Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nazywałam go swoim bursztynkiem. Pamiętam jeszcze ten domek na drzewie nieopodal bloków, w których mieszkaliśmy: ja i mój bursztynek. Był moim przyjacielem z dzieciństwa, z sąsiedniej klatki schodowej, często odprowadzał mnie do domu, bo chodziliśmy do jednej szkoły i na przerwach często rozmawialiśmy, śmialiśmy się i żartowaliśmy. Kochałam swojego bursztynka. Mój bursztynek kochał także mnie. Wiem, że mnie kochał. Choć później mnie zdradził. No, ale zanim mnie zdradził, lubiliśmy chodzić we dwójkę do tego domku na drzewie i urządzać sobie zabawy dziecięce. Ja brałam taką specjalną tubkę z pastą, którą zabierałam z domu i smarowałam bursztynkowi plecy i całą twarz. Mój bursztynek Marek, bo miał na imię Marek, całą twarz miał umazaną w paście. Do dzisiaj pamiętam zapach tej pasty. Była miętowa, pachniała ostro. Jak żywica na drzewie albo jeszcze mocniej, jeszcze bardziej świeżo. Boże mój drogi, ale moi rodzice byli cierpliwi, jacy oni byli cierpliwi. Nie złościli się na mnie, że wracałam późno do domu i cała pachniałam pastą i nie byli na mnie źli, że w łazience brak było pasty i mój tatuś nic nie mówił tylko przytulał mnie i głaskał po włosach i on też nazywał mnie swoim bursztynkiem, bo dla mojego tatusia byłam najukochańszym bursztynkiem na świecie i to od tatusia przejęłam tę fantastyczną nazwę, którą używałam wobec osób, które najbardziej pokochałam i które odcisnęły w moim życiu trwały ślad. No a moja mamusia myła mnie potem całą z tej pasty i trochę się na mnie złościła, ale bardziej przez śmiech niż przez łzy. I kiedy moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem zabaw w domku na drzewie w parku nieopodal i rozmów z moją najlepszą przyjaciółką Gosią, która nigdy nie ubierała sukienek, bo nie chciała czuć się gorsza od chłopców i zapachu pasty, którą potem zmywała ze mnie mamusia i uśmiechu mojego tatusia, który do dzisiaj mnie wzrusza gdy o nim pomyślę, no więc kiedy upłynęło całe to moje dzieciństwo, ani się nie obejrzałam, a poszłam do szkoły i zaczęłam powoli stawać się nastolatką. No, a mój bursztynek Marek dojrzewał wraz ze mną i myślę, że jeszcze bardziej go kochałam, a Marek także bardzo mnie kochał, bo robiłam się coraz ładniejsza. I wiem, że mój Mareczek to widział, bo w siódmej klasie chodziliśmy na kawę w tym naszym Ględzinie do bardzo eleganckiej kawiarenki, którą prowadził Tadek Borówa, bardzo znacząca i wytworna postać naszego miasta. I piliśmy kawę i Mareczek zamawiał specjalnie dla mnie ptysia z kremem i rozmawialiśmy, śmialiśmy się, żartowaliśmy i cała byłam w promieniach słonecznych i do szkoły chodziłam jak na skrzydłach, bo tam już czekał na mnie mój najukochańszy obok tatusia bursztynek świata, Mareczek. Myślę, że Pan Bóg bardzo się mną wtedy opiekował i bardzo mnie kochał i za nic w świecie nie chciał mnie skrzywdzić i dlatego dał mi mojego tatusia, który zawsze mnie chronił przed okropnościami tego świata. I do dzisiaj pamiętam jak tatuś mnie przytulił i powtarzał: no już bursztynku nic się nie stało, no nie płacz już, znajdzie się inny chłopiec, którego pokochasz, chłopcy tacy już są. A ja bardzo płakałam i tuliłam się w ramiona tatusia jak do jakiejś przytulnej norki, w której jest łóżeczko kołyszące moje ciało do snu w takt mojej ulubionej melodii zespołu nazareth: love hurts. No bo miłość naprawdę potrafi zranić, a Mareczek bardzo mnie zranił, bo pokochał inną dziewczynkę, której nienawidzę do dzisiaj. I kiedy Mareczek mnie opuścił, przestałam tak dużo jeść jak dawniej i chudłam w oczach i rodzice bardzo się o mnie martwili i tatuś załamywał ręce, a mamusia na mnie krzyczała, że wydziwiam i że powinnam wreszcie zacząć twardo stąpać po ziemi. A ja wiedziałam, że Pan Bóg wciąż na mnie patrzy i bardzo mnie kocha, tak samo jak mój tatuś i stopniowo zaczęłam przychodzić do siebie i zaczęłam więcej jeść i powoli zapominałam o Mareczku, choć całkiem o nim zapomnieć nie mogłam i ten mój bursztynek okazał się zwykłym gruzłem węgla i do dzisiaj czerni moją pamięć.



I powoli dobiegała końca szkoła podstawowa i zaczęły się przygotowania do egzaminu do liceum, a ja z moją przyjaciółką Gosią zawarłyśmy pakt przeciw chłopakom, że już nigdy żadnemu nie zaufamy i będziemy ich zwodzić i prowadzić za nos. I tamte wakacje, między zdanym egzaminem do liceum do klasy o profilu humanistycznym, a czasem, który pozostał do rozpoczęcia do szkoły i który czymś trzeba było wypełnić, były najpiękniejsze w całym moim życiu. Chodziłyśmy z Gosią na lody i gofry do kawiarenki Tadka Borówy i rozmawiałyśmy o Marku, że on wcale taki ładny jednak nie jest i przypatrywałyśmy się innym chłopcom siedzącym przy sąsiednich stolikach i puszczaliśmy do nich zalotne oczka i uśmieszki, a oni rumienili się i szybko wychodzili z kawiarenki, a my potem śmiałyśmy się naprawdę szczerze i perliście.
