Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Obnażona z marzeń
Dotykiem gorącym, czułością palącą
Szukasz w tej beznadziei ujścia
Tropisz słowa
Ta podświadomość jest jak zaraza
Naga stoisz przed samą sobą
Odarta z pragnień wyzuta z niebytu
Chcesz trwać w marzeniach
Jesteś jak cień
Choć płoniesz z zachwytu że to co czujesz jest tylko twoje
I tropisz słowa
Czekasz na każde nowe spojrzenie
Pragniesz namiętnie słuchać jak mówi
Tropisz słowa i płoniesz z zachwytu
Chcesz trwać w tej udręce
Lubisz ten stan ta podświadomość pełna zachwytu
Budujesz serce…

Opublikowano

Gosiu. Zakochałaś się?
A mogę spytać: kim jest ten, którego słowa tropisz?
Pewnie wart jest wiersza.
Możnaby napisać coś o "przejmowaniu z świata słów, które później lądują na kartce".
Ta podświadomość i to, w jaki sposób rodzą się w człowieku wiersze.
Coś o powstawaniu piękna + skojarzenie to z "miłością", może z aktem seksualnym; coś z położniczej sztuki ala mądrość grecka,
świat mówi - poeta słucha.
Pozdrawiam. Życze "wyzucia z niebytu na dłużej".

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



przeczytałam 'na głos', brzmi czysto i spontanicznie, potykałam się jedynie na początku; drugi i trzeci wers, może warto sprawdzić ?
podoba mi się :)
pozdrawiam ) ava.
Opublikowano

Myślę, że to bardzo piękny wiersz. Niewątpliwie jest w nim serducho.

Nie sądzę, aby stała za nim prawdziwa miłość.

Raczej amalgamat fascynacji, tajemnicy, pożądania, cierpienia, ciekawości, lęku i zauroczenia. Pisany raczej nie dla drugiej osoby, ale w ramach 'rozliczeń' z samą sobą.

A jeśli dla drugiej osoby, nie znam mężczyzny, który zasługiwałby na taki wiersz.

tak trzymać, jest w Tobie to COŚ, musisz tylko rozwinąć skrzydełka.

Aguś

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...