się zastanawiać, czy czasami nie chodzi mu o przestrzeń powietrzną. Obawia się rywalizacji z amerykańskimi rakietami…

Dziecinada

Na sąsiedniej gałęzi pisklęta zaczęły hałasować. Co raz zza krawędzi gniazda pokazywał się kawałek rozdziawionego dzioba. Skrzeczały za swoimi ptasimi rodzicami. Albo się same nudziły, albo ciągle były głodne. Ani ja ptasią niańką, ani też ich krewnym, ale przykro mi było wysłuchiwać ich żali. Myśl – pytanie gdzieś tam mi zaświtała… Ależ – pamiętam. Moje córki też były niemowlakami, ale myśl była, choć przewrotna – czy ludzkie maluchy też tak są nieporadne? A co mi szkodzi – postanowiłem, że zejdę i przejdę się ścieżkami parków, uliczkami miasta, zerknę na dzieciaków gromadki. Może będzie to ciekawe doświadczenie. Ledwo wszedłem do pobliskiego parku…, a już zostałem zdruzgotany. Chciałem zobaczyć bezsensownie szwędające się maleństwa, dłubiące kijem w krecich dziurach, albo ciągnące babcie na huśtawkę, albo do brudnego piasku, zapomnianej piaskownicy. Niestety – jakaś grupa studentów porozkładała płachty papieru na trawie między drzewami, dzieciakom rozdali farby i… maleństwa z rumieńcami na policzkach – malowały, kleiły – przygotowywały scenografię do przedstawienia. Potem zaczęły ćwiczyć, gadać, śpiewać. Uśmiechnąłem się. Patrzyłem i świętowałem duszą całą. Zauważyłem też, że nie tylko mnie to chwyciło – gapiów się nieco zebrało i już szepty do mnie docierały: „ogłaszali się?”, „będą tu codziennie?”, „jutro przyprowadzę moje wnuki”. Niestety przykrą odpowiedź usłyszeli po przedstawieniu. Ba, było i przedstawienie. Oczywiście – z wielkimi kukłami, muzyką, narratorem. No i co teraz miałem zrobić? Tak się wokół, wśród przypadkowej publiczności, sympatycznie porobiło – miałem wrócić na drzewo? Odwróciłem się od tego sielankowego widoku. Zrobiłem kilka kroków i … miękko poczułem pod sandałem. Nie musiałem patrzeć. Wiedziałem – psi „prezent”. Kilka kroków i następy, kolejny i kolejny. Poirytowany wypatrzyłem panią, spacerującą ze sznaucerem. Szedłem za nimi i czekałem, czekałem i się doczekałem. Piesek się zatrzymał, wygiął, naprężył, wypuścił cuchnący „prezent”. Pani popatrzyła i ruszyła dalej. Szybko podszedłem do niej z pytaniem, czy to nie czasami jej zguba, czy nie powinna to sprzątnąć. Tego, co z ust ładnej, elegancko ubranej pani usłyszałem nie sposób powtórzyć. Podsumowałem tylko – bilans wyszedł na zero – wracam na drzewo .