No a potem przyszedł czas liceum i to był taki dziwny czas, z którego nic nie rozumiem. Pani profesor na pierwszej lekcji polskiego kazała nam się przedstawić i powiedzieć parę słów o sobie, a ja się uśmiałam, kiedy Felek Gąska jak zwykle się wygłupiał, bo Felek Gąska chodził do tej samej szkoły co ja i strasznie tam rozrabiał, a później trafił do liceum, do tej samej klasy, którą i ja wybrałam. I w tej mojej, naszej klasie też bardzo rozrabiał i wygłupiał się i bił się z kolegami i w końcu go wyrzucili, bo złapali go kiedyś na paleniu trawki w damskiej ubikacji. I później wstał taki chłopiec, który miał na imię Marek i od razu zwróciłam na niego uwagę, bo miał na imię Marek, a obok niego siedział taki chłopiec, który miał twarz bardzo uduchowionego introwertyka. I kiedy Marek skończył się przedstawiać, wstał tamten chłopiec i użył jakiegoś trudnego wyrazu, a potem siadł jakby ten trudny wyraz był dla niego czymś bardzo zwyczajnym. Potem okazało się, że ten chłopiec ma na imię Błażej i jest bardzo mądry, bo na drugiej lekcji polskiego rozmawialiśmy o problemie czasu w literaturze i Błażej siedział z Markiem w jednej ławce, nic nie mówił, bacznie się przyglądał i przysłuchiwał innym uczniom, a jego wzrok był dojrzały i pełen spokoju. I kiedy nasza pani profesor od polskiego zapytała Błażeja co sądzi o tym czasie, Błażej spokojnie wstał i zaczął bardzo długo i pięknie opowiadać jak to z tym czasem jest, jaki ten czas jest, jaki on może być, jaki nie jest i że jest linearny i cykliczny i że inny w średniowieczu i inny w renesansie i co napisał o czasie Fryderyk Nietzsche i Artur Schopenhauer i co Budda uważał na temat czasu i jaki jest czas Chrystusowy i co to jest Paruzja i czym jest postmodernizm i czym kryzys wyobraźni współczesnej i że Bierdiajew ukochał wieki średnie, bo tam Pan Bóg był bliżej niż dzisiaj w sensie mistycznego doznania i że doznać epifanii dzisiaj jest bardzo trudno i podał przykład Miłosza i jego czasowych obsesji z tomiku „Nieobjęta ziemia”. I mówił jeszcze o innych rzeczach, których już dzisiaj nie pamiętam, a jego głos był bardzo spokojny jakby mówił o rzeczach najzwyczajniejszych na świecie, a przecież te rzeczy, które poruszał były tak ważne.
A potem Błażej siadł najzwyczajniej w świecie, a w klasie zapadła głęboka cisza, a potem rozległy się tłumione szepty i pomruki i nasza pani profesor od polskiego powiedziała, że ten materiał jest właściwy dla klas maturalnych i wątpi, żeby ktokolwiek rozumiał i znał zagadnienia, które Błażej poruszył poza nią samą i niektórymi, wybitnymi uczniami klasy czwartej o profilu humanistycznym. A ja długo nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia po tej przemowie Błażeja i wracałam sama do domu i myślałam sobie o różnych rzeczach i nagle liść spadł z drzewa, a ja pomyślałam sobie, że życie ludzkie jest podobne do takiego liścia, który przez chwilę kołysze się na wietrze, aby później spaść na ziemię i zostać podeptanym przez ludzi, którym jest on obojętny. I ciągle miałam przed oczyma wyobraźni obraz mówiącego o czasie Błażeja i pomyślałam sobie, że to musi być bardzo mądry i interesujący chłopak i że chciałabym z nim porozmawiać.
No i na drugi dzień na lekcji fizyki, na której Błażej dostał jedynkę i pani profesor nazwała go żartownisiem, bo powiedział, że Wszechświat podobny jest do wielkiego obwarzana, którego nadgryzają archanielskie hufce, no więc po tej lekcji fizyki podeszłam do Błażeja i zapytałam się go, skąd on tyle wie.
Na to Błażej mi odpowiedział, że w zasadzie to on nie wie, skąd tyle wie i że interesuje się różnymi dziedzinami i najbliższe są mu filozofia i literatura i że kolejność w jakiej je wymienił jest nieprzypadkowa. No to ja mu powiedziałam, że pewnie czytał sobie w dzieciństwie encyklopedię, bo tak dużo wiedzieć, to jest naprawdę dziwne, a on się zaśmiał bardzo ładnym, dobrodusznym śmiechem i powiedział, że prędzej to oglądał programy edukacyjne i przyrodnicze na National Geographic. I wtedy ja się z kolei zaśmiałam i zrobiło się bardzo sympatycznie i Błażej zaproponował, że mi postawi kawę w bufecie na dole i że zdążymy ją jeszcze wypić, bo to w końcu była długa przerwa. I zeszliśmy na dół do bufetu i gadaliśmy tam bardzo długo i nie poszliśmy na matematykę, a że matematyka to była ostatnia lekcja, Błażej odprowadził mnie do domu. No i przez całe popołudnie odrabiając z tatusiem lekcje na technikę, ćwicząc się w meandrach pisma technicznego, przez cały ten czas myślałam o Błażeju, jaki to jest fajny chłopak i jaki do tego skromny. Ale nie fałszywą skromnością, tylko naturalną skromnością prawdziwego mędrca. A na drugi dzień, kiedy rano wstałam, kiedy tatuś mnie obudził i mamusia zrobiła mi kawę zbożową i płatki na mleku, byłam bardzo zadowolona i czułam jak wstępuje we mnie jakiś nowy duch. Bardzo chciało mi się żyć i kiedy poszłam po moją przyjaciółką Gośkę, którą miała do szkoły na tę samą godzinę co ja, opowiedziałam jej o Błażeju, a ona powiedziała, żebym uważała, bo ten mój Błażej może okazać się ohydnie zakochanym w sobie bufonem. Ale ja się zaśmiałam, bo wiedziałam lepiej kim jest Błażej i na pewno nie jest bufonem i jest bardzo skromny i mądry.
I miałam w Błażeju przyjaciela, a Błażej był ulubionym uczniem naszej pani profesor od polskiego i nasza pani profesor zaczęła mi się baczniej przyglądać i obdarzać mnie większym zainteresowaniem niż dotychczas, bo chyba ją zafrapowało, że Błażej się zainteresował mną i że tak razem się trzymamy. No, a potem trochę się zmartwiłam, bo Błażej zaczął się mną coraz bardziej interesować i coraz baczniej mi się przyglądał, a ja nie mogłem znieść tego jego spokojnego, mądrego spojrzenia, które z czasem zaczęło się coraz bardziej śmiać i promienieć na mój widok. I z jednej strony byłam bardzo szczęśliwa, bo Błażej bardzo mi się podobał jako chłopak, ale z drugiej strony nie mogłam się w nim zakochać i nazwać go swoim bursztynkiem, bo po tym co mi zrobił bursztynek Marek już nie mogłam nikogo nazwać swoim bursztynkiem i brzydziłam się tego słowa. Ale kiedyś poszliśmy na wagary do mojej dawnej szkoły podstawowej, opowiedziałam Błażejowi o Marku , a Błażej stał obok mnie i pilnie słuchał mojej opowieści i marszczył brwi i bacznie mi się przyglądał, a mnie się to bardzo podobało, bo wiem, że wyglądałam wtedy w swojej czerwonej kurteczce i w krótkiej sukience do kolan bardzo seksownie i wtedy coś we mnie pękło, ale do końca nie wiem, co to było. Bo później poszliśmy do liceum, do którego chodziła moja najlepsza przyjaciółka Gosia, aby ją odwiedzić i kiedy czekaliśmy na koniec lekcji i na dzwonek oparłam się nagle na ramieniu Błażeja, a on mnie przytulił i było mi bardzo ciepło i miło i poczułam wtedy, że ktoś się mną opiekuje i że Pan Bóg wciąż na mnie patrzy i mnie bardzo kocha. I tak trwaliśmy długo w tym uścisku, ale Błażej mnie nie pocałował, a ja chyba chciałam, żeby Błażej mnie pocałował w usta, ale Błażej pocałował mnie za to w policzek, a ja popatrzyłam w jego oczy i pierwszy raz zobaczyłam w nich mgłę, której nigdy nie widziałam i trochę się tego przestraszyłam, a trochę byłam zafascynowana i wtedy Błażej mocniej mnie do siebie przytulił i pocałował mnie w usta. I tak trwaliśmy zjednoczeni, objęci i całujący się i było mi jeszcze bardziej ciepło, ale trochę drżałam i nie byłam pewna, co się wydarzy, ale nie zależało mi tak bardzo na tym i chciałam, żeby ta chwila trwała bardzo długo i miałam wrażenie, że Błażej myśli w ten sposób co ja. I wtedy usłyszałam w swojej głowie melodię zespołu nazareth: love hurts i pomyślałam, że Błażej może stać się moim nowym bursztynkiem. A potem zabrzęczał dzwonek i Błażej zwolnił swój uścisk i przestał mnie całować i wtedy przywitaliśmy jak gdyby nic moją przyjaciółkę Gosię, która bardzo nieufnie przyglądała się Błażejowi i była dla niego bardzo opryskliwa.
