Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


kochana Stasiu, mam tego pełną świadomość i powiem szczerze, że jest mi nawet trochę przykro z tego powodu, ale... no cóż, nawet czytając, trzeba trochę pokombinować ;). dziękuję za wizytę, przebrnięcie przez tekst pomimo potknięć i zostawienie komentarza. kłaniam się nisko i pozdrawiam serdecznie.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


myślę, już odpowiedziałem ;). dzięki za czytanie, komentarze i... tak wogóle ;). pozdrawiam.

to gratuluję macham łapką
pozdr. jak wcześniej
Opublikowano

no dobrze, to teraz mała niespodzianka dla niektórych z Państwa.

Miłe Panie, Szanowni Panowie, drogie Koleżanki i Koledzy,
nie ważne czy zaglądacie tu po raz pierwszy, czy kolejny, jeśli dotarliście do tego komentarza, nie ważne czy celowo, czy przypadkiem, to proszę Was, powróćcie jeszcze na chwilę do mojego tekstu i przeczytajcie pionowo pierwsze litery pojedynczych wersów, tych na których najczęściej się potykacie ;)))

i teraz może mi odpowie Ktoś? ;)))

przyznaję się, nie jestem do końca zadowolony z efektu jaki osiągnąłem, ale nie mam już siły nad tym pracować... może jeszcze kiedyś...

Pozdrawiam serdecznie Wszystkich zaglądających, szczególnie wdzięczny za pozostawione komentarze.

Opublikowano

Nie wiem dlaczego wcześniej tu nie trafiłem... sam się sobie dziwie, ballada tu wykwitła be ze mnie, jak to tak ;)

Miło się czyta, swego rodzaju akrostych, widzę że tu dużo pracy włożone,
a ja poczęstuje takim klasycznym akrostychem co by umilić :

----
Cierpienie gniazda swego w nim nie uwije.
Zazdrość złowroga cząstki swej tam nie ukryje.
Ekonomia zdrady progów tych nie odwiedzi.
Krótki a marny los obłudy która bredzi
O szlachetnych sprawach, tak pięknymi kłamstwami.
Lament i płacz przybrane żałoby barwami,
Azylu, ostoi próżno tu będą szukać.
Do drzwi jego strach okrutny nie będzie pukać.
Owdowieć, zestarzeć lub zmarszczyć się nie zdąży.
W bólu, gdy załamane, siebie nie pogrąży.
Erupcja zawiści ran w nim nie wydrąży.

Stokroć słodsze niźli brat prawdziwie bijący.
Efekt konsumpcji, najczęściej uśmiech gorący.
Rozum mówi: „ więc to serce szczęścia pełniejsze”.
Dobrze, że to swej macierzy uczuć wierniejsze
Usta, czyny i pióra są człeka prawego.
Szczęściem dzięki temu, nie nazwie spokojnego
Zalegania, lecz walkę uczuć i sprzeczności.
Kochać więc trzeba by z tej słodkiej radości,
Ofiarować ten słodki kwiat uczuć
miłości.
---

Myślisz Sylwestrze że nadaje się na forum do opublikowania ?

Pozdrawiam.

Opublikowano

Mówiąc szczerze, powaliło mnie. Cieszę się, że do mnie ta czekoladka zawitała. Zastanawiam się jednak, czy, gdyby to nie było pod tą balladą, czy odczytałbym ;), choć zdecydowanie łatwiej niż u mnie i, to przyznaje z pewną zazdrością ;), tak jakby składniej.
Gratuluję i pozdrawiam.

