Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„Jezu, kurwa, ja pierdole” – powiedział młody chłopak. Jego ciało najpierw wykrzywiły spazmatyczne bóle, by po chwili ustały i mógł zaczerpnąć powietrza. Zaczerpnąć? On je pochłaniał jakby przynajmniej od tygodnia nie oddychał lub oddychał jakimś rynsztokowym smrodem. Jego oczy...Oczy, które zdradzały wszystko...Ból, samotność, bunt, chęć ucieczki. No i gdzie uciekł? Przeciw komu się on teraz buntuje? Przeciw temu do czego chciał uciec – chęć życia, ludzie, uczucia – to co chciał poznać, co było wcześniej niemożliwe do poznania, co dzięki swojemu charakterowi i wyborom już zobaczył, czego obrazy były zapisane w jego wzroku...teraz tego już nie widać w jego zielonych, jakby nieobecnych oczach. Uspokoił oddech, rozejrzał się wokół – jedna z wielu małych, bocznych uliczek naszego miasta, wciąż ta sama, wciąż ta sama pozycja, w której siedzi oparty wciąż o ten sam kontener już nie wiadomo który raz. Światło dnia ledwie liźnie to miejsce od czasu do czasu, teraz jest zacienione. 50m dalej na ulicy tłum ludzi baznamiętnie idzie ciągle w jedną i tą samą stronę. Odczekał jeszcze parę minut zanim spojrzał na swoją rękę. Wyjął strzykawkę zostawiając igłę wbitą w żyle. „A co tam, nie będę czekał tu na śmierć, sam ją zaproszę” i wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki kolejną działkę. Bez wahania, bez namysłu, bez namiętności połączył strzykawkę z igła, lekko zassał krew – życie i śmierć pomieszały się w tym małym narzędziu. Krew walczyła, opanowała i pochłonęła heroinę, zabarwiła ją całą na czerwono...prawie wygrała...prawie się nie dostała z powrotem do organizmu...prawie...bo przecież życie w porównaniu z wolą i głupotą człowieka nie miało szans – wcisnął tłok i ta nienaturalna mieszanina dostała się do jego żyły. „Jezu!” – wykrzyknął. Czemu akurat „Jezu”? Wiedział w ogóle co mówi, kim On jest? Pewnie nawet Go nie znał...Mieli coś wspólnego, że wołał akurat do Niego, coś ich łączyło? Nie wydaje mi się....
* * *
Wstał, podpierając się o ścianę doszedł do ulicy. Światło oświetliło jego sylwetkę – był wysoki, chudy, średniej długości włosy częściowo zakryły mu twarz. Niezbyt dobrze zbudowany, ale silny. Ubrany schludnie, w długie czarne sztruksy, białe adidasy i białą koszulkę nie wyróżniałby się z tłumu, gdyby nie jego oczy – widać w nich pragnienia, marzenia, ambicje, uczucia – jednak odległe i umiejscowione daleko, od zwykłego świat odgrodzone mgłą – tylko bunt był w nich ciągle obecny i niczym nie przyćmiony. Spojrzałem w oczy ‘ludzi’ – tam nie było nic z ambicji, marzeń, pragnień a jeśli nawet to gdzieś przyćmione, widać w nich brak woli i odwagi by je zrealizować, posłuszeństwo i zgoda na taką rolę jaką wybrało życie, brak buntu. Lecz nie tylko one wyróżniały go z tego bezrozumnego stada „baranów” – on nie poddawał się, nie poszedł jak inni, nie uległ „owczemu pędowi” – poszedł w przeciwną stronę. Przyspieszył kroku i dogonił ich. Przywitał się z nimi, uściskał przyjaciół, ucałował przyjaciółkę i poszli dalej – razem, wsparci o swoje ramiona, gdy trzeba było podtrzymywali się wzajemnie. Nierzadko to on podtrzymywał i pomagał iść dalej innym, nie pasożytował na ich przyjaźni lecz sam też potrafił być przyjacielem, oddanym powiernikiem tajemnic, kijem gdy ciężko się szło, skrzydłami, gdy spadali...Jednak od pewnego czasu to on miał problemy, złapał tragiczną delirę...Następnego dnia z naprzeciwka zobaczył ją – zamachała mu strzykawką przed oczami i poszedł. Porzucił swój kierunek, poszedł bo chciał, bo musiał, tak bardzo tego potrzebował...Szedł za nią długo, na tyle długo, że się zakochał – nie wiem czy naprawdę – w niej – czy tylko pokochał ją bo miała to, czego szukał. Ona wiedziała, że jest już jej – podtrzymywała go małymi działkami, obiecując, że wkrótce dostanie towar pierwszej klasy, bez domieszek. Lecz on już ledwo szedł – wszystko go bolało – mięśnie co chwila łamały skurcze, „głód” był tak wielki, że już ostatkiem sił złapał ją za rękę i – czego sam się nie spodziewał – prosił ją. Teraz dopiero zobaczył jej oczy – piękne, czyste, bez mgły, lecz zagubione...Zagubione bardziej od jego