Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Po kilku godzinach Atomizer ocknął się. Spojrzał na stołek i kiedy nie zobaczył na nim Dżaka szybko wstał i udał się na poszukiwanie przyjaciela. Najpierw sprawdził w kuchennej szafce, która była ich ulubiona kryjówką, w której chowali się przed inkasentem z gazowni. Lecz tam go nie było. Udał się zatem pospiesznie do łazienki. Wiedział, że Dżak lubił spędzać godziny na muszli klozetowej, oddając się studiom różnych gazet z pogranicza fantazy. Jednak i tam nie zastał przyjaciela. Przeczesał w końcu całe mieszkanie, ale jak się okazało nadaremnie. Dżak zniknął bez śladu. Atomizer bardzo się zaniepokoił, bo wiedział, że gdy Dżak wychodził gdzieś sam, to zawsze zostawiał karteczkę z informacją gdzie idzie i o której wróci. Tym razem nie było ani Dżaka ani karteczki. Całkowicie zrezygnowany usiadł w kącie pokoju, wiedząc, że pozostało mu tylko czekać.
Dokładnie trzy godziny, dwie minuty i jedenaście sekund później, Adamski usłyszał charakterystyczny szczęk klucza w zamku. Dżak wrócił do domu.
- Jesteś! Jesteś! A już myślałem, że porwało cię ufo! – wykrzyknął i rzucił się na Dżaka z otwartymi ramionami. Dżak jednak był jakiś dziwny. Nie był już ten sam wesoły młodzieniec, z którym jadł razem śniadania, zmywał naczynia czy szedł do łóżka.
- Serwus – powiedział opanowanym głosem Dżak.
- No jak to? Nie przytulisz mnie? – zapytał zdziwiony Adamski i dopiero teraz zobaczył istotne zmiany jakie zaszły w imidżu jego ukochanego. Dżak zamiast dżinsów, swetra i polaru miał na sobie przydługi, czarny garnitur. Okryty był kapotą, także koloru czarnego a na głowie miał dziwne coś, co wyglądało jak czapka, którą nosił Wokulski w „Lalce”. Cały ten wizerunek uzupełniał kawałek drewna, który Dżak dzierżył w delikatnej dłoni.
- Ale masz fajową palicę – powiedział Atomizer, spoglądając zazdrośnie na równiuteńki kawałek drewna. – Pójdziemy na kasztany? – zapytał.
- To nie palica ignorancie jeden ty – odburknął Dżak.
- A co?
- To laska, którą mi zrobił taki jeden pan.
- Jakiś pan zrobił ci laskę? – zapytał Adamski.
- Tak, w dzisiejszym świecie żeby osiągnąć sukces trzeba robić laski – odpowiedział Dżak, posiłkując się własnym wyobrażeniem na temat globalizacji, praw ekonomii i wolnego rynku.
W oczach Atomizera pojawiły się łzy, a głowie zakiełkowała jadowita myśl: „Czy zdradził?”. Dżak jednak nie zwrócił uwagi na zasmuconego przyjaciela. Odłożył laskę do kąta, ściągnął kapotę i powiesił ja na wieszaku i zapytał:
- Ładny mam garnitur?
- Trochę za długi – odpowiedział zasmucony Adamski.
- Też tak uważałem – powiedział Dżak, cały czas oglądając się w lustrze. – Ale wszyscy sprzedawcy w Tesko byli zgodni, że garnitur jest odpowiedni i że jeszcze na pewno urosnę, tylko muszę pić więcej mleka. Radzili, żebym go kupił, bo taka promocja to już się na pewno szybko nie trafi. I muszę ci powiedzieć – kontynuował – że jakoś to mnie nie przekonało. Kiedy jednak szef działu z odzieżą szepnął mi do ucha, że dorzuci markowy otwieracz do butelek gratis, to miałem pewność, że taka gratka nie zdarzy się prędko. No i kupiłem.