Opublikowano

Doczytałam, długi ten "Staruszek i pies"... nie powiem. Zdaję sobie sprawę, że forma wiersza, to nie tylko sam zapis na papierze, co do którego nie mam zastrzeżeń... ale widzę, że chcąc zachować równość zgłosek w strofach, gubi się niekiedy rytmika w czytaniu i nie wiem, czy nie lepiej było by zrezygnować z owej równości, zastępując dane słowo innym, może dłuższym, ciekawszym, po prostu ładniej brzmiącym. Wiem, wiem... łatwo ponarzekać na cudze... sorry.
I tak podziwiam rozmiary wiersza Sylwestrze...!!! dlatego doceniając Twój trud, pozdrowię serdecznym plusikiem... :)

Opublikowano

tak, jest to prośbą o interpretację ;). jak narazie tylko Judyt takiej próby podjęła się i to przed odczytaniem pytania, za co jestem jej wdzięczny. wiem, że to długie i może zniechęcać do szukania w tym czegoś więcej niż opowiastki o dziadku co to odszedł na tamten świat, powrócił na ten z dość banalnego powodu i miast wybrać życie wieczne, wybrał nędzne, policzone godziny, ale... no właśnie. początkowo ballada nie zawierała tych dodatkowych wersów, ale wybrałem taki rytm, że czytając ją na głos dostawałem zadyszki gdzieś tak już przy czwartej zwrotce ;). wiersz, jak już wcześniej pisałem, był upubliczniony w Z, tam to, bodajże Messalin Nagietka zaproponował żebym dopisał refren. ponieważ czytelnicy konsekwentnie nie zauważali nic więcej w balladzie oprócz wspomnianej wyżej historyjki, pomyślałem, że zabawnie będzie zawrzeć między wierszami pytanie o sens wiersza. wyszło tak jak wyszło. pisałem już wcześniej: nie jestem do końca zadowolony z efektu, ale nie mam już siły nad tym pracować. może jeszcze kiedyś... dzięki za wizytę i przeczytanie wiersza wzdłuż i w poprzek ;). pozdrawiam.

  • 2 miesiące temu...
Opublikowano

Mości Lasota, ja Wam tu zaraz (zgodnie z obietnicą na innym miejscu daną) zinterpretuję. Ale najpierw kilka zastrzeżeń technicznych:
1. Nie podobają mi się zwroty: "ocykał" - rozumiem, że ma to być niedokonana forma czasownika "ocknąć", tak? Cóż, nie zamierzam uchodzić za autorytet w tej dziedzinie, ale wydaje mi się, że nie jest to poprawna forma (i chyba w ogóle nie ma poprawnej formy tego czasownika w trybie niedokonanym). Ale oczywiście mogę się mylić.
2. Czy św. Piotr [u]siebie[/u] spytał o psa? Jeśli tak, to nie mam zastrzeżeń, ale kontekst wskazuje na to, że jednak zapytał Starca - w takim razie bez "się". Dla utrzymania właściwej długości wersu wpisz: "zapytał" (zresztą też nie jestem pewien, czy "spytał" jest poprawną formą, mam wrażenie, że nie).

A teraz - ad meritum. Mówią, że najlepiej zaczynać od początku - no to spróbujmy. W pierwszej strofie mamy kontrastowe zestawienie tytułowych bohaterów: Człowieka i Psa (choć tekst wiersza nie używa wielkich liter, ja to zrobię, bo te postacie w moim przekonaniu na to zasługują). Na marginesie niejako zaznaczę, że "opowiadacz" nazywa go tu zdrobniale "staruszkiem", co będzie istotne w dalszej części.

Cechą wspólną obu postaci jest siedzenie przy drodze, znamię, jak mi się zdaje, skrajnej biedy, przynajmniej materialnej. Także upodlenia, upokorzenia. Wszystko to kojarzy mi się po prostu z człowiekiem, który jest nikim; miernotą nie tylko materialną, ale także intelektualną. Teraz kontrast. Pies patrzy mądrze, starzec - tu eufemizm - "ciut mniej". Jeden i drugi symbolizują dla mnie pewien typ człowieka. Nie potrafię tego do końca racjonalnie wytłumaczyć - niby Pies zachowuje się jak pies, ale to "mądre spojrzenie"... Ponadto nazywa się go potem (choć nie wprost) przyjacielem Człowieka. Niby to pasuje do psa, ale....

