Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„The Hollow Men.”

Budzę się... Jak co dzień, budzę się ze snu, a może cały czas śpię, a to co widzę to sen? Budzę się w promieniach słońca, które wdzierają się do mojego królestwa przez małe, kwadratowe okno znajdujące się naprzeciw drzwi; wielkich , mosiężnych drzwi obitych miękkim materacem. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu mój wzrok nie znajduje, rozglądając się po jego ciele, klamki. Klamki którą mógłbym chwycić, złapać , pociągnąć, przekręcić i wyjść.
Budzę się powoli; najpierw pewna część mnie, mojej osoby zaczyna zdawać sobie sprawę z istnienia, potem uświadamiam sobie, że ogrzewa mnie jeszcze białe słoneczne światło, aż wreszcie, sam nie wiem kiedy, budzę się...
Czy to jawa czy sen? Ilekroć „budzę się”, zadaję sobie to pytanie. „Czy to jawa już, czy sen jeszcze?” Trzy na trzy na trzy; to wymiary mojego życia, tu i teraz. Trzy na trzy na trzy metry... Sześć na sześć na sześć, to znowu z kolei inny, niecodzienny współczynnik, który trafia się niezwykle rzadko w „świecie” . Musicie jednak wiedzieć, że „to” jest mój świat. Sześć poduszek wzdłuż, wszerz i wzwyż. Sześć, sześć, sześć. Dziwny zbieg okoliczności.

