Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W korytarzu odbijało się echo wielu kroków. Ktoś biegł, ktoś krzyczał. Zewsząd dochodził odgłos strzałów, urywki wydawanych rozkazów. Zza rogu wynurzyło się kilkanaście pobrzękujących stalą sylwetek, które pognały w ślad za grupa uciekinierów. Ukryta w cieniu postać odprowadziła ich spojrzeniem, odetchnęła z ulgą. Przez chwilę nasłuchiwała, potem wychyliła się ze swej kryjówki.
Odde Maniee zobaczył dziewczynę już po chwili, kiedy ostrożnie wysunęła się i obejrzała. „Ależ ona chuda” pomyślał, sięgając po paralizator przy pasie. Niewątpliwie była jedną z dilerów. Nosiła obcisły, kolorowy kaftan, mocno przerobiony, bo odsłaniał całkowicie nędzne kształty. Odde mógł policzyć wszystkie żebra, rysujące się wyraźnie na żółtym materiale. Ruszył powoli bojąc się, że grubą podeszwą nadepnie na kawałek wszechobecnego szkła i zdradzi swoją obecność. Wyciągnął rękę, nastawiając jednocześnie broń. Siedziała w kucki, w każdej chwili gotowa się poderwać i uciec. Wystarczył jeden celny cios, jedno uderzenie fali elektrycznej, a będzie ją miał…
Zza rogu wybiegł jakiś zabłąkany strażnik, który w ferworze walki zgubił swoją grupę. Trudno było nie zauważyć dziewczyny siedzącej na opustoszałej drodze. Wzrok mężczyzny przyciągnął szczególnie kusy strój, tak jarzeniowy, że strażnik otworzył usta ze zdumienia. Jak można było przegapić kogoś takiego? W mroku przejść i korytarzy jej ciało świeciło jak neon.
-Stój w imieniu prawa!- Szybkim ruchem naładował miotacz i wycelował w chudą pierś. Nawet nie drgnęła, fiołkowe oczy wwiercały swe spojrzenie w wylot broni, oczekując huku wystrzału. Zaraz potem zniknęła…
Maniee przeklinał w myślach swoją głupotę. Może stracić stołek, spędzić resztę życia za biurkiem lub patrolując takie właśnie mroczne dzielnice. Wciągnięta pod tarczę dziewczyna szarpała się i wiła jak szczupak. Trzymał mocno, starając się nie uderzyć w nią energią z paralizatora i jednocześnie odprowadzić strażnika spojrzeniem. Ten ostatni zbliżył się osłupiały do miejsca, gdzie siedziała dziewczyna, obmacał je starannie, szukając jakiegoś przejścia, albo pola. Kiedy nic nie znalazł po prostu się oddalił. Odde przypuszczał, że nie wspomni o zniknięciu narkomanki w codziennym raporcie…
Oderwał wzrok od potężnej sylwetki strażnika. Dziewczyna wbiła zęby w skórę ponad przegubem, w miejscu, gdzie nie chroniła go ani rękawica, ani twarda powłoka munduru. Odepchnął ją gwałtownie, uderzyła plecami o mur. W fiołkowych oczach igrały ogniki złości i nienawiści.
-Co trzeba obiecać kobiecie, żeby mogła się tak stoczyć- powiedział cicho, odgarniając kolorowe kosmyki z szyi dziewczyny i usiłując założyć na nią obrożę. Niespodziewanie znalazła się bardzo blisko niego, pociągnięte karminem wargi poruszały się tuż przy jego ustach.
-Zrobię wszystko… Wszystko, co chcesz… Tylko nie obroża…
Oblizała usta. W oczach kręciły się łzy desperacji. Zaklął cicho. Tylko tego mu brakowało. Dłoń dziewczyny powędrowała w dół, bezbłędnie odnajdując swój cel, zacisnęła się. Odepchnął ją mocno.
-Błagam... Nie chcę tam wracać…- Skuliła ramiona, kiedy znów do niej podszedł, próbując zapiąć metalowy splot pod jej podbródkiem. –Tam jest jeszcze gorzej… Nie chcę…
Zamarł w półruchu, rozdarty między litością, a obowiązkiem.
