Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Widząc przechodzącą znajomą, zeskoczyłem tuż przed nią. Szarmancko się uśmiechnąłem i ukłoniłem w pas. Osoba ta godna była szacunku. Żona, matka i zawsze chętna służyć pomocą, radom. Zaskoczona nagłym zamieszaniem wokół jej osoby, gwałtownie się zatrzymała, dłoń przyciskając w okolicach serca. Po chwili, co by tu nie pisząc, stresującej zorientowała się, iż nie jestem złoczyńcą, ale tym, co przed miesiącami jeszcze współpracował. Uspokojona i już uśmiechnięta rozgadała się o naszych wspólnych wspomnieniach, zasypała pytaniami i niespodzianie opowiedziała, że obcokrajowcy, którzy mnie zatrudniali i zwolnili – uczynili to drugie, bo uparcie twierdziłem, że wiem lepiej jak z Polakami rozmawiać, a oni byli innego zdania. Obcy zna nas lepiej od nas samych! Wdrapałem się ponownie na drzewo.

Na drzewie nie ma telewizora. Liście szeleszczą, ptaki ćwierkają, wiatr porusza gałęziami. Czasami z dołu donoszą o wydarzeniach w szerokim świecie. Jakiś malec kopnął piłką o pień mojego drzewa. Krzyknąłem na niego poirytowany. Odpowiedział mi, że przecież są Mistrzostwa Europy, to mu wolno – ćwiczy, chce zostać jakimś tam – krzyknął nazwiskiem, ale liście rozproszyły jego brzmienia. Jednak zaintrygowany tą wiadomością zszedłem. Odezwał się we mnie niegdysiejszy wyczynowiec. Poszedłem zobaczyć te piłkarskie mistrzostwa i … Trzydzieści minut przetrzymałem telewizyjny komentarz, ale, gdy po raz kolejny beznamiętny, wkrętak komentował zachowanie trenera w okolicach ławki rezerwowych – wyłączyłem fonię. Zastąpiłem ją głosem radiowej Jedynki – REWELACJA! Dla tego głosu warto było zejść z drzewa. Pan Zimoch ubawił mnie setnie, a porażka już tak nie bolała. Gdy w telewizorze pojawiła się możliwość wysłuchani naszego selekcjonera – przywróciłem głos. No, Beenhakkera jeszcze się dobrze słuchało, ale jak polski dziennikarz odezwał się… Miał to być język niemiecki… Jak się oni tam znajdują? Poirytowany wdrapałem się na drzewo…

Wróciłem na drzewo zwłaszcza po tym jak jeden z prezesów, utyskujących na brak kontrahentów - nie wykazał się wytrwałością. Przedłożył mi swoją produktową ofertę. Uznałem ją za atrakcyjną. Momentalnie zaproponowałem ją osobom, firmom z mojej listy kontaktowej. Pojawiły się sygnały, świadczące o zainteresowaniu. Wystarczyło, by ów prezes się skontaktował. Nie uczynił tego... Tak, owszem - raz zadzwonił, ale było zajęte, więc przez tydzień nie dzwonił. Idę na drzewo.

Zszedłem z drzewa, i co zastałem?:

- kolejna rozmowa kwalifikacyjna, słuchaczem jest dyrektor handlowy, rozmowa w toku, jedno z pytań: "Czy poradziłby pan sobie, gdy trzeba było by tydzień w Niemczech, tydzień w Rosji i jeszcze na Litwę, a tylko tydzień w Polsce, bo ja nie mogłem sobie poradzić", w odpowiedzi usłyszał potwierdzenie oraz zaprezentowanie strategii postępowania na rynkach wschodnich i zachodnich. Rozmowa się zakończyła obietnicą kontaktu w ciągu tygodnia. Oczywiście kontaktu nie było, ale od moich informatorów dowiedziałem się, że dyrektor handlowy realizuje sam moje pomysły, no i dalej jestem ... w drodze na drzewo…

Po przeczytaniu wiadomości prasowych – idę na drzewo zrywać czereśnie.
Tak, gdy przeczytałem, że menedżer naszych Złotek został zatrudniony mimo, że nie zna angielskiego ani włoskiego, a na Polskiej Poczcie strajk i ponoć brak pieniędzy, a miliony płyną na gazetkę zakładową. O co w tym kraju chodzi? Gdy do tego dodam doświadczenia z rozmów kwalifikacyjnych, to... "... na drzewa..."