Wracając do sposobu patrzenia: widzę tu dwa typy człowieka: głupca i mędrca, albo przynajmniej kogoś bystrzejszego niż szary przeciętniak. Obaj są biedni materialnie (nie jestem pewien, czy to znaczące z punktu widzenia interpretacji). Pozornie to człowiek jest najdoskonalszym stworzeniem na ziemi, ale tutaj pozory - zdaje się sugerować podmiot liryczny - mylą. "Ot siedział na pniu i wpatrywał się w cień, swój cień." - zdaje się jeszcze podkreślać tępotę człowieka.

Potem następuje dziwaczne zdarzenie. Powiał wiatr, a Człowiek spadł z pnia i się zabił. "Opowiadacz" nie wspomina o jakimś wyjątkowo silnym podmuchu: "Przeleciał przez drogę / Skręcony gdzieś wiatr." - stwierdza. Skutkiem tego podmuchu - Człowiek spada z pnia - i to spada śmiertelnie. O czym to świadczy - przyznam nie jestem pewien. Dla mnie to wyraz nieporadności, jakieś takiej ułomności Człowieka, która podkreśla jeszcze jego tępotę.

"Pies poleciał w pole." Można to rozumieć na dwa sposoby. Mozna dosłownie: odleciał odrzucony siłą podmuchu. Ale ja bym się skłaniał ku tezie, że nie poleciał, a pobiegł w pole, dając tym samym dobitny wyraz, co go obchodzą losy Starca. Podkreśla to jeszcze stwierdzenie, że Pies "wrócił do siebie".

Człowiek - umarły - odchodzi do nieba. Tam, w bramie, spotyka św. Piotra, który zapytuje go, co z psem. Bo choć wydaje się, że nie zależało im specjalnie na sobie ("Upiorne to życie" i "Samotne dni"), to jednak w jakiś sposób Człowiek i Pies byli sobie towarzyszami niedoli i tak ich postrzegano, nawet jeśli oni sami sobie tego nie uświadamiali. Jeśli mamy ich za typy ludzi, to jest to chyba obraz dosyć częstej sytuacji dwóch osobników żyjących obok siebie, znających się na wylot niemal, a jednak nie przywiązujących zbyt wielkiej wagi do tej znajomości.

Teraz dopiero - zdaje się - Człowiek uświadomił sobie, jak ważną rolę grał w jego życiu Pies (to samo i Pies sobie uświadamia, bo po śmierci Człowieka, o czym dowiemy się później, "Lizał mu skroń".

Teraz jeden z elementów, które urzekły mnie w tym wierszu - to niepozorne "Łoj!". Okrzyk tepaka - najdobitniej chyba podkreślający ograniczoność Człowieka, którego teraz zwie "opowiadacz" "dziadem". Kontrastuje to wyraźnie z wcześniejszym, sympatię budącym "Staruszkiem". Dlaczego tak się dzieje? Być może podmiot mówiący pkazuje w ten sposób dezaprobatę dla ograniczoności Człowieka, która wcześniej przesłaniała mu prawdę o tym, kim fakrycznie jest dlań Pies? Teraz już w każdym razie ów "dziad" nareszcie to docenił.

Św. Piotr wzrusza się samtonym losem Psa - każe Człowiekowi i jego przyprowadzić do niebios. Człowiek więc wraca do życia. Cieszą się i Człowiek i Pies, kiedy nareszcie zrozumieli ile dla siebie znaczą. Człowiek tak bardzo się tym przejmuje i tak wartościową istotę dostrzega w Psie (który - pamiętamy - jest obrazem innego typu człowieka - mądrego człowieka). Nie chce zabierać Psa do nieba, chce dać mu jeszcze pożyć na ziemi.

Wyraz temu, jak bardzo mu na Psie zależy, daje Człowiek, gdy o brzasku zjawia się anioł stróż. Oznajmia on, że Człowiek (który znów jest w oczach "opowiadacza" miłym "staruszkiem") nie może zostać na ziemi. Lituje się jednak i pozwala mu zostać z Psem. "Powróci Ci rozum" - mówi mu na odchodnym i prorokuje przeżycie Sporej ilości [u]psich dni[/u]. Ten i inne zwroty ("Przeżyjesz psie życie / Sam schodząc na psy") zdają się sugerować, że i Staruszek zostaje zamieniony w psa.

