Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

w dwóch słowach można
choć jest poręczniej po frazach brodzić
stąpać w rozkoszy
w kierunku kluczyć
szukać pretekstów
i stu powodów

głupcem nazwanym można by zostać
niezdarą losu

w dwóch słowach można by przecież
i bez odwrotu
rygiel ze skoblem się zgrają
albo śmiech pusty

wiec lepiej może po słowach stąpać
z lekka tknąć sprawę
a w uniesieniu
szukać powodów i stu pretekstów
czas skrycie mierzyć
wieczność na drobne zamieniać
przed śmiechem pustym uciec przechytrze

w dwóch słowach można
świat złożyć, przecież

Opublikowano

"w dwóch słowach można
choć jest poręczniej po frazach brodzić
stąpać w rozkoszy
w kierunku kluczyć
szukać pretekstów
i stu powodów"

W dwóch słowach można
choć smaczniej, radośniej
po frazach brodzić
stąpać w rozkoszy
w kierunku kluczyć
szukać pretekstów
i stu powodów.
Te wersy bardzo mi się spodobaly choć zaproponowalem troszkę inny układ i minimalnie inną myśl. Ale to tylko moja interpretacja - subiektywna.
Ładnie pod względem estetycznym i nie źle warsztatowo napisany temat.
Plusik Antoni:)
Pozdrawiam.

Opublikowano

w dwóch słowach świat można
złożyć na pół lecz poręczniej
brodzić po frazach w kierunku
pretekstów i stu powodów

"jestem głupcem" - w dwóch słowach
można uciec od siebie bez powrotu
rygiel ze skoblem zawsze się zgrają
i śmiech pusty więc może lepiej

po słowach stąpać z lekka tknąć
sprawę a w uniesieniu
szukać powodów i stu pretekstów
a w słowach świat jak wachlarz
rozłożyć

ja bym to sobie tak zapisała (mam nadzieję, że nie przerobiłam tego wiersza na zoned ;o)
siemka!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...