Historia zakupu garnituru w Tesko, była ważną lekcją, którą odebrał Dżak od życia. Nauczył się wówczas, że każdy towar, niezależnie od jakości znajdzie swojego nabywcę, oraz że najważniejsza w marketingu jest promocja. Tym magicznym pojęciem będzie kusił klientów Empiq, oferując tomiki swojej poezji w promocji. Najpierw robił promocje autorskie, to znaczy przesiadywał w sklepikach i rozdawał autografy. Jednak ten sposób okazał się być nieskuteczny. Bo ilość chętnych była niewielka, a Dżak musiał godzinami przesiadywać na mrozie w holach marketów. Postanowił zmienić target dla swojej twórczości. Charytatywnie wyrecytował kilka rymowanek na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Tylko starsze panie były zainteresowane jego twórczością, więc zaproponował wszystkim słuchaczom, że do każdego tomiku, który kupią dołączy swój własnoręczny szkic Myszki Miki. Jednak i to okazało się nieskuteczne. Dopiero któregoś razu wpadł na szatański pomysł. Udał się do banku, wziął kredyt i ogłosił promocję: „Dżak Menel, Wiersze, 2,59 pln/szt. + 42 calowy telewizor plazmowy i zestaw kina domowego dolbi sarałnd gratis”. Był to traf w dziesiątkę. Nie tylko sprzedał wszystkie sto egzemplarzy pierwszego nakładu wierszy, ale z całego kraju nadchodziły zapytania o kolejne egzemplarze i o konieczność dodruku. Ten pionierski sposób błyskawicznego rozpowszechniania towaru, w tym przypadku tomików z rymowankami, doczekał się wielu opracowań naukowych w literaturze ekonomicznej. W klasycznym, sześciotomowym dziele Hansa-Jürgena Grauschwanza pt. „Zukunftsökonomie: Dżak Menel und die Geschichte des All-Geheimnis“(Berlin, 6023 r.), owa metoda nazwana zostanie: „menelowską zasadą zysku ujemnego na korzyść niepewnej przyszłości“. Grauschwanz jest zdania, że ta rewolucyjna wówczas metoda sprzedaży miała na celu: „wciskanie ludziom kitu, przy jednoczesnej stracie własnej w oczekiwaniu na sławę” (Tamże, t. 3, s. 467; zob. także: tamże, t. 2, rozdz. VI „Dżak Menel: Macht und Ruhm”.). Na korzyść tez niemieckiego badacza przemawiają ostatnie odkrycia archeologiczne prowadzone na Starym Rynku w Posnańu. Odkryto tam fundamenty jednej z tanich księgarń, które były bardzo popularne w okresie życia i twórczości Dżaka Menela. Oprócz szyldu z napisem: „Arzenał” odnaleziono dysk twardy z zapisem wszystkich książek, które tam sprzedawano za grosik. Wśród nich były trzy tomiki autorstwa Menela.