Ufam jednak, że nie dałem się zwieść sprytnej grze imć Lasoty. Sam napisałem na początku, że z tej pary to Pies był tym "lepszym" (mądrzejszym, dojrzalszym, nie wiem, jak to określić). Teraz Człowiek staje się jemu podobny. Nabiera rozumu. I wiodą we dwóch swoje życie. Samotne, ale we dwóch, a więc nie tak już straszne... Koniec ;p

A nie, jest jeszcze zagadkowy "Ktoś?". Wspomniałem na początku tego przydługiego elaboratu, że każdy z tych ludzi, których symbolizują Starzec i Pies, są dla mnie "nikim" w tym sensie, że nic nie mają i nic w zasadzie w życiu nie osiągnęli. Owo zakończenie zdaje się zapytywać czytelnika o zdanie, czy teraz ów Człowiek stał się już kimś? Na to pytanie już każdy czytelnik winien sobie sam odpowiedzieć. Ja bez wahania odpowiadam: tak. Wiele nauczyła go ta śmiertelna przygoda.

Podsumowując więc mamy tu opowieść o człowieku, który z tępego idioty staje się człowiekiem świadomym swego losu i otoczenia. Docenia żyjącego obok towarzysza i odnajduje prawdziwą przyjaźń, dla której warto żyć. "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie" - chciałoby się zakończyć, ale byłaby to zniewaga dla Autora, który naprawdę się wysilił i to z bardzo dobrym skutkiem.

Wiersz jest rytmiczny (nie licząc wtrętów międzystrofowych, które zresztą stanowią ciekawy dodatek), choć w kilku miejscach rymy są kiepsko dobrane i rytm się gubi. Mógłbys nad tym popracować... Krótki wers sprawia, że akcja toczy się wartko i przyjemnie się go czyta. Nie jest to ciężki mickiewiczowski trzynastozgłoskowiec, ale cos wprost przeciwnego - lekka i prosta w gruncie rzeczy historyjka, a jednak o głębokim przesłaniu. Czytanie go było prawdziwą przyjemnością. Oby tak dalej, mości Lasota.

Uff, ale się rozpisałem. Mam nadzieję, że zadowoliłem Autora interpretacją ;)

Pozdrawiam,
Drax

Opublikowano

Drax! Właśnie wstałem z klęczek i dochodzę do siebie po przeczytaniu TWOJEJ ROZPRAWY na temat mojego wiersza :).
Wyciągnąłeś esencję z esencji. Czegóż więcej mogę pragnąć?! Ciekaw jestem jeszcze jedynie, czy odkryłeś pytanie zawarte w wierszu sam, czy z pomocą komentarzy, czy też wogóle go nie odkryłeś? Chociaż... w tym przypadku, to już nie ma najmniejszego znaczenia.
Ocykał na pewno zostanie, pozostałe uwagi przemyślę.
Dzieki serdeczne za obecność, poczytanie, niesamowity komentarz, ale przede wszystkim, za poświęcony czas.
Pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Oj, nie przesadzajcież, mości Lasota ;). To wszystko.... No dobra, to nie było oczywiste. Ale nie było też tak trudno na to wpaść. Za to chwała wierszowi i Tobie. Odwaliłeś kawał dobrej roboty. Szczerze gratuluję. Chciałbym pisać takie wiersze ;)

Zastanawia mnie tylko jedno - nigdy nie byłem dobry z polskiego, więc jakim cudem teraz utrafiłem w sedno? Wiersz prosty, czy profesor w liceum kiepski? Zawsze miałem go za niezłego nauczyciela. To może jednak co nieco zdołał mnie nauczyć...