-Niech to szlak!- warknął, chowając obrożę za pasem. Fiołkowe oczy spojrzały na niego z wdzięcznością. I nadzieją.
-Dziękuję…- szepnęła, a lekki uśmiech zmienił oblicze wychudzonej, umalowanej twarzy.
-Nie dziękuj- odparł szorstko, sprawdzając, czy tarcza wciąż kryje ich przed niechcianym wzrokiem. –Jak ci na imię?
-Picave.
Odruchowo parsknął śmiechem. Nie mogła wymyślić czegoś innego?
-A naprawdę?
Przełknęła głośno ślinę. Czekał, zastanawiając się, co zrobi z zagłodzoną, uzależnioną od prochów dziewczyną. Może wystawi na balkon?
-Pill Cave…

***
Czerwony promień czytnika zapiszczał cicho, światło momentalnie zmieniło się na zielone. Spiżowe drzwi uniosły się ku górze, odsłaniając długi, biały korytarz, w którym kolejno zapalały się światła. Odde odsunął się, robiąc miejsce dziewczynie. Ukłonił się teatralnie, wskazując ręką tunel. Stała, kurczowo zaciskając dłonie na spódniczce mini, aż zbielały jej kostki.
-No, śmiało- mężczyzna popchnął ją leciutko do przodu. –Nie trzymam tu trupów poprzednich żon.
Omiotła go pewnym zaniepokojenia spojrzeniem, po czym nieśmiało postąpiła do przodu.
-To nie pałac, ale da się żyć.- Maniee poczuwał się do prowadzenia dialogu z dziewczyną. Jej skrępowanie było naturalne, prosto z ulicy znalazła się w istnym raju. W dodatku z bieżącą wodą i bezpłatną kablówką.
- Idzie na to znaczna połowa mojej pensji. Za to umyjesz się, przebierzesz…
Łypnęła na niego spode łba, kiedy podprowadził ją do jednych drzwi i znów przyłożył dłoń do czytnika. –Budynek jest podziurawiony jak żółty ser. Większość mieszkań stoi przez cały rok pusta, kiedy ich mieszkańcy wykonują misje Ekumeny…
Drzwi znów się uniosły. Nim płyta schowała się w metalowych odrzwiach, wszedł do środka, a dziewczyna postąpiła niepewnie do przodu.
-Witaj w moim królestwie.- Uśmiechnął się, rzucając kurtkę na obrotowy fotel. Pomieszczenie było dwupoziomowe. U góry, tuż przy drzwiach, znajdował się maleńki salonik, z ogromnym plazmowym ekranem zajmującym całą ścianę. Trzy pokryte białą płytą stopnie zaprowadziły Pill do mocno zagraconej kuchni.
-Tam jest łazienka, tam jedna sypialnia, tam druga… -Rozglądała się ciekawie, kiedy Odde wskazywał na poszczególne drzwi. –Umyj się… W szafie, o tam, znajdziesz jakieś ubrania.
Skinęła głową. Mężczyzna zrzucił wysokie buty, przeszedł na bosaka po kafelkach i zakrzątnął się przy blacie kuchni. Wystarczył jeden ruch, aby porozstawiane tam naczynia z brzękiem dołączyły do tych wypełniających zlew. Maniee otworzył lodówkę, ściągniętą twarz skąpała się w niebieskim świetle. Pill ostrożnie ruszyła w stronę łazienki, obserwując wszystko wielkimi ze zdumienia oczami.
-Są paluszki krabowe!- zawołał radośnie Odde, przetrząsając pustą lodówkę. Wyciągnął także dwie puszki słodkiego, malinowego piwa. Tego miał pod dostatkiem… Wygrzebał klejącą buteleczkę z olejem, niedomytą patelnię i pudełko czekoladek na których utworzył się siwy nalot. „Pewnie jadała gorzej” pomyślał, niosąc specjały na blat. Niespodziewanie drgnął, zaniepokojony. Od chwili, gdy dziewczyna zniknęła w drzwiach łazienki nie słyszał, żeby włączyła wodę. Rury powinny drżeć, powinien dosłyszeć ogłuszający szum, chlupotanie. W mieszkaniu zrobiło się niespodziewanie cicho…
Zdjęty nagłym strachem skoczył ku łazience. A może jakoś się wymknęła, wystrychnęła go na dudka? „Chyba, że umie przechodzi przez beton” pomyślał zgryźliwie, ale i tak nie opuściło go przerażenie. Powinien bardziej uważać. Co sobie myślał? To tak jakby trzymać walpurskiego tygrysa w łóżku…
-Cymbał…! Cymbał!- mruczał pod nosem, przekraczając próg łazienki. Ku jego zaskoczeniu i niespodziewanej uldze stała tam. A może to nie była ona?