Ale do rzeczy. Atomizer nie skomentował ani słowem tego promocyjnego entuzjazmu. Ciągle zasmucony, ciągle niepewny miłości ukochanego, wpatrywał się w Dżaka, gdy ten oglądał siebie z każdej strony w lustrze. W końcu wykrztusił z siebie:
- Dżak, po co ty kupiłeś ten garnitur? Po co ci ten cały dziwny strój? Co się z tobą stało, jesteś taki dziwny, taki inny. Myślę, że ty mnie już nie kochasz.
Dżak jednak wydawał się nie słyszeć, co powiedział w tej chwili jego przyjaciel. Ciągle stał przed lustrem i się oglądał. Nagle zaczął powtarzać:
- Jesteś wielki! Jesteś wspaniały! Jesteś wielki!
Gdy to Adamski usłyszał, natychmiast przypomniał sobie mroczną sylwetkę i owłosioną kurzajkę na jej nosie.
- Jak ona się nazywała? – próbował sobie w duchu przypomnieć imię tej poczwary. – Coś jakby Monia Tucięostrzygą... , ale co dalej? Co dalej? – milcząco szukał w pamięci. W końcu jednak skapitulował przed własnym ograniczeniem mentalnym i nazwał ją po swojemu:
- A chuj, będziesz od dziś Monią Fryzjerką.
Postanowił jednak, że nic nie powie Dżakowi o całym zajściu z Fryzjerką. Bał się, ze może to może źle wpłynąć na jego delikatną naturę. Mógłby się przestraszyć i zacząć jąkać. Ale nie pozostał bezczynny.
Kiedy Dżak jak zauroczony powtarzał do swego odbicia, że jest piękny, że jest wspaniały, Adamski wiedział, że istnieje tylko jeden sposób by wyrwać przyjaciela z marazmu. Postanowił zrobić to, co zwykle czynił, gdy Dżak wpadał w depresje. A dodać należy, że stany depresyjne od momentu, gdy powrócił on ze wsi, nie należały do rzadkich.
Bez chwili namysłu energicznie rozpiął rozporek przyjaciela, pogrzebał w nim chwilę. Wyjął na wierzch siusiaka Dżaka a następnie przystawił do niego swojego penisa.
Ten intymny rytuał chłopcy nazwali „dotykaniem się pisiorami”. Była to tylko ich pieszczota, o której nikomu nie mówili, był to ich nigdy nie odkryty wkład w dorobek kulturowy
cywilizacji śródziemnomorskiej.
- Cos mówiłeś!? Coś mówiłeś? – zapytał głośno nagle przebudzony Dżak.
- A pytałem cię o to, po co ci ten cały garnitur i to dziwaczne ubranie – odpowiedział Adamski zapinając rozporek.
- Bo właśnie wysłałem swoje wiersze na konkurs im. Kościotrupków. Wiesz – kontynuował – jakaś dziwna siła we mnie wstąpiła, uwierzyłem w siebie, w to, że jestem wielki i wspaniały no i wysłałem. Kupiłem oczywiście też garnitur, cylinder, kazałem sobie zrobić laskę, bo muszę dziwnie wyglądać, jak będę odbierał nagrodę.
- A skąd wiesz, że wygrasz?
- Ale ty naiwny jesteś, kochanie, przecież wiadomo, że wygram, Miłosz mi to obiecał.

Opublikowano

UFO na pewno nie porwało Dżaka. Poza tym UFO nie ma pisiora, więc nie byłoby zabawy;p
Widzę, że wnosisz coś na to forum, bo Antymitologia to inny i rzadko spotykany tu typ pisarstwa. Jak dla mnie, dosyć dziwny;p ale myślę, że potrafisz zaciekawić, wciągnąć czytelnika w te historie. Technicznie jest ok i to jest plus, bo gdyby było dużo wpadek w tego typu tekście to byłoby to widoczne podwójnie. Nie ukrywam, że chętnie przeczytałabym Cie w innej tematyce. Pozdrawiam

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Cylinder zastygł w bezruchu 

      a tuba zamilkła.

      Tym razem nawet igła fonografu 

      zdawała się nie mieć ochoty 

      wracać na powierzchnię cylindra 

      po raz setny tej przeklętej nocy.

      Obiecałem,

      że pomogę w poszukiwaniach,

      lecz po tym czego się tu dowiedziałem 

      i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,

      stwierdzam jasno, 

      choć z dozą 

      naprawdę przejmującej rozpaczy,

      że mój nieodżałowany ojciec,

      został pochłonięty w odmęty, 

      bezdennej paszczy szaleństwa.

      Po czym uleciał w kompletny niebyt,

      bagiennych wrzosowisk

      północnej Szkocji.

      Przeszukano cały dom

      od piwnicy po strych.

      Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.

      Studnie, staw

      a nawet rozkopano

      przydomowy ogródek

      ze wspaniałymi krzewami piwonii

      o które tak dbał.

      Bardziej niż o jedyne dziecko.

      Wszystko zaczęło się 

      gdy byłem jeszcze dzieckiem.

      Ojciec był 

      szanowanym profesorem archeologii 

      na uniwersytecie oksfordzkim.

