Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wybiegłem z mieszkania wściekły. E, zaraz tam z pianą na ustach! Zwyczajnie, wściekły na… Tak, tego dnia wszystko było nie tak. Zaczęło się od rana. Jeszcze samo przebudzanie niczego złego nie zapowiadało. Jak każdego ranka, wielokrotnie uciszałem i przestawiałem budzącą komórkę. Komórka. Gdy słyszę to słowo, zawsze wracam do lat dzieciństwa, gdy w rodzinnym mieście, w komórce wuj mój (no tak i jeszcze mojego rodzeństwa i kilku innych kuzynów) trzymał rowery, węgiel i parę innych potrzebnych drobiazgów. I już widziałem nad sobą kawałek budynku w dłoni mega-cyklopa, a z wnętrza sypał się węgiel i spadały rowery. Od zgniecenia uratowało mnie wspomnienie dziadka, wjeżdżającego zimową porą na długich saniach, które ciągnęła spocona klacz. Zajechali pod tą komórkę, by po chwili wyładować ziemniaki, przykryte słomą… Proszę – tak wiele przeżyłem w momencie trzymania telefonu komórkowego.
Ok, wstałem. Do pacierza wszystko układało się bezboleśnie. Ale w łazience… Ba! Każdy by zębów kremem do golenia nie umył. Płukałem przez dobrych kilka minut. Zastanawiając się jak mogło do tego dojść, sięgałem lewą dłonią po pędzel, prawą po tubkę i krążąc myślami po sposobach na mycie zębów, machałem pędzlem po twarzy. Masz, a to co znowu?... Krem się nie rozciera, piana nie pęcznieje. Za suchy? No to pod wodę i na twarz. Nie pomaga. Dziwne. Kątem oka na tubkę. Jasne! Pastą do zębów zarostu nie skoszę. Jakoś przebrnąłem przez zmory w łazience.
Pora na śniadanie. A, postanowiłem porwać się na ambitniejsze zadanie – ugotuję kaszę manną. Postanowiłem i już. Mleko z lodówki i na palnik. Ależ, aż tak źle nie było… Nie wylałem mleka na palnik. Nieco cierpliwości. Rondel był odpowiedni. Już mleko było bliskie wyskoczenia z niego. No, z rondelka. Chwyciłem szklany słoik i zawartość spokojnie wsypywałem do gotującego się mleka. Podziwiałem swoją sprawność: lewą ręką wsypywałem, prawą mieszałem. Tak miałem kombinować, aż to, co w rondelku zacznie gęstnieć. Nie gęstniało. Tknięty przedłużającą się operacją, przestałem mieszać i przyjrzałem się … Wsypywałem bułkę tartą, a gdzie kasza manna ??!! Zdumienie. Odstawiłem podstępny słoik. No i gdzie kasza? Chwilę mojej nieuwagi wykorzystało mleko – płynnie z bulgotem i syczeniem wydostało się na płytę. Instynktownie wyłączyłem gaz. Rondelek za rączkę i do zlewu. Prask! Moim oczom ukazał się gejzerowy pejzaż – na płycie kuchenki. Zapaskudzona podkładka na palniku. Trzeba umyć. Gołą dłonią chwyciłem… Czemu!!?? Do dziś nie wiem! Jak szybko chwyciłem, tak błyskawicznie puściłem. Ciężar zbyt wielki? Tak! Mimo lania zimną wodą i łapania się za ucho – odcisk podkładki pozostał na palcach.