Dziewczyna, którą zobaczył, była łysa. I naga. U bosych stóp układały się kolorowe kosmyki. Skóra zdawała się opinać czaszkę, kości policzkowe wyraźnie rysowały się tuż obok drobnych, drżących warg. Łzy rozmyły tusz i kolorowe cienie. Jej ciałem targały gwałtowne spazmy szlochu, kiedy próbowała ukryć nagość dłońmi. Maniee nie patrzył jednak na chude, mizerne ciało. Bystre, piwne oczy mężczyzny wwiercały swe spojrzenie w twarz młodej kobiety i tatuaż powyżej ucha. Odruchowo sięgnął po ręcznik i podał go jej. Wydmuchała nos w miękkie frotte, później owinęła się nim w tali. Ruszył ostrożnie w jej stronę, omijając porzucone ubrania i kupkę włosów. W szklanej umywalce znajdowała się jego elektryczna brzytwa, wciąż pulsująca miarowo wśród wielobarwnych kosmyków i kropel krwi. „Skaleczyła się” pomyślał, unosząc na nią oczy. „Przestraszyła…”
Ujął brzytwę w dwa palce i zbliżył się do dziewczyny. Przywarła plecami do ściany, zsunęła się po zimnej, gładkiej powierzchni. Zobaczył miejsce nacięcia, tuż obok tatuażu. Skuliła się jeszcze bardziej, dobrze wiedząc, co przyciąga uwagę Odde.
-Trzeba poprawić- szepnął, przysiadając przy niej i przysuwając zimne ostrze do ośmioramiennej gwiazdy, w której wnętrzu wiła się czarna żmija.

***
Odde obudził się gwałtownie. Przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy nocy. Dźwięk, który wyrwał go z krainy snów powtórzył się. I znowu. Nie musiał zgadywać, co to jest. Zerwał się z posłania i, przeklinając zacięty suwak w spodniach, ruszył biegiem do pokoju obok.
Pill kuliła się na łóżku wśród skotłowanej kołdry i prześcieradła. Automatycznie sięgnął do włącznika światła, cofnął jednak szybko rękę. Całe ciało dziewczyny drżało w nieopanowanych spazmach. Doskoczył do niej, pochwycił. Była rozpalona i mokra, tłusty pot przykleił ubranie do jej ciała. „Może zaniosę ją do wanny” pomyślał, obejmując ramiona dziewczyny. Wiedział już, co jej jest. Potrzebowała prochów… Zaklną w myślach. Na blasterowe błyskawice, po co mu to było?
-Pill, słyszysz mnie?- Uderzył ją lekko w policzek. Po dłoni mężczyzny spłynęło trochę śliny. –Gdybym tylko wiedział, co brałaś…- szepnął do siebie, a zaraz potem potrząsnął ciemną głową. –Nie, i tak bym ci tego nie dał.
„Albo przeżyje tę noc, albo rano wszystko się skończy…” pomyślał, podnosząc dziewczynę. Spoczywała w jego ramionach luźno, niezdolna do ruchu. Dreszcze wciąż się nasilały. Popędził czym prędzej do łazienki i ostrożnie umieścił ciało dziewczyny w wannie. Osunęła się bezwładnie.
-Nie rób mi tego, mała- mruknął, wciągając ją za ramiona. Zahaczył luźne ręce Pill o brzeg i zaczął ustawia temperaturę wody. Nie mogła być zbyt zimna, bo zatrzyma krążenie, ani zbyt gorąca, bo nabawi ją wstrząsu termicznego. Może powinien skontaktować się z władzami? Albo z kliniką? „Nie ma mowy!” zganił się w myślach. Sam jest kimś z władz, powinien wiedzieć, o się robi w takich sytuacjach. „Czeka…” powiedział sobie w myślach.
