Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wiosną tak nagle zbudzoną
czy latem od miodu złotym
jesienią w szal otuloną
czy zimą jak zawsze za długą

jeszcze nikt nie powiedział uczenie
kiedy jest czas na umieranie

bo przecież - żałoba - to
takie niemodne słowo

Opublikowano

myślę, że zawsze... niezależnie od pory dnia, roku oraz wieku... nie powiem, zaskoczyłeś mnie tym wierszem... aż sobie achnąłem... wiersz dotyka rzeczy ostatecznych- śmierć i doczesnych jednak z nimi związanych- żałoba po śmierci lub niechęć do niej. myślę, że to niewykle obszerny temat, nie dający zamknąć się w miniaturce, ale miniaturka zmusza do zastanowienia się, a to już duży plus. wiersz ogólnie podoba mi się (z powyższych względów), jednak wydaje mi się że nie najlepiej wyszło połączenie tej rzeczy ostatecznej z tą doczesną. czegoś mi tu jeszcze brakuje... bo przecież czas na umieranie nie zależy od mody na żałobę... lub jej braku. pozdrawiam serdecznie.

Opublikowano

Piaście, przypomniałeś mi tym wierszem smutne chwile, zresztą sam wiesz, w środku lata odeszła mama, jak sam powiedziałeś; zdążyłąm powiedzieć że ja kocham ale i tak sto lat za pózno, dlatego ucze moej dzieci i wnuki tego słowa, co dzieciom tak trudno wychodzi z gardła....
no widzisz, rozrzewniłam się, kap, kap.pak....
serdeczności ES

Opublikowano

'uczenie' i 'umieranie' można by wziąć w cudzysłów albo kursywą.
w czwartym wersie o jedną zgłoskę za dużo. pozbyć się 'jak'
i wszystkie rachunki będę się zgadzały. w drugiej strofie to samo.
wiem, że nie ma rymów, ale gdyby było po tyle samo sylab,
wiersz nabrałby nieco więcej rytmiki. tak mi się przynajmniej wydaje.

pozdrawiam.

Opublikowano

Żaden normalny człowiek nie chciałby wyznaczyć daty swojej śmierci.
Nieskończone pragnienie życia mamy wpisane jakby na tablicach serca. Żadna pora na umieranie nie jest dobra.
Toteż nigdy nie pasowały mi słowa w zestawie:
'piękny pogrzeb'
Leszku, wielce refleksyjny wiersz. Pozdrawiam Cię najserdeczniej.

Opublikowano

Piaście! bardzo wprawia w zadumę, wydaje się, że
to czas nieodgadniony, podobnie z miłością, a
kilka razy i kilka kropli gdzieś zawsze się czmyhają
czeluść czemuś? może wtedy kiedy mnie nie było
to zjawiło się, ah chyba nagadała coś:)
pozdrawiam ciepło

Opublikowano

Temat jak najbardziej godny wiersza. Odchodzenie, śmierć, żałoba - nieuchronne zdarzenie kończące życie każdego człowieka i nikt z nas nie zna dnia ani godziny, nie zna też pory roku. Może nie jest modna żałoba widoczna dla ludzi (czerń przyoblekana przez rok), ale to i dobrze, bo ta w sercu ma znacznie większą wymowę.
Odnośnie zaś samego wiersza, Piaściku, czytam go i czytam, i wydaje mi się niedopracowany, tak jakbyś miał gotową pierwszą zwrotkę, a zabrakło pomysłu na zwieńczenie dzieła. Warto by jeszcze zakasać rękawy, podostrzyć pióro, wlać świeżego atramentu do kałamarza ;)))
Pozdrawiam serdecznie :)))

Opublikowano

Sylwku, mówiąc o żałobie miałem także na myśli tę zewnętrzną oznakę po stracie kogoś bliskiego, a mianowicie czarna opaska, czy wstążka przy ubraniu. To juz zanikło, moda nie ta... Żałoba w sercu jest ważniejsza i nasza pamięć o tych, co odeszli...

