Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witaj :-)
Szukając głębszej warstwy w Twoim haiku, powstał w mojej blondgłówce następujący obrazek.
ON - księżyc, ONA - ćma (w blasku księżyca), czyli tylko w nocy.
Dzięki temu (nocy i łóżku) doczekali złotych godów. :-))
Do takiej interpretacji pasuje haiku:

srebrne wesele
ćma z księżycem zamknięta
w ramach nad łóżkiem

"Srebrne" żeby pasowało do światła księżyca, chociaż ćmę bardziej przyciągałoby "złote" ;-)

Pozdrawiam Cię,
jasna :-))

P.S.
Masz ciekawe pomysły, które zmuszają do myślenia.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.




Naćpana ćma
Zagapiona w płomień
Ciut za blisko

:|

Zawsze zastanawia mnie, czemu wszystkim ćmy kojarzą się z płomieniem, ogniem, świecą? ;)

Google:

Wyniki 1 - 10 spośród około 41,500 dla zapytanie ćma ogień
Wyniki 1 - 10 spośród około 20,100 dla zapytanie ćma płomień
Wyniki 1 - 10 spośród około 24,300 dla zapytanie ćma świeca

Tymczasem rzadko kto pomyśli o niej w kontekście welonu:

Wyniki 1 - 10 spośród około 450 dla zapytanie ćma welon

Tymczasem księżyc, welon i ćma to... taki poetycki obraz :)

Wyniki 1 - 10 spośród około 187 dla zapytanie księżyc ćma welon
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Witaj :-)
Szukając głębszej warstwy w Twoim haiku, powstał w mojej blondgłówce następujący obrazek.
ON - księżyc, ONA - ćma (w blasku księżyca), czyli tylko w nocy.
Dzięki temu (nocy i łóżku) doczekali złotych godów. :-))
Do takiej interpretacji pasuje haiku:

srebrne wesele
ćma z księżycem zamknięta
w ramach nad łóżkiem

"Srebrne" żeby pasowało do światła księżyca, chociaż ćmę bardziej przyciągałoby "złote" ;-)

Pozdrawiam Cię,
jasna :-))

P.S.
Masz ciekawe pomysły, które zmuszają do myślenia.

Przyznam się: mój pomysł polegał na tym, żeby sprawdzić jak brzmi "złote wesele" w kontekście ćmy "w welonie"? :)
Na ile taki zapis jest czytelny?
Masz rację, że naturalny wydaje się w pierwszej chwili "srebrny księżyc". Ale przecież "srebrne wesele" to zaledwie 25 lat, złote - aż 50.
Na złotym weselu nikt już raczej nie bawi się do rana, jest to uroczystość ze względu na wiek solenizantów raczej dzienna. Dlatego moją pierwszą myślą był taki obrazek:

zdjęcie nad łóżkiem
księżyc i ćma w welonie
ostatni goście


Potem pomyślałem, żeby skupić się tylko na nich, podkreślając samotną noc młodej/starej pary:

zdjęcie nad łóżkiem
księżyc i ćma w welonie
w rocznicę ślubu

I tu przypomniałem sobie o Słowackim i jego "Ojcu zadżumionych ("Trzy razy księżyc odmienił się ZŁOTY...") i postanowiłem dodać więcej podtekstów, łącząc złoty księżyc ze złotym weselem.
Na końcu przyszedł mi do głowy pomysł, aby przeprowadzić mały eksperyment, w którym i Ty wzięłaś nieświadomie udział, za co serdecznie Ci dziękuję, jak również Wszystkim pozostałym uczestnikom tego wątku :)))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Owszem, bardzo fajne :) Ale... za bardzo skłania się w kierunku przenośni (te pajęczyny brzmią zupełnie jak sprężyny! :)) a zwłaszcza podkreśla znaczenie muchy i księżyca.
Tymczasem warstwa dosłowna każe natychmiast odrzucić "ćmę w welonie" - przecież to niemożliwe!
Poza tym, o czym pisałem wyżej o ogniu i płomieniu - czy zawsze, tam gdzie ćma i mucha, musi być także zaraz pająk? ;)
Przecież "złote wesele" w warstwie dosłownej oznacza - tylko i wyłącznie - 50tą rocznicę ślubu.
A zatem zdjęcie ma już pół wieku, natomiast pozostaje zagadką - ile lat ma obserwator i kto nim w ogóle jest?
Może to któryś z gości został na noc, gościnni gospodarze ulokowali go do snu w łóżku tak dla nich ważnym? Lub też pan "młody" przebudził się w środku księżycowej nocy, i jego uwagę przyciągnęła ćma na jasnym tle? (warto przy okazji poczytać sobie, jak światło księżyca działa na ćmy). "Złote wesele" nie powinno być czytane (w haiku) jako przenośnia, podobnie i ślub księżyca z ćmą :) Dopiero na szarym końcu, gdzieś daleko, daleko w podświadomości takie skojarzenie może (ale nie musi) zazębiać się z tym, co ma miejsce w rzeczywistości.
Toteż ćma i księżyc jako symbol nocy pokazują, że tak blisko do niej z welonu panny młodej sprzed pięćdziesięciu lat...
A przynajmniej o tym myślałem, próbując przenieść to na 17 sylab.