-Dasz radę, mała.- Ujął jej dłoń w swoją i ścisnął mono. Pod palcami czuł przyspieszone tętno pulsu. Klatka piersiowa Pill poruszała się gwałtownie, oczy błądziły po suficie. Spostrzegł, że wciąż próbowała się skulić, ochroni przed niewidzialnym wrogiem. Podciągnął ją nad wodę, zapamiętale zaczął rozcierać zdrętwiałe kończyny. Jęczała, strużka śliny spływała z kącika drżących ust. Oparł policzek na szorstkiej szczecinie, która zaczęła pokrywać głowę Pill.
-Wyjdziesz z tego, mała… Obiecuję!

***
Zastał ją na tarasie, z nogami przełożonymi przez barierkę. Zatrzymał się. Nie chciał jej wystraszy, a później zbierać jej resztek trzysta pięter niżej. Drgnęła, wyczuwszy jego spojrzenie. Długo myślał o tym niezwykłym zjawisku. Zawsze wiedziała, kiedy się ją obserwowało, szybciej niż większo ludzi umiała wypatrzeć gapia. Miała też znakomity słuch.
-Przyniosłem coś do picia.- Podał jej kubek z kakao. Przyjęła go z ostrożnym uśmiechem. Podszedł bliżej, oparł się o barierkę. Mimo późnej nocnej pory miasto tętniło życiem. Wielobarwne światła w oknach, reflektory pędzących we wszystkich kierunkach statków, szum maszyn, głosy, słowa w tysiącach różnych języków.
-Piękny widok.- drgnął, słysząc ciche słowa. Przywykł już do spokojnego milczenia Pill. Dziewczyna nie mówiła zbyt wiele, w szczególności nic o sobie. Maniee miał jednak cichą nadzieję, że któregoś dnia jego kwiatuszek się otworzy. Tak, kwiatuszek. Dni spędzone pod jego czujnym okiem bardzo zmieniły narkomankę. Miewali i gorsze chwilę, kiedy miał ochotę ją zatłuc. Dziewczyna nabrała figury, zaokrągliła się tu i tam, aż miło było patrzeć. Idylla miała się jednak niebawem skończy i Odde czuł już gorzki smak rozstania.
-Tak- przyznał cicho, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, zgadując, które z białych światełek były wielkimi kulami gazu, a które wielkimi silnikami tankowców i promów. Pill upiła łyk z kubka, oblizała wargi. Ekumena upomniała się o swojego członka oraz częściej. Na początku z pewna obawą zostawiał dziewczynę na całe dni. Później spostrzegł, że wyczekiwała jego powrotu. Zlew nie był już nigdy wypełniony naczyniami, po meblach nie walały się części odzieży.
-Nie jest ci zimno?- spytał, dotykając jej dłoni. Zadrżała gwałtownie, ale odpowiedziała uśmiechem.
-Nie, Kapitanie… Tu nigdy nie jest zimno…
Zaśmiał się tylko.
-Trudno, żeby na Wulkanie panowała zima!
-To nie w porządku, że zajmujemy wulkarianom ich planetę…- usłyszał po chwili nieśmiałe słowa. Wzruszył ramionami.
-Ekumena składa się z sześćdziesięciu ośmiu planet, to jest czternaście układów słonecznych… Wszystkie planety czerpią obopólną korzyść z przynależności do Wspólnoty…
-Mówiłeś, Kapitanie- mruknęła, krzywiąc się. –Rozwój handlu, wspólna waluta, zniesienie niewolnictwa, republikańskie rządy, pokój, miłość, pełny garnek, pełny brzuch…- Zmarszczył brwi, słyszą gorycz w jej głosie.
-Myślisz, że tego nie dokonamy?- spytał zaczepnie.
-Sześćdziesiąt osiem planet, Kapitanie. Każda ma miliony mieszkańców i miliard kilometrów powierzchni. Ile trzeba żeby to wszystko upilnować?
„Dobry pomysł” pochwalił ją w myślach, głośno jednak roześmiał się kpiąco.