No właśnie, Stasiu, jak trudno to słowo przechodzi przez gardło, a nawet powiedziane kiedyś, to stokroć za mało. Ale o miłości dzisiaj nawet pisać nie wypada, bo temat "przerobiony". Moda nie ta...

Sławku, przeczytałem wiele z tych wierszy, które wskazałeś w linkach. Ja taką poezję akceptuję, bo jest częścią mojego życia, które było kształtowane w rodzinie katolickiej, przy kościele, z szacunkiem dla Boga i wiary. Ale wiesz, że ogólny trend jest taki, aby o Bogu jak najmniej, nawet wyrzucili Go z konstytucji europejskiej, co już zakrawa na żałość, bo tym samym podcinają swoje korzenie itp., itd. Nas nazywają oszołomami, dając tym denne świadectwo o sobie. Taka dziś moda...

Fagot - dzięki za ten komentarz, taka powinna być rola poezji - wzbudzać emocje, ale często poezja jest wulgarna i wzbudza zniesmaczenie. Żenada, głównie ta lejąca się z mediów, niestety, jest dzisiaj modna...

Mr. Suicide - dzięki za słowo, ale zapewne zauważyłeś na forum, że na palcach jednej ręki policzysz tych, którzy piszą w sposób "klasyczny", wiersze, dbając o rym, rytm, o te rachunki, o których mówisz. Zwykle jest to zwykła proza. Taka dziś moda...

Alu, żadna pora na umieranie nie jest dobra. Jeśli się kocha zawsze jest za wcześnie... dużo za wcześnie...
Widziałem, jak na pogrzebie ze trzy razy przestawiano kwiaty dokoła trumny, bo wysokością nie pasowały, by stać tu, czy tam, choć miały ze dwa metry te bukiety. Pogrzeb musiał być "piękny", choć nikogo wcześniej w kościele nie widziałem... Taka moda???

Judyt - mnie wprawia w zadumę zawsze początek listopada, ale widzę w tym czasie też nadzieję i to jest bardzo budujące. Niestety, nasze polskie Święto psuje sąsiadująca z nim, nachalnie wciskana, głupia zachodnia moda na banie i strachy... Żenada!

Beenie droga, a co zrobić, gdy pomysłu brak, chęci nie te, temperówkę diabli gdzieś upchnęli, na złość, oczywiście, bo nie inaczej, atrament wysechł i kałamarz pusty jak łby z wilczymi oczami - hehehe. Ale te łby dziś modniejsze, niż mądrość... ;o

Ewa - Co ma przemęczenie do tematu życia i śmierci? I spracowani, i wypoczęci, i bogaci, i biedni, wszyscy tak samo odejdą bez trzosa... Ale dziś najwartościowszy jest młody, bez zmarszczek, z doświadczeniem, z furą, komórą itp... Taka moda...

Pozdrawiam wszystkich i dziękuję za opinie Piast

  • 1 rok później...
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ej, no mogłabyś przynajmniej powiedzieć z czym brak spójności, z czym się nie zgadza, a nade wszystko - co jest takie nieprawdziwe...
Pozdrawiam Piast
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Ej, no mogłabyś przynajmniej powiedzieć z czym brak spójności, z czym się nie zgadza, a nade wszystko - co jest takie nieprawdziwe...
Pozdrawiam Piast

Oto uwagi:
"Kiedy jest czas.".. – nie czuję spójności ani zgodność treści (zawartości) i tytułu wiersza ...