„Tu jest potrzebna mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć. „

Czyż bym był bestią? A kto nią nie jest? Zastanawiałem się niedawno znowu kim jestem, zwierzęciem czy Bogiem? Kim? Którym jestem? Doszedłem do wniosku, że obojgiem naraz. Jedno ściąga mnie w przepaść i ciemną dolinę, a drugie ku niebu mnie wynosi. Jeden, który zabija i jeden, który kocha. Nauczyłem się na pamięć wędrówki promieni światła po wnętrzu mej celi, po wnętrzu mojego ja”. Ta wędrówka zmienia się stopniowo wraz z występującymi po sobie porami roku. Rozpoznaję je, nie dzięki temu iż mogę na nie patrzeć z bliska lecz właśnie po tych wędrujących promieniach. Widzę tylko światło, światłość, iluminację, którą obdarza mnie Pan. Oświeca mnie i obdarza mnie swą łaską. A więc tak wygląda ta jego łaska...Nie widzę świata, którego dla mnie nie ma. Nie widzę nic przez okno, nie patrzę przez nie z tego prostego powodu iż znajduje się ono grubo ponad moją głową i nawet skoki nic tu nie pomogą. Zapomniałem, jak pachnie deszcz choć czasem w nocy słyszę jego bębnienie o blaszany dach szpitala. Zapomniałem, jak to jest czuć powiew wiatru w czasie jesieni. Jesień i złote liście; jak wygląda złoty kolor? Tego też już zapomniałem. Zapomniałem większości kolorów i rzeczy...Zapomniałem swojego imienia. Zapomniałem siebie. Tak jest nawet łatwiej. Nie pamiętać siebie i tego , tych potworności które uczyniłem. Uczyniłem je rodząc się i żyjąc.
Dają mi trzy razy dziennie posiłek, który muszę spożyć nawet wbrew swojej woli. Gdy odmówię spożycia go, wetkną mi rurę w tchawicę i szara treść spłynie wprost do żołądka. Mimo, że dla nich jestem wariatem , to nie ja zwariowałem ,nie dam im tej satysfakcji z obdarcia mnie z godności. Zjadam te pieprzone posiłki bez obiekcji. Psie jedzenie, podawane mi przez psy. Moja skóra musi być cała biała. Moje odczucia stępiły się jak kilof uderzający po tysiąckroć ten sam niezniszczalny kamień. Kim jestem i gdzie? Po środku, w szerokości nieskończonej nicości. Jak do tego doszło, że znajduje się w tym miejscu? Może byłem niebezpieczny, a może i nie. Dziwne, to na pewno...
Mija kolejny dzień w mej celi nie z tego świata; który to już, drugi, trzeci czy może setny? Dni mijają wolno i szybko. Straciłem już rachubę i zdolność wyczuwania ilości odpływów i przypływów, wschodów i zachodów jakimi obdarza mnie życie. Właśnie, życie jako jeden z tych nie zidentyfikowanych terminów, których dany jest nam a priori, bez jakiejkolwiek dyskusji. Czy to nie dziwne ? Coś tak prostego z pozoru, w czym jesteśmy cały czas nie dając się nam określić definitywnie i jednoznacznie. Życie. Godziny po i godziny przed. Jak je zapełnić? Czym je zapełnić? Te nasze godziny po i godziny przed? Nie chcą mnie wypuścić, bo boją się albo bawią się tym, że trzymają mnie tu. Może boją się też że rozniosę cały ich świat w drobny mak? A może bawi ich to dręczenie człowieka, rozumnego zwierzęcia, z definicji przynajmniej. Ta najprostsza definicja tego kim „ja” jestem, i kim „ty” jesteś, jest moim zdaniem trafna. Arystoteles nawet się nawet nad nią zbytnio nie głowił; zastosował tylko zasadę „definicji”. Podaj szerszy rodzaj gatunkowy i jego różnice i gotowe. Mamy definicję człowieka, ludzkiego ścierwa, które toczy ziemię jak choroba. Zgroza, zgroza, zgroza...Moje myśli, mój wewnętrzny głos powoli blaknie i maleje. Cichnie, bo jak ma nie cichnąć bez jakiegokolwiek kontrastu? Przesycił się sam sobą choć na początku był głośny i dumny. Jednak nawet dumie potrzebny jest jakiś kontrast, bo inaczej nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia. Tak samo jest i w moim przypadku; logos cichnie. Stając się jednością ze światem, staje się nicością, a co gorsze, obojętnością. Zaczynam powoli nie istnieć. To jest chyba początek Nirwany, o której tak pisał i marzył Schopenhauer. Jednak to nic przyjemnego stawać się niestawalnym, nie-istnieniem.
Poznałem samego siebie na tyle, ile to w mojej ludzkiej naturze ułomności możliwe. Zastanawiając się nad sobą spostrzegłem iż rozmyły się wszelkie granice, które wcześniej wydawały się siódmymi wrotami za którymi jest tylko moja ciemność. Gdy przekroczyłem wrota Syjonu zrozumiałem WSZYSTKO; to co we mnie i nade mną i poprzysięgłem sobie że nigdy tej wiedzy i pustki nie zapomnę, zapomniałem, a w mej pamięci utrwaliło się jedynie parę szczegółów. Zrozumiałem jak próżnymi ludźmi jesteśmy. Żyjąc w cementowym zatraceniu, wydobyliśmy z siebie to co pierwotne i nieuniknione. Jakież próżne są nasze słowa; jak bezsensowne są ich nad wymiar błahe znaczenia. Osnute nutką dekadencji i pesymizmu wypływającego z ukrytego przeświadczenia, przeczucia jakby, niechybnej śmierci i bezsensu życia.
Zagubione kukły, w tramwaju życia, w dolinie rozpaczy i nieszczęścia. Porzuciwszy nadzieje próbują znaleźć ją ponownie, wskrzesić, stworzyć na nowo. Stworzyć podstawę, nową, w której żyć by mógł próżny człek, smutny, żałosny i nieświadomy swej nicości. Czy za to przymknęli mnie bym i ja przymknął się? Któż to wie, kto to wie? Ci, którzy zamknęli mnie, sami są zamknięci, w ceglanej kohorcie. Przeświadczeni o swej wyższości uśmiechają się błaho szczerbatymi szczękami wykrzywionymi w przedśmiertnym grymasie. Mina ich głupia i nieświadoma wszystkiego; choć sądząc po niej posiedli oni wiedzę Sokratesa, Platona i Arystotelesa. Ich wiersze i proza równa niby tej Dantego, Goethego i Prousta. Równania jak Pitagorasa, Euklidesa i Einsteina proste i oczywiste.
Śpię jeszcze, czy też już żyję? Niech odpowie mądrość i świadomość. Kolejne promienie zataczają półokrąg w mej celi; ich odcień jest teraz nieco pomarańczowy i ciepły; przywodzi mi on na myśl wybrzeże Włoch, o świcie, kiedy to fale i morska piana rozbijają się o kaszmirowy brzeg. Nigdy tam nie byłem jednak moje marzenia nie tyle nie znają granic, co ich moc zna swą mądrość i potrafi wytwarzać obrazy zgodne z prawdą. Prawdą, która jest prawdą bo ja ją tworzę, i nadaję sens; beze mnie byłaby mrzonką jeszcze większą od marzenia.

