Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W mym pięknym ogrodzie jest jak w edenie
Drzewa się w koło zielenią
Wilgotna ziemia miejsce oddaje
Potężnym dębu korzeniom

Pąki puszczają drzewa kasztanu
Róże i lilie tworzą kontrasty
Lekki wiatr muska usta dziewczyny
która się patrzy na krzew kolczasty

Promyki słońca poprzez gałęzie
Padają na piękne piersi dziewczyny
Z dala dostrzegam kolor jej ust
Jako czerwone leśne maliny

I tak mi płynie przepięknie czas
Istna sielanka ,duszy nirvana
A cudny zapach mego ogrodu
Czuje codziennie z samego rana

Lecz ogród taki tu nie istnieje
Bo mam go w sercu i w mej pamięci
Ogród mej duszy w którym się kryje
Kiedy odchodzą ode mnie chęci

I wy taki ogród stwórzcie dla siebie
Aby w dni ciszy słyszeć tamburyny
Przenieść się w całkiem inną krainę
Poczuć woń kwiatów i pięknej dziewczyny

Opublikowano

Napisałeś własną wersję "Pana Błyszczyńskiego" i szkoda, że nie nawiązałeś do tego dzieła Leśmiana.
Wydaje mi się, że rym nadto częstochowski i przewidywalny.
Temat mnie zaciekawił, lecz spodziewałem się czegoś innego i tu mnie zaskoczyłeś. Mimo to efekt nie jest tak ciekawy, jak mógłby być.
Może jeszcze warto nad nim popracować.


Pozdrawiam - K.A.M.

Opublikowano

Po tytule spodziewałam sie więcej (wiem, wiem, nie ocenia się dzieła po okładce, ale cóż). W sumie to wiersz nie porwał mnie w żadnym momencie. Dużo jakiegoś uniesienia, patosu. Nie lubię takiego sposobu pisania o miłości, to się staje zbyt powszechne i przeżute, traci smak i sens.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...