-Od tego jest wielu takich jak ja…
Skinęła głową. Maniee nabrał w płuca nocnego wiatru. Jutro powinien być piękny dzień…
-Zastanawiałam się, Kapitanie… Tłumaczyłeś mi, ale…- Łypnęła na niego kątem fiołkowego oka. –Co by się stało ze mną, gdyby… gdyby…
Odruchowo zagryzł wargi. Było kilka możliwości. Zesłanie, odwyk, kopalnia, fabryka… I inne, zaczynając od sądu, sprawiedliwego wyroku za łamanie prawa i stosowanie prochów, a kończą na zakładzie karnym, więzieniu, albo celi śmierci. Nie myśląc nawet o krótkich, tragicznych epizodach, które miałyby miejsce w trakcie postępowania. Spojrzał na nią, a ona na niego. Nie potrafił się uśmiechnąć, chociaż te wielkie, fiołkowe oczy tylko się o to prosiły. Nie zdołał ukryć drżenia głosu, troski w wzroku, ściągniętych z napięcia mięśni twarzy. Widział, że czyta z niego jak z otwartej księgi, ale i tak mógł powiedzieć jedynie prawdę.
-Nie wiem…- szepnął.

***
Promem szarpnęło. Stoliki na poziomie restauracji zachwiały się. Maniee poczuł paznokcie Pill wbijające się w materiał kurtki powyżej jego łokcia. Uśmiechnął się uspokajająco.
-Nie cierpię latania!- wymamrotała chyba po raz setny odkąd pojazd opuścił bezpieczną platformę lotnika na Coruscant. Odde tylko się zaśmiał.
-Dokąd lecimy, Kapitanie?- spytała. Na pokładzie panował nieznośny hałas. Ludzie kręcili się tu i tam, ktoś krzyczał, kto inny właśnie upuścił talerz. Odde nie założył czarnego munduru członka gwardii Ekumeny. Podróżował w starej kurtce i luźnych, wciśniętych do butów spodniach. Nawet udało mu się namówić Pill, żeby założyła sukienkę, którą dla niej kupił. Niebieska tkanina luźno opadała wokół jej ciała, a na głowie ułożyła ją w śmieszny turban tak, że nikt nie zauważył braku włosów.
-Prosiłem, żebyś mówiła mi po imieniu- zręcznie wymigał się od odpowiedzi. –Nie jestem kapitanem, ale zwykłym funkcjonariuszem.
Fiołkowe oczy nie spuszczały z niego swojego bystrego pojrzenia.
-Ale będziesz kapitanem- powiedziała powoli. –I nawet więcej…- Uciekł przed jej wzrokiem. –Dokąd leci ten prom?
-Właściwie to na Wisie, ale my wysiądziemy wcześniej.
-Ale gdzie?- W głosie Pill dosłyszał tą nutkę uporu, która pojawiała się prędzej czy później, gdy nie chciał się podzielić z nią swoją wiedzą.
-Niespodzianka!- zachichotał, kiedy łypnęła na niego spode łba.
-Nie cierpię niespodzianek- wymamrotała, odwracając się w stronę kolistego okna i gwiazd. Przestrzeń za gruba powłoką tytanowej szyby była niezmącona.
-Lecimy na Javin IV. Do Elitarnej Szkoły Wojskowej Ekumeny.- Słowa z trudem przedarły się przez zaciśnięte gardło mężczyzny. Pill odwróciła się gwałtownie, z oczami rozszerzonymi z przerażenia. Jednakże wyraz jej twarzy zmienił się błyskawicznie.
-Co?!- ryknęła, aż wszyscy stojący obok, łącznie z droidem roznoszącym drinki, odwrócili się w ich stronę. Odde odsunął się poza zasięg jej rąk, a mina rzedła mu z sekundy na sekundę.
-Chciałeś zrobić ze mnie…?!- wstała gwałtownie, prawie przewracając stolik. –Ty draniu! Ty…!
Maniee poderwał się, złapał ją za łokieć.
