Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

przytul "PÓJDĘ ŻYĆ", do piersi ślicznej, z głębokim, nawarstwionym śliną sutkiem,
muszę się urodzić, choćby martwym
wydawał głosy zwyczjne, skorupie, leżał jakoś tak na boku tacy porodowej
między głuchą ścianą i oknem dziewiczym, zaksztuszonym nieżywym materiałem chemicznym.
MUSZĘ
WYJŚĆ na świat , na tamten świat, ja :
o paluszkach sfrakcjonowanych papką bladych kolorów,
o włosach jeszcze nie skropionych światłem Johna Chrzciciela,
o stawach kolanowych powyrywanych, pustych, bez użytku
I TAKIE JEST WSZSTKO w całym ciele

PRZYSZEDŁEM, jak mogłem najprędzej z łona wściekłej matki
jakby miała obcego bakcyla, bakterię

oto widzę, srebro dłoni lekarza, włoski zegarek Ticco matto i przenikające ciało okulary
widzą moją duszę, wydają wyrok, WYDALAJĄ TO BIAŁE CIAŁO DALEJ DALEKO

takie matczyne pielęgniarki, Ewa, Patrycja, Maria, Magdalena
uśmiechają się tak jak dziwki ktore pierwszy raz widzą owoc swojej pracy.ZYWY

cóż
nie ma matki, zwiała wyskakując przez ROZBITĄ PACZKĄ PAPIEROSÓW szybę
pewnie chleje zwykło jabłonkę na błoniach swego domku zabitego mgłą ojcowskich fajek.
wcześniej
trzymała jakąś karteczkę, długopis, być może bocianie pióro, BYĆ MOŻE
CHCIAŁA...
myślałem że to może Gorcco macco, moja ulubione nowela, lub list
do świętego mikołaja I
ALE.

CI KTÓRZY CIĘŻKO SIĘ RODZĄ, MAJĄ PRZESRANE

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...