Tam tamy

Tego dnia z wielką wdzięcznością myślałem o gościnności drzewa. Liście osłaniały przed rażącym promieniami słonecznymi, a i też dawały lekki powiew świeżości, drżąc subtelnie od delikatnych podmuchów wiatru. Siedząc wygodnie na grubej gałęzi, oparty o solidny pień, wpatrywałem się w odległe okna kolorowych budynków… Wygodnie, bezpiecznie jest na drzewie, ale kontakt wypadało by mieć przynajmniej ze znajomymi. Tak, ale – przypomniałem sobie – telefon komórkowy oddałem do reklamacji. Zszedłem z drzewa i poszedłem do tak zwanego punktu, a tam… położyłem na biurku ich kartkę z nabryzgolonym zgłoszeniem, pytając o jego realizację. W odpowiedzi usłyszałem, że zgłoszenie się realizuje, a ustawowe 14 dni miną za dwa dni, a o telefonie zastępczym zapomnieli mnie powiadomić, bo się nie przypominałem. Na to grzecznie się zapytałem, czy to ja jestem ich, czy oni moim klientem? Zabrakło odpowiedzi. Ale za to usłyszałem, że jeżeli za dwa dni się przypomnę, to mnie poinformują o losach mojego telefonu komórkowego. Ponownie zapytałem – kto tu komu powinien się przypominać? W odpowiedzi m ł o d a pani wyjęła zeszyt z kartkami kratkowanymi i zapragnęła zapisać w nim moje dane. Błyskawicznie widok ten przeniósł mnie w lata siedemdziesiąte, do sklepu nabiałowego (taki punkt handlowy, gdzie można było kupić mleko i przetwory mleczne), gdzie sprzedawczyni (wówczas – ekspedientka), ubrana w biały fartuch i stosownym czepku we włosach – zapisywała ilość mleka (dwa, a może trzy litry) zamawianego przez klienta na dzień następny… Otrząsnąłem się ze wspomnień, pytając szczupłej brunetki, czy nie sprawniej byłoby, gdyby zapisać moje dane w komputerze, a odpowiednie oprogramowanie przypomniałoby. Szczekanie psa mojego brata jest przyjemniejsze dla ucha od warknięcia – „Ale ja wolę tak!” Na taką woła wolę, moja wola była bezsilna. Wyszedłem. W takim stanie nie mogłem wrócić na drzewo – poszedłem do innego punktu obsługi użytkowników aparatów telefonicznych. Nie po to, by coś załatwić, ale dla chęci popatrzenia na panie, co też pamiętają ekspedientkę, ale one – uśmiechnięte, sprawnie palcami po klawiaturze wpisywały dane, wydzwaniały, przepraszały. Podbudowany zwycięstwem mojej generacji – wróciłem na drzewo…

Obco…

Widząc przechodzącą znajomą, zeskoczyłem tuż przed nią. Szarmancko się uśmiechnąłem i ukłoniłem w pas. Osoba ta godna była szacunku. Żona, matka i zawsze chętna służyć pomocą, radom. Zaskoczona nagłym zamieszaniem wokół jej osoby, gwałtownie się zatrzymała, dłoń przyciskając w okolicach serca. Po chwili, co by tu nie pisząc, stresującej, zorientowała się, iż nie jestem złoczyńcą, ale tym, co przed miesiącami jeszcze współpracował. Uspokojona i już uśmiechnięta rozgadała się o naszych wspólnych wspomnieniach, zasypała pytaniami i niespodzianie opowiedziała, że obcokrajowcy, którzy mnie zatrudniali i zwolnili – uczynili to drugie, bo uparcie twierdziłem, że wiem lepiej jak z Polakami rozmawiać, a oni byli innego zdania. Obcy zna nas lepiej od nas samych! Wdrapałem się ponownie na drzewo.

Zimocha nam trzeba

Na drzewie nie ma telewizora. Liście szeleszczą, ptaki ćwierkają, wiatr porusza gałęziami. Czasami z dołu donoszą o wydarzeniach w szerokim świecie. Jakiś malec kopnął piłką o pień mojego drzewa. Krzyknąłem na niego poirytowany. Odpowiedział mi, że przecież są Mistrzostwa Europy, to mu wolno – ćwiczy, chce zostać jakimś tam – krzyknął nazwiskiem, ale liście rozproszyły jego brzmienia. Jednak zaintrygowany tą wiadomością zszedłem. Odezwał się we mnie niegdysiejszy wyczynowiec. Poszedłem zobaczyć te piłkarskie mistrzostwa i … Trzydzieści minut przetrzymałem telewizyjny komentarz, ale, gdy po raz kolejny beznamiętny, wkrętak komentował zachowanie trenera w okolicach ławki rezerwowych – wyłączyłem fonię. Zastąpiłem ją głosem radiowej Jedynki – REWELACJA! Dla tego głosu warto było zejść z drzewa. Pan Zimoch ubawił mnie setnie, a porażka już tak nie bolała. Gdy w telewizorze pojawiła się możliwość wysłuchani naszego selekcjonera – przywróciłem głos. No, Beenhakkera jeszcze się dobrze słuchało, ale jak polski dziennikarz odezwał się… Miał to być język niemiecki… Jak się oni tam znajdują? Poirytowany wdrapałem się na drzewo…