Ale mnie się wydawało, że Błażej bardzo polubił moją przyjaciółkę Gosię i że trochę się z nią przekomarzał, a Gosia jakby się z tego uśmiechała, ale nie chciała dawać tego po sobie poznać i robiła groźną minę. No a potem wszyscy w trójkę poszliśmy do domu i Błażej został u mnie na obiedzie i Gosia też i śmialiśmy się i żartowaliśmy i było zupełnie tak jak w domku na drzewie z Mareczkiem, kiedy byłam cała w paście miętowej.
Odtąd nazywałam Błażeja swoim bursztynkiem i nie kryłam się z tym w klasie i chłopcy trochę się z Błażeja naśmiewali i śpiewali mu na przerwach: „bursztynek bursztynek znalazłam go na plaży, bursztynek słoooońce marzeń”. I było bardzo wesoło, bo Błażej wcale się tymi docinkami nie smucił tylko wtórował chłopcom w ich żartach i figlach i zawstydzał ich tym, że tak umie się z siebie śmiać. I ja byłam też bardzo szczęśliwa i cała byłam w promieniach i anielskich skrzydłach, ale czasem bolała mnie głowa i kręciło mi się w głowie i miałam taki dziwny zamęt i nie wiedziałam, co to jest. I jedzenie z czasem sprawiało mi coraz większą trudność i nie mogłam przełykać, bo zaraz to, co zjadłam, zwracałam i czułam, że coraz mniej kocham mojego bursztynka Błażeja. Cała byłam skoncentrowana na swoim bólu i cierpieniu, profesorowie coraz bardziej mnie denerwowali i czułam się coraz gorsza, wybrakowana i unikałam Błażeja, a Błażej stopniowo się ode mnie odsuwał, choć nadal codziennie odprowadzał mnie do domu. I kiedyś opowiedziałam Błażejowi, że prawie nic nie mogę jeść, bo wszystko zwracam i że wyrzucam kanapki, które zrobiła mi mama do kosza na śmieci, a Błażej bacznie mi się przyglądał i widziałam że jest bardzo smutny i bezradny. A kiedy usiedliśmy na ławce na skwerku, powiedziałam Błażejowi, że najchętniej chciałabym zasnąć i już nigdy się nie obudzić i że to byłaby najwspanialsza rzecz jaka mogłaby mi się w moim opłakanym stanie przydarzyć.
I myślę, że wtedy Pan Bóg, który zawsze na mnie patrzył i zawsze bardzo mnie kochał, spojrzał i tym razem na mnie z miłością i wysłuchał mojej prośby. Bo niewiele później umarłam, w trzeciej klasie liceum, kiedy miałam siedemnaście lat. Umarłam na raka mózgu, wcześniej byłam w śpiączce, do naszej katedry w Ględzinie chodziła modlić się cała klasa o to, abym się obudziła. Błażej był wtedy bardzo smutny i nie bardzo wiedział co się z nim dzieje. A pewnego dnia, kiedy gruchnęła wieść, że nie żyję, Błażej już całkiem stracił orientację i zaczął coraz bardziej pogrążać się w sobie.
Najbardziej jednak żal mi mojego tatusia, który łkał na pogrzebie, a po jego potężnym, siwym wąsie ciekła gęsta strużka łez i mojej mamusi, która nie chciała mnie oddać ziemi i mojej siostry, która kuliła się z płaczu i mojego dawnego bursztynka Mareczka, który stał z boku i łkał tak jak mój tatuś, moja mamusia i moja siostra. A mój drugi bursztynek Błażej stał blisko trumny, cisnął z kamienną twarzą białą różę, ale jego twarz nie była już tak spokojna jak dawniej, ale pełna bólu, niezgody i skrywanego przerażenia. Przypominał sobie wszystkie piękne chwile, które razem przeżyliśmy. Kiedy przychodził pijany do szkolnej szatni wraz z kolegami, dowcipkował i przymilał się do mnie, albo kiedy mi opowiadał jak jego wiersze docenił pewien pan doktor od literatury współczesnej, albo kiedy siedzieliśmy razem w parku i Błażej był pijany i powiedział o łabędziach: zobacz jak one pięknie pływają w tym ograniczeniu. Albo kiedy na dyskotece wypalił całą paczkę papierosów i opowiadał wszystkim swoim kolegom o mnie i nie bał się niektórych kolegów, choć wyglądali groźnie i nosili łańcuchy na nagiej piersi. No, ale Błażej spodobał się chyba tym kolegom, bo powiedzieli mu: słuchaj, to musi być zajebista laska skoro o niej tyle pierdolisz.
Wiem to, bo zamieszkałam w myślach i wyobraźni mojego bursztynka Błażeja, mieszkam teraz w myślach wszystkich bursztynków, które na mojej drodze życie odcisnęły trwały ślad i piętno.



Znam na wylot myśli mojego tatusia, który ciągle w środku łka, mojej mamusi, która do dzisiaj wypłakuje się w chusteczki odwiedzając mój pokój, mojej siostry, w której zamieszkał mój cień, mojej przyjaciółki Gosi, która teraz chodzi w sukienkach i umawia się z wieloma facetami i wielu ją zdradziło i wielu nią gardzi i jeszcze nie znalazł się taki, który by ją naprawdę docenił i pokochał. Znam myśli mojego dawnego bursztynka Mareczka, który teraz
ciągle chodzi na dyskoteki i umawia się z coraz to nowymi dziewczętami i jest bardzo nieszczęśliwy i pusty. I znam na wylot myśli mojego drugiego bursztynka Błażeja, którego wzrok po mojej śmierci bardzo się zmącił i przestał na świat patrzeć spokojnie, mądrze i jasno. Znam ich wszystkie myśli na wylot i jestem bardzo szczęśliwa w mojej trumience i w moim nieustającym śnie i wiem, że Pan Bóg bardzo mnie kocha, ciągle nade mną czuwa i patrzy na mnie. I czasem nawiedzam sny moich bursztynków, daję im natchnienie i siłę do dalszych działań, do dalszego życia, a oni wstają rano jakby pokrzepieni, jakby usiadły w ich sercach promienie słoneczne i pędzą jak na skrzydłach każdy do swojej szkoły, każdy do swojego bursztynka.