-Chciałem dobrze!- zaprotestował. – To najlepsza szkoła w tej części galaktyki! Nie musisz…
Nim zdążył zareagować, uchwyciła kieliszek od przejeżdżającego obok droida i cisnęła mu nim w twarz. Poczuł w ustach palący smak zosińskiej wódki i drobne kuleczki kryształków cukru, twardych jak kamienie.
-Ma jajo z inną- dwie przedstawicielki planety Naga, pół kobiety, pół węże, wcale cicho skomentowały sytuacje Oddego. Mężczyzna pospieszył za Pill, która zdążyła już zniknąć w kapsule windy. Maniee niecierpliwie czekał na następną, a kiedy nadjechała, wepchnął się pomiędzy kilkanaście ściśniętych ciał. Kiedy zatrzymali się na poziomie mieszkalnym, wyskoczył z windy i potykając się, popędził do ich przedziału. Tak jak myślał, zastał tam Pill. Nie zdołała jednak uchylić się przed poduszką, która wyleciała w jego stronę.
-Daj spokój- poprosił, odkładając złapany przedmiot na jeden z dwóch foteli.
-Nigdzie nie idę!- zawołała, a na twarzy płonął jej ognistych rumieniec. –Nie będę…
-Wyłapywać ludzi na ulicach?- spytał cicho Maniee, podchodząc do niej. Skuliła ramiona.
-Co ty możesz o tym wiedzieć?- krzyknęła. Jednym gwałtownym ruchem strąciła turban z głowy, ukazując czarne, sterczące włosy.
-To tylko szkoła… Potem możesz zostać, kim zechcesz!
Usiadła, podciągnęła kolana pod brodę.
-Kiedy ja nie chcę…- Chlipnęła, a wielka łza stoczyła się po jej policzku. Odde jęknął. Coś mu to przypominało…
-Posłuchaj, Pill- zaczął, siadając obok. –Na pewno było ci ciężko. Ale z wykształceniem zostaniesz, kim tylko chcesz! Będziesz mogła ratować ludzi! Ta szkoła, wiem, bo sam ją kończyłem, to przepustka do prawdziwego życia!
Zmarszczyła brwi, a kolejna łza kołysała się na sklejonych rzęsach.
-Jeśli ci się nie podoba, obiecuję, że po ciebie przylecę!- Palcem otarł mokry, miękki policzek. Uśmiechnęła się leciutko.
-Kapitanie…?- niespodziewanie znalazła się całkiem blisko. Przytuliła policzek do jego nie ogolonej twarzy, przesunęła wargami po podbródku.
-Ja jeszcze nigdy ci nie dziękowałam- szepnęła, przykładając wargi do jego ust. Maniee uniósł brwi w zdziwieniu, ale szybko się zrehabilitował i stanowczo przyciągnął drobne ciało do swojego. Za oknem majaczyła już wielka, pomarańczowa kula Javina, lecz nie przejął się tym wcale. „Skoro dziękować” pomyślał, gładząc policzek Pill „to solidnie.”

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 , początek tej całej historii raczej nastawia czytelnika negatywnie do obydwóch pań psycholożek. Powstaje pytanie, czy ta tendencja utrzyma się w dalszych częściach tej historii, które przecież mają nastąpić. A tak poza tym to warto zauważyć, że dosyć łatwo czyta się tę historię, co dla czytelnika jest zaletą.
    • @Migrena   Bardzo dziękuję!    Wiesz, że są teksty, które pisze się z zamkniętymi oczami. I nie każdemu chce się w nie wchodzić naprawdę. Ty wszedłeś. To znaczy dla mnie  bardzo dużo    Serdecznie pozdrawiam.    I tak  @Andrzej_Wojnowski   Bardzo dziękuję!    "Tym, co zostało w środku" - tak właśnie. Czasem myślę, że piszę po to, żeby samą  siebie zrozumieć.    Serdecznie pozdrawiam. 