II

„I Saw the horror, horror that you Saw.” Walter E. Kurtz


Nie ma już we mnie siły by przeciwstawić się temu wszystkiemu, temu co jest, a jest we mnie i poza mną, temu co jest wszędzie. Ciekawe co decyduje, że mamy siłę albo jej nie mamy? Co czyni z nas silnych ludzi, a co nęka nas przeznaczeniem słabości? Czy rodzimy się z tym pomazaństwem czy raczej je nabieramy, przejmujemy je?
Urodzić się silnym człowiekiem...To by było coś. Lecz czym jest siła o której śnię? Pierwotną, czystą energią; wypływającą prosto z pierwotnej woli życia. Prymitywnym instynktem jednoczącym to co dobre.
Moja skóra wybielała, a mięśnie zwiotczały. Tylko zmysły się wyostrzyły, na moje nieszczęście...Teraz słyszę wszystko, czuję wszystko. Wzrok jednak jest mi już całkowicie zbędny bowiem cóż miałbym oglądać? Teraz patrzę głównie oczami wyobraźni, wstecz i w przód. Wertując karty pamięci zgłębiam i rozbudowywuję wnętrza mojego Pałacu Pamięci, Mie palazzo di memoria. To tu mieszkam i tu żyję jeśli można to nazwać życiem. Podziwiam obrazy Flandrów, Włochów, Francuzów i Niemców. Zastanawiam się nad znaczeniem odpowiednich dźwięków utworów, których nauczyłem się na pamięć przez lata słuchając ich. W moim pałacu jest miejsce na moją prywatną pinakotekę, kolekcje obrazów etc. Jednak i w tym pałacu znajdują się podziemia z wnętrza których zieje przeraźliwy smród...Bo jestem jednocześnie Bogiem ale i zwierzęciem...Dwóch we mnie; ten który zabija i ten który kocha. A może dla tego tu jestem? Może dlatego muszę tu dogorywać i wycierpieć swe winy, grzech, który popełniłem rodząc się. Może dlatego tu jestem? Dlaczego ciągle szukam powodów mej niedoli; jasnej i przejrzystej przyczyny? Może i to jest oznaką mojej słabości? Próba odnalezienia jakiegoś logicznego wytłumaczenia. Czy chęć posiadania jakiejś podstawy na której można by zbudować swoje istnienie jest oznaką słabości a więc grzechu, w końcu zła?
Słyszę jakby drobne kroki. To pewnie personel „obsługuje” innych gości tego sanatorium pod klepsydrą. Swoją drogą, to ciekawe jakimi są ci, o których nic nie wiem prócz tego że żyją jak ja; w zamknięciu i odosobnieniu? Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy? Których nie poznamy? Widziałem grozę którą i ty widziałeś...Ale jak ty ją widziałeś, bo nie tak jak ja? Tylko tego mogę być pewien. Tylko pewien mogę być niepewności. I tego trzymać się będę. Czegoś w tym życiu trzymać się trzeba, bowiem bez tego mój ćmi taniec stałby się już zupełnie nierealny.
A jednak czuję czasem smak radości na języku mego powonienia. I zastanawiam się tylko z czego ta chora radość wynikać może? Może z przeświadczenia wolności jako końca tego co nazwać by można złem? A może...Sam nie wiem. Naszą wolność znajdujemy w innych ludziach; bliskich naszemu sercu, sumieniu i rozumowi. Wolność, taką jaką możemy uzyskać ograniczeni samymi sobą. Zyskać ją tylko możemy stając się jakimś sensem dla innych. Zyskać ją możemy i dać ją możemy. Bowiem najwyższą wolnością jest miłość bratniej duszy. Stać się kimś w czyjejś myśli serca. Sami nie możemy dać więcej jak sens drugiej osobie, dać jej miłość i wolność naszego serca, w naszym sercu. Bez miłości więc nie ma wolności, a bez miłości prawdziwego życia. Tak więc życie bez miłości nie różni się w niczym od śmierci i niewoli. Rodzimy się z potrzebą pocałunków, jednak zmuszeni jesteśmy modlić się do rozbitych kamieni, do liści rosnących na pustyni gorzkich rzek. Wypinamy nasze wargi w nadziei iż zostaną one zauważone i pochwycone w czułym uścisku rzeczy, stającej się w ten czas dla naszej miłości, człowiekiem. Pochwyceni w ten czas, uszlachetniamy się stając się rzeczywistością, a nie tylko sennym koszmarem bezpańskiego psa. Stajemy się poza światem i złem, poza wątpliwością a znakiem zapytania, przypływem i odpływem, zmierzchem a świtem, łzą i rozczarowaniem, suchą rzeką szemrzących przecinków, strachem i bólem, Bogiem a królem, namiętnością a wolą, grzechem i brudem, suchym jękiem a żałosnym skomleniem, wegetacją a irytacją, poza słowem a myślą... W wiecznym zamyśleniu, z zamkniętymi oczami a otwartym sercami. W miłości.
I tylko już wtedy jedno złudzenie po minionym świecie nam zostaje. Teraz już nieważne i bezsensowne; wspomnienie minionych eonów czasu, zastygłych w swym nieistnieniu. Dawne wspomnienie dziś już tak nierealne. Zapominamy o nim bardzo szybko.

„And Death Shall Have No Dominium.”
Dylan Thomas

A wtedy śmierć nie będzie już miała najmniejszej władzy i znaczenia dla żyjących prawdziwie. Znających prawdziwe trwanie Jupitera. Umrze słabość i cierpienie a narodzi się piękno i dobro, w tej naszej nieskończonej miłości. Prawdziwym i obiektywnym będzie wszystko co powiemy a subiektywizm miejsca zniknie we mgle zapomnienia naszych serc śpiewających hymn o Prawdziwym istnieniu. Poza czasem i przestrzenią, życiem a śmiercią...A wszystko co uczyniliśmy zostanie nam przebaczone i zapomniane przez nas samych, nawzajem...Bowiem śmierć nie będzie już miała władzy. Władzę będzie miała już tylko miłość. Skończy się próżność, a narodzi się radość.
A o dawnym czasie przypominać mi będzie wiersz napisany na drzwiach celi, którą bezpowrotnie opuściłem. Pieczęci, która runęła, złamana naszą miłością.
T. S. Eliot - Próżni ludzie
I

„Jesteśmy próżnymi ludźmi.
Wypchane kukły.
Wsparte o siebie Głowy wypełnione słomą.
Kiedy do siebie szepczemy
Nasze suche głosy
Wydają się być bez znaczenia
Jak wiatr dmący przez osty
Jak szczurze kroki na rozbitym szkle
W naszej suchej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez koloru
Zastygła siła i gesty bez ruchu.