Cóż, poprzestałem na kromce chleba z masłem, dziurawym serem żółtym i dżemem. Wystałem to w miejscowym super sklepie, gdzieś obok parku, okaleczonego wichurą. Pamiętam jak stałem w długiej kolejce do kasy. Wówczas była sobota i nie spieszyłem się. Stałem spokojny, zasłuchany w kojący głos Dido. Czasami była ze mną, gdy samotnie jechałem na kolejne spotkania. Ale tamtego dnia byłem wśród dźwigających i pchających pełne kosze. Przesuwali się powoli w zamyśleniu… Nagle! Jest! Nowa kasjerka! Spokój prysł – zagotowało się! Biegnij! No, rusz się! Jest nowa! I z ogniem w oczach ruszyli do nowej. I już w pośpiechu wykładali swoją górę jedzenia. A ja patrzyłem na metalowy, biały regał, stojący spokojnie obok pilnie liczącej pani kasjerki. Cóż, regał – taki sam, jak w każdym super sklepie. Tu na bocznych półkach – gumowy wybór do żucia, sąsiadował z gumową ochroną przed poczęciem, pod którą mamiły kolorami „orbitki” do ssania. Nad całością górowały baterie zasilające…
A ja swoją kanapkę popiłem świeżo parzoną herbatą. Wyciszyłem się nieco po porannych klęskach. Chociaż, leżące przede mną spadające notowania giełdowe kwasiły humor. Jak tak, to zdecydowałem ten kwaśny humor doprawić i sięgnąłem po ogórek konserwowy. Był ostatnim na dnie litrowego słoika. Spodziewając się dalszego ciągu niepowodzeń – widziałem jak moja dłoń więźnie w słoiku i jedynie drastyczny ruch młotkiem ją uwalnia… A tu – niespodzianka – nic z tego. Dłoń z ogórkiem wyjąłem sprawnie. Niestety, wyjmując ją… szarpnąłem mocniej w górę, nagłe szarpnięcie chlusnęło zaprawą ogórkową na dłoń, trzymającą słoik i … wyślizgnął się. Usłyszałem trzask rozbijanego szkła o kamienną posadzkę, a na stopach poczułem nieprzyjemną wilgoć ogórkowego płynu. Dalej szło prosto – sprzątanie. Jasne – pozbierać grubsze odłamki szkła. Resztę zmieść i podłogę wytrzeć do sucha. Do roboty. Co dostrzegłem – pozbierałem. Resztę, tak byłem przekonany, zmiotłem i wytarłem. Ale… jeżeli córka przyjdzie do kuchni boso? Stanie na zdradziecko czającym się odłamku twardego szkła? Rana cięta stopy gotowa i pełno czerwonych śladów stóp w mieszkaniu, płaczu i temu tam podobnych oznak nieszczęścia. Nie! Nie mogłem do tego dopuścić… Już byłem na kolanach. Gołą dłonią sprawdzałem czystość podłogi. Do czasu! Jak rażony prądem – poderwałem dłoń od podłogi… Gdyby była dłuższa walnęłaby o sufit… Cięcie – jak dziadkową brzytwą – ostre i przenikliwe.
Ależ, cięcia dziadkową brzytwą nie doznałem… Jednak niczym błysk błyskawicy, na jedyne mgnienie ujrzałem dziadka, stojącego obok drzwi do pokoju. Lewą ręką napinał szeroki pas, zawieszony sprzączką gdzieś w górze. Prawą dłonią, ruchem wahadła, przesuwał brzytwę po pasie w górę i w dół. Ostrzył. Efekt ostrzenia czasami można było zobaczyć na jego twarzy, gdy po goleniu przyklejał sobie mały kawałek gazety. Tamował krew.
A ja papierka sobie do dłoni nie przyklejałem. Pognałem do łazienki. Dopadłem buteleczkę spirytusu. Chyba jej połowę wylałem na zranioną dłoń. Nie było łatwo – wąska szyjka miała mały otwór. Wykonywałem szybkie ruchy. Jak przy trzepaniu dywanu. Musiałem się przy tym nieco napracować.
Łatwiej było pewnemu jegomościowi przy kiosku z gazetami w Ustce. Widziałem to wiele lat wcześniej. Jegomość ów nabył w kiosku buteleczkę wody brzozowej, szybkim, ale precyzyjnym ruchem uderzył buteleczką o krawędź kiosku – odtrącił szyjkę buteleczki i już mógł swobodnie pić. Nie męczył się tak, jak jego kumpel obok, koziołkujący, czyli przytakujący co rusz z dłonią przy ustach. W dłoni była mała buteleczka spirytusu kosmetycznego.
Spojrzałem na dłoń. Nic strasznego. W podstawówce było znacznie gorzej. Pamiętam jak w ramach lekcji zajęć praktyczno-technicznych przenosiliśmy – bez rękawic – długie, szerokie taśmy stalowe. W pewnym momencie taśma przesunęła się w mojej dłoni… Zamknąłem tylko pięść i pobiegłem do pielęgniarki. Tam już sprawnie – jodyna, jazda do chirurga, szwy i żal ucznia – była to lewa ręka. Nici ze zwolnienia.