  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

[url]liryki.pl/[/url]

[url]objawienia.pl/[/url]

przyznam że początek wskazuje że będzie przegadany, może przeczytam jak będę miał czas...

kim on był? młodszy kolega z podwórka?

pozdrawiam ciepło i zapraszam do powyższych linków, na pierwszym znajdziesz Marię Magdalenę

  • 1 rok później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Z pamiętnika bezdomnego             Posłuchaj, niebo, posłuchaj: oto Twój syn, bezdomny, niepełnosprawny - niesłyszący, jednak: myślący, słuchaj, niebo, słuchaj - uważnie: główna przyczyna Jego dramatycznego losu leży w chorym systemie państwowym - Archiwum Akt Nowych (różne grupy wpływu - towarzystwa wzajemnej adoracji), wcześniej: jako legalny pracownik Zakładu Pracy Chronionej - funkcjonował On normalnie, potem: przez głęboko zakonspirowanego tchórza z jakże rudą brodą (teraz - białą) - stracił On kolegów, znajomych i przyjaciół, wtedy zorganizował sobie intelektualne życie w domowym zaciszu - zrównoważone, stabilne i opanowane, rozwijał osobiste zainteresowania - poezję, filozofię, aforyzmy, krytykę i recenzje, słuchaj, niebo, słuchaj - uważnie: pokonał On państwo, została wtedy uruchomiona intryga - szyta grubymi nićmi przez miasto stołeczne Warszawę, ona: prezydentka - była pracownica angielskiego banku - użyła swoich wpływów w Ministerstwie Finansów, Związku Banków Polskich i Ministerstwie Sprawiedliwości - narzędziem była administracja spółdzielcza, opieka społeczna i służby specjalne, miał On być pożyczkowym słupem - zlikwidowanym, adwokatka na Centralnej dostała polecenie z góry: Jego dokumenty należy wrzucić do niszczarki, a Jego samego należy wyrzucić na Dworzec Centralny - dożywotne odszkodowanie za utratę słuchu należy przelać na tajne konto Alior Banku (posiadam formalne dowody), była to próba ukradzenia Jego tożsamości z PESEL-em, niestety: On zawsze uprzedza fakty, które dopiero mają nastąpić, jest On zapobiegliwy - przewidujący, przekorny i przenikliwy, nadal żyje, posiwiał (36 lat) - napisał już testament, On doskonale wie, że nie wygra z nimi: walczy na miarę swoich możliwości, On nie odczuwa jakiegokolwiek strachu - gardzi nimi, On nigdy w życiu nie pęknie - posiada rogatą duszę, tak więc: związek przyczynowo-skutkowy wygląda w sposób następujący, jakby inaczej: kościół, rodzina, archiwum, samorząd, komornik, policja, opieka, skarbówka i lichwa - bankierzy, posłuchaj, niebo, posłuchaj: oto Twój syn, bezdomny...           Co mam jeszcze zrobić? Pracować? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Wziąć ślub kościelny? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Uznać bezprawny wyrok sądu najwyższego? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Wszystkich naokoło słuchać i przepraszać i szanować? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Codziennie kupować kobietom kwiaty? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Udawać osobę słyszącą? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznawać wszystkim rację? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Kochać wielkie pieniądze? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Mam zrobić prawo jazdy? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Zrezygnować z własnych poglądów życiowych - doświadczenia? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Milczeć? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Uznawać wyższość głupoty nad mądrością? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem cwanym złodziejem? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem osobą karaną? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem lekomanem i alkoholikiem i narkomanem? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że mam długi finansowe? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem chory psychicznie? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem ojcem nieznanego mi dziecka? Zgoda! Co mam jeszcze zrobić? Przyznać, że jestem odpowiedzialny za tą Kurwę - Polskę!!!? Potem: chodzić wesoły i zadowolony i miły!!!? Jak najbardziej porządku - zgoda, pamiętajcie: robiąc coś wbrew własnej woli - jestem wtedy smutny i zrezygnowany i obojętny, moje ciało i umysł i dusza odrzuci tzw: narodową integrację społeczną, tak po prostu reaguje mój organizm - instynkt, więc: zgoda!!!?           Oto ten to: wielki Szymon Maler lub Miler, to tak zwany: opiekun, wychowawca i taki jaki - ważniak, a jego zewnętrzny wygląd: głowa - paskudnie podgolony mop, ciemne okulary - kokaina niszczy wzrok, kuleje - strzykawki, zęby - żółtawe i broda - żydowski krasnal, psikutas na krótkiej smyczy psów i jak mówi, to: wydziela gówno i pluje śliną - miałem odruchy wymiotowania, matkojebca - lubi poniżać takich jak ja, śmieć - jego ciuchy służą mu za maskę ochronną, ukrywa podziurawione ciało od narkotyzowania własnego życia, teraz: z bagna awansował i wszyscy muszą słuchać jego bełkotliwego wycia - obrzydliwej gęby.           Wczoraj padał obfity deszcz, podwórko schroniska zostało zalane do głębokości kostki stopowej, a za bramą kompletne bagno, on do mnie wrzaskiem:   - Śmiecie z kuchni do śmietnika lub natychmiastowa wyprowadzka!             Wybrałem to drugie, nie będzie moralny śmieć łamał mi moralnego kręgosłupa - gnoił i poniżał i gnębił i jeszcze ty, panie Sławku, kucharczyku - z takimi wielkimi oczami jak zboczeniec: lubisz temu śmieciowi obciągać, przecież: już dwa razy mnie bezpodstawnie zakapowałeś, a za pana Romana siedziałeś cicho na tchórzliwej dupie, bo on był po mojej stronie? I co mi zrobicie, obywatele trzeciego świata, złożycie pozew do najwyższego sądu rzeczypospolitej o obrazę godności osobistej? Najpierw: czy w ogóle ją macie - wartość i godność i wolność? Wy!?           