Ci, którzy weszli nie spuszczając oczu
W inne królestwo śmierci
Wspomną jeżeli wspomną
Nie dusze gwałtowne
Lecz ludzi próżnych
Wypchanych ludzi.

II

Oczu napotkać w snach się nie odważę
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukażą:
Tam oczyma będzie
Blask słońca w kalekiej kolumnie
Tam drzewo w kołysaniu
I głosy tam będą,
Jak wiatr w liści szumie
Bardziej odległe bardziej uroczyste
Niż gwiazda co traci blask.

Obym nie stał bliżej
Sennego śmierci królestwa
Niech wdzieję jak wszyscy
Takie wymyślne przebranie
Sierść szczurzą, krucze pióra
Patyki jak w polu strach
Niech chylę się jak wieje wiatr
Nie bliżej -

Niech się oddali ostatnie spotkanie
W mrocznym królestwie.

III

Oto kraina martwa
Kraina kaktusów
Gdzie przed wzniesionymi
Posągami z kamienia
Dłoń umarłego wzywa łaski głazu
Pod migotaniem spadającej gwiazdy.

I czy jest tak właśnie
W innym królestwie śmierci?
Budzimy się samotni
W chwili kiedy ciało
Przenika czułość
I wargi co chcą pocałunków
Do strzaskanego modlą się kamienia.

IV

Tu nie są oczy
Oczu tutaj nie ma
W mrocznej dolinie gwiazd umierających
W tej dolinie próżnej
Złamanej szczęce naszych dawnych królestw
W tym ostatnim miejscu spotkania
Szukamy się po omacku
I słów unikając
Stajemy w piasku nad rzeką obrzmiałą

Niewidomi zanim
Oczy nie zjawią się znowu
Jak gwiazda nieustająca
Stulistna róża
Mrocznego królestwa śmierci
Nadzieja tylko
Pustych ludzi

I okrążamy kolczasty kłąb
kolczasty kłąb kolczasty kłąb
I okrążamy kolczasty kłąb
O piątej godzinie rano

Pomiędzy myślą
A rzeczywistością
Pomiędzy zamiarem
A czynem
Kładzie się cień

Albowiem Twoje jest Królestwo

Pomiędzy pomysłem
A dziełem
Pomiędzy wzruszeniem
A odczuciem
Kładzie się cień

Życie jest bardzo długie

Pomiędzy żądzą
A spazmem rozkoszy
Pomiędzy możnością
A istnieniem
Pomiędzy istotą
A jej zstąpieniem
Kładzie się cień

Albowiem Twoje jest Królestwo

Albowiem Twoje jest
Życie jest
Albowiem Twoje jest

Oto jak kończy się świat
Oto jak kończy się świat
Oto jak kończy się świat
Nie z trzaskiem lecz ze skomleniem”

Skończy się czas próżności i wątpliwości, zacznie się bowiem epoka wolności i miłości. Ku przestrodze , dla naszych serc. Oto jak zaczyna się prawdziwy świat. Dla Ciebie i dla mnie...
KONIEC

Opublikowano

Witam.

Bardzo hybrydyczny twór; czasami przypomina esej (filozoficzny), monolog wewnętrzny, poezja... jeżeli mam być szczery, to ... bardzo, bardzo dobry tekst pod względem tematycznym, kopa ciekawych refleksji; człowiek/egzystencja, człowiek/świat, życie/przemijanie/śmierć, ciało/dusza... i wiele innych...pożyteczny tekst, pomimo tego, że nie jest to opowiadanie... przepraszam za lakoniczny komentarz, ale muszę zmykać na zajęcia...pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dokąd zmierzasz świecie…? Jak karawana na pustyni, po niknących śladach szukasz próżno oazy.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Gdy falujące morza i oceany kłaniają się wyspom naprzeciw, ty wciąż nie dostrzegasz celu.   Człowiek pręży się i maskuje, łamie rozum, by pojąć boże zamysły, stawiając siebie na piedestale.   Dokąd zmierzasz, świecie…? Wieża Babel dawno upadła, jakże jesteś nierozumny, jak Ikar, zbyt blisko słońca.
    • @Migrena