Cóż i ja zaczynam tracić cierpliwość i cały czas zastanawiam się o co właściwie chodzi:

To były rozmowy kwalifikacyjne -

- firma poszukuje osoby z doświadczeniem w działalności gospodarczej i z praktyczną znajomością języka rosyjskiego oraz z doświadczeniem na wschodnim rynku – mam, ale – rozmowę kwalifikacyjną prowadzi dyrektor generalny (kilka lat starszy) i w trakcie rozmowy
upiera się o istnieniu dwóch ekonomii – nie zgodziłem się z tym i ... cisza

- firma osiąga coraz słabsze wyniki na rynku niemieckim, jest elementem grupy przedsiębiorstw, a zatem - przedstawiam kompleksową strategię, w trakcie rozmowy (udział biorą pracownicy średniego szczebla i oczywiście dyrektor handlowy), spontanicznie pojawiają się nowe idee, pracownicy średniego szczebla ze zdziwieniem mnie słuchają (a oni tego nie robili), ale dyrektor handlowy – niewzruszony dopytuje się o aktywność akwizycyjną ... po dwóch tygodniach został odwołany ze stanowiska dyrektora, a jego miejsce zajęła inna osoba…

- firma, znacząca pozycja na polskim rynku w segmencie swoich produktów, nie może rozwinąć swojej działalności na rynku niemieckim – zanalizowałem ich błędy, przedstawiłem kierunki działania, łącznie z niestandardowymi posunięciami – w rozmowie z współwłaścicielem (o rok starszy) usłyszałem, że tak starych jeszcze nie zatrudniał, a moją wartość określił na poziomie urągającym godności

- firma zatrudniająca kilkaset pracowników - zapragnęła uaktywnić się na rynku niemieckim – chciała wykonać swój krok – przeprowadzić prezentację wobec potencjalnego kontrahenta – w ostatniej chwili zapoznałem się z ich prezentacją – poziom szkoły podstawowej – wprowadziłem zmiany, przedstawiłem zasady dobrej prezentacji – wykonali i przyznali mi rację; uczyniłem krok dalej i przedstawiłem kompleksową strategię działania wobec bardzo poważnego kontrahenta zachodniego – dyrektor handlowy się uwstecznił i zakomunikował, że ma swoje koncepcje – mi przedstawił propozycję... do odrzucenia; donosiciele donieśli, że realizuje moje koncepcje…

- firma zachodnia – bardzo poważna – jest niezadowolona z osiągnięć na polskim rynku - zanalizowałem ich aktualne działania w Polsce – na potrzeby rozmowy przygotowałem perfekcyjną prezentację, wskazującą na istotne działania jakie należy w Polsce wykonać (a jakich do tej pory w Polsce nie wykonali), by uzyskać poziom konkurencji USA, Japonii - prowadzący rozmowę Niemiec (szef sprzedaży, przyjechał prosto z lotniska, wstał o 5 rano) prawie przysypiał i praktycznie mnie zignorował…

- firma – poważna – doradzająca (tak wynika z informacji internetowych) poważnym, polskim przedsiębiorstwom poszukiwała współpracownika – przesłała mi e-maila, zatytułowanego "Ankieta" a treść i forma była na poziomie przedszkola - zasugerowałem swoje możliwości, wiedzę, profesjonalizm interdyscyplinarny – zamilkli…

  • 4 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...