Tak, czy owak, dzięki. Liczę, że i Ty weźmiesz pod lupę moje wiersze, jak już się tu pojawią... (Pierwszy będzie w piątek ;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Listy.       25-letni hydraulik, Roman C., ma żonę. I w tym fakcie nie ma nic nadzwyczajnego, bo przecież wielu mężczyzn w tym wieku posiada żonę lub męża, ale sytuacja Romana C. jest o tyle nietypowa, że posiada on żonę tylko w stosownych dokumentach, bo w rzeczywistości ta uciekła do 50-letniego architekta, Vincenta Z., a konkretnie odjechała jego Mercedesem klasy S. Było tak późnym wieczorem, kiedy zwykli ludzie chodzący rano do pracy już dawno śpią. Vincent Z. jechał samochodem głównymi ulicami stolicy. Wracał do domu z małego przyjęcia po wernisażu malarskim swojego przyjaciela, kiedy nagle w świetle ulicznych lamp zobaczył smukłą dziewczynę ubraną jedynie w majtki. Jedną ręką zasłaniała sobie piersi, a dłoń drugiej trzymała na łonie, chociaż miała przecież już ochronę w postaci majtek. Takie podwójne zabezpieczenie wrażliwych miejsc może świadczyć o szczególnej cnocie kobiety, ale kiedy będący po dwóch kieliszkach szampana i w doskonałym humorze architekt zatrzymał wóz i wysiadł, pytając cnotliwą dziewczynę, czy może jej jakoś pomóc, ta bez chwili zwłoki wskoczyła na przednie siedzenie jego samochodu. Noc była dla lekko starzejącego się Vincenta Z. jak bajkowy sen, ale były też następne noce i dni. Z okazji otrzymanego od losu takiego szczęścia architekt wziął sobie urlop w swojej własnej pracowni. Wiedział już, że jego nowa miłość ma na imię Ania i że kiedy była na basenie, jakiś bezwzględny złodziej ukradł jej wszystko, łącznie z ubraniem. Po zamknięciu basenu przesiedziała godzinę w krzakach i kiedy architekt ją zobaczył, przemykała ulicami do domu. Powiedziała też swojemu wybawcy, że ma męża. On spytał, kim jest. Odpowiedziała, że hydraulikiem pracującym w wodociągach miejskich. „Ach tak” – powiedział architekt, a w duchu pomyślał, że oto trafiła mu się świetna dziewczyna, której mąż jest jakimś tam zwykłym hydraulikiem. „Cóż za przeciwnik może być dla mnie, hydraulik? Zjadłem takich frajerów na śniadanie”. Ale to był błąd. Nie minęły nawet dwa tygodnie, a już w odwiedziny do Vincenta Z. przyszedł hydraulik, który nieznanymi sposobami, jako szarpany zazdrością mąż, zdobył adres domowy architekta. Bez zapowiedzi więc nie został wpuszczony, tym bardziej że nikogo nie było w domu, bo zakochani jedli akurat kolację w luksusowym lokalu. Ale hydraulicy mają złe nawyki, szczególnie gdy są po pracy, i nie odchodzą od drzwi, kiedy zadzwonią i nikt im nie otworzy. Ten akurat monter instalacji wodno-kanalizacyjnej był po robocie i nie dał się łatwo spławić banalną nieobecnością gospodarza. Zakochani wrócili wczesną nocą. Hydraulik nie został jednak wpuszczony pod okna, pod którymi mógłby wykrzykiwać swoje lamenty, stał bowiem przy furtce, a uruchamiana pilotem brama była kilkadziesiąt metrów dalej, bo przecież posiadłość była nadzwyczaj okazała. Gdy dobiegł, brama była już zamknięta. Przez płot bał się wejść, bo gospodarz wypuścił z kojca dwa wielkie psy. Tak więc tego wieczoru nie spojrzał nawet w oczy swojej niewiernej żonie, na co, jak się wydaje, miał wielką ochotę. Stojąc przy ogrodzeniu, ale na ulicy, miotał wyzwiskami pod adresem nie tylko architekta, lecz również własnej żony. Był bardzo głośny i jego lamenty najwyraźniej przeszkadzały wysublimowanym lokatorom stojących wokół willi, bo ktoś wezwał straż miejską, a ta zabrała rozhisteryzowanego Romana