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Idiotka     Ewa J., obecnie wyższa urzędniczka w ministerstwie kultury, swojego przyszłego męża poznała na plaży w Międzyzdrojach, gdzie na wypoczynek skierowała tę dwudziestoczteroletnią panienkę jej macierzysta firma. Wpadł jej w oko już pierwszego dnia. Elegancki, chociaż tylko w slipach, spacerował po plaży i czasami tylko udawał się na płytkie wycieczki w morze. Ewa J. umieściła swój kocyk w kratę właśnie obok „majdanu” przystojniaka w slipach. Reszta urlopu młodej pracownicy ministerstwa upłynęła na towarzyszeniu poznanemu na plaży chłopcu – chociaż może akurat było odwrotnie. Przedstawił się jako Jasiek C. Dowiedziała się jeszcze od niego, że skończył prawo i jest pracownikiem Ministerstwa Obrony, a jakże. Po samochodowym powrocie z urlopu (Jan C. był zmotoryzowany) romans trwał w najlepsze i po roku zakończył się bardzo kameralnym weselem. Młoda mężatka przeprowadziła się do eleganckiego, chociaż architektonicznie siermiężnego, tak zwanego dolarowca, do mieszkania męża. Dwa lata później Ewa C. urodziła chłopca, któremu dano na imię Piotr. Po wykorzystaniu urlopu macierzyńskiego młoda mama wróciła do pracy, a małemu Piotrowi wynajęto bardzo drogą, bo dobrze wykształconą opiekunkę. Lata płynęły. Państwo C. spędzali razem urlopy, powodziło im się doskonale, byli kochającym i czułym małżeństwem. Mieli własny jacht na Mazurach oraz domek myśliwski zagubiony gdzieś w bieszczadzkich lasach. Czasami przyjmowali gości, ale byli to zawsze znajomi pani Ewy. — Mąż, ze względu na tajny charakter swojej pracy, nie ma przyjaciół — mawiała do swoich przyjaciółek pani Ewa. — A co to za praca? — dopytywały zaciekawione. — Sama nie wiem, ale to jakaś osobliwa wojskowa tajemnica — odpowiadała. 23 lata po ślubie Ewa C. zjawiła się nieproszona na policji i zażądała rozmowy z oficerem, bo to, co ma do przekazania, jest rewelacyjnie ważne i niezwykle tajne. Policja chętnie nadstawia ucha, bo bardzo sobie ceni donosy, a szczególnie takie, w których żona donosi na własnego męża. Ewa C. zeznała, że odkąd poznała Jana C., on zawsze pracował w ministerstwie obrony. Miał legitymację służbową przedłużaną w grudniu na następny rok. Ale w 23. roku wspólnego życia pani Ewa C., urzędniczka w ministerstwie, udawała się do swojego chorego szefa, dyrektora departamentu, w celu zasięgnięcia jego opinii w sprawie służbowej. Było to przed południem, przed ekskluzywnym budynkiem mieszkalnym, ostatnio oddanym do użytku w Warszawie. Zobaczyła mianowicie swojego męża w garniturze i z czarną teczką w dłoni (tak właśnie o tej porze roku wychodził do pracy), jak sprężystym krokiem przemierza przeszklony korytarz na pierwszym piętrze, zatrzymuje się, otwiera jakieś drzwi i wchodzi do czyjegoś, jak sądziła, mieszkania. Przyjrzała się dobrze tym drzwiom. Były identyczne jak siedem pozostałych. Pospiesznie załatwiła swoje sprawy z pryncypałem, ale do pracy już nie wróciła. Zaintrygowana i pobudzona siedziała w samochodzie, obserwując znajome drzwi z numerem, za którymi zniknął mąż. Kilka minut po szesnastej elegancki pan, czyli właśnie Jan C., wyszedł z mieszkania, przemierzył korytarz, zjechał windą na parking, wsiadł do swojego samochodu i odjechał, a czatująca żona podążała za nim. Pan Jan podjechał pod dom państwa C. i niespiesznie się do niego udał. Chwilę po nim do domu weszła małżonka. Nie dała po sobie poznać, że oto poznała jakąś męża tajemnicę. Standardowe pytania: jak w pracy, wszystko dobrze, obiad, syn na randkę z dziewczyną lub chłopakiem, lektura gazet, kolacja, telewizor, łóżko. Rano Jan C., jak co dzień, wychodzi pierwszy, ale tuż za nim wybiega Ewa C. Podróż małżonka kończy się pod domem z wczorajszych obserwacji Ewy C. Pan Jan opuszcza samochód, idzie chwilę korytarzem i znika za drzwiami mieszkania, czy diabli wiedzą czego, oznaczonego numerem sześć. Żona idzie za nim, podchodzi pod drzwi, nasłuchuje, ale nie dobiegają do niej żadne dźwięki. Jest cicho. Wsiada do swojego samochodu, jedzie do pracy, bo dzisiaj akurat musi, ale wychodzi wcześniej, jedzie na Mazurską (tak ją tutaj nazwijmy). Tuż po szesnastej wychodzi mąż, wsiada do samochodu i jedzie do domu. Ale zaraz po obiedzie żona