teraz i bardziej niż wtedy, zanim ruszył pod prąd. Spojrzała na niego czule, bez pogardy – „lecz się” – wyszeptała, wyrzuciła towar i odeszła oglądając się co chwila i obserwując jak chłopak powoli upada. To co czuł...nie da się opisać. Już nie miał sił, wnętrzności chciały wyjść i poczuć trochę swobody, blask w oczach gasł, ciało bezwładnie zaczęło opadać. Ona odwróciła się i patrzyła....jak on upadł po raz pierwszy. Głowa uderzyła o bruk, leżał tak chwilę – ludzie omijali go nie patrząc na leżącą u ich stóp postać, która swym milczeniem krzyczała o pomoc. Jednak zbyt głupi i zaślepieni swymi własnymi sprawami ludzie nie robili nic. Niekiedy ktoś spojrzał w dół, chciał nawet przystanąć, zapytać się, lecz popchnięty przez innych, przez świat, znów nie potrafił oprzeć się, powiedzieć „nie” i przystanąć, wyjść z tej gonitwy życiem zwanej i zatrzymać się przy nim. I nie wiadomo jak, gdzie i skąd pojawili się oni – podnieśli go i pociągnęli znów w swoją stronę. Jego ciało było bez woli, ciągle wstrząsały nim dreszcze...wiedzieli, że musi coś wziąć bo zamęczy się i w końcu zejdzie. Wtedy podeszła ona, sprawnie zacisnęła swój pasek na jego ramieniu, wyjęła strzykawkę, poczekała chwilę i delikatnie wbiła igłę...Śmierć i życie zarazem powoli wtłaczała mu do żyły, by po chwili ta cudowna mieszanka dotarła do serca, wymieszała się tam i dotarła do wszystkich części jego ciała. Mózg (jeśli jeszcze go miał) powoli przejmował kontrolę nad jego ciałem. Dreszcze ustawały a on wkrótce stanął na własnych nogach. Spojrzał na swoją wybawicielkę – jej narkotyk oddziaływał głównie na rozum, mniej na serce, tamtej prawie tylko na serce. Był jeszcze słaby, za słaby by iść sam...wsparł się na ramieniu i poszli razem...kawałek. Ona dawała mu to czego potrzebował, odzyskiwał siły po tamtym wypadku wiele nie pozostało. I znów to samo – sprawczyni jego pierwszego upadku podeszła do niego z tyłu, odwróciła go. Trzymała w ręku strzykawkę, powiedziała – „Jestem. Już jestem”, szybkim ruchem wbiła mu ją w serce i powoli wtłaczała zawartość. Poczuł się silny, odwrócił się do swoich ludzi, kiwnął ręką na pożegnanie i poszedł z nią, znów z prądem, znów nie tak jak był przyzwyczajony, jak sam kiedyś wybrał. Lecz to co tkwiło mu w sercu, ta igła, ta strzykawka, ten towar...prawdziwa moc. Oddalali się szybko, ona powoli wtłaczała mu zawartość dalej. Pragnął by też poczuła to samo, chciał mieć taką sama strzykawkę, którą wbiłby jej, szukał, próbował znaleźć, chciał jej nawet oddać swoją, „trudno...nawet z sercem” – myślał. Lecz w miarę jak strzykawka się opróżniała on coraz bardziej się zmieniał, upodabniał się do tłumu wokół, tracił swą wewnętrzną moc, ten blask w oczach...lecz szedł, był szczęśliwy i nie myślał o tym. Myślę, że nawet nie zdawał sobie wtedy z tego sprawy – szczęście, radość i powodzenie powoli ogłupiały go. Zaczął przyjmować dziwne tory myślenia, które były dla niego bardzo niebezpieczne – „Skoro jestem szczęśliwy gdy idę z tłumem, z prądem, to może to jest metoda? Upodobnić się do baranów wokół, zatracić to co przez całe moje życie w sobie ukształtowałem, to co budowałem przez cierpienie i bunt? Po co mi to gdy jestem szczęśliwy jako grosik w tych milionach?” Nie wie ile szedł z tymi myślami, lecz ocknął się trochę za późno – jego „Pani z tamburynem” nie trzymała go za rękę. Nie była nawet tuż obok. Była daleko przed nim, przytulona do kogoś innego, szeptając mu do ucha. Podszedł bliżej i usłyszał z jego ust słowa, które wstrząsnęły jego światem, ba! Legł on w gruzach. Strzykawka i igła pękły rozpryskując się na tysiące kawałków. Cząstki igły poszarpały mu serce, wbijając się, wszczepiając w zdrową część. Błyskawicznie upadł, upadł do tyłu, na plecy. I nie chciał już wstać. Upadł po raz drugi. Stracił przytomność, śnił. Śniły mu się wizje innego życia, gdyby dokonał innych wyborów. Otworzył oczy, stali nad nim dawno nie widziani przyjaciele, byli ze swoimi drugimi połowami. Była też ona, powtórzyła te same czynności jak po tym, gdy upadł po raz pierwszy. Znów dzięki niej powoli odzyskiwał siły, lecz wciąż potrzebował ich ramion. Stawiał teraz kroki niepewnie. Odczuwał ból – skutek tego tragicznego upadku, lecz najbardziej bolą go resztki tej igły – wciąż w nim tkwią, wciąż przypominają o tym pięknym okresie w jego życiu. Ból przez nie powodowany przypomina, że się już skończył. „Jakie to proste i logiczne – myślał – Trzeba pozbyć się tych bolących resztek przeszłości by móc swobodnie żyć dalej, te inne się przeczeka, niech się zasklepia, wyrzucać ich nie sposób, za dużo...Niech te dobre zostaną. Hmmm...jednak sam przy lustrze ich nie wyjmę.” Popatrzył na nią, a ona znów z troską aplikowała mu kolejną dawkę. „Może ona mi pomoże?” To była jedyna osoba w jego otoczeniu, która mogłaby to zrobić. Poprosił ją, zgodziła się. Każdego dnia wyjmowała mu po jednym kawałku, maksimum dwa – tych nijakich kawałków, złe bała się ruszyć a dobre spokojnie, bez pośpiechu leczyła, sprawiała, że szybciej się zasklepiają i już tak pozostaną. Dopiero teraz popatrzył jej w oczy – były delikatnie załzawione, pełne troski i...czegoś, czego jeszcze nigdy wcześniej nie widział, nie potrafił tego nazwać...Ale wiedział, że go teraz nie zostawi, nie odwróci się nawet gdy on znów odetnie, odleci po działce, zamyśli się na zbyt długą chwilę czy zatrzyma by złapać oddech. Ona cierpliwie, systematycznie, wyjmowała mu szczątki igły przeszłością zwanej. Wszystko co dobre już się zasklepiło, co złe częściowo wyjęte. Praca mozolna, jeszcze trochę tego zostało...A on? Nie pomagał jej...Marudził, był apodyktyczny, lecz nie robił tego bo wiedział, że nie opuści go – przecież ni był tego pewien, to jego przeczucia. On po prostu był sobą – indywidualistą, pełnym energii i zapału młodym człowiekiem ceniącym sobie wolność ponad wszystko. Aż pewnego dnia poczuł się zbyt pewnie, uznał że sobie sam poradzi, że nikt mu nie jest potrzebny i niech wszyscy się od niego odpierdolą. Popełnił błąd – zamknął się na wszystkie zamki, stanął przed lustrem, wziął pensetę i zaczął majstrować przy tych strzępach w sercu – upatrzył jakiś duży kawałek i zamiast wyjąć wbił go mocniej. Grymas bólu wykrzywił mu twarz, przed oczami, w lustrze przemknęły wspomnienia zawarte w tym kawałku. Zrozumiał skąd grymas – to było z ich ostatnich dni...Wyjął go, wyrzucił do kosza i popatrzył na inne, na te zasklepione rany i zaszyte w nich kawałki. Chciał do tego wrócić – rozmyślał nad tym. Zastanawiał się gdzie ona teraz jest, czy myśli o nim, czy go w ogóle pamięta...Te resztki igły...Tak, nie chciał się ich pozbyć, bo wciąż miał nadzieję zobaczyć w jej oczach to coś co zobaczył nawet teraz u siebie w lustrze...Lecz wiedział, że to niemożliwe, to nigdy nie nastąpi, jej blask w oczach...ona jest, lecz nie świeci dla niego...Nagle rozległo się pukanie – to ona, przyszła by mu pomóc. Spławił ją. Stanął znów przed lustrem, skupił się, przypomniał sobie ostatnie zdanie ze swoich rozmyślań przed chwilą. Zaczął szukać jeszcze innych kawałków podobnych do tego co przed chwilą wylądował w koszu, znalazł, zaczął go wyjmować, nie szło...poszarpał tylko rany. Zdenerwowany wbił pensetę mocniej....i zrozumiał: ”Co ja zrobiłem?” Upadł trzymając się za pensetę wbitą w serce. „Jezu, kurwa, ja pierdole” krzyczał upadając. Upadł po raz trzeci i leży odgrodzony od wszystkich pozamykanymi przez siebie zamkami. Upadł po raz trzeci. Czemu wołał „Jezu”? Mieli coś wspólnego, coś ich łaczyło? Nie wydaje mi się....

  • 1 miesiąc temu...
Opublikowano

1) "Zaczerpnąć? On je pochłaniał jakby przynajmniej od tygodnia nie oddychał lub oddychał jakimś rynsztokowym smrodem." - świetne
2) uczucia – jednak odległe i umiejscowione daleko, od zwykłego świat odgrodzone mgłą - chyba "świata"
3) potrafił być przyjacielem, oddanym powiernikiem tajemnic, kijem gdy ciężko się szło, skrzydłami, gdy spadali...- świetne!
4) To co czuł...nie da się opisać. - lepiej: tego co czuł nie da się opisać.

Bardzo sprawnie napisane. Dawno nie czytałem tak sprawnie napisanego tekstu. Wielu tutejszych autorów mogłoby się od ciebie uczyć. Aż dziw mnie bierze, że jak dotąd nikt nie zamieścił pod twoim tekstem komentarza.
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do skomentowania mojego tekstu.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...