Prezesik

Wróciłem na drzewo zwłaszcza po tym jak jeden z prezesów, utyskujących na brak kontrahentów - nie wykazał się wytrwałością. Przedłożył mi swoją produktową ofertę. Uznałem ją za atrakcyjną. Momentalnie zaproponowałem ją osobom, firmom z mojej listy kontaktowej. Pojawiły się sygnały, świadczące o zainteresowaniu. Wystarczyło, by ów prezes się skontaktował. Nie uczynił tego... Tak, owszem - raz zadzwonił, ale było zajęte, więc przez tydzień nie dzwonił. Idę na drzewo.


Barwy kwalifikacji

Zszedłem z drzewa, i co zastałem?:
- kolejna rozmowa kwalifikacyjna, słuchaczem jest dyrektor handlowy, rozmowa w toku, jedno z pytań: "Czy poradziłby pan sobie, gdy trzeba było by tydzień w Niemczech, tydzień w Rosji i jeszcze na Litwę, a tylko tydzień w Polsce, bo ja nie mogłem sobie poradzić", w odpowiedzi usłyszał potwierdzenie oraz zaprezentowanie strategii postępowania na rynkach wschodnich i zachodnich. Rozmowa się zakończyła obietnicą kontaktu w ciągu tygodnia. Oczywiście kontaktu nie było, ale od moich informatorów dowiedziałem się, że dyrektor handlowy realizuje sam moje pomysły, no i dalej jestem ... w drodze na drzewo…

Po przeczytaniu wiadomości prasowych – idę na drzewo zrywać czereśnie.
Tak, gdy przeczytałem, że menedżer naszych Złotek został zatrudniony mimo, że nie zna angielskiego ani włoskiego, a na Polskiej Poczcie strajk i ponoć brak pieniędzy, a miliony płyną na gazetkę zakładową. O co w tym kraju chodzi? Gdy do tego dodam doświadczenia z rozmów kwalifikacyjnych, to... "... na drzewa..."

Cóż i ja zaczynam tracić cierpliwość i cały czas zastanawiam się o co właściwie chodzi:

To były rozmowy kwalifikacyjne -

- firma poszukuje osoby z doświadczeniem w działalności gospodarczej i z praktyczną znajomością języka rosyjskiego oraz z doświadczeniem na wschodnim rynku – mam, ale – rozmowę kwalifikacyjną prowadzi dyrektor generalny (kilka lat starszy) i w trakcie rozmowy
upiera się o istnieniu dwóch ekonomii – nie zgodziłem się z tym i ... cisza

- firma osiąga coraz słabsze wyniki na rynku niemieckim, jest elementem grupy przedsiębiorstw, a zatem - przedstawiam kompleksową strategię, w trakcie rozmowy (udział biorą pracownicy średniego szczebla i oczywiście dyrektor handlowy), spontanicznie pojawiają się nowe idee, pracownicy średniego szczebla ze zdziwieniem mnie słuchają (a oni tego nie robili), ale dyrektor handlowy – niewzruszony dopytuje się o aktywność akwizycyjną ... po dwóch tygodniach został odwołany ze stanowiska dyrektora, a jego miejsce zajęła inna osoba…