pyta męża, czy u niego w pracy wszystko w porządku. — Oczywiście, jest spokojnie — odpowiada. Jest klasycznie spokojnie i dodaje jakąś ciekawostkę o generale, którego żona zna tylko z telewizora. I jest następny dzień. Rano małżonkowie, oboje, ale oddzielnie, jadą na Mazurską, ale tym razem Ewa C. dzwoni do ministerstwa, że dzisiaj do pracy nie przyjdzie, bo – delikatnie mówiąc – niedomaga. Siedzi osiem godzin przed pracą, a raczej przed sama nie wie czym swojego męża, aż wreszcie kilka minut po szesnastej pracownik ministerialny opuszcza, powiedzmy, że pracę i jedzie do domu. Małżonka jedzie za nim. W poniedziałek Ewa ze swoją koleżanką z pracy podjeżdża na Mazurską. Poinstruowana kobieta idzie do mieszkania nr 6 i dzwoni. Otwiera jej mąż Ewy C. (ona go zna, on jej nie) w samej koszuli, krótkich spodenkach i na bosaka. Koleżanka żony pyta, czy zastała Stefana. Jan C. bardzo grzecznie, z uśmiechem na twarzy i na luzie odpowiada, że tutaj nie ma nie tylko Stefana, ale nawet żadnego innego mężczyzny. Ewa C. analizuje swoje życie, a raczej życie swojego męża, Jaśka. Chodzi codziennie przez 23 lata do tej samej pracy, zawsze ubrany elegancko, wręcz wytwornie, jak na człowieka z dużą klasą i na stanowisku przystało. O jego pracy nigdy szeroko nie rozmawiają, bo to są tajemnice i lepiej dla niej, aby nic nie wiedziała. Nie ma przyjaciół ani kolegów. Małżonkom nie zbywa na niczym. Mąż jest czuły i troskliwy, a więc jest świetnym partnerem i ojcem. Każdego miesiąca oddaje do domowego budżetu swoje zarobki w bardzo przyzwoitej wysokości. Ale w rzeczywistości do pracy nie chodzi, bo z tego, co ona się orientuje, to jeszcze u nas tak nie ma, żeby ministerstwo zlecało swoim pracownikom chałupnictwo. A więc tak, myśli Ewa C.: albo w grę wchodzi jakiś niezrozumiały romans z kobietą, albo mąż jest uwikłany w bardzo nieczyste interesy. Pewnego popołudnia, kiedy mąż jest w domu, jedzie na Mazurską i dzwoni do drzwi z numerem 6. Cisza, chociaż dzisiaj modnie byłoby napisać, że słyszy ciszę. Nie ma spisu lokatorów. Jeździ tak kilka razy, ale nigdy jej nikt nie otwiera. Wtedy jedzie na policję, która skrupulatnie spisuje jej zeznania, na koniec prosząc o dyskrecję. Oni się do niej odezwą. Policjanci szybko orientują się, że jeżeli w grę wchodzi pracownik Ministerstwa Obrony, o którym oni sami w swoich aktach mają pustkę, to sprawę należy przekazać do kontrwywiadu wojskiem. Agenci kontrwywiadu, wietrząc szpiegostwo na dużą skalę, zakładają na Jana C. całkowitą inwigilację. W nocy wchodzą do mieszkania na Mazurskiej i skrupulatnie je przeszukują. Jest to 90-metrowy apartament, bardzo bogaty i wykwintnie wyposażony w najlepsze włoskie meble skórzane, super sprzęt audio, kino domowe, obrazy, puszyste dywany... Jednym słowem, mieszkanie jest urządzone z niebywałym przepychem, aczkolwiek z zachowaniem niebanalnej elegancji. Na półkach stoją tysiące dysków z filmami i muzyką jazzową. Na powierzchni około 20 m² rozłożona jest instalacja kolejki elektrycznej. Nie są to jednak tanie zabawki z dawnego NRD czy chińska tandeta. Te kolejkowe zabawki wytwarzane są na zamówienie w Japonii przez firmę produkującą je dla bardzo zamożnej klienteli. Tory są szersze niż w normalnych zabawkach, lokomotywy i wagoniki wykonane z dbałością o każdy szczegół, jest komputerowe zarządzanie ruchem, a całość ma wartość luksusowego samochodu osobowego. W rogu stoi najnowsze dziecko firmy Lockheed Martin, przeznaczone dla dużych i bardzo bogatych chłopców. Jest to wart kilkadziesiąt tysięcy dolarów symulator lotniczy do walk w powietrzu, bombardowań, atakowania czołgów i tak dalej. W klaserach na półkach są zbiory monet. Jak szybko orientują się agenci, są to monety najdroższe na świecie. A więc, pomyśleli agenci przeszukujący mieszkanie, człowiek tu mieszkający pławi się w luksusie, na jaki stać tylko ludzi najbogatszych. W mieszkaniu z numerem 6 instalowane są podsłuchy głosowe i wizyjne. Jan C. zostaje zaś poddany totalnej inwigilacji. Prześwietlone zostaje życie obserwowanego od jego narodzin. Obserwuje się również jedyną bliską mu osobę, czyli jego matkę, Kazimierę C. Jest ona byłą urzędniczką do spraw bezpieczeństwa i higieny pracy w centrali PKP, aktualnie – ale od 21 lat – na rencie po stracie nogi w wypadku kolejowym. Kobieta ta pobiera 1920 zł renty, jest domatorką, nigdy i nigdzie nie wyjeżdża. Agenci szybko ustalili, że Kazimiera C. jest właścicielką wartego 950 tysięcy zł mieszkania na Mazurskiej oraz luksusowego, sportowego mercedesa GLE Coupe wartego pół miliona złotych, jakiego używa jej syn Jan. W mieszkaniu Kazimiery C. zjawia się agentka podająca się za pracownika Urzędu Skarbowego, pytając, skąd posiadała ona pieniądze na zakup mieszkania i samochodu. Kobieta nie jest speszona ani zdenerwowana pytaniami. Odpowiada, że o wszystko należy pytać jej syna, czyli Jana C. Groźby i perswazje nie rozwiązują jej języka. Trzymiesięczna totalna inwigilacja, podsłuchy i nagrania nie odpowiadają na żadne istotne pytania służby wojskowej. Wiadomo jedynie, że Jan C. nie tylko aktualnie nie pracuje, ale w ogóle nigdy i nigdzie nie pracował. Kontrwywiad ustala też, że obserwowany prowadzi niezwykle ustabilizowane życie. Każdego dnia jedzie do „pracy”, czyli na Mazurską, bawi się tam jak chłopiec, ogląda filmy, słucha jazzu, czasem się zdrzemnie i wraca po „pracy” – czyli po wszystkim, co w swoim, a właściwie swojej mamy mieszkaniu robił – do domu. Sprawia wrażenie człowieka bardzo pewnego siebie, ale ciepłego i miłego. Nie ma znajomych, z nikim się nie kontaktuje, nikt go nie odwiedza. Kontrwywiad zwraca sprawę policji, a ta decyduje się na zatrzymanie Jana C. Na pierwszym przesłuchaniu zatrzymany opowiada policji bajkę o tym, że kilkadziesiąt lat temu, kiedy zażywał życia w lenistwie, bo właśnie rzucił liceum po drugiej klasie szkolnych trudów, spotkał na ulicy szczupłego mężczyznę, który powiedział mu mianowicie, że jest jego ojcem. Powiedział też synowi, że porzucił matkę i jego, kiedy syn miał 5 lat. Dzisiaj przychodzi tu, aby nadrobić krzywdę, jaką mu wyrządził swoim odejściem. Powiedział też, że nie zapomniał o chłopcu i z bagażnika poloneza wyjął niewielką skórzaną torbę, wręczając ją synowi. — Masz tutaj ogromny majątek — powiedział — bądź tylko mądry, a wystarczy ci na całe życie. Chociaż Jasiek C. nie rozpoznał w nieznajomym ojca, to jednak po wypytaniu mamy, jak wyglądał tata, zorientował się, że to był właśnie on. W skórzanej teczce znajdowało się kilkadziesiąt papierowych pakunków, w każdym z nich było po kilka szlifowanych kamieni. Były to brylanty. Jan C. kupił odpowiednią literaturę, odwiedzał sklepy jubilerskie i powoli docierało do niego, że naprawdę został właśnie bogaczem. Pewnego dnia z dwoma niedużymi kamyczkami udał się do złotnika. Ten obejrzał towar i powiedział, że to dla niego zbyt poważny interes i nie jest zainteresowany zakupem, ale może skontaktować sprzedającego z odpowiednią osobą. Osoba ta zjawiła się na umówione spotkanie. Był to mężczyzna mówiący po angielsku, ale znał też wiele słów polskich. Obejrzał i zważył małą wagą jubilerską kamienie i powiedział, że może za obydwa zapłacić jakąś astronomiczną dla Jana C. kwotę. Transakcja doszła do skutku. Wtedy Jan C. powiedział Anglikowi, że niebawem będzie miał do sprzedania znowu dwa kamienie. Kupujący pozostawił swoją wizytówkę i powiedział, że czeka na telefon. Przez 25 lat Jan C. dzwonił do Anglika kilkanaście razy. Nauczył się mówić po angielsku. Przyzwyczajeni jednak do trochę bardziej realistycznych bajek policjanci zaproponowali w rewanżu za opowieść Janowi C. areszt. Prokurator wystąpił o jego zastosowanie do sądu, ale ten nie znalazł ku temu podstaw prawnych. Jana C. zwolniono. W kilka dni później został jednak ponownie zatrzymany pod zarzutem podrabiania dokumentów, a mianowicie legitymacji służbowej Ministerstwa Obrony. Zatrzymany przyznał się do zarzucanych czynów i zeznał, że wykonał ją sam, korzystając z drukarki i maszyny do foliowania. Co roku wypełniał też odpowiednie rubryki, co miało świadczyć o ważności legitymacji w kolejnym roku, własnoręcznie wykonaną pieczątką. Należy jednak stwierdzić, co przyznał również prokurator, że wygląd zrobionej przez zatrzymanego legitymacji bardzo daleko odbiegał od oryginału, a nawet był do niego zupełnie niepodobny. Zatrzymany przyznał się do zarzucanego czynu i chociaż prokurator sporządził wniosek do sądu o zastosowanie wobec