"Wiosną tak nagle zbudzoną (hm, dziwna konstrukcja)
czy latem od miodu złotym (płytkie i bardzo typowe sformułowanie)
jesienią w szal otuloną (oklepane wyrażenie)
czy zimą jak zawsze za długą (nie rozumiem na co za długą, bądź dla kogo za długą? W niektórych cywilizacjach nie ma zimy –np. w mojej...i nikt nie mówi, że zima, której praktycznie nie ma jest za długa)
"jeszcze nikt nie powiedział uczenie kiedy jest czas na umieranie " (co to znaczy powiedzieć „uczenie”? Jeśli odwołujesz się do „teorii naukowych”, czy „naukowych paradygmatów”, to warto byłoby w tym miejscu popracować nad językiem...
)bo przecież - żałoba - to takie niemodne słowo (nie rozumiem konstruktu „niemodne słowo” w odniesieniu do żałoby...)
To są jedynie moje odczucia po kilkukrotnym przeczytaniu Twego wiersza:brak spójności myśli (chaotyczność, fragmentaryczność, wycinkowość) zupełnie nie czuję prawdziwości przesłania tego wiersza
– „kiedy jest czas na umieranie”? Kojarzysz to z żałobą a ja odczytuję umieranie z możliwością narodzenia się na nowo (być może rozpatrujemy ową treść i filozofię umierania przez pryzmat innych wymiarów kulturowych i mamy zupełnie różne konotacje dot. umierania i żałoby – ale tym przecież charakteryzuje się indywidualny odbiór i subiektywne rozumienie poezji) Ja tak właśnie odczytuję i widzę Twój wiersz.
Pozdrawiam i czekam na kolejne...
Opublikowano

Droga Ullo...

Nie chcę wdawać się w dziwny spór, albo roztrząsać rzeczy tak proste, że aż niewarte tłumaczenia. Bo chyba widzisz, że każde słowo w tym wierszu jest słowem zwykłym, potocznie używanym i bardzo znanym z naszych codziennych rozmów.Więc gdy pytam - "kiedy jest czas", to pytam o to, kiedy jest ten czas najodpowiedniejszy, w tym konkretnym przypadku, na odejście z tego świata: wiosną, latem, jesienią czy zimą. I rzecz dotyczy nie tylko pór roku, ale też okresów naszego życia... Jaki moment byłby najodpowiedniejszy, aby każdy umierajacy - i ten kilkulatek, i ten nastolatek, i ten więcejlatek i ten staruszek - czuł, że się spełnił i że wszystko, co czynił, zostało już dokonane i więcej nie można zrobić nic. A także, aby ci, co go opłakują, powiedzieli z całym przekonaniem - odszedł, bo już wypełnił swoją misję.

A propos zimy - a w mojej cywilizacji zima jest i nie obchodzi mnie cywilizacja nie moja, tylko moja, bo w niej żyję... Eskimosa nie obchodzi upał w Kongu, czy nawet w USA, bo co mu do tego? Czy pigmej martwi się o mróz na Grenlandii???
A dla mnie ( i chyba także dla nas wszystkich ) zima jest zawsze za długa, ale twoja cywilizacja zimy nie zna, więc nie wiesz, co to są koszty ogrzewania, kłopoty ze śniegiem, choroby, itp, itp... A tak osobiście - czy ja muszę lubić zimę. Ja ją lubię, ale nie za długą...

Uczenie, to znaczy autorytatywnie i z całą odpowiedzialnością, tak, że nie ma od tego innych alternatyw...

Na temat mody było już powyżej...

Nie wiem, o jakim narodzeniu na nowo mówisz. Być może narodzisz się jako kot, albo przyszła królowa Mandżurii... (reinkarnacja?), dla mnie umieranie, to duchowe odejście z tego świata, a fizyczne ustanie funkcji życiowych. Jestem katolikiem i wierzę w życie wieczne, ale w wierszu mówię tylko i wyłacznie o naszym tu i teraz na ziemi. Tylko o tu i teraz, nic więcej ponadto... O "ponadto" może innym razem :)

Że też trzeba tłumaczyć taki prosty wiersz, a zrobiłem to tylko dlatego, abyś nie siliła się na coś, czego nie ma... I więcej wiary, więcej wiary!!!

Pozdrawiam Piast

p.s. A w tytule pytam - Kiedy jest czas? i o nic więcej...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...