- firma, znacząca pozycja na polskim rynku w segmencie swoich produktów, nie może rozwinąć swojej działalności na rynku niemieckim – zanalizowałem ich błędy, przedstawiłem kierunki działania, łącznie z niestandardowymi posunięciami – w rozmowie z współwłaścicielem (o rok starszy) usłyszałem, że tak starych jeszcze nie zatrudniał, a moją wartość określił na poziomie urągającym godności

- firma zatrudniająca kilkaset pracowników - zapragnęła uaktywnić się na rynku niemieckim – chciała wykonać swój krok – przeprowadzić prezentację wobec potencjalnego kontrahenta – w ostatniej chwili zapoznałem się z ich prezentacją – poziom szkoły podstawowej – wprowadziłem zmiany, przedstawiłem zasady dobrej prezentacji – wykonali i przyznali mi rację; uczyniłem krok dalej i przedstawiłem kompleksową strategię działania wobec bardzo poważnego kontrahenta zachodniego – dyrektor handlowy się uwstecznił i zakomunikował, że ma swoje koncepcje – mi przedstawił propozycję... do odrzucenia; donosiciele donieśli, że realizuje moje koncepcje…

- firma zachodnia – bardzo poważna – jest niezadowolona z osiągnięć na polskim rynku - zanalizowałem ich aktualne działania w Polsce – na potrzeby rozmowy przygotowałem perfekcyjną prezentację, wskazującą na istotne działania jakie należy w Polsce wykonać (a jakich do tej pory w Polsce nie wykonali), by uzyskać poziom konkurencji USA, Japonii - prowadzący rozmowę Niemiec (szef sprzedaży, przyjechał prosto z lotniska, wstał o 5 rano) prawie przysypiał i praktycznie mnie zignorował…

- firma – poważna – doradzająca (tak wynika z informacji internetowych) poważnym, polskim przedsiębiorstwom poszukiwała współpracownika – przesłała mi e-maila, zatytułowanego "Ankieta" a treść i forma była na poziomie przedszkola - zasugerowałem swoje możliwości, wiedzę, profesjonalizm interdyscyplinarny – zamilkli…

  • 11 miesięcy temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Abi wyciągnęła list ze skrzynki pocztowej, a delikatna faktura koperty w dłoniach przywołała uczucie czegoś niemal sakralnego – przesyłka była starannie przygotowana, a pismo tak piękne i precyzyjne, że od razu można było wyczuć w nim emocje nadawcy. List zaadresowano do Noela.

      – Ciekawe, od kogo…? – mruknęła do siebie, obracając kopertę w dłoniach z lekką nutą zazdrości. „Może od koleżanki? A może od kogoś, kogo kocha?” – zastanawiała się.

      Przez głowę przemknęła jej nieoczekiwana myśl: „Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo polubiłam Noela…”

      Łączyła ich niewidzialna więź. Czasem wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko zrozumieć. Takie milczące porozumienie, które nie potrzebowało słów.

      Po powrocie do domu położyła list na stoliku w holu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. Postanowiła jak najszybciej przekazać go adresatowi.

      – Pójdziemy na spacer, co? – zwróciła się do Lisy, a ona natychmiast podniosła głowę, merdając ogonem w odpowiedzi.

      Już od dawna planowała założyć tę piękną błękitną sukienkę kupioną razem z Zoe, ale jakoś nigdy nie nadarzyła się odpowiednia okazja. Spotkanie z Noelem wywoływało lekkie drżenie jej serca i zdawało się doskonałym powodem do założenia kreacji.

      Przyjaciółki niedawno były na zakupach i kiedy Zoe dostrzegła w oknie wystawowym to cudo, wykrzyknęła z zachwytem:

      – Koniecznie musisz ją mieć! Gdy Noel cię w niej zobaczy, oszaleje z zachwytu!

      Abi uśmiechnęła się lekko, przeglądając się w lustrze. Już sama świadomość, że Noel zobaczy ją w zwiewnej sukience, a nie w szpitalnym uniformie, sprawiała, że jej serce podskakiwało z radości. Czuła w sobie coś więcej niż zwykłą radość – subtelny dreszcz sugerujący, że zaczyna jej zależeć na tym, by spodobać się właśnie jemu.