Pozdrawiam :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.



Myślę, że do "mierzenia" poezji (nie tylko w haiku) ani Google, ani tabele, wykresy, obliczenia są niepotrzebne. To jest, moim zdaniem, ogromne nieporozumienie. Niestety, zwyczaj ten jest dość często stosowany.

[quote]Przyznam się: mój pomysł polegał na tym, żeby sprawdzić jak brzmi "złote wesele" w kontekście ćmy "w welonie"? :)
Na ile taki zapis jest czytelny?
W haiku jest czytelny tylko w kontekście całości i tylko jeśli wyobraźnia czytelnika pozwoli zauważyć, że księżyc odbija się akurat w miejscu gdzie pan młody ma twarz, a ćma usiadła na twarzy panny młodej. Wtedy powstaje złudzenie, że księżyc i ćma są w welonie, ale tylko przy dobrej woli i zaangażowaniu czytelnika.

[quote]zdjęcie nad łóżkiem
księżyc i ćma w welonie
w rocznicę ślubu

Powyższe haiku jest prawidłowo zbudowane, tzn. zdania frazy są ze sobą połączone.

Natomiast to, pod względem budowy, nie odpowiada kryteriom haiku.
[quote]zdjęcie nad łóżkiem
księżyc i ćma w welonie
złote wesele

To są trzy oddzielne zdania niczym ze sobą nie połączone dlatego pokusiłam się (zachowując Twoją ideę i formę 5-7-5) na małą przeróbkę:

srebrne wesele
ćma z księżycem zamknięta
w ramach nad łóżkiem


Myślę, że wytłumaczenie się z poprzedniego komentarza jest do przyjęcia.

Z optymizmem pozdrawiam,
jasna :-)))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


To nie jest mierzenie, tylko statystyka pomocnicza. Warto zauważyć, że to co występuje rzadko, jest zazwyczaj albo poezją, albo zupełnie nowym produktem na rynku :)
[quote]
Natomiast to, pod względem budowy, nie odpowiada kryteriom haiku.

zdjęcie nad łóżkiem
księżyc i ćma w welonie
złote wesele

Złote wesele jest jak myślnik - 5o lat (czyli równie dobrze: znak odejmowania)
Łóżko jest symboliczne, a znaczy dokładnie to:

na fotografii
księżyc i ćma w welonie
- złote wesele

Czyli: tak blisko parze "młodej" do siebie po 50ciu latach, jak ćmie do prawdziwego księżyca.

Pozdrawiam :)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


na starym zdjęciu
księżyc i ćma w welonie
- złote wesele

"Stare zdjęcie" jest dobrym uzasadnieniem welonu :-)))
Poza tym kolor sepii (kurz, pajęczyna) dobrze konweniuje ze złotymi godami :-)))

((:D))
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


na starym zdjęciu
księżyc i ćma w welonie
- złote wesele

"Stare zdjęcie" jest dobrym uzasadnieniem welonu :-)))
Poza tym kolor sepii (kurz, pajęczyna) dobrze konweniuje ze złotymi godami :-)))

((:D))

Dobrym? A 50 lat nie?! :)
Przecież wersyfikacja sama w sobie coś oznacza, nie musi być zachowana ciągłość gramatyczna jak w przypadku prozy:

to i to
ponieważ tego i tego
to a tamto

Czyli: To i to, ponieważ tego i tego to a tamto.
Myślnik przed "złotym weselem" odbiera choćby jedną z możliwych, gorzką interpretację:

zdjęcie nad łóżkiem
księżyc i ćma w welonie
oto (moje) złote wesele

Warto się też zastanowić, dlaczego nie w sypialni, tylko nad łóżkiem?
Może (ale nie musi) to z jakiegoś powodu bardzo ważne?
Przypuśćmy, że pisze to ex pan młody: ile lat może mieć? Co najmniej koło
osiemdziesiątki a w tym wieku nie szaleje się do rana i kto wie, czy nie jest już
nawet na stałe przykuty do łóżka?

Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


A ja to zobaczyłam tak:
On spogląda na zdjęcie nad łóżkiem (nie jest młody, moda na wieszanie portretów nad łóżkiem skończyła się dawno temu) i w świetle księżyca widzi złotą ćmę w Jej welonie. I myśli o tym ile to już lat. A ona jest obok i nadal ma złote włosy.
;)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


Owszem, bardzo fajne :) Ale... za bardzo skłania się w kierunku przenośni (te pajęczyny brzmią zupełnie jak sprężyny! :)) a zwłaszcza podkreśla znaczenie muchy i księżyca.
Tymczasem warstwa dosłowna każe natychmiast odrzucić "ćmę w welonie" - przecież to niemożliwe!
Poza tym, o czym pisałem wyżej o ogniu i płomieniu - czy zawsze, tam gdzie ćma i mucha, musi być także zaraz pająk? ;)
Przecież "złote wesele" w warstwie dosłownej oznacza - tylko i wyłącznie - 50tą rocznicę ślubu.
A zatem zdjęcie ma już pół wieku, natomiast pozostaje zagadką - ile lat ma obserwator i kto nim w ogóle jest?
Może to któryś z gości został na noc, gościnni gospodarze ulokowali go do snu w łóżku tak dla nich ważnym? Lub też pan "młody" przebudził się w środku księżycowej nocy, i jego uwagę przyciągnęła ćma na jasnym tle? (warto przy okazji poczytać sobie, jak światło księżyca działa na ćmy). "Złote wesele" nie powinno być czytane (w haiku) jako przenośnia, podobnie i ślub księżyca z ćmą :) Dopiero na szarym końcu, gdzieś daleko, daleko w podświadomości takie skojarzenie może (ale nie musi) zazębiać się z tym, co ma miejsce w rzeczywistości.
Toteż ćma i księżyc jako symbol nocy pokazują, że tak blisko do niej z welonu panny młodej sprzed pięćdziesięciu lat...
A przynajmniej o tym myślałem, próbując przenieść to na 17 sylab.

Pozdrawiam :)
Ok,ok.. w końcu jesteś autorem i to Twoja wizja, z którą się oczywiście zgadzam :)
Drżenie pajęczyny (czytaj: drżenie welonu), bo pajęczyna jest/może być tutaj welonem dla ćmy - wprowadza trochę ruchu (fizyczne), trochę strachu (psychicznie - welon i obrączka niezmiennie kojarzy się z końcem czegoś tam, czasem nawet z utratą wolności... i to w dosłownym ;))znaczeniu) i trochę duszy ...drżenie serc to dość częsty element w takich sytuacjach :)
Piszesz, że pewne rzeczy nie powinny być odczytywane jako przenośnia - "ślub księżyca z ćmą", "Złote wesele". I tak i nie - trochę się z tym nie zgadzam, bez względu na to, czym powinno być tzw. "prawidłowe" haiku. Prawda jest taka, że do tych prawidłowych też można się zawsze ucapić, bo choć to krótka forma - ma jednak niezliczoną ilość nakazów i zakazów.
Ale o tym sza... ;) bo często widzę tu "kwiatki", które mi się bardzo podobają, a jednak tak do końca haiku nie są. Sam zresztą, dość często, różne "paskudy" i "potworki" wklejam.
Pozdrawiam.
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.


na starym zdjęciu
księżyc i ćma w welonie
- złote wesele

"Stare zdjęcie" jest dobrym uzasadnieniem welonu :-)))
Poza tym kolor sepii (kurz, pajęczyna) dobrze konweniuje ze złotymi godami :-)))

((:D))

Dobrym? A 50 lat nie?! :)
W ten sposób próbuję zniwelować przenośnię w L2. W Twoim utworze niewiadomo kim jest autor. Stąd wiele interpretacji. Równie dobrze może to być wnuczek ex-państwa młodych, oglądający w nocy ślubne zdjęcie dziadków, bo nie ma tu wątpliwości chyba czyje to zdjęcie.
Jeżeli autorem jest 80-letni staruszek przykuty do łóżka, to gratuluję mu sokolego wzroku.
(Dostrzega ćmę w świetle księżyca?)

Moim zdaniem we frazie powinna być zachowana i ciągłość i gramatyczna i logiczna nawet i choć minimalnie łączyć się z fargmentem i przenikać przez siebie.

Być może się mylę, ale ja właśnie tak czuję haiku i tak odbieram Twoje i przedstawiam Ci swoją interpretację.
Dobrze jest, gdy interpretacja czytelnika pokrywa się z zamysłem autora. Ale Twoja rola się już skończyła. Haiku już jest "moje". Pewnie, że możesz ukierunkowywać moje myślenie, ale obraz już zapadł. Przykro mi.
Nie umiem wytłumaczyć Ci tego tak, jak robią to fachowcy.
Nie chcę sprawiać Ci przykrości, próbując przedstawić swoje odczucia, które Tobie nie odpowiadają więc nie miej mi za złe.

Do następnego haiku :-))
Pozdrawiam,
jasna :-))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...