C. Następnego dnia, zaraz po pracy, przybiegł pod dom złodzieja swojej własnej żony, racząc się wcześniej alkoholem pitym wprost z butelki, widocznie dla podniesienia sobie otuchy. Ale architekt ze swoją kochanką, a żoną hydraulika, pływał cały dzień żaglówką. Wrócili późnym wieczorem i już Vincent Z. miał naciskać pilota uruchamiającego bramę, kiedy pod jedną z choinek zobaczył zaczajonego pod nią mężczyznę. Z samochodu zadzwonił po policję i już po niedługim czasie napompowany alkoholem hydraulik pojechał do izby wytrzeźwień, a zakochani do rana baraszkowali na puszystym dywanie. 50-letni Vincent, architekt, nie był przecież już młodzieniaszkiem i pewnie seksowna kobieta chcąca akurat przewietrzyć pościel, a niemająca pod ręką trzepaka, nie miałaby z niego pociechy przy wieszaniu prześcieradła czy innej kołdry, na przykład. Ale Ani C. architekt imponował spokojem cechującym ludzi zamożnych, bukietami kwiatów, podarunkami, miłymi słówkami, urokiem życia i stylem bycia, bardzo różnym od nudnego i nerwowego, bo konwulsyjnie poskręcanego zazdrością życia z własnym mężem. Praca hydraulika nie wymaga intelektualnej wprawy i nie jest twórcza, żeby taki intelekt pobudzać. A więc drogi myślowe montera instalacji wodno-kanalizacyjnych nie dają się łatwo ogarnąć normalnym ludziom. Roman C. doszedł do wniosku, że musi zaalarmować cały świat, aby tylko ta skończona łachudra, jego żona, wróciła do domu. Sięgnął więc po pióro i zaczął pisać listy do Sejmu i Senatu, policji, związku architektów, różnych rzeczników, gazet i tygodników, tych kolorowych również. Prosił w nich o pomoc, bo ten Vincent Z., zamieszkały tu i tu, ukradł mu żonę, którą niewoli, i czy złodziej żon może w ogóle być architektem – dopytywał adresatów retorycznie. Napisał list do prezydenta Stanów Zjednoczonych. Pisał do różnych agentów Unii Europejskiej. W liście do królowej brytyjskiej Elżbiety II żalił się, że nikt nie chce mu pomóc, a przecież ten łobuz, który uwiódł mu żonę, jest pedofilem, bo uwięziona ma dopiero 23 lata. Biuro prasowe królowej przysłało na papierze Pałacu Królewskiego słowa pociechy. Ponadto królowa kazała mu być dobrej myśli. List był po angielsku, więc go nie przeczytał, bo akurat tak się przypadkiem zdarzyło, że w tym języku nie był biegły. Nie chciało się jednak odpisać cierpiącemu hydraulikowi ani papieżowi, ani prezydentom kilku państw z różnych kontynentów, ani nawet pani Merkel, która przecież jest tak egzotycznie i nienaturalnie wyczulona na losy polskich obywateli. Jeden list zrobił jednak na kimś wrażenie, i to na kimś w siedzibie Narodów Zjednoczonych. Trafił do Nowego Jorku do tłumaczki. Zanim to się jednak stało, bardzo zniesmaczony dotychczasowymi rezultatami swoich działań hydraulik napisał kolejny list do ministra spraw wewnętrznych. Pisał w nim, że widział, jak ktoś zakopuje w lesie niedaleko drogi tej a tej, przy dużym ciemnym kamieniu, zwłoki zamordowanej kobiety. Do listu dołączył szkic sytuacyjny. Listu tego nie podpisał, wszystko natomiast starannie wytarł, łącznie z kopertą. Na taką informację policja zareagowała natychmiast. Miejsce było tak dokładnie opisane, że grupa dochodzeniowa dotarła tam bez zwłoki. Na miejscu, w płytkim grobie, niezbyt starannie zamaskowanym, leżały zwłoki kobiety z ranami po nożu w okolicach serca. Niemłoda już kobieta ubrana była wyjątkowo odświętnie, jakby wprost odeszła od świątecznego obiadu. Zwłoki przewieziono natychmiast do zakładu medycyny sądowej zajmującego się szukaniem przyczyn śmierci, rozbierając