      Postrzegała Noela jako sympatycznego, ciepłego i wesołego chłopaka. Nie mogła dokładnie określić, co najbardziej przyciągało ją do niego – czy była to jego aura, dostrzegała podczas procesu zdrowienia i nabierająca powoli pięknych, delikatnych odcieni, czy może po prostu rodząca się między nimi więź. Każde spojrzenie, każdy drobny gest Noela sprawiały, że serce Abi zaczynało bić szybciej, a w jej głowie rodziły się ciche pragnienia.

      Zoe żartowała z typową dla siebie lekkością: „Właśnie tak jest, kiedy się kogoś kocha”. Abi uśmiechnęła się pod nosem, wiedząc, że jeszcze nie jest gotowa przyznać się do swoich uczuć, nawet przed sobą. Przecież nigdy wcześniej nie kochała w ten sposób – oprócz rodziców, ale to zupełnie coś innego. Klark był dla niej bardziej jak przyjaciel i opiekun, dawał poczucie bezpieczeństwa. Z Noelem czuła delikatną iskrę sympatii, może nawet pierwszy płomyczek miłości, której jeszcze nie odważyła się w sobie odkryć.

      Szła teraz dumnie ulicą, trzymając Lisę na smyczy, a w jej wnętrzu tliło się ciche podekscytowanie. Czy naprawdę zauważał jej drobne gesty? Czy dostrzegał radość, którą emanowała, czy to tylko jej wyobraźnia, podsycana ciepłem emocji? Wszystko wydawało się możliwe, a ona pozwalała sobie na tę subtelną euforię.

      Promieniowała szczęściem i spokojem, każdy krok niósł poczucie harmonii i nadziei. 

      „Tak mogłoby być wiecznie” – pomyślała, pozwalając sobie na krótkie, słodkie marzenie o tym, że świat wokół niej zawsze będzie tak pełen ciepła i drobnych radości.

      Kiedy dotarły do kliniki, Abi poczuła lekkie mrowienie w brzuchu. 

      Pewnym krokiem weszła do pokoju Noela, a jej serce przyspieszyło rytm. Lisa podskoczyła radośnie, witając się z chłopakiem, a potem spokojnie usiadła, obserwując panią z uważnością typową dla swojego wrażliwego charakteru.

      – Cześć, Noel – powiedziała cicho, uśmiechając się, choć nie mogła powstrzymać lekkiego drżenia w głosie. – Mam coś dla ciebie…

      Noel nie mógł powstrzymać zachwytu, kiedy ją zobaczył:

      – Dzień dobry, księżniczko! Co zrobiłaś z moją przyjaciółką?

      – Wariat! Halo, to ja, ta sama Abi – odparła radośnie, siadając przy łóżku.

      – Niby ta sama, a jednak inna… – Uśmiechnął się rozbrajająco.

      Uśmiech Noela był pełen zachwytu, niemal nieziemski. W jego oczach pojawiła się czułość i podziw, jakby zobaczył coś najpiękniejszego na świecie.

      Abi podała mu przesyłkę

      – Zobacz, to może być coś ważnego.

      Patrzyła, jak powoli chwyta kopertę, jak wpatruje się w jej oczy, szukając wyjaśnienia, zanim jeszcze przeczyta słowa adresowane do niego.

      Noel zaczął powoli czytać list, jego wzrok ślizgał się po starannym, pełnym emocji piśmie. Abi stała tuż obok, widziała, jak na jego twarzy pojawia się kalejdoskop uczuć: zaskoczenie, wzruszenie, a gdzieś w tle – delikatna nuta radości i ulgi. Dawno tłumione emocje zaczęły przebijać się na zewnątrz, a każda z nich potwierdzała wagę tego, co trzymał w dłoniach.