Kim tak naprawdę jestem - ja? Byłym pracownikiem Archiwum Akt Nowych - miałem tutaj kontakt z Krzysztofem Naimskim, a w tym czasie jego ojciec był członkiem Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy prezydencie Lechu Kaczyńskim, mogłem powyższą znajomość wykorzystać w osobistych celach życiowych, jednak: nie zrobiłem tego - nie akceptuję rodzinnego nepotyzmu na każdym szczeblu władzy państwowej, samorządowej i kościelnej, ukończyłem również kurs archiwalno-kancelaryjny pierwszego stopnia z dobrą oceną, więc: posiadam upoważnienie do wglądu niejawnych dokumentów państwowych, samorządowych i kościelnych - duplikat, oryginał został mi ukradziony, tak: obowiązuje mnie do końca życia tajemnica służbowa nawet jako osobę prywatną, dalej: każdy zainteresowany może sprawdzić dostępny życiorys Piotra Naimskiego, jasne: mam zamiar wysłać podanie o pracę finansową do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego po otrzymaniu należnego lokalu, teraz już wiecie, jestem mocno odporny na każdą intrygę miłosną, werbunkową i hakową. Kim tak naprawdę jestem - ja? Osobą aktualnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą...           Prowokatorzy polityczni posiadają parasol - ochronny, ludziom myślącym wmawiają - paranoję, tak: nie przyjmują merytorycznych argumentów, jęczą: tobie nic nie można powiedzieć, przeciwnie, powiedzieć - można, jednak: wpłynąć na mnie - nie można, inaczej: przejąć nade mną kontrolę w celu kształtowania mi osobistego życia, dalej: wmawiać mi różne pierdoły - nie można, ostrzeżenie: pierwsze poczucie winy i psychologia wstydu i drugie poczucie winy - jest charakterystyczne dla każdej monoteistycznej sekty: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu - nie można mnie zwerbować, ogłupić i nawrócić.           A oto ofiara terroru politycznego - cielesnego i umysłowego i duchowego - niewiarygodnie wtórnych analfabetów: biurokratów, a tak poważnie - oni: cały czas stosują wobec mnie przemoc psychiczną (nękanie, plotkowanie, znęcanie, wyśmiewanie i okłamywanie, także: ciągłe odwlekanie mojej sprawy - odkładanie formalnych dokumentów na archiwalną półkę urzędniczą, również: robienie nieprzyjemnych złośliwości), więc: co ma robić w tej sytuacji zdrowy, silny i mądry człowiek? Po prostu nic - zaczyna pić, a oni: patrzcie, oto to ten pijak... Tak, ostatnio jestem pijakiem, a jakie ma wyjście motyl wśród stada much, które lecą do każdego gówna?           I dostałem niezły spadek: moja ukochana babcia w testamencie przekazała mi ponad milion polskich złotych, potem: zrobiłem dobry interes - kupiłem cztery mieszkania w największym mieście polskim, płacę comiesięczny czynsz: pięćset polskich złotych za sześćdziesiąt metrów kwadratowych, moja mamusia jest komornikiem, mój tatuś jest radcą, mój wujek jest policjantem i dodam jeszcze dziadka - jest on sędzią, ładnie poprosiłem ukochaną rodzinę o dobrowolną pomoc wolnorynkową - mieszkaniową, kochani: potrzebuję dziesięciu ludzi bezdomnych, aby wynajmować im moje drogie lokale - czterdzieści metrów kwadratowych za tysiąc polskich złotych, pięćdziesiąt metrów kwadratowych za tysiąc pięćset polskich złotych i sześćdziesiąt metrów kwadratowych za dwa tysiące polskich złotych, więc: pomożecie? Tak, synku, pomożemy - powyrzucamy niewinnych obywateli: nieźle będziesz zarabiał...           W dzisiejszych czasach człowiek jest bezwzględnie wykorzystywany jako zniewolony przedmiot gospodarczy: jego ciało służy firmom ubraniowym i kosmetycznym i tatuażowym, jego umysł służy firmom reklamowym i propagandowym i muzycznym, jego dusza służy firmom sekciarskim i dogmatycznym i religijnym i to wszystko jest jego - tak mu wmawiają: to twój wybór, więc: chowajcie zarobione pieniądze do bardzo głębokiej kieszeni, a najlepiej nie pracujcie na ich konto, tak: aktualnie jestem bez złamanego grosza, niestety: póki nie otrzymam lokalu - fundamentu i dachu i bezpieczeństwa - nie będę pracował: prędzej wybiorę śmierć, inaczej: duma czy głód - prawda czy fałsz?           A jak mi zawieszą dożywotnie odszkodowanie za utratę zdrowego słuchu, to: powinni mieć pełną świadomość - decyzja będzie nieodwracalna, inaczej: nie będę już chciał tych pieniędzy razem z należnym lokalem socjalnym - piętnaście metrów kwadratowych za dwieście złotych miesięcznie, a jeszcze tym bardziej - nie będę pracował, dalej: jeśli ktokolwiek będzie sobie wypłacał moje dożywotnie odszkodowanie, także: głodową łaskę podatników - będzie doskonale wiedział, że jest najgorszego miotu skurwysynem - złodziejem, słowem: okradł osobę niesłyszącą i bezdomną i osamotnioną, tak: mentalnie jest po prostu głęboko zakonspirowanym tchórzem - ludziom bogatym włazi w niemiłosiernie brudną dupę, natomiast - biednych: okrada, jasne - ja: będę miał czyste sumienie jak święta łza duszy, oczywiście: ich będzie gryzło i śmierdziało i gniło - po pewnym czasie będą wyjątkowo mocno agresywni - na siłę będą szukać winnego: ofiary - mnie, niestety: będzie - za późno, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać tysiąc trzysta złotych na utrzymanie osoby bezdomnej - silnej i zdrowej i mądrej, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać pięćset złotych na wynajęcie jakiegoś pokoju na wolnym rynku mieszkaniowym, nie wiem: skąd będziecie comiesięcznie brać na opłaty cudzego gospodarstwa - gaz i wodę i prąd, wiem: nie będę pracował jako osoba bezdomna - całkowicie bezprawnie wyrzucona, zapewniam: mogą mi odebrać powyżej wymienione pieniądze bez żadnej podstawy prawnej - będą używać argumentu: pan nigdzie nie mieszka, moich: merytorycznych dowodów opartych na formalnych dokumentach urzędowych - nie będą przyjmować i najprawdopodobniej taki będzie rozwój mojej życiowej sytuacji - same fakty mówią za siebie, świadczą - na całkowitą moją korzyść i po tym co przeżyję - naprawdę będę chciał powrotu do poprzedniego stylu życia - bytu?           Proszę pamiętać, że istnieje instytucja obrony koniecznej: artykuł prawny zezwalający obywatelom używać samoobrony fizycznej i werbalnej i psychicznej w celu ratowania osobistego życia, więc: mam święte prawo odpierać ataki, jeden: używając argumentów logicznych i dwa: używając argumentów filozoficznych i trzy: używając argumentów poetyckich i cztery: używając argumentów merytorycznych i pięć: używając argumentów prawnych i sześć: używając argumentów konstytucyjnych i siedem: używając argumentów psychicznych i osiem: używając argumentów duchowych i dziewięć: używając argumentów werbalnych i dziesięć: używając argumentów erotycznych, dalej: na samym końcu - fizycznych, włącznie: pozbawiając agresora życia, pytanie: czy nieczuły psychopata i żywy trup i niedojrzały emocjonalnie dwunożny ssak agresywny jest ze swojej natury człowiekiem?           