Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Cóż to miłość?
Czy to piękne słowa,
wypowiadane codziennie?
Czy to śliczne róże,
dawane z uwielbieniem?

Miłość- kwiat róży,
rozkwita pielęgnowany,
więdnie zaniedbany.

Miłość jak listki na wietrze,
raz się unoszą,
a raz opadają.

Miłość to piękne słowa,
wyjęte prosto z serca,
przekazane z wielkim uczuciem.

Miłość to czyny,
każdy uśmiech tu się liczy,
każda pomoc jeszcze lepsza.

Miłość- tak piękne słowo.
Dla niektórych dalekie,
choć wypowiadają je codziennie
...
bez zastanowienia.

Opublikowano

Zapewne myslisz że Twój wiersz jest jedyny i nie powtarzalny. Mylisz się. Ja jestem młodą "poetką" i tak samo jak ty podjełam temat, który mnie przerósł. Pewien mądry człowiek napisał mi ( komentował wiersz o tym samym tytule mojego autorstwa), że podjełam temat tak błachy i tak często opisywany że nie sprostałam wyzwaniu. O miłosci pisało już wielu i naprawdę dużo, więc jeżeli podejmujesz ten temat musisz być orginalna a tu tego brak. Nie gniewaj się ale ja po takiej krytyce jakby obrałam inny kierunek w życiu. Pisz o czymś mniej znanym, czyms twórczym i bardzo ciekawym. Bądź odkrywcza zapraszam do kometowania moich wierszy. Przeczytaj mój wiersz ( ten sam tytuł) i poczytaj komentarze.

Opublikowano

Każdy coś powie o miłości,wystarczy raz zakochać się do utraty.
Miłość to wspaniałe jest uczucie
Którym dażą się zakochani ludzie
Miłośc nie liczy dni i wad
Miłośc zapyta;
Nim wezniesz mnie w romiona
Sprawdz
Czy to jest żart
Czy miłośc ma.
Pozdrawiam milutko

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...