    • @iwonaroma Jezus zmartwychwstał :)
    • Wrzesień wisiał w powietrzu, pachnąc mokrymi liśćmi i nowymi tornistrami. Dla sześcioletniej Niki ten zapach był zapachem „dorosłości”, o której marzyła. Chciała iść do szkoły - nie do zerówki, w której się wynudziła, ale do prawdziwej szkoły, z dzwonkami, tablicą i zeszytami. Problem polegał na tym, że system uważał ją za zbyt małą. Aby udowodnić swoją gotowość i trafić do pierwszej klasy, musiała przejść przez mury Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej.       Wizyta ta była niczym egzamin w loży mędrców. Nika - drobna dziewczynka o burzy niesfornych, brązowych loków i spojrzeniu, które potrafiło przewiercić dorosłego na wylot - maszerowała u boku taty. Jej rączka spoczywała w jego dużej, ciepłej dłoni. Tata był jej opoką, ale dziś nawet on wydawał się nieco spięty.         Po drodze, dla poprawy nastroju, wstąpili do księgarni. To tam, wśród zapachu świeżego druku, Nika ją zobaczyła. Okładka mieniła się kolorami, a złote litery głosiły: "Baśnie". Dziewczynka kochała legendy o rzekach, kłobukach i zaklętych księżniczkach. Tata, widząc błysk w jej oczach, kupił książkę bez wahania. Nika przytuliła twardą oprawę jak najcenniejszy skarb. Czuła się silniejsza, mając przy sobie świat magii.       Budynek poradni był przeciwieństwem księgarni. Pachniał starą pastą do podłóg, kurzem i paraliżującym stresem dzieci. Korytarz ciągnął się w nieskończoność, pomalowany na smutny, lamperyjny błękit. Nika i tata usiedli na twardych, skrzypiących krzesłach. Dziewczynka poczuła, jak żołądek kurczy się w małą, ciasną kulkę.       W końcu drzwi gabinetu otworzyły się i wyłoniła się z nich kobieta w średnim wieku - w okularach na łańcuszku i ciasnym koku. - Nika Kowalska? Zapraszam z tatą - powiedziała beznamiętnym głosem. W gabinecie panował zaduch. Dwa biurka zawalone papierami, szafy pękające w szwach od segregatorów i starych testów. Przy drugim biurku siedziała młodsza psycholożka - znużona, mechanicznie stukająca długopisem o blat.       Nika usiadła na zbyt wysokim krześle, jej nogi dyndały w powietrzu. Książkę położyła na kolanach, kurczowo ją trzymając. Starsza psycholożka, pani Halina, spojrzała na dziewczynkę znad okularów, a potem na książkę. Uśmiechnęła się sztucznie - tym rodzajem uśmiechu, który dorośli rezerwują dla dzieci, które uważają za nierozumne.       -Nikuś, oddaj proszę książeczkę tacie. Połóż ją tam, na krześle obok niego. Bo przecież to tata będzie ci czytał te baśnie w domu, prawda? Tutaj będziemy się bawić w inne rzeczy.   Słowa te mocno uderzyły w Nikę,  jakby otrzymała cios w policzek. W jednej chwili lęk ustąpił miejsca gorącemu, pulsującemu w skroniach gniewowi. To nie była żadna „książeczka”. To były ulubione baśnie. I co najważniejsze - ona umiała już czytać. Sugestia, że potrzebuje taty, by poznać historie, była podważeniem całej jej tożsamości "prawie-ucznia".   Poczuła, jak policzki płoną. Wyprostowała się, wbiła wzrok w panią Halinę i powiedziała głosem nienaturalnie spokojnym, lecz twardym jak kamień: - Nie. To jest moja książka. Chcę ją mieć przy sobie. I nie musi mi nikt czytać. Przeczytam sobie sama.   W pokoju zapadła cisza. Tata rzucił córce spojrzenie pełne ostrzeżenia - i podziwu zarazem. Psycholożki wymieniły znaczące miny. W tym niemym porozumieniu, mężczyzna wyczytał diagnozę: bunt. Trudności z podporządkowaniem się autorytetowi.
    • Ulotne szczęście, nie szczędzi nieszczęścia, nie dla nieszczęścia! Wołam: szczęścia! Szczęśliwy zakopywałem smutek – czy to pech? Nie! Szczęście! Ale to już było… Teraz nieszczęście nie oszczędza – niech zbankrutuje! A szczęście się bogaci… Nieszczęśliwy? Nie! Szczęśliwy! Czujesz? Nie? Szczęśliwy! Jedno „nie” – a tak wiele znaczy…
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...