Po pierwsze: jestem osobą samodzielną, po drugie: jestem osobą świadomą i po trzecie: moja bezdomność jest całkowicie nielegalna, której pod każdym względem nie akceptuję - zostałem bezprawnie wyrzucony: sąd rejonowy dla Warszawy Mokotowa (sędzia Agata Puż, ona: ukończyła studia prawnicze na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu - ledwo otrzymała trójkę) - wydał wyrok solidarnie i zastosował zbiorową odpowiedzialność karną, więc: nie uznaję bezprawnego wyroku, czekam tylko i wyłącznie na umowę o najem lokalu socjalnego, wtedy: formalnie przestanę być osobą bezdomną, również: znajdę pracę zarobkową na skromne pół etatu - legalnie, dalej: jak można osobę samodzielną i nielegalnie bezdomną pod pozorem propozycji udzielenia pomocy zmuszać do wzięcia udziału w tak zwanej resocjalizacji - pomagać jej wyjść z tak zwanej bezdomności i uczyć jej tak zwanej samodzielności, przecież: pod tą maską jest coś innego, dokładnie: kontrola - życia osobistego: intelektualnego i seksualnego i materialnego, oczywiście: otrzymane pismo biurokratyczne wylądowało w urzędowym koszu - moja czarna teczka nie będzie już zbierała jakichkolwiek śmieci.           Aktualnie panującą ustawa zasadnicza - Konstytucja: jak najbardziej jasno mówi w kilkudziesięciu artykułach prawnych, dokładnie: osobom niepełnosprawnym przysługuje lokum socjalne (piętnaście metrów kwadratowych) i zasiłek pielęgnacyjny (głodowa łaska podatników) i renta socjalna (dożywotnie odszkodowanie finansowe za utratę zdrowego słuchu z winy państwowego szpitala), dalej: uczciwie pracowałem zarobkowo w Zakładzie Pracy Chronionej i Archiwum Akt Nowych i Narodowym Klubie Libertyńskim, zapewniam: rzetelnie oddawałem podatki na utrzymanie biurokratów systemowych - płaciłem miesięczny czynsz i posiadałem miejską kartę komunikacyjną i robiłem miesięczne zakupy, słowem: byłem jak najbardziej samowystarczalny - posiadałem skromny byt życiowy, tak: posiadam niezłą emeryturę na stare lata, dekada mojej pracy: kolekcja niezłych książek i banknotów i monet, także: filmów, muszę jeszcze dodać - twardy fundament i brata mniejszego i własność intelektualną, niestety: wszystko zostało mi bezprawnie zniszczone - ukradzione, sam - zostałem bezczelnie wyrzucony na warszawską kostkę brukową: całkowitą odpowiedzialność ponoszą za moje Osobiste Życie trzy instytucje - Rodzina i Administracja i Temida, oni - odmawiają mi jakiejkolwiek obowiązkowej pomocy, gorzej: kradną formalne dowody świadczące na moją czystą korzyść, oczywiście: jestem osobą bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą - samodzielnie i jako ofiara powyższych instytucji - uczciwie pracowałem społecznie, wymieniam: Schronisko Betania i Towarzystwo Pomocy Świętego Brata Alberta i Otwarte Drzwi - Dom Rotacyjny i Stowarzyszenie Monar - Markot i Państwowa Noclegownia Skaryszewska - wyjątkowo piekielnie cierpiałem za obce mi winy i grzechy i błędy, zrozumcie: trzeba mi było pozwolić w styczniu tego roku wyjechać nad morze, potem: emigrować - mielibyście mnie już dawno z własnej: świętej i głupiej i pokornej - głowy, cóż: sami tego chcieliście - teraz będę ostrym kolcem w waszych zakłamanych sumieniach, zapamiętajcie: już nie ustąpię i nie będę pracował jako osoba bezdomna - wyrzucona całkowicie bezprawnie, a jeszcze tym bardziej - utrzymywał darmozjadów urzędowych i po raz kolejny zaczynał wszystko od samego początku i brał odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, bo: to wy, kurwa, to wy - zniszczyliście mi zrównoważone i opanowane i ustabilizowane Osobiste Życie, pewnie: Praktyka Błędnego Koła to wasz świat bytu - nudzący i śmiertelny i pusty, nie mój, dotarło!?           I nie uznaję bezprawnego wyroku sądu rejonowego dla warszawskiej dzielnicy mokotowskiej w składzie głównego przewodniczącego - sędzi Agaty Puż, tak: wyrok został wydany solidarnie - zastosowano wobec mnie zbiorową odpowiedzialność karną, inaczej: uznając powyższy wyrok - musiałbym wziąć odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, jednocześnie: musiałbym uznać własną bezdomność, a tym samym: całkowicie świadomie zrezygnować z należnego lokalu socjalnego, słowem: temida złamała kilkanaście praw, artykułów i paragrafów, więc: to ona jest odpowiedzialna za taki stan rzeczy - nie jestem wielbłądem, to znaczy: nie będę udowadniał własnej niewinności, dodam: aktualnie obowiązującą ustawa zasadnicza zezwala mi być oskarżycielem z całkowicie wolnej stopy, oczywiście: dowody złamania prawa cały czas posiadam w mokotowskim urzędzie miejskim - Wiktorska.           Przypominam: zostałem bezprawnie wyrzucony - zastosowano wobec mojej osoby zbiorową odpowiedzialność karną, wyrok został wydany - solidarnie: sędzia Agata Puż i komornik Olga Rogalska-Karakula i protokolant Aleksandra Zawadzka - Sąd Rejonowy Dla Warszawy Mokotowa na wniosek administracji spółdzielczej "Pod Kopcem" - nie znajdą państwo nigdzie danych osobowych powyższych władz publicznych ze spółdzielni mieszkaniowej, tak: człowiek posiadający czyste sumienie - nie ukrywa własnej tożsamości, dalej: jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłysząca, jednak: myślącą - samodzielnie, nie posiadam jakiegokolwiek stałego miejsca zamieszkania - meldunku, jutro idę spełnić obowiązek patriotyczny - oddać głos wyborczy, nie wiem jak to wszystko będzie wyglądało, wiem: nikt nie ma prawa odbierać mi jakichkolwiek praw publicznych, legalna ustawa zasadnicza - konstytucja: każdy ma prawo do pełnej wolności słowa i rozpowszechniania zdobytych informacji, jasne: będę nagrywał skład komisji wyborczej.           