podejrzanego aresztu, to jednak sąd nie znalazł ku temu odpowiedniego powodu. Jeszcze raz policjanci próbowali nakłonić Jana C. do uwiarygodnienia swojej opowieści przez okazanie pozostałych brylantów. — Będzie panu lżej, panie Janie — przekonywali. — Nie bądźcie panowie śmieszni — odpowiedział grzecznie zatrzymany i udał się do domu. W jakiś czas później Jan C. otrzymał wezwanie do prokuratury i udał się tam ze swoim świetnym adwokatem. Prokurator przedstawił podejrzanemu akta sprawy przed skierowaniem do sądu. Z akt Jan C. dowiedział się, że za całą sprawą stała jego żona Ewa, składając na własnego męża donos na policję. Wkrótce odbyła się sprawa sądowa, a sąd, z powodu małej szkodliwości społecznej czynu, sprawę umorzył. Jan C. przeprowadził rozmowę z żoną. — Słuchaj, wiem, że to ty na mnie doniosłaś. Zachowałaś się jak ostatnia zdzira, ale ci wybaczam, bo cię kocham — powiedział, a w odpowiedzi usłyszał to, czego ona dowiedziała się od policji. — Jak ja mogłam tyle lat żyć z prostakiem bez zwykłej matury?! Jesteś dla mnie oszustem! Jak mogłam wyjść za człowieka z gminu?! — krzyczała nie tylko mężowi w twarz, ale w kilka dni później również prosto w oczy swoim bardzo licznym a ciekawskim przyjaciółkom. Jan C. jak stał, tak wyszedł ze swojego mieszkania. Nigdy już do niego nie wrócił. Wkrótce z wniosku pani Ewy odbyła się sprawa rozwodowa i już na pierwszej rozprawie sąd zarządził rozwód. Ewa C. wytoczyła następnie swojemu byłemu mężowi sprawę o podział majątku. „Mieszkanie i samochód jest byłej teściowej, ale my z mężem mamy luksusowy jacht i dom myśliwski w lesie” – napisała w pozwie Ewa C. Łączna wartość majątku małżeństwa została oszacowana na sześć milionów złotych. Na sprawie świetny, ale bardzo drogi adwokat męża przedstawił zaświadczenie, że trzy miesiące temu na jachcie, którym płynął jej mąż, wybuchła butla gazowa i doszczętnie go zniszczyła. Jana C. wyłowiła z wody łódka wędkarska, a zaraz potem przyjęła go na pokład motorówka policji wodnej. — Tutaj jest cała dokumentacja zdarzenia — powiedział i położył na stole sędziowskim plik dokumentów. — Tylko przez zwykłe przeoczenie Jan C. zapomniał o opłaceniu ubezpieczenia wypadkowego — dodał mecenas. — Ale jest jeszcze dom! — darła się w sądzie Ewa C. Adwokat z kamienną twarzą położył przed sędzią notatki z policji i straży pożarnej stwierdzające, że w dniu takim a takim, prawdopodobnie od zwarcia instalacji elektrycznej, wybuchł pożar, po którym wspaniały dom myśliwski zamienił się w stertę gruzu. — On to spalił! — wrzeszczała przed sądem Ewa C., mając widocznie na myśli swojego byłego męża. — Bardzo wątpię — powiedział adwokat i położył na stole sędziowskim dokumenty stwierdzające, że w dniu pożaru Jan C. towarzyszył swojemu mercedesowi w wymianie oleju w autoryzowanym serwisie, setki kilometrów od uroczego domku w lesie. Syn małżonków C., Piotr, kupił sobie na raty – aczkolwiek, jak głosi plotka, za pieniądze tatusia – mieszkanie i zamieszkał tam ze swoją dopiero co poślubioną żoną. Kolorowe gazety doniosły ostatnio, że śliczna młoda aktorka, grająca już nie tylko w serialach, poślubiła przystojnego i bogatego, chociaż już starszego pana. Chodzi właśnie o Jana C. Idiotka Ewa J., dawniej Ewa C., mieszka obecnie w wynajętej, obskurnej kawalerce gdzieś na Ursynowie. Głupota towarzyszy ludzkości od samego jej początku, małostkowość zaś jest tym jej elementem, który potrafi zniszczyć życie nie tylko śmieciarza, doktora habilitowanego czy prostego magistra, ale również ministerialnej urzędniczki. I to byłoby na tyle.              
    • zima nadeszła za wcześnie. rozpalone płatki śniegu, rozkładają się w podłożu.   nie przyjdzie więcej, nareszcie... lata spędzone w szeregu, marsz do zbiorowego grobu.   pamięć twa nałogiem, chodnik twym cmentarzem, cegła twym nagrobkiem.   głoś więc w szczelinach na wpół skremowany, ostatnie kazanie oddechem urwanym. niech wiedzą, że papież nie został wybrany, a ty wiedz, że byłeś, tym razem, ostatnim.  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Nieco z góry, wszystko wyda się mile i słodkie, w tej naszej imagino manipulacji zwanej kreacją ;) Z rozmachem, niezwykle. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...