      Kiedy przeczytał ostatnie słowa, jego ręka opadła bezwładnie na łóżko, a oczy zaszkliły się. Spod powiek powoli spływały łzy, które łagodnie sunąc po policzkach. Nie był przygotowany na taką wiadomość – wyznanie łączące w sobie skruchę, miłość i nadzieję.

      Widząc jego wzruszenie, Abi pochyliła się nieco, delikatnie obejmując jego dłoń swoimi palcami. 

      Poczuła nie tylko współczucie, lecz także coś głębszego, ciepłego – sympatię, która zaczynała przekształcać się w subtelną bliskość. W tej chwili nie musiała wypowiadać słów, bo wszystko, co czuła, było wyraźnie obecne w jej spojrzeniu, w delikatnym uśmiechu, w sposobie, w jaki delikatnie trzymała jego rękę.

      Noel spojrzał na nią i odnalazł w jej oczach bezpieczeństwo, zrozumienie i ciepło, którego brakowało mu przez całe życie. I choć dopiero odkrywał własne emocje, to Abi poczuła, że ta chwila – ich wspólna, cicha bliskość – staje się początkiem czegoś niezwykłego.

      – Wszystko dobrze? – zapytała łagodnie, a w jej głosie pobrzmiewała troska i subtelna nuta ciepła.

      – Tak… – odpowiedział, ocierając łzy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo dobrze… – Zawahał się, a potem spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem. – Przeczytaj to, proszę.

      Kochany Syneczku.

      Bardzo długo zbierałam się na odwagę, żeby napisać ten list. 

      Nawet nie wiem, czy będziesz w ogóle chciał go przeczytać. Masz pełne prawo podrzeć go i wyrzucić już teraz. Żywię jednak cichą nadzieję, że zrobisz to dopiero po doczytaniu do końca. 

      Tak trudno mi ubrać w słowa to, co czuję. Pragnę tylko, żebyś wiedział, jak bardzo mi przykro. Nawet nie mogę sobie wyobrazić jak mocno zraniłam Cię swoim nagłym odejściem. Wtedy postrzegałam tę kwestię zupełnie inaczej i najważniejsze było dla mnie moje szczęście. 

      Dzisiaj już wiem, jak bardzo byłam samolubna i obojętna na uczucia innych. Odchodząc od Was popełniłam największy błąd mojego życia, ale czasu już nie cofnę i muszę żyć z tą świadomością do końca moich dni. 

      Nie proszę o przebaczenie, bo na nie nie zasługuję. Chcę tylko, żebyś wiedział, że cały ten czas byłeś zawsze w moim sercu, jako jedyna i prawdziwa miłość mojego życia. Brak kontaktu z mojej strony podyktowany był olbrzymim wstydem za czyn, którego się dopuściłam. Przez te wszystkie lata czułam się niegodna Twojej miłości, ale nosząc Cię w sercu żywiłam nadzieję, że wiedzie Ci się dobrze i że jesteś zdrowy. 

      Już od dawna zbierałam się na odwagę, by nawiązać z Tobą kontakt i pomógł mi w tym sen, który bardzo mnie zaniepokoił. Nie mogłam już dłużej zwlekać. 

      Nie wiem nawet, czy jeszcze mieszkasz z tatą, czy się przeprowadziłeś... 

      Ja nie jestem już z tym mężczyzną. Wynajmuję teraz mieszkanie w kamienicy mojej przyjaciółki Mai, zapewne ją pamiętasz. 

      Jest jeszcze coś bardzo ważnego, co powinnam powiedzieć Ci już dawno temu. Masz przyrodnią siostrę Karin, ona wie o Twoim istnieniu i często pyta o Ciebie. Moim jedynym marzeniem jest, żebyście mogli się kiedyś spotkać, poznać i porozmawiać. Odebrałam Wam tyle pięknych i szczęśliwych lat razem, ale może nie wszystko jeszcze stracone…

      Kocham Cię bardzo

      Mama

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...