Składając formalnoprawny wniosek o odwołanie zaocznego wyroku - musiałbym uznać bezprawny wyrok, a tym samym: wziąć pełną odpowiedzialność za to - czego nie zrobiłem, przypominam: warszawski sąd rejonowy nie udowodnił mi jakiejkolwiek winy, tak: zastosował zasadę zbiorowej odpowiedzialności karnej wobec mojej skromnej osoby - wyrok wydał solidarnie, złamał: kilkanaście artykułów ustawy zasadniczej i kilkanaście paragrafów kodeksu prawa karnego i kilkanaście punktów własnego regulaminu - warszawskiego sądu rejonowego, zignorował rzymską filozofię prawa: nullum crimen sine lege, przyjął - katolicką filozofię prawa: vox populi, dalej: jestem po trzech legalnych pracach - posiadam niezłą emeryturę na odległe stare lata, także: dożywotnie odszkodowanie za utratę słuchu z winy państwowego szpitala w postaci renty socjalnej, przeszedłem trzy pozytywne weryfikacje ze strony następujących podmiotów systemowych: administracyjnej komisji mieszkaniowej i zakładu ubezpieczeń społecznych i agencji bezpieczeństwa wewnętrznego, natomiast: dwadzieścia pięć metrów kwadratowych lokalu socjalnego kosztuje dwieście złotych miesięcznie, jasne: aktualnie panujący system bezkarnie odbiera mi konstytucyjne prawa obywatelskie, potem: świadomie blokuje mi drogę do obrony własnych praw - prowadzi grę na jedną stronę, tak po prostu działa ten system: towarzystwa wzajemnej adoracji - układy i znajomości i wpływy, niestety: wiosną wyjadę na bezpowrotną emigrację - sami tego chcecie, po pewnym czasie: żałujecie - jesteście kompletnie nienormalni: zadajecie ogromny ból niewinnemu człowiekowi, a za chwilę: płaczecie - tak ma wyglądać moje życie, które w rzeczywistości jest waszym życiem?           Najwyższe prawo zasadnicze - konstytucja: zabrania, aby osoby niepełnosprawne mieli na głowie problemy osób pełnosprawnych, jednocześnie: zabrania osobom pełnosprawnym wykorzystywanie osób niepełnosprawnych pod pozorem udzielenia pomocy, dalej: jestem osobą nielegalnie bezdomną, niepełnosprawną - niesłyszącą, jednak: myślącą - samodzielnie, zostałem bezprawnie wyrzucony przez brak jakiejkolwiek odpowiedzialności ze strony matki - Katarzyny Jasińskiej (alkoholizm) i ojca - Wiesława Jasińskiego (alkoholizm) i brata - Jakuba Jasińskiego (bezrobocie), tak: Rodzina i Administracja i Temida - oni są odpowiedzialni za mój życiowy los: oni - odebrali mi trzy podstawowe świętości: twardy fundament i brata mniejszego i własność intelektualną, oni - perfidnie ściągnęli mnie w bardzo głęboki dół, oni - jak najbardziej świadomie zrobili ze mnie systemowego niewolnika i oni - wykorzystują moją witalność cielesną i umysłową i duchową, a ja - jako niewinna ofiara nie mam jakiegokolwiek życia prywatnego i seksualnego i kulturalnego, cierpię - robię coś wbrew własnej wolnej woli, bo: nie mam żadnego wyboru - mam zamieszkać pod warszawskim mostem?           W lutym wyciągnęłam matkę z głębokiego dna bezdomności - teraz mieszka ona w katolickim schronisku wolskim: nie pije alkoholu - pracuje, natomiast: ojciec i brat - uciekli, tak: w tym chorym kraju złodzieje są ponad obowiązującym prawem, gorzej: prawo ich chroni, a ludzie uczciwi nie mają żadnych szans na jakiekolwiek godne życie... Teraz muszę czekać na pisemną informację telefoniczną (SMS) ze strony wydziału lokalowego - wewnętrzna rada urzędników ma podjąć formalną decyzję, które mieszkanie przyznać panu Łukaszowi Jasińskiemu, potem: zaproszenie i obserwacja i decyzja - akceptacja, dopiero: na samym końcu wchodzi ekipa remontowa, nie wiem jak długo będę czekał, wiem: po co mieszkanie osobie wykończonej - cieleśnie i umysłowo i duchowo? Wybieram - emigrację, jeśli nic z tego nie wyjdzie - bezdomność, tak: wolę - schronisko.           W dniu drugiego listopada o godzinie dwunastej dziesięć mój telefon komórkowy został zablokowany przez aktualnie panujący system - nielegalnie zatrudnionego hakera, cały ekran był czarny - robił jasne błyski, nie: nie był to wirus - jego łatwo usunąć, przypominam: taka sytuacja nie pierwszy raz zaistniała w moim osobistym życiu, jasne: ciągle mnie blokują, aby uniemożliwić mi jakąkolwiek walkę - cały czas używam merytorycznych argumentów opartych na formalnych dokumentach biurokratycznych, dalej: wyjątkowo ciężko pojąć ich rozumowanie współczesnego świata - logikę, dokładnie: oni dają tobie jakieś auto, pismo, religię i serial, potem: natychmiast ciebie blokują - całkowicie zabraniają ci zwracania uwagi, także: krytykowania decyzji systemowej władzy, inaczej: samodzielności, zauważ: zostały ci odebrane - formalnoprawne narzędzia samoobrony, ty: nie mając jak odrzucić, uniknąć i odepchnąć niechcianych produktów materialnych, dogmatycznych i komercyjnych - zostajesz workiem na emocjonalne, przeterminowane i ideologiczne śmiecie, twoje ciało, umysł i dusza, jakby inaczej: cud - zaczyna źle funkcjonować, czujesz wtedy obcy ciężar - niestrawny, zaczynasz nieświadomie chorować: atakuje ciebie cywilizacyjna agresja, frustracja i depresja, zrozum: odebrano ci możliwość - społecznej komunikacji obywatelskiej, jednak: posiadasz ogromne pragnienie życia - kupujesz nielegalną broń palną na czarnym rynku warszawskim, bo: tylko ona ci pozostała i tuż za chwilę: o godzinie dwunastej czterdzieści wyjąłem baterię i włożyłem ją - w to samo miejsce, a za pięć minut: mój telefon komórkowy wrócił do normalnego trybu działania.           Na dobry początek - Łukasz Jasiński, zacznijmy więc od bardzo głębokiego źródła przyczyny: w dwutysięcznym siedemnastym roku zostałem bezprawnie wyrzucony na miejski bruk warszawski, a jestem osobą niepełnosprawną o umiarkowanym stopniu - niesłyszącą (posiadam całkowity ubytek słuchu: miałem operację na nosie w dziecinnym wieku - około cztery lata, została źle użyta narkoza - znieczulenie), dalej: odpowiedzialność za moją aktualną sytuację życiową ponoszą trzy publiczne instytucje o charakterze prawnym, wymieniam: Rodzina, Administracja i Temida, po raz kolejny przypominam - światu: zanim doszło do całkowicie bezprawnej eksmisji - próbowałem uprzedzić fakty: zgłosiłem sprawę mokotowskiej policji (Podchorążych i Maszewskiego), zgłosiłem sprawę mokotowskiej opiece społecznej (Iwicka i Sielecka) i zgłosiłem sprawę administracji spółdzielczej (Zwierzyniecka) - nikt nie udzielił mi jakiejkolwiek przysługującej pomocy: organy władzy publicznej postąpiły wbrew kulturze osobistej, prawu karnemu i ustawie zasadniczej - konstytucji (w urzędzie miejskim na Wiktorskiej znajdą państwo Moją Sprawę - Życie, dokładnie: Wydział Zasobów Lokalowych - nr: Sto), natomiast: wy, państwo, wy - jako system Opieki Pomocy Społecznej - świadomie, perfidnie i złośliwie utrudniacie mi normalne funkcjonowanie bytowe - życie (ukrywanie dokumentów, przerzucanie mojej sprawy z dzielnicy na dzielnicę i granie na czas - liczenie na przekroczenie ustalonej granicy dochodu w postaci tysiąc dwieście złotych miesięcznie, wtedy: nie otrzymam lokalu socjalnego), słowem: patrzycie na moją osobę jak na winną - odpowiedzialną za jakąś zbrodnię, każecie mi płacić trzysta złotych miesięcznie za górne łóżko w domu dla osób bezdomnych - schronisku, chociaż: dwadzieścia metrów kwadratowych lokalu socjalnego kosztuje dwieście złotych miesięcznie! Kim wy jesteście, aby decydować o moim życiu!? Nie wiecie!? Powiem wam: jesteście najgorszym miotem biurokratów - prymitywnym, wrednym i upośledzonym - cieleśnie, intelektualnie i duchowo, zaprogramowanymi żywymi trupami - bez jakiegokolwiek serca, jesteście wtórnymi analfabetami - darmozjadami, pasożytami i krwiopijcami i niewolnikami chorego systemu! Mam już dość!!! Proszę więc przyjąć moja rezygnację z bezterminowego zasiłku pielęgnacyjnego w postaci: sto osiemdziesiąt cztery złotych miesięcznie - nie chcę już waszej głodowej łaski!           Przyczyna: zostałem bezprawnie wyrzucony na miejski bruk warszawski - jestem osobą nielegalnie bezdomną, dalej: piętnasty miesiąc czekam na należny lokal socjalny, sito systemu zabija mnie jako zdrowego człowieka - niedługo będę kaleką cielesną, umysłową i duchową z winy aktualnie panującego systemu, tak: takie doświadczenie nauczyło mnie tylko jednego - pogardy dla dwunożnych zwierząt agresywnych bez względu na ilość posiadanych kont bankowych, tymczasem: jako osoba niepełnosprawna o stopniu umiarkowanym - niesłysząca - nie mogę pracować na jakichkolwiek stanowiskach, które zagrażają mojemu bezpieczeństwu - życiu, niestety: moje prawne, merytoryczne i logiczne argumenty nie docierają do jakichkolwiek wtórnych analfabetów - betonu, właściwie: powinien używać siły fizycznej wobec intelektualnych padalców, nawet: zabijać - strzałem w potylicę, nomen omen: taka śmierć jest bezbolesna, szybka i humanitarna, przecież: tu chodzi o moje zagrożone życie, skutek jest jednocześnie diagnozą: "podejrzenie wyrośli chrzęstno-kostnej końca bliższego kości piszczelowej po stronie przyśrodkowej i skręcenie stawu kolanowego - lewego", inaczej: coś mi skacze w lewym kolanie przy szybkich ruchach - muszę nosić opaskę stabilizacyjną, także: nie mogę dźwigać, jasne: bezpośrednim sprawcą bólu na moim ciele jest kierownik schroniska, pośrednim: Rodzina, Administracja i Temida - system, który ponosi odpowiedzialność za moją aktualną sytuację życiową, jednocześnie: pogarsza ją, więc: czego ten system ode mnie jeszcze oczekuje?           Wiesz, przechodniu, prawda wyzwala energię - moc, dzisiaj: skrzyżowanie alei Solidarności i ulicy Żelaznej - miejsce niewybaczalnej zbrodni: sklep, tak: w prostej linii sto metrów - sąd rejonowy dla warszawskiej dzielnicy mokotowskiej - Ogrodowa, dalej: szczegół po szczególe - fakt po fakcie: robię drobne zakupy, płacę kartą bankomatową i wychodzę... Nagle szybki błysk - czerwona lampka w lewym rozumie, inaczej: logicznej półkuli mózgowej, ona: nie oddała mi karty! Wracam i zwracam jej uwagę, ona: oddałam ją panu - pan ją schował! Pokazuję puste kieszenie - nie mam jej! O! Tu leży! Zapomniał pan - wrednym paluchem wskazuje! A ta druga: ma pan jakiś problem!? To wy, kurwa, macie wielki problem! Jesteście paskudnymi złodziejami! A najłatwiej jest okradać bezdomnych - nie wstyd wam!? Sklep posiada kamery - nagrywa wszystkich złodziei, wiesz, przechodniu, prawda wyzwala energię - moc, pamiętaj: sprzedawca posiada obowiązek oddać tobie kartę do twojej łaskawej dłoni, ona - tego nie zrobiła, najpierw: ukradła, potem: zaczęła mi wmawiać, że oddała mi ją - schowałem ją, a na samym końcu: to pan zapomniał! Jest to charakterystyczne dla wszelkiej maści złodziei, jednocześnie: zastosowała ona wobec mojej osoby psychomanipulację - próbowała na mnie wpłynąć, inaczej: zdyskredytować, wzbudzić poczucie winy i zasugerować chorobę psychiczną - pan ma problem! Tak, takie zachowanie jest jak najbardziej dla dwunożnych zwierząt agresywnych, których gryzie sumienie - szukają oni wtedy Boga, przepraszam: ofiary, również: współwinnego - ich winy, grzechu i błędu, tekst jest spójny logicznie: jest tutaj psychologia, teologia i socjologia - zachowanie stadne, religijna wiara i rola społeczna. Szalom, pardon: na wieki wieków święty - Amen!           Powtarzam: zostałem bezprawnie wyrzucony jako osoba niesłysząca o umiarkowanym stopniu niepełnosprawności na miejski bruk warszawski przez spółdzielczą organizację prawników w składzie głównego przewodniczącego - sędzi Agaty Puż, dalej: wyrok został wydany solidarnie, zastosowano wobec mojej osoby zbiorową odpowiedzialność karną, biegły nie zrobił wywiadu rodzinnego, odmówiono mi prawa do jakiejkolwiek obrony własnych racji i nie przysługuje mi żaden lokal socjalny, tymczasem: nie wolno wydawać wyroków solidarnie, stosować zasady zbiorowej odpowiedzialności karnej, biegły miał obowiązek zrobić wywiad rodzinny, przysługuje mi jako osobie niepełnosprawnej urzędowy adwokat, urzędowy tłumacz języka migowego i urzędowy biegły, przysługuje mi status oskarżyciela z całkowicie wolnej stopy, status świadka koronnego i status ofiary systemu - odszkodowanie i przysługuje mi normalny lokal socjalny - przydział, jasne: jako reprezentanci systemu chcieliście mi dać prawdziwą lekcję życia - bezkarnie, nielegalnie i bezczelnie zniszczyliście życie człowiekowi dojrzałemu: samodzielnemu, odpowiedzialnemu i świadomemu - to wy gotujecie mi niewiarygodne piekło, kończąc: ta wasza lekcja życia nauczyła mnie tylko jednego, dokładnie: POGARDY!   Łukasz Jasiński (Warszawa: 2017-21)
    • @Arsis ponura, poruszająca wizja  niecodzienna rozbudowana metafora...
    • @Stukacz a dlaczego źle? inaczej:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...