Tak było, a potem, po tym kuchennym szkle – drobiazg. Zakleiłem plastrem. Wróciłem do kuchni. Ślad krwi znaczył miejsce kawałka szkła. Sprzątnąłem. Teraz córka mogła boso chodzić po posadzce w kuchni.
W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku rodzicielskiego i pęczniejący dumą, bo przecież uratowałem córkę od niechybnego cierpienia – wyszedłem z kuchni, kierując się do dużego pokoju. Pomyślałem, iż dobrze byłoby wypełnić płuca świeżym tchnieniem poranka. Najlepiej zrobić to na balkonie. Skierowałem się w stronę drzwi balkonowych. Bez specjalnej potrzeby spojrzałem nad drzwi balkonowe. Tam w dniu poprzednim zamontowałem roletę. Pewnie jedną dumę chciałem spotęgować kolejną dumą. Ktoś jednak nie chciał bym tego dnia napęczniał niczym balon i z balkonu nie uleciał w czysty błękit – dostrzegłem pewną nierówność w zatrzasku rolety.
- No nie, nie może być niedoróbek – przemknęło mi przez myśl.
Postanowienie zamieniam w czyn. Jedno krzesło, drugie krzesło – frontem do siebie. Na nie taboret. Konstrukcja była gotowa. Zauważyłem, że jest nieco chwiejna, ale przecież tylko poprawię zaczep i będzie po kłopocie. Krzątając się przy krzesłowo-taboretowej układance, przypominałem sobie filmiki internetowe, słane mi przez znajomych. Ich bohaterowie też składali najprzeróżniejsze konstrukcje, by wspiąć się na dach… O, mam kuzyna, który przy zrzucaniu śniegu z dachu swojego domku jednorodzinnego tak się zabezpieczył, że razem z zabezpieczeniem zjechał po dachówkach na gałęzie jabłoni, łamiąc je (a każdego roku takie smaczne jabłka zrywałem prosto z tarasu) oraz nogę, przedramię i wybijając sobie bark. Cóż, przestroga, przestrogą, a człowiek i tak robi swoje… Wszedłem na tą swoją konstrukcję. Jeszcze wspiąłem się na palcach, by sięgnąć zatrzasku po lewej stronie i… Krzesła się zachybotały, taboret stracił podparcie, a ja rację stania na czymkolwiek. Roletę puściłem. Leciałem bezwładnie w dół. Sprawnie. Nie na wyprostowaną rękę. Chociaż ta sprawność nie była potrzebna. Siłę upadku łagodziło najpierw oparcie krzesła, zdzierając mi dotkliwie naskórek na ręce i nodze oraz telewizor, na który bezwładnie, pozbawiony oparcia ładowałem się z impetem. A ten, dociśnięty moim ciałem, przechylił się i też runął ze swojego stolika na długowłosy dywan. Jak szybko leciałem, tak szybko się pozbierałem i błyskawicznie zlustrowałem: roleta na miejscu, firanki nie zerwane, krzesła powywracane, telewizor na dywanie… Jeszcze tego brakowało, by trzeba było z nim do warsztatu. Ustawiłem go na stoliku. Pilot w dłoń i przycisk - włącz. Nic. Baterie na miejscu. Jeszcze raz. Nic. No, nie – coś musiało w nim pęknąć, ale… Nie takim ostatni. Zerknąłem na kontakt za telewizorem – pusty. Włożyłem wtyczkę i… uf… działał.
Niepowszechny hałas zwabił do pokoju małżonkę, a ta zamiast zatroszczyć się o mnie spokojnie zapytała:
- Czemu nie wziąłeś drabinki?
- ??? – ciekawe pytanie. Drabinka lekka, stabilna, składana stała… na balkonie tuż za drzwiami, ale pod ręką były krzesła.
- Chłopie, nie demoluj nam mieszkania. Idź lepiej po samochód. Potrzebuję warzyw z targu. – spokojnie zaproponowała małżonka, widząc, że jestem na chodzie.

  • 2 miesiące temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @piąteprzezdziesiąte Dziękuję za szczerość 
    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...