badane osoby niemal na czynniki pierwsze. W kieszeniach garsonki znaleziono dwa listy. Jeden ze stacji serwisowej Mercedesa, w którym serwisant udzielał rabatu na swoje usługi panu Vincentowi Z., zamieszkałemu tu i tu. Drugi zaś był rachunkiem za usługi telekomunikacyjne na kwotę 376 zł i 35 gr i był wystawiony na pracownię architektoniczną z siedzibą w centrum miasta, a przesłany na domowy adres Vincenta Z. właśnie. Porywacz żony hydraulika został zatrzymany i po przeprowadzonej w willi rewizji przewieziony do aresztu. Podczas przeszukania willi do domu weszła elegancka i pachnąca kobieta. Policjantom przedstawiła się jako Teresa Z., żona właściciela pracowni architektonicznej o uwodzicielskiej i zwodniczej nazwie „PHANTOM”. Vincent Z. został tymczasowo aresztowany. Nie można było ustalić, kim jest odkopana w lesie kobieta. Na przesłuchaniach Vincent Z. kierował uwagę policjantów w stronę męża swojej kochanki, bo przecież jaki mógłby mieć cel architekt jego klasy, aby mordować starsze niewiasty? Policjanci podążyli tropem wskazanym przez siedzącego w więzieniu architekta. Podczas wielogodzinnego przesłuchania hydraulik zeznał, że sam zbrodnię zaplanował, kierując poszlaki na architekta, aby tylko wyrwać ukochaną i niewinną żonę z rąk tego starego zboczeńca. Poszedł mianowicie na cmentarz, znalazł świeży grób, wykopał ciało i zawiózł je swoim Fiatem 126p do lasu i wrzucił je we wcześniej wykopany dół. Zanim to zrobił, kilkakrotnie dźgnął kobietę w okolice serca nożem monterskim, jaki w jego przedsiębiorstwie pracodawca rozdaje hydraulikom. W kieszeń garsonki wsadził ukradzione ze skrzynki pocztowej architekta listy. Vincenta Z. natychmiast zwolniono z aresztu, a hydraulika oskarżono o zbezczeszczenie zwłok, wprowadzenie policji w błąd, kradzież korespondencji i z kilku jeszcze artykułów kodeksu karnego. W konsekwencji tej sprawy niewierna żona wróciła do hydraulika wykonującego instalacje wodno-kanalizacyjne, a on sam został skazany na więzienie w zawieszeniu i grzywnę, bo sąd pod wpływem biegłego psychologa dopatrzył się okoliczności łagodzących wynikających z jego głębokiej desperacji. Niestety, ten brak altruistycznych pobudek w dzieleniu się żoną z innymi mężczyznami sprawi mu, biorąc pod uwagę temperament, jeszcze kłopot, ale to jest jego własna melodia przyszłości. Najgorzej na używaniu cudzej żony wyszedł architekt Vincent Z. Jego własna żona bez zbędnych ceregieli wywaliła go z domu, który stanowił jej własność i tak było zapisane w przedmałżeńskiej intercyzie. Odjechał więc swoim wyładowanym rzeczami osobistymi Mercedesem klasy S, bogatszy o wrażenia, które przecież dla każdego człowieka są najbardziej wartościową kolekcją życia.      
    • @karenka @Grahamoza @Leszek Piotr Laskowski dzięki Wam serdeczne

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Berenika97 Powoli zaczęli się poznawać. Pierwsze chwile najbardziej tkwią w pamięci. 
    • @Migrena dziękuję

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • @Poet Ka   pisałaś wcześniej że nigdy nie pisałaś:)   a piszesz fantastycznie   a opowiadanie?   czas być może nigdy nie płynie prosto tylko my tak o nim myślimy   bardzo mi się podobało lekkosć   spotkała tu wyobraźnię i zostawiła po sobie dobry ślad   a tylko tak nie a'propos   podobno masywne czarne dziury swą przepotężną grawitacją zakrzywiają światło i wtedy ciś dziwnego dzieje się z czasem   ale ja tam nie byłem:)   pozdrawiam:)      
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...