      Był najlepszy w swoim fachu

      i dzięki temu pozostawał w kontakcie

      z najtęższymi umysłami

      z całego świata.

       

       

      Pamiętam doskonale zimowy poranek,

      jakieś piętnaście lat wstecz.

      Zakładałem szkolny mundurek 

      i z teczką w prawej dłoni 

      zmierzałem ku drzwiom domu.

      Ojciec szedł za mną.

      Trzymał mnie delikatnie za ramię,

      tłumaczył mi że jeśli 

      nie zakończy 

      zaplanowanego wykładu na czas 

      to odbierze mnie ze szkoły 

      nasza sąsiadka panna Stevenson.

      A jeśli wszystko zakończy się 

      zgodnie z planem 

      to obiecuję zabrać mnie

      potem na łyżwy.

       

       

      Nic nie poszło zgodnie z planem.

      Otworzyłem drzwi i o mało co 

      nie zderzyłem się w nich 

      z ponurym, wysokim 

      i dość postawnym jegomościem 

      w szarym, długim,

      dwurzędowym płaszczu 

      o prostym kroju.

      Jego fason

      nie był typowym dla wyspiarza

      a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.

      Dziwny gość

      otarł mnie ledwie wzrokiem 

      zza przyciemnianych, wąskich szkieł

      i zwrócił się do mojego ojca.

      Bardzo przepraszam

      za tak nagłe najście 

      ale na uniwersytecie powiedziano mi,

      że jest Pan

      jeszcze w domu panie Fodden

      a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty, zapis z fonografu oraz przedziwny szczątek metalu, który

      z pewnością pana zainteresuję.

       

       

      Wyjął z płaszcza niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko

      i wręczył je ojcu.

      Nazywam się Peter Noyes 

      i jestem zastępcą profesora Clarka 

      na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.

      Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.

      Profesor liczy na Pana pomoc

      w tej sprawie.

      Jeśli tak w istocie będzie 

      czekam na Pana 

      w dniu jutrzejszym w południe 

      na nabrzeżu numer dwa,

      celem odbycia podróży

      najpierw do Bostonu 

      a potem do Arkham.

      Proszę pamiętać, 

      że nie ma czasu do stracenia.

      Gwiazda czy też planeta,

      powoli pojawia się 

      w naszych snach nieprawdaż?

      Nie czekając na odpowiedź,

      odwrócił się na pięcie i szybko

      znikł za zakrętem skrzyżowania.

      Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie do pani Stevenson

      i nakazał jej 

      by zajęła się mną przez jakiś czas 

      bo czeka go długi

      i pilny wyjazd do Bostonu.

       

       

      Zostałem u niej długie lata.

      A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.

      Nikt nie wiedział skąd ani po co.

      Uważano go za zmarłego.

      Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii 

      razem z tym całym

      Noyesem i Clarkiem.

      Nadal gdzieś w szufladzie biurka 

      mam jego nekrolog

      z jednej z gazet z Arkham.

      Żył ale przypłacił to szaleństwem.

      Nie widziałem go już nigdy później.

      A teraz zaginął po raz wtóry.

      Podobno planeta 

      znów nawiedzała go w snach.

       

       

      Odebrałem telefon z policji 

      i obiecałem przybyć na miejsce 

      by jakkolwiek pomóc śledczym.

      Bo sami nie rozumieli 

      w środek jak wielkiego szaleństwa 

      przyszło im wpaść i brnąć

      dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.

      Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.

      Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?

      To miasteczko, osada czy może 

      jakaś kodowa nazwa 

      jakiejś świątyni czy wykopalisk?

      Znaleźli pamiętnik ojca,

      gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.

      Ten krótki wpis ołówkiem 

      sprzed wielu tygodni.

      Wreszcie odezwali się do mnie

      Ci z Yuggoth.

      Będą czekać w oktawę święta 

      ojca Yog-Sottotha przy ołtarzu na wzgórzach.

      Zabiorą mnie znowu…

      Brzmiało to jak żart.

      Lecz jedno było pewne.

      Mój